Złoto czy Słońce

30 grudnia 2009

Święty Mikołaj na wakacjach - plakat w sklepie Niektórzy czytelnicy naszego bloga zauważyli zapewne, że jakoś ostatnio mniej się dzieje. My też mamy takie wrażenie, ale to chyba z naszej strony celowe działanie. To znaczy celowym działaniem było spokojniejsze potraktowanie Australii, a nie zaniedbywanie czytelników. 🙂

Gdy w końcu po Zimnej Zelandii dojechaliśmy do przyjemnego, ciepłego kraju grzechem byłoby nie odpocząć trochę i nie skorzystać z plaż i wody. W końcu są wakacje, prawda? Tutaj w Australii wakacje trwają w pełni, choć w Polsce też chyba okres świąteczny dobrze się ułożył i wiele osób zrobiło sobie dłuższe wolne od pracy. My w każdym razie korzystając z lokalnych wakacji, słońca i dobrego samopoczucia przemieszczamy się w trybie nieco zwolnionym. Z tego też powodu odwiedziliśmy zachwalane we wszystkich przewodnikach oba wybrzeża wokół Brisbane: Gold Coast i Sunshine Coast. Oba zwiedziliśmy najpierw wraz z naszym niezmordowanym przewodnikiem i gospodarzem Andrzejem (jeszcze raz dziękujemy – na pewno nas czyta), a potem zaszyliśmy się na wybrzeżu słonecznym w Noosa, gdzie spędziliśmy (jak już wiecie) Boże Narodzenie. Zbyt długie siedzenie w jednym miejscu jednak nam nie pasowało, więc zaraz po weekendzie wypożyczyliśmy auto i objechaliśmy trochę okolicę. Mamy więc pełen obraz obu wybrzeży, choć nieco spaczony dłuższym pobytem na północnym – nie da się ukryć, że tutaj nam się bardziej podobało.

Ratownicy Aby było jasne o czym piszemy, należy się ociupinka wprowadzenia. Oba wybrzeża (Gold Coast kilkadziesiąt kilometrów na południe od Brisbane, a Sunshine Coast kilkadziesiąt kilometrów na północ) to nadmorski pas miasteczek wypoczynkowych lub letniskowych ciągnący się przez kilkanaście kilometrów, przy czym Gold Coast na południu skupiony jest bardziej w jednym miejscu, a Sunshine Coast jest nieco bardziej rozrzucone. Wyjaśnijmy po pierwsze klimat: w okolicach Brisbane jest ciepło i przyjemnie. Nie jest aż tak wilgotno, jak na północy stanu Queensland – temperatura w okolicach 30 stopni, słońce w ciągu dnia praży mocno, ale woda w morzu chłodzi akurat tak, jak trzeba. Bajka! Druga sprawa to krokodyle: nie ma ich tutaj. Trzecia rzecz to meduzy-stingery: nie występują. Jedyne zagrożenie ze strony morza to fale i prąd wciągający, więc warto korzystać z plaż strzeżonych (a jest tu ich całe mnóstwo) i po prostu uważać. Teoretycznie są jeszcze rekiny, które się tu czasem pojawiają, ale przypadku ataku nie odnotowano od wielu lat, więc też i strachu nie ma. Wybrzeże jest monitorowane i gdyby się taki pojawił plaża byłaby zamknięta. Słowem: jest jak trzeba.

Słynne Metermaids Gold Coast to druga Floryda – nazwy miejscowości takie same (jest więc Miami Beach), zabudowania też (wieżowce z apartamentami) oraz mnóstwo parków rozrywki. Jest również ciągnąca się wzdłuż morza rzeka robiąca za kanał żeglowny – zupełnie tak, jak na Florydzie. Z jednej strony jest więc morze i wspaniałe plaże, a z drugiej kanał pełen motorówek i innego pływającego sprzętu. Po środku miasteczko Surfers Paradise – o nieco mylącej nazwie, bo tak naprawdę wygląda kubek w kubek jak Miami: gigantyczne wieżowce nad samym morzem. Na wystawie widzieliśmy zdjęcie zabudowy Surfers Paradise sprzed kilkudziesięciu lat – wtedy to może był raj dla surferów, ale teraz jest to śliczny przykład komercyjnego kurortu. Ze starych czasów został deptak nad morzem, ratownicy oraz instytucja Metermaids, czyli pań zachęcających do płacenia za parkowanie. Obecnie to już bardziej chyba atrakcja dla turystów, niż służba publiczna, ale początki takie właśnie były. No i oczywiście zostali surferzy, których nadal jest tutaj sporo.

Plaże na Sunshine CoastSunshine Coast jest spokojniejsze, mniej komercyjne i pełne romantycznych zakątków. Jest park narodowy w Noosa, mnóstwo ślicznych plaż, campingi, słynne targowisko w Eumundi, Australia Zoo oraz wszelakie atrakcje: motorówki do wypożyczenia, kajaki, rowery, wycieczki, lekcje surfingu, centra handlowe i nawet bardzo ciekawe góry (Glass House Mountains), które udało nam się zdobyć. Ale najfajniejsze są oczywiście plaże i wspaniałe, silne fale. Zabawa oczywiście dla całej rodziny doskonała, czego nie muszę nikomu, kto lubi morze wyjaśniać. Tyle, że tutaj fale są mocniejsze niż nad Bałtykiem. Nawet nie tyle większe, co właśnie mocniejsze. Uderzają tak, że czasami ciężko ustać i szorowanie tyłkiem po piasku nie należy do rzadkości. Jest też dużo cieplej zarówno w wodzie, jak i na powietrzu. Korzystamy więc ile możemy, a i Sylwestra chcemy spędzić na plaży – w Nowy Rok już wracamy do Brisbane, aby planować dalszy ciąg naszej wyprawy przez Australię.

Wkrótce zaprosimy Zapraszamy do galerii z Sunshine Coast oraz z z Gold Coast.


Wigilia w tropikach

24 grudnia 2009

Wigilijny stół na kempingu w Noosa prawie gotowy Pierwsza gwiazdka  pokazała się na niebie dziewięć godzin wcześniej niż w Polsce (a tak naprawdę był to Jowisz). My już więc jesteśmy po kolacji wigilijnej, a wy dopiero nakrywacie do stołu. Nad wami Wielka Niedźwiedzica, a tutaj Krzyż południa i znajomy Orion choć do góry nogami.

Wigilia w tropikach ma swoje uroki – można zasiąść do stołu w klapkach i krótkich spodenkach, a wiatr od morza wesoło powiewa po stole usiłując zgasić świece i strącając co rusz ozdobne serwetki. Do tego kolędy lecą z laptopa, czasami zawiewa piaskiem, a na kuchni obok rozkosznie bulgocze barszcz. Cóż – było skromnie, prosto, ale jakże swojsko i domowo. Udało się nabyć stosowne półprodukty i słodkości (u Chińczyka były nawet polskie pierniczki, a u Niemca keks) oraz drobne prezenty dla każdego (przy okazji bardzo dziękujemy Broni i Andrzejowi za ciepłe przyjecie i świąteczne paczki). Mama z ojczyzny przysłała nam pocztą lotniczą opłatek, który znalazł się koło zaaranżowanej ozdoby choinkowej. Nawet talerz dla niespodziewanego gościa mieliśmy, choć zapasowy i zrobiony z pokrywki (na zdjęciu powyżej go jeszcze nie ma). No i sianka nie było pod obrusem. 😦 Obok siedziało towarzystwo australijskie przy piwku i steku (pewnie z kangura) wesoło rozprawiając o zwyczajach europejskich. Dzieci z kempingu przyszły popatrzeć na zimne ognie, którymi sobie umilaliśmy czas. Kolędy na plaży śpiewaliśmy tylko my. Sąsiedzi z Chile też próbowali świętować w czapeczkach mikołajowych na głowie, ale tylko my tak naprawdę mieliśmy prawdziwą, polską wigilię na plaży w Noosa.

Niedługo pojawi się trochę nowych zdjęć, ale na razie wypoczywamy, więc prosimy o odrobinę cierpliwości

Zdjęcia z Brisbane oraz Gold Coast już są, wigilijno-plażowe w przygotowaniu…


A na Święta….

22 grudnia 2009

 

Boże Narodzenie Wesołych Świątrodzinnych kolęd, skrzypiącego śniegu iskrzącego się za oknem, bezchmurnego nieba z pierwszą gwiazdką,  pachnącego sianka pod wykrochmalonym obrusem, życzeń szczerych i gorących, wspólnych spacerów na pasterkę…

zaś łasuchom życzymy:

najpiękniejszych pierniczków na choinkę, plastrów pomarańczy pachnących goździkami, łagodnego barszczu z jabłkowo-grzybową nutą, aksamitnego serniczka z chrupiąco-maślanym spodem, makowca makowego do bólu z lukrem i skórką pomarańczową, makówek z pierniczkami miętowymi niesłodkich, a pysznych, kutii ze słodkim zagęszczonym mlekiem rozlewającym się po ziarenkach maku, aromatycznego kompotu z suszu, nieśmiertelnych orzechowych babeczek, wyjątkowego i wyrośniętego tortu orzechowego, i tego wszystkiego, co Wam się ze Świętami kojarzy…

i co najważniejsze opłatka z bliskimi, aby Święta przeżywać i smakować z radością 🙂

 


Jak Tomek Wilmowski

20 grudnia 2009

Proszę wsiadać drzwi zamykać W podróżowaniu najciekawsze jest przemieszczanie się. Przy najmniej dla mnie. Fascynujące jest to naprawdę jedziemy przez wszystkie dalekie kraje znane z mapy, podczas gdy siedząc na kanapie można się tylko przesuwać po niej palcem (a przed komputerem po zdjęciu satelitarnym). I fascynujące jest to, że można się przemieszczać różnymi sposobami: samochodem, autobusem, chickenbusem, pickupem na pace, pieszo, taksówką, stopem, promem, łodzią, samolotem, czy też wreszcie pociągiem. W Australii bowiem naszą pierwszą większą trasę pokonujemy pociągiem The Sunlander, który jedzie z Cairns na północy do Brisbane na południu stanu Queensland. Cała trasa ma ponad 1600 km, a pociąg pokonuje ją w 31 godzin (od 9 rano w czwartek do 16 w piątek). Dla zobrazowania, to taka mniej więcej odległość (w linii prostej), jak z Wrocławia do Barcelony. Sporo!

Krajobraz widziany z SunlanderaDlaczego właśnie pociągiem? Po pierwsze chcieliśmy odmiany, a jeżdżenie autem troszeczkę niektórym zbrzydło (wyobraźcie sobie być zamkniętym wiele dni niemal non stop z dziećmi w aucie?), po drugie chcieliśmy odpocząć, a po trzecie chcieliśmy przygody, jaką przeżywał Tomek Wilmowski. Książki Alfreda Szklarskiego znamy bowiem od dziecka, a nasza Isia wręcz na pamięć – Tomka w krainie kangurów czytała od początku wyjazdu już chyba 10 razy (polskich książek mamy bowiem ze sobą bardzo niewiele). Tomek po przyjeździe do Australii na swoje pierwsze polowanie jechał właśnie w głąb kontynentu pociągiem. My jedziemy wzdłuż wybrzeża (choć oceanu nie widać ani ciut, ciut), jest więc trochę inaczej, ale wszyscy uznaliśmy, że się liczy i jesteśmy jak Tomek Wilmowski.

W wagonie klubowym Podobnie jak tamta ekipa mamy koszyk z zapasami (niknącymi dość szybko), podobnie opowiadamy sobie historie i czytamy (no dobra oglądaliśmy wieczorem też Bonda na notebooku, a w tamtych czasach tego nie było :-)) i podobnie obserwujemy przesuwające się za oknem krajobrazy (sawanna, wioska, busz, miasto, busz, wioska, busz, busz, busz, busz). W samym pociągu natomiast kwitnie życie społeczne. Biegają całe bandy dzieciaków (widocznie z okazji promocji głównie rodziny z dziećmi jeżdżą pociągiem), towarzystwo przesiaduje w wagonie barowym (zwanym tutaj Club Car) sącząc drinki i prowadząc długie dysputy. Jadą różni ludzie: sporo turystów czytających przewodniki jak my, sporo Aborygenów jadących do miasta, sporo różnej maści Australijczyków od sympatycznych staruszków pytających skąd jesteśmy po szukających okazji do rozmowy trampów. Ruch w okolicy toalet i pryszniców spory, a każdy postój na stacji pośredniej daje okazję do rozprostowania kości i połażenia po peronie. Tu wychodzi na wierzch przewaga pociągu nad samolotem, gdzie lecąc przez ocean jesteś kilkanaście godzin zamknięty w jednym miejscu. Zresztą również miejsca na nogi jest więcej niż w klasie ekonomicznej samolotu. Widoki ciekawe, w miarę wygodnie, dzieci jakoś się nie nudzą (Isia z krzywą miną dzielnie rozwiązuje kolejne zadania z matematyki) i czas płynie wesoło.

A! Właśnie podali, że mamy 1,5h opóźnienia, więc jest jak w domu! 😉


Kącika łasucha – Cairns

18 grudnia 2009

A jednak w Australii nie było tak trudno o “kącikowy” temat. Pierwsze dni w Cairns i od razu: Bingo! -trafiliśmy w dwa australijskie smakołyki.

Stek z kangura jeszcze w wersji surowej Pierwszego namierzyliśmy kangura. Postanowiliśmy wykorzystać okazję i upiec sobie coś smacznego na BBQ, które mieliśmy na kempingu Cairns. Z ciekawości, ale też biorąc pod uwagę korzystną cenę i rady Kasi, kupiliśmy sobie elegancki stek, wysmarowaliśmy go mieszanką ziół i kangurek hop! – na blachę. Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że tutejsze BBQ to kwadratowa blacha o średnicy metr na metr wyprofilowana w taki sposób, aby nadmiar tłuszczu spływał do otworu umieszczonego pośrodku. Tłuszczu nie ma więc dużo, a jeszcze do tego żadne cykliczne i aromatyczne paskudztwa nie osadzają się na naszym posiłku – w przeciwieństwie do tradycyjnego grillowania. Tutaj grill jest elektryczny – wystarczy wcisnąć guzik i za moment płyta jest już mocno nagrzana. Upiekliśmy (usmażyliśmy?) więc nasze steki bardzo sprawnie i po polsku dorobiliśmy na grillu ziemniaczki wraz z zarumienioną cebulką. Upieczony kangurek okazał się wyjątkowo smakowity. Po pierwsze, stek sam w sobie jest chudy – ma około 2% tłuszczu, a więc tyle, co chudy jogurt – spore osiągnięcie, bo to jednak mięso… (Nawiasem mówiąc, w czasie naszej wycieczki w eukaliptusowe pustkowia mieliśmy okazję zaobserwować, jak szybko, sprawnie i na jakie odległości skaczą kangury. Nic dziwnego, że to same mięśnie…) Po drugie, średnio wypieczony jest mięciutki i apetyczny, w smaku podobny odrobinę do wołowiny, ale bardzo soczysty, świetnie współgra z ziołami – tymianek i rozmaryn podkreślają jego niewymuszony urok. A ziemniaczki z cebulką do tego? Mmmm…  Brakuje tylko mizerii…Od tej pory jadamy kangura z upodobaniem. Pozwolę tu sobie zacytować stwierdzenie jednego z 4B (bez pokazywania paluchem), który po wielokrotnych mlaśnięciach pełnych ukontentowania stwierdził: “Wszystkie kangury przerobić na steki!”. Ten sam łasuch stwierdził także, że steki z kangura są co najmniej tak dobre, jak amerykańskie steki z wołowiny, których smak jest między innymi efektem zmodyfikowanej paszy, jaką podaje się zwierzętom. A tu się takie pyszności spasły się na trawce (? – niewiele jej, oj niewiele!) eukaliptusach (? – to chyba misie koala), zaroślach kolczastych (?). Mamy dziwne przekonanie, że istnieją farmy kangurze, gdzie się je dobrze karmi, bo kangura w buszu złapać niełatwo. Jak zobaczymy taką farmę to ich zapytamy, czym te kangurki karmią, że takie pyszne.

Wspaniałe orzeszki macadamia Drugim objawieniem okazały się orzechy macadamia. Chociaż osobiście nie jestem zwolenniczką orzechów prażonych z tłuszczem, to wcześniej zdarzało mi się jadać macadamie z puszki – choć to towar trudno dostępny i kosztowny (ale za to smaczny!). Z puszki jednak to zupełnie nie to samo. Orzechy macadamia rosną w Queensland, można je kupić już gotowe do chrupania (obrane) i w postaci różnych słodyczy – ciasteczka z macadamią, czekoladki z macadamią, lody z macadamią i mango (absolutnie boskie!) itp.. Nie ma to jednak, jak dobrać się do takiego orzeszka własnoręcznie, tym bardziej, że taki śliczny. Orzechy macadamia w skorupkach wyglądają jak czekoladowe kulki – skorupka jest gładka, równa, połyskuje w słońcu i kolor ma dokładnie taki jak trzeba – kolor mlecznej czekolady. I jest twarda. Ponieważ nie posiadamy na wyposażeniu dziadka do orzechów i nie chce nam się go dokładać do naszego ekwipunku, sprawę załatwiamy zazwyczaj jakimś większym kamieniem. Kilka uderzeń (bo skorupka twarda) i można wyłuskać i wydłubać delikatnie gładkie i okrąglutkie jądro – chrupiące, kruche i przepyszne. Przepyszne zapewne za sprawą tych siedemdziesięciu paru procent tłuszczu, jakie zawiera. W końcu jednak nie będziemy w Queenslandzie wiecznie, więc póki co zajadamy orzeszki bez specjalnych wyrzutów sumienia…


Raj z krokodylem w tle

14 grudnia 2009

Prom przez rzekę Daintree 160 kilometrów na północ od Cairns znajduje się park narodowy Daintree oraz przylądek Cape Tribulation – popularny cel różnych tropikalnych wycieczek. My wybraliśmy się tam samodzielne wypożyczonym samochodzikiem. Zostawiliśmy większość bagaży w przechowalni, wzięliśmy tylko niezbędny sprzęt i zapasy jedzenia, a klimatyzację w aucie włączyliśmy na full. Krajobraz przeważał plantacyjno-plażowy, aż dojechaliśmy do promu przez rzekę Daintree. Tam zaczęło się już naprawdę czuć odludzie i prawdziwą dżunglę. Jak piszą w przewodniku, jest to najstarszy las tropikalny na świecie (ponad 20 razy starszy od lasów Amazonii) – i to się rzeczywiście czuje. Spacerować można tylko po wyznaczonych i wyłożonych deskami ścieżkach – reszta jest tak gęsto zarośnięta, że bez solidnej maczety człowiek nie ma szans. Zapachy i odgłosy jak to w dżungli – rejwach i tysiące cykad. Głębiej w lesie można spotkać kazuary, a w rzece krokodyle. W morzu też krokodyle (z rzek wpływają skubańce do morza, aby się najeść do syta) oraz meduzy-stingery. Kąpiel nie jest wiec wskazana. Mimo bajkowych plaży – jak z raju – nikt nie zanurza nawet stopy.

Tu żyją krokodyle Słowem jest pięknie, dziko i wakacyjnie. Lato w pełni (grudzień przecież) i choć to pora deszczowa w tych rejonach, to deszcz sobie od czasu popada i przechodzi. Jest zresztą ciepły i zaraz paruje. Nie przeszkadza to nam zupełnie (szczególnie po zimnych siekących deszczach fiordlandu)! Przeszkadzają nam tylko krokodyle zwane tu z sympatią crocs. Właścicielka kempingu przy plaży, gdzie jesteśmy rozbici mówi: “Nie, tu na plażę nie wyłażą, bo nie lubią skał przy brzegu, ale kąpać się nie radzę. Wieczorem po plaży spacerować też raczej nie. Lepiej ich nie kusić.” Pierwszą noc spędziliśmy więc lekko z duszą na ramieniu zastawiając się, czy taki croc wyniucha nas przez namiot i przyjdzie schrupać na kolację (a jesteśmy 20 metrów od plaży, więc daleko by nie miał) . A jak przyjdzie, to czy schrupie w całości, czy też zadowoli się na przykład nogą? Znów wróciły wspomnienia kalifornijskich niedźwiedzi włamujących się nad ranem do metalowych szaf na jedzenie. 🙂 Na szczęście krokodyl aż tak sprytny nie jest i do auta się nie włamie – zapasy przetrwały więc bezpieczne. My też, nie martwcie się!

Galeria w przygotowaniu już gotowa. Zapraszamy! Przy okazji zapraszamy też do zaległej galerii z Cairns oraz do kolejnej – tym razem z naszej wycieczki w outback.


Bariera pokonana

10 grudnia 2009

Wielka Rafa Koralowa, olbrzymia formacja raf i wysp ciągnąca się na ponad 2600 km. Widoczna z kosmosu, na wszystkich mapach oraz we wszystkich podręcznikach geografii. Dla mnie zawsze była to fascynująca rzecz. Jak to tak naprawdę wygląda? Czy wystaje z wody, jak jakiś mur chiński? Na mapie oznaczona jest takimi falkami, czy też łuczkami. Czy te łuczki to równiutkie bariery, jak ze stali? A może jaskinie jakiś gigantycznych, podmorskich węży? Może ta rafa, to tylko taka morska fatamorgana (lub Chata Morgana) zaznaczona na mapie dla kawału? Będąc tu w Cairns (północ stanu Queensland) nie mogliśmy przepuścić okazji, aby przekonać się, jak ona naprawdę wygląda.

Zakazów jak widać dużo Przemysł nurkowy w Cairns jest zorganizowany inaczej, niż w dotychczas odwiedzanych przez nas miejscach. Ponieważ oboje nurkujemy i jednocześnie musimy mieć na oku dzieciaki, szukaliśmy firmy oferującej pakiety nurkowe, które moglibyśmy wykorzystać sumarycznie na zmianę. Okazało się, że nie da się zrobić nurkowań bez wykupienia wycieczki na rafę (która tutaj oddalona jest od lądu o półtorej godziny szybką motorówką). Większy pakiet jest zaś możliwy tylko przy opcji “mieszkaj na łodzi”, która z przyczyn czysto finansowych jest poza naszym zasięgiem. Gdyby tak udało się jednak (eh, marzenie!) popłynąć kupą na wycieczkę i gdybyśmy mogli zrobić 2 nurkowania razem, a w tym czasie dzieciaki mogłyby snorklować (“rurkować”, czyli nurkować z maską) pod czujnym okiem ratowników? Choć oboje mamy na koncie już kilkadziesiąt nurków to praktycznie nigdy jeszcze nie udało nam się robić tego (znaczy się, nurkować :-)) razem.

24-metrowy aluminiowy katamaran Tusa T5W biurze turystycznym udało nam się znaleźć firmę, która ma łagodne zasady i jest przyjazna rodzinom. Powiedziano nam, że można będzie zrobić tak, jak chcemy – nawet wymogliśmy telefon z pytaniem, czy aby na pewno. Uradowani wpłaciliśmy zaliczkę i rano stawiliśmy się w porcie. Katamaran z 60 turystami i 10 osobami załogi ruszył z portu punktualnie o 8 rano. Po drodze odbyliśmy szkolenie z zasad bezpieczeństwa (idiotoodporne kamizelki ratunkowe), briefing nurkowy (w tym mapka rafy) oraz dopasowaliśmy sprzęt dla siebie i dzieci – w tym seksowne kombinezony antymeduzowe od stóp do głów (meduzy typu Stinger są bowiem plagą wybrzeży Australii w lecie i niestety ich oparzenie może być śmiertelne w skutkach). Gdy już byliśmy już ubrani w niebieskie wdzianka i prawie gotowi do wejścia do wody okazało się, że jest problem. Jedno z nas musi bowiem zostać na pokładzie z dziećmi, bo firma nie może wziąć odpowiedzialności za dwójkę brykających w otwartym oceanie dzieciaków (w tym jedno młodsze słabo mówiące po angielsku). No niby ich rozumiemy i samy na ich miejscu byśmy się nie zgodzili (prawdę mówiąc zdziwiliśmy się wcześniej, że to potencjalnie możliwe – taka dla nas darmowa opieka nad dziećmi :-)), ale z drugiej strony czemu sprzedali nam taki pakiet (robiąc jeszcze zniżkę – trzecie nurkowanie w cenie dwóch). Jak sobie to w takim razie praktycznie wyobrażacie, że dzieci snorklują, a my nurkujemy 3 razy każde z nas na zmianę? – pytamy szefową pokładu.

Sprzęt przygotowanyTrzeba wchodzić do wody, więc ustalamy instruktorem nurkowym, że najpierw ja, a potem Beata. Za nurkowania nam zwrócą. W ten sposób nie mam jednak pary, a jesteśmy już po briefingu i ustaleniu kto z kim wchodzi (nurkuje się zawsze parami dla bezpieczeństwa). Przydzielają mi zestresowaną Monikę, która nie nurkowała od 2 lat i miała płynąć z divemasterem. Sprawdzamy nawzajem sprzęt, a tymczasem Beata drąży skałę i proponuje, abym tylko ja nurkował cały dzień, a oni jutro powinni zafundować jej całą osobną wycieczkę. Rozmawiamy więc jeszcze raz razem z szefową pokładu. W końcu to oni nas źle poinformowali, no nie? Ona jednak nie może zdecydować sama. Dzwoni na brzeg do centrali. Pierwsza grupa nurków wchodzi do wody. Centrala się nie zgadza. Szefowa szuka kapitana łodzi. Ja już stoję na schodkach. Kapitan zajęty cumowaniem łodzi. Beata ubrana z dziećmi gotuje się obok do wchodzenia w następnej turze. Dzieciaki już się palą do rzucenia się w wodę i szukania wzrokiem najładniejszych rybek. Rafa w zasięgu wzroku. Słońce pięknie świeci. Fal praktycznie nie ma. Pogoda jak złoto. Stajemy na schodkach. Pojawia się wreszcie kapitan. Już wie o całej sprawie. Bierze nas na bok i patrzy nam w oczy uważnie. OK – mówi i zgadza się na to, abyśmy płynęli razem! O ile dzieci będą cały czas z jedną z instruktorek! Hurra! Wracamy do oryginalnego planu. Szybka akcja ze sprzętem dla Beaty i gotowe. Bernaś dostaje koło ratunkowe do trzymania (które w sumie nie jest mu potrzebne, bo skacze do wody jak dziki). Monika ucieszona schodzi ze swoim divemasterem. My z sercem na ramieniu zanurzamy się w toń obserwując od dołu nasze dzieci pływające z Kendrą po powierzchni. Pod nami ryby, rafa, i tysiące kolorowych korali. Wiela Rafa Koralowa!

W sumie były trzy wejścia i wszyscy byli zadowoleni. Zarówno my na dole, jak i dzieciaki na górze. Instruktorka Kendra przyznała potem, że przeprasza za zamieszanie, ale taka jest polityka firmy, zaś dzieciaki okazały się jednymi z najlepszych rurkowników, jakich miała. Nie robiły problemu, nurkowały świetnie no i na koniec dostały dyplomy Discover Snorkeling (Isia nieco zblazowana, bo co to dla niej taki dyplomik, ale Bernaś naprawdę dumny). My też!

Wielka Rafa KoralowaJak więc wygląda ta rafa? Okazało się, że jest to cały szereg raf oraz wysepek ciągnących się kilometrami. W sumie tworzy to wielką barierę osłaniającą ląd od oceanu, ale osłona ta znajduje się najczęściej metr lub kilka metrów pod wodą. Gigantycznych węży morskich też tam nie ma, tylko czasami rekiny przypływają. Pod wodą rafa okazała się być bardzo ładna i pełna kolorowych korali i wesołych rybek, ale ze względu na porę roku przejrzystość wody niebyła najlepsza. Mimo to widzieliśmy sporo fajnych stworzeń w tym jednego wielkiego Maori Wrasse, który przepłynął majestatycznie obok nas łypiąc groźnym okiem. Wspólne nurkowanie (w sumie zrobiliśmy trzy nurki) dało nam też okazję do popracowania nad podwodną komunikacją i myślę, że kolejne zejścia razem będziemy robić już z mniejszym stresem.