American road trip

10 sierpnia 2009

No i dotarliśmy. Po pierwsze zakończyliśmy dwa duże etapy naszej podróży, czyli Amerykę Środkową i Południową (zapraszamy do przerobionych galerii). Po drugie zaczynamy kraje anglojęzyczne, a kończymy z hiszpańskim (po ponad 3 miesiącach trochę już łapiemy). Po trzecie zaczynamy road trip przez USA, czyli jedziemy z Florydy do Kalifornii. Wypożyczamy znowu auto – tam razem na prawie dwa miesiące – i z podróżników autobusowo-plecakowych zmieniamy się w z rodzinę samochodowo-campingową. Chcemy bowiem zaliczyć sporo parków narodowych w Stanach – a nie ma to jak spanie w namiocie pod gwiazdami w odludnym miejscu Dzikiego Zachodu!

Siedziba legendarnego sprzedawcy używanych aut Co do samochodu, to jednak wypożyczamy. Pierwszy pomysł polegał na zakupie auta na Florydzie i sprzedaniu w Kalifornii lub nawet wysłaniu go do Polski. Jednak po pierwsze dolar już mniej korzystny, a po drugie biurokracja amerykańska okazała się mało sprzyjająca takim jak my. Można oczywiście auto kupić nawet nie mając adresu zamieszkania w USA (to tacy, jak my), choć jest z tym trochę zachodu (rejestracja, dowód własności itp). Trudniej jednak sprzedać – szczególnie w takich czasach. Trzeba też pokonać kultową postać amerykańską – sprzedawcę używanych aut. Podobno to wyzwanie samo w sobie! Trudniej też ubezpieczyć się (w USA obowiązkowe ubezpieczenie typu OC dotyczy kierowcy, a nie samochodu), choć można to zrobić podając adres znajomych. Tyle, że według przeliczników tabelarycznych ląduje się wówczas razem z największymi przestępcami drogowymi Ameryki – firma ubezpieczeniowa nie ma bowiem jak zbadać naszego statusu dobrego kierowcy. Dodatkowo proces kupowania i rejestrowania auta trwałby kilka dni, a potem trzeba by zarezerwować co najmniej tydzień na sprzedaż. Uznaliśmy więc, że gra nie warta świeczki i wypożyczamy. Finansowo pewnie wyjdzie na to samo, a czas mamy dla siebie.

Wyszukiwanie najkorzystniejszej oferty przy tak długim okresie oraz przy przejeździe z jednego wybrzeża na drugie to zabawa warta kilku dni spędzonych przy komputerze. Ja swoje rozeznanie i pierwszą rezerwację w Budget robiłem już kilka miesięcy przed wyjazdem z kraju, ale nie zaprzestałem szukania czegoś lepszego nawet w trakcie podróży.

Nasz dom przez najbliższe 2 miesiaceKorzystałem z portali typu Orbitz do grupowego przeglądania ofert, a potem zawsze szedłem bezpośrednio na stronę konkretnej firmy. Służę informacją, że (sztuczka 1) mniejsze wypożyczalnie w takiej sytuacji nie mają szans! Zupełnie inaczej niż w Europie, czy Ameryce Środkowej, gdzie małe, lokalne wypożyczalnie są zwykle tańsze od sieciowych. W USA jest również sporo tańszych firm, łącznie z takimi, które wypożyczają auta …hmm…  bardzo używane, ale przy naszej opcji oddania samochodu w innym miejscu najtańszy okazał się (o dziwo!) Hertz (i jeszcze miał tańsze ubezpieczenie przy dłuższym wynajmie). Dodatkowo (sztuczka 2) skorzystałem ze zniżkowych kodów zakupionych na eBay i udało się obniżyć taryfę o kolejne kilkaset dolarów. Wiem, brzmi to egzotycznie, ale gość, z którym korespondowałem wyraźnie zna się na rzeczy i potrafi obniżyć cenę wynajmu. Serdecznie polecam dla wypożyczających auta w USA. Kody zadziałały jak złoto. Po trzecie (sztuczka 3) pożyczałem poza lotniskiem! To bardzo ważna podpowiedź, bo wypożyczalnie lotniskowe doliczają opłaty lotniskowe, a przy tak długim wynajmie sumuje się to do konkretnej wartości. Wystarczyło podjechać pociągiem podmiejskim z lotniska do centrum Miami, aby obniżyć wynajem o kilkaset dolarów! Ja wybrałem nawet jeszcze dalszą wypożyczalnię, bo musieliśmy i tak odebrać paczki od Ewy. Co do rodzaju auta to standard. Żadne SUV z napędem na 4 koła! Szkoda pieniędzy, bo w USA i tak wszędzie da się podjechać po asfaltowej drodze, a po kompletnych bezdrożach i tak wypożyczalnie nie pozwalają jeździć. Skupiłem się na autach osobowych i zamówiłem kategorię compact, czyli “Ford Focus or similar”. W efekcie, dzięki bardzo uprzejmemu kierownikowi Hertza w Delray Beach (Thank you Franz!) otrzymałem roczną Hondę Accord, którą właśnie rozpoczynamy naszą przygodę.

Dla chcących pożyczyć na dłużej RV, czyli po naszemu dom na kółkach, camper lub wohnmobil (bardzo popularny tu środek lokomocji), ważna będzie informacja, że najtańszy sposób to przywieźć promem swój pojazd z Europy na wschodnie wybrzeże USA (koszt nieco ponad 1000 USD) i korzystać z europejskiego ubezpieczenia. Wynajem w USA (przy dłuższych okresach) jest bowiem dość drogi. W Peru spotkaliśmy francuską rodzinę, która jeździła wielkim, topornym Renault na francuskich numerach. Zamierzają objechać cały świat w ciągu trzech lat. Wszystko w swoim camperze przewiezionym promem z Francji do Buenos Aires! Obok nas w tej też chwili stoi duży, niemiecki wohnmobil z Düsseldorfu. Tak więc w ten sposób też można!

Ewa pomogła nam bardzo – gromadziła wszystkie przesyłki zamawiane wcześniej ze sklepów internetowych, eBay lub z Polski. Wszystko dotarło na czas i czekało grzecznie. Jak to miło uzupełnić sprzęt i dostać tak zwaną świeżą prasę z ojczyzny! 🙂 Bardzo Ewie dziękujemy – również Tomkowi, Gabi, Ciuncie, Wioli, no i oczywiście mojej wspaniałej mamie, która robiła jeszcze ostatnie sprawunki (Isia dorwała się do polskich książek i cały czas czyta)!

Planowany road trip przez USATeraz przed nami kilkanaście stanów, 56 dni i około 10 tysięcy km do przejechania! Obok wstępnie i zgrubnie planowana trasa. Podkreślam, że planowana, bo jak to w takiej podróży wszystko może się zmienić. A trasa w szczególności! Może też i wy coś nam zasugerujecie, bo w końcu mamy trochę czytelników znających USA! Planujemy generalnie przejazd południem Stanów na południowy-zachód i tam buszowanie po okolicach i po parkach narodowych. Zaczęliśmy od Florydy – Miami, park Everglades, plaże i przylądek Canaveral (relacje i zdjęcia już wkrótce), potem będzie południe Stanów z Nowym Orleanem, raczej szybki przejazd przez Texas, Nowy Meksyk oraz Roswell i może wizyta w muzeum UFO, potem pustynie i klimaty Dzikiego Zachodu, podobnie Arizona (rezerwaty Indian koniecznie), powrót przez Nowy Meksyk (przez Santa Fe) bardziej na północ przez Góry Skaliste do Mesa Verde i Arches. Pierwotna wersja zakładała 1000 km (jedynie 🙂 ) skok na północ do Grand Teton i parku Yellowstone, ale prawdopodobnie zostaniemy na południu, a te dwa piękne parki odwiedzimy kolejnym razem. Później planujemy jeszcze Grand Canyon, Death Valley, Sequoia National Park i na koniec Kalifornię, czyli Yosemite National Park, San Francisco, Joshua Tree National Park i może na deser San Diego. Wylatujemy dalej drugiego października z Los Angeles!


O czterech takich, co zdobyli Machu Picchu

23 lipca 2009

Machu Picchu ujęcie klasyczne Tym razem będzie bardziej przyziemnie, bo ani nas nic nie chciało zjeść, ani nie skakaliśmy w przepaść. Po prostu pojechaliśmy zwiedzić Machu Picchu. A ponieważ ta operacja jest logistycznie skomplikowana, a z drugiej strony parę osób być może będzie się tam wybierać, to pomyśleliśmy, że mały poradnik się przyda.

Machu Picchu, czyli świetnie zachowane miasto Inków położone w pięknej górskiej scenerii, to najważniejsza atrakcja turystyczna Peru – i chyba nawet całej Ameryki Południowej. Nie można tu nie przyjechać i dlatego walą tu tłumy turystów. Zarówno nisko, jak i wysokobudżetowych. Ponieważ jednak miasto jest głęboko w górach, to dostęp nie jest taki prosty. Machu Picchu położone jest w świętej dolinie Inków niedaleko Cuzco – dużego, pełnego turystów miasta. W Cuzco (wysokość 3300 m n.p.m.) wszystko zaczyna i wszystko kończy. Najpierw jednak trzeba się tu dostać: albo autobusem, albo samolotem (jest tu bowiem normalne lotnisko obsługujące loty z Limy). Autobusem z Nazca to 14 godzin jazdy. Z Limy jakieś 22 godziny. O jechaniu samochodem nawet nie wspominam, bo choć teoretycznie możliwe, to jest to generalnie odradzane. Droga z Nazca do Cusco wiedzie przez spore góry i miejscami jest dość wyboista.

Machu Picchu z satelity Gdy już jesteśmy w Cusco, mamy następującą sytuację: Machu Picchu położone jest na wzgórzu nad doliną rzeki Urubamba około 100 km na zachód od Cusco. Wiedzie tam tylko linia kolejowa. Nie ma drogi. Można więc tam tylko dojechać pociągiem, lub dojść na piechotę pokonując Inka Trail (teoretycznie można też dolecieć helikopterem z Cusco, ale to jest opcja dla bardzo, bardzo bogatych turystów). Asfaltowa droga prowadzi najbliżej do wioski Ollantaytambo około 30 km od Machu Picchu. Wykorzystując takie geograficzne położenie, PeruRail (peruwiańska kolej państwowa, czyli ichnie PKP) działa jak prawdziwy monopolista: dyktuje wysokie ceny na jedyny możliwy środek transportu (od najtańszych za 31 USD do najdroższych za 334 USD – w jedną stronę). Dodatkowo całą zabawę utrudnia regulacja ilości turystów mogących dziennie wejść na Inka Trail wiodący do Machu Pichu oraz na położony tuż za ruinami Wayna Picchu (z którego są wspaniałe widoki). Jeśli więc chcesz pojechać do Machu Picchu i jednocześnie wejść na Wayna Picchu, musisz być o 6:00 – 6:30 rano w punkcie sprawdzającym bilety. Powoduje to konieczność nocowania w położonej pod samym Machu Picchu (ok. 8 km) wioseczce Machu Picchu Pueblo (dawniej nazywającej się Aguas Calientes) lub w straszliwie drogim, jedynym hotelu tuż przy ruinach (chyba, że idzie się przez Inka Trail i dochodzi na miejsce wcześnie rano). Próbując obejść drogie bilety kolejowe oraz starając się uatrakcyjnić przygodę rozmaite agencje turystyczne w Cusco oferują całą gamę różnego rodzaju wycieczek. Pod koniec kilka z nich opiszę dla ciekawskich, a teraz może bardziej o naszej przygodzie.

Jedzie pociąg z daleka Rozważając wszystkie za i przeciw i chcąc pobyć chwilę w górach wybraliśmy zmodyfikowaną opcję samodzielną. Najpierw kusiła nas (no może głównie mnie) opcja Machu Picchu by Bike czasem zwana też Inka Jungle Trail (patrz niżej) z kilkugodzinnym zjazdem z górki na pazurki (podobno piękne widoki), ale specjalnych rowerów dla dzieci nie mieli (choć te dla dorosłych wyglądały na bardzo wypasione), a zniżki też nie chcieli dać. Po rzuceniu okiem na stan portfela oraz minę niektórych z 4B patrzących na rowery (co za podłe insynuacje!) wybraliśmy więc opcję bakpackersko-tradycyjną. I słusznie, bo ceny dla dzieci okazały się być korzystne, a jak zawsze na efekcie skali wygrywamy. Poruszaliśmy się powoli przemieszczając się w tamtą stronę tylko o jedną miejscowość na dzień, ale za to mogliśmy wypocząć i pospacerować po uroczych turystycznych wioseczkach. Najpierw nocowaliśmy więc w Ollantaytambo, a potem pojechaliśmy pociągiem dalej. Na stacji spotkaliśmy sympatyczną rodzinę z Poznania z 9-letnią córeczką (pozdrawiamy serdecznie!), więc w Machu Picchu Pueblo nasze dzieci miały wreszcie polskie towarzystwo. Zabawy i pogadanki trwały do wczesnego wieczora. Potem trzeba było położyć się spać, aby stać przed wschodem słońca. Do samych ruin Machu Picchu dotarliśmy więc trzeciego dnia wcześnie rano (konkretnie to pół godziny przed otwarciem, czyli około 5:30), bo tylko dzięki temu mogliśmy dostać pozwolenie wejścia na Wayna Picchu. Przed nami w kolejce było już i tak ponad 150 osób, a dziennie wpuszczają tylko 400. Nie ma szans dostać się na ten szlak wstając …hmm … normalnie, czyli na przykład o ósmej.

Turystów więcej niż kamieni Machu Picchu jest naprawdę piękne. Widoki są wspaniałe, bo sceneria gór (na horyzoncie ośnieżone szczyty), wokół wysokogórska dżungla (ruiny znajdują się na wysokości około 2400 m n.p.m.) a przed tobą dziwnym trafem odnalezione, zapomniane miasto Inków. Cusco, stolicę Inków, splądrowali i przebudowali Hiszpanie (widzieliśmy stare mury świątyni słońca oczyszczone ze złotych figur i z “obudowane” klasztorem), ale Machu Picchu nigdy nie znaleźli. Dopiero w 1911 roku zupełnie przypadkiem odkryte ruiny okazały się archeologicznym skarbem i – co by nie mówić – turystyczną żyłą złota dla Peru. Naprawdę fajne jest też to, że aby się tam dostać, trzeba się wysilić. I nawet jeśli się jest turystą bogatym i kupuje przejazd pociągiem Vistadome, gdzie eleganccy kelnerzy częstują pisco sour, to i tak jest to jakaś forma wyprawy. Katedrę w Cusco można zwiedzić zaraz po wyjściu z hotelu i jeszcze zdążyć zjeść pieczoną świnkę morską na lunch – na Machu Picchu trzeba poświęcić co najmniej cały dzień. W pół dnia jest naprawdę ciężko. W zasadzie mało kto tak robi (prócz bogatych turystów) i większość zapisuje się na różnego rodzaju wycieczki opisane niżej – tak więc trzeba poświęcić co najmniej cały dzień, a najlepiej dwa. My poświęciliśmy w sumie prawie cztery.

Państwowa a jaka ładna Dostanie się z dołu na górę na pieszo zamiast autobusem (7 USD od głowy), też dostarcza miłych wrażeń (nawet, jak się niesie syna na barana), bo jednak człowiek czuje, że samodzielnie doszedł (a do pokonania jest 400 m stromego podejścia po schodach). Szczególnie rano po ciemku. 🙂 Samo miasto jest naprawdę duże i strasznie skomplikowane. Włazi się wciąż w górę i w dół. Można spokojnie spędzić tam cały dzień, a kilka godzin to minimum. Wszystko jest świetnie przygotowane i utrzymane. Każdy dostaje mapkę z zaznaczonymi najważniejszymi miejscami, a przy wejściu czekają gotowi do pomocy przewodnicy, którzy wyjaśniają znaczenie świętych kamieni, świątyń i budynków. Mamy tam obserwatorium i kalendarz astralny, ołtarze ofiarne, świątynie, więzienia, domy mieszkalne, pałac króla oraz rozległe tarasy, na których niegdyś uprawiano różne rośliny, a teraz pasą się tam państwowe i bardzo fotogeniczne lamy. Miejsc do robienia ślicznych fotek jest zresztą sporo, łącznie z najbardziej charakterystycznym widokiem z tarasu koło budki strażnika – zaraz za końcem Inka Trail i oficjalną, starą bramą do miasta. Przy okazji aż człowiek przysiada widząc, że Inkowie właśnie tędy się do miasta dostawali. To tak, jakbyśmy do takiego Wrocławia mogli się dostać tylko wąskimi schodkami przez przełęcz górską na wysokości ponad 2500 metrów.

Z Machu Picchu zeszliśmy dopiero koło 16-tej i od razu zalegliśmy w łóżkach. Mówiąc krótko ani ręką, ani nogą. Leżąc tak tu właśnie pod gruszą na dowolnie wybranym boku przygotowujemy ten opis oraz przerabiamy zdjęcia do sporej galerii – serdecznie zapraszamy!

Na koniec, dla zainteresowanych poniżej kilka opcji dostania się do ruin. Stan na lipiec 2009.

W kategorii wycieczek zorganizowanych mamy przynajmniej:

  1. Inka Trail, czyli najbardziej znany i najbardziej spektakularny sposób, który polega na kilkudniowym trekkingu po górach (wraz z pokonaniem najwyższej przełęczy na 4200 m n.p.m.) szlakiem Inków, czyli starą drogą wykutą w skałach. Na trasie są miejsca kempingowe, ale iść można praktycznie tylko z przewodnikiem, w wyznaczonych grupach, a ilość osób jest limitowana. W sezonie jest tam i tak tłok. Cena ok 250 USD.
  2. Inka Jungle Trail Inka Jungle Trail, czyli dojechanie busem do wioski Santa Maria i dalej trekking z grupą wzdłuż rzeki około 8h do elektrowni wodnej za Machu Picchu Pueblo (dochodzimy więc od drugiej strony), tam spanie, a potem około 6h do samego Machu Picchu. Wycieczka zawiera 2 lub 3 noclegi w hostelach. Inna wersja lub inna nazwa to Machu Picchu by Bike, czyli podobnie jak wyżej, tylko pierwszy odcinek pokonujemy podjeżdżając z Cusco busem wyładowanym wypasionymi rowerami górskimi na ponad 4300 m n.p.m. i stamtąd w ciągu 5-6 godzin zjeżdżamy drogą w dół do Santa Maria. Brzmi nieźle, prawda? 😉 Cena około 170 USD.
  3. Machu Picchu by Train, czyli zwykła wycieczka pociągiem, ale zorganizowana przez agencję turystyczną. Bus z Cusco do Ollantaytambo pod sam dworzec, pociąg, spanie w Machu Picchu Pueblo, zwiedzanie i powrót tą samą drogą. W zestawie przewodnik i jedzenie. Cena około 180 USD.
  4. Machu Picchu by Car, czyli ile się da samochodem na końcu po strasznie dziurawej drodze przez Ollantaytambo i Santa Maria (dokładnie to podobno są w stanie dojechać niemal do hydroelektrowni), potem około 5-6 godzin na piechotę i nocleg w Machu Picchu Pueblo. Z rana spacerek do ruin. Przy tej opcji w samych ruinach jednak ma się tylko kilka godzin czasu, bo trzeba wracać. Cena około 100 USD.

W kategorii akcji samodzielnych jest możliwe:

  1. Pojechanie pociągiem Vistadome (ze szklanymi oknami w dachu) z Cusco do Machu Picchu, kupienie biletu, zwiedzenie i powrót. Wszystko można zrobić w ciągu jednego dnia, ale jest to dość droga impreza (co najmniej 200 USD na głowę).
  2. dojechanie do Ollantaytambo busem z Cusco (2,5 h z przesiadką), pojechanie pociągiem Backpacker do Machu Picchu (z Ollayantambo jeździ tańszy pociąg z mniejszymi oknami) i dalej jak wyżej. To jest bardzo trudne w ciągu jednego dnia, więc zaleca się zanocowanie (ok. 130 USD na głowę).
  3. dojechanie busem do Ollantaytambo lub nawet dalej (kilkanaście kilometrów dalej szutrową drogą) i pójście na piechotę do Machu Picchu Pueblo. Dalej jak wyżej, ale tego nie da się na 100% zrobić w jeden dzień, więc co najmniej jeden nocleg wypada wziąć. Cena co najmniej 65 USD na głowę.
  4. dojechanie busem do Santa Maria i trekking wzdłuż rzeki około 8h do elektrowni wodnej za Machu Picchu Pueblo (dochodzimy więc od drugiej strony), a potem około 6h do samego Machu Picchu. Tu też potrzebne są ze 2 noclegi i generalnie podobno bez lokalnego przewodnika trudniej. Cena co najmniej 65 USD.
  5. Różne mutacje Inka Trail, które polegają na samodzielnym pokonaniu kawałka szlaku lub różnych szlaków alternatywnych. Aby to zrobić potrzebne są i tak pozwolenia, sprzęt, zapasy jedzenia na kilka dni oraz najczęściej podjechanie pociągiem na start, więc nie wiem, czy ma to sens samodzielnie – może lepiej zrobić cały Inka Trail.  Cena bliżej nie znana.

Wszystkie powyższe ceny zawierają przejazdy, noclegi, wstęp do samych ruin oraz jedzenie w niedrogiej knajpce i są przeliczone na jedną dorosłą osobę. Ceny wersji samodzielnych liczyłem samodzielnie, wiec proszę się nie przyczepiać :-). A i jeszcze na koniec o dzieciach: do 8 lat mają wstęp za darmo, a do 15 płacą połowę ceny. Na pociąg dostają zniżkę 50%. Na wycieczki zorganizowane najczęściej nie dostają zniżki, lub ewentualnie 10-15%.


Trzy tygodnie

31 marca 2009

Projekt Golfstrom - odliczanie Do wyjazdu zostało już niecałe 3 tygodnie, więc naprawdę robi się gorąco. W końcu wyjeżdżamy na prawie rok z domu! I to z dziećmi, które przy okazji muszą wcześniej skończyć naukę. Wiszący na drzwiach licznik typu countdown zrobiony na wzór zimorodkowego (dzięki!) codziennie rano przypomina ile jeszcze zostało dni. Mieszkanie mamy zawalone kartonami, w które pakujemy różne rzeczy (bo mieszkanie oczywiście na czas wyjazdu należy wynająć), a na ścianie powieszone trzy wielkie listy:

  1. ZAŁATWIĆ
  2. KUPIĆ
  3. ZABRAĆ

… i dyndający na sznurku roboczy flamaster do nanoszenia nowych punktów i skreślania istniejących. Na razie na tej pierwszej liście jest cała rzesza spraw jeszcze nie skreślonych. Myślę, że pod koniec spróbujemy tu najważniejsze spisać – tak na pamiątkę oraz dla ewentualnych naśladowców. Sporo sprawunków jest jeszcze na tej drugiej liście, ale tym się najmniej przejmujemy, bo są to w większości już drobiazgi. Najważniejszy sprzęt już mamy. Postaramy się też w przyszłości zaprezentować tutaj listę pakunkową, która na razie jest bardzo rozgrzebana. Limit bagażu na głowę to 20 kg na większości lotów, a poza tym to wszystko trzeba potem nosić, więc tak naprawdę nie możemy przesadzać. Tym bardziej, że nasz najmłodszy (pomimo bohaterskich deklaracji) wiele tego bagażu nie uniesie. Choć w teorii mamy więc sumaryczny limit 80 kg, to w praktyce jakieś 45. Inaczej na odcinkach naziemnych to ja musiałbym robić za wielbłąda, a to mi się nie uśmiecha.


Bilety Round the World (RTW)

18 grudnia 2008

Mapa z AirtrekZ tą trasą i biletami to jest tak, że kierowaliśmy się zasadą: ma być ciepło. Mój pierwszy pomysł był taki, aby zacząć od USA i tam kupić auto, którym można przejechać niemal jak Tony Halik aż do Ameryki Południowej (Tony jechał w drugą stronę i trochę dłużej jechał – nie da się ukryć). Jednak, gdy sobie poczytałem jakie formalności trzeba spełnić, aby amerykańskim samochodem przejechać choćby do Meksyku, to mi trochę mina zrzedła. No i jeszcze pozostawał Darien Gap, czyli niebezpieczny kawałek bezdroża panamskiego. Wszyscy zalecają, aby ten region przelecieć górą i darować sobie próby przejazdu. Zbyt łatwo można być tam obrabowanym. I to niejednokrotnie obrabowanym. Nie mówiąc o tym, że nie ma tam drogi! Sprawa prosta: odpadł pomysł przejechania jednym ciągiem, a ponieważ ze względu na pogodę kwiecień i maj na USA wydawał się być trochę za zimny (pisała już o tym Beata), ułożyliśmy trasę najpierw przez Amerykę Środkową, potem przez Południową. Musieliśmy więc znaleźć bilety lotnicze, które by uwzględniały nasze nietypowe wymagania.

Od razu wyszło, że trudniej będzie znaleźć dogodne połączenie za pomocą biletu jednej firmy. Dość szybko odpadła oferta Star Alliance (Lufthansa) oraz OneWorld (British Airways). Tamtejsze aplikacje do budowania trasy odmawiały współpracy uparcie twierdząc, że takich połączeń nie da się zbudować. Za to lektura ich stron internetowych pokazała, jak czasami tanio można polecieć dookoła świata (prosty bilet RTW British Airways w granicach 6000 złotych).

World_golfstrom Za bilety zabraliśmy się więc fachowo za pomocą firm specjalizujących się w takich nietypowych usługach. Na pierwszy strzał poszła firma AirTreks (z Los Angeles), gdzie na stronie internetowej jest fajna aplikacja do budowania trasy, która od razu na bieżąco oblicza wstępne ceny (nam wyszło coś koło 3700 USD). Pozwala to w spokoju pobawić się rożnymi ideami, a przy okazji zorientować się którędy najłatwiej polecieć. Po wysłaniu kilku naszych próśb o ofertę dostaliśmy mailem coś, co było potem bazą przy porównywaniu cen biletów (ta oferta to było już 4900 USD). Oferta AirTreks nie była na oko taka zła (wtedy dolar jeszcze był po 2,50) ale okazało się, że można lepiej. Następną firmą było RoundTheWorldFlights.com z Londynu. Tu oferta, która dostaliśmy była tańsza (2300 GBP), ale zakładała dwa różne bilety i mniej fragmentów lądowych. Zerkaliśmy też na stronę TravelMood, ale to też nie było to. Na końcu trafiliśmy na polecaną w naszej mądrej księdze firmę spod Londynu: Travelnation. Tam nie ma na s tronie wymyślnej wyszukiwarki, ale są za to takie oferty, że mucha nie siada: prosty przelot dookoła świata z kilkoma przystankami za 800 GBP – funt jest teraz po 4,3 zł więc to wychodzi nieco ponad 3400 zł! Taniej niż Lufthansą do USA z Wrocławia (poza promocjami)! Skontaktowaliśmy się z agentem Travelnation podając nasze złożone wymagania i opisując różne opcje (opcji było kilka). Korespondencja była bardzo gęsta, choć czas reakcji tamtej strony to czasem nawet kilka dni. Okazało się, że to, co decyduje o cenie naszego biletu to Ameryka Południowa z powrotem do USA (jest to jakby cofnięcie się) oraz liczba przystanków na Pacyfiku. Liczbę przystanków zredukowaliśmy szybko z 4 do 2 (miały być Hawaje, Polinezja, Samoa i Fidżi, a została Polinezja i Fidżi z przelotem własnym na Tonga). Za to dodaliśmy lądowe przejazdy przez Nową Zelandię i Australię. Po wielu mailach i kilku telefonach udało się ustalić odpowiednią ofertę (około 1900 GBP na głowę). Wpłaciliśmy zaliczkę i poczuliśmy, że naprawdę się zaczyna!


Piekielni braciszkowie

29 października 2008

Don't panic

Ooops. Huknęło zdrowo, jak Lehman Brothers padł. A razem z nim padł kurs złotego. Zważywszy, że część funduszy na naszą podróż mamy jeszcze w złotówkach, uderzy nas to po kieszeni. Miejmy nadzieję, że sytuacja zmieni się w ciągu kilku następnych miesięcy…

Na razie czekamy mając nadzieję, że okropny the Economist rzuca podłe oszczerstwa, twierdząc, że kurs złotówki (oraz forinta i hrywny) względem dolara może się  załamać. Jak i również, że the New York Times zdrowo przesadza pisząc o „once hot Poland”.

Drogi New York Timesie, we are hot, hot, hot!


Lektury obowiązkowe

7 października 2008

Nasze przewodniki

Przyszły przewodniki zamówione wcześniej na Amazonie. Ponieważ już nie raz tam kupowałem, to wiedziałem, że to dobry sposób oszczędzenia paru złotych. Bardziej egzotyczne przewodniki jak Polinezja, czy Australia kosztują u nas w księgarni prawie 100 zł sztuka, a zamówione przez Amazon o połowę taniej. Wraz z przesyłką do Polski. Opłaca się, bo dolar jest nadal korzystny, choć już nie tak, jak w sierpniu, gdy wymieniliśmy sporą część budżetu wyjazdowego. Poza tym nie czarujmy się – wybór w USA jest dużo większy. Na szczęście Urząd Celny postanowił nie zaglądać nam do paczek i przyszły one bez problemów. Kiedyś mi się niestety zdarzyło oclenie, ale to zdaje się były filmy, a nie książki. W każdym razie są!

Teraz pozostaje je przeczytać. Jest tego cała masa i wspólnie z Beatą zabieramy się do roboty. Dzięki tej lekturze możemy jeszcze to i owo na naszej trasie zmienić. Będziemy się starali wstępnie oszacować budżety na poszczególne kraje, bo nie da się ukryć, że jeśli coś nie będzie się mieściło w ramach naszych możliwości, to wyleci. Przykra prawda.

Zacząłem się też zastanawiać co zrobić z tymi książkami, jak już się będziemy pakować. Wszystkich nie weźmiemy – to pewne. Część być może prześlemy wcześniej do znajomych w USA, aby mieć partię na drugą część wyjazdu. A część pewnie zeskanujemy, skserujemy fragmentarycznie lub prze…notujemy. Zobaczy się. W każdym razie żal byłoby je zostawiać – takie są ładne. Samo ich przeglądanie – są pełne kolorowych zdjęć i opisów fajnych miejsc – dostarcza niezłej frajdy. Przed nami więc bardzo sympatyczne jesienne wieczory.


Podróż jak małżeństwo

17 września 2008

Journey and marriage

“A journey is like marriage. The certain way to be wrong is to think you control it.”

Cóż… Steinback z pewnością miał rację i pewnie boleśnie się o tym przekonał, my jednak dokładamy wszelkich starań, aby naszą podróż zaplanować rzetelnie, choć nie w każdym detalu. Dla perfekcjonisty takie przedsięwzięcie to prawdziwy koszmar logistyczny. A jednocześnie musi być miejsce na wolność, wiatr we włosach i podróż w zgodzie z marzeniami, które będą się pojawiać także po drodze.

Podział zadań jest następujący:

Błażej – łączność, IT, logistyka finansowa, ubezpieczenie, specjalizacja: USA, Australia, Oceania i Nowa Zelandia

Beata – dokładne trasy i budżety w poszczególnych krajach, komunikowanie się w Ameryce Łacińskiej, zdrowie, przepisy, społeczności podróżników, specjalizacja: Ameryka Łacińska i Indochiny

Oboje – sprzęt, dogranie szczegółów ze szkołą i przedszkolem, mieszkanie

Wygląda na to, że na etapie planowania taki podział działa dość dobrze. Zobaczymy jak będzie później, jak się okres narzeczeński skończy ;-).