Kochamy tropiki

7 grudnia 2009

Straż czuwa Już w czasie międzylądowania w Sydney dopisywał nam dobry humor. Było w końcu ciepło, ani jednej chmurki na niebie i leciutki wietrzyk. W Cairns lądowaliśmy o 21.45 czasu lokalnego, wg naszego “biologicznego” czasu była już za piętnaście pierwsza w nocy. Specjalnie nie zwróciliśmy na to uwagi, rozentuzjazmowani upałem i wilgotnością. Nie wszyscy niestety. Siński oznajmił z drżeniem głosu, że on Australii nie chce zwiedzać, bo tu tak gorąco. Ale był zmęczony i śpiący, więc go tatuś wziął na ręce i marudzenie ustało. Następnego dnia siedział cały czas w basenie, więc tropiki też mu już raczej odpowiadają. Komu zresztą nie.

Rozbiliśmy się po omacku, wrzuciliśmy nasze bagaże bezwładnie do środka i zalegliśmy na karimatkach bez ciepłych śpiworów, w cieniutkich piżamkach i bawełnianych prześcieradełkach. Niewiarygodna odmiana. Pierwszego dnia obudziliśmy się o piątej rano. Coś furczało, gulgotało, skrzeczało, chrypiało i zachłystywało się własnym trelem w kilku miejscach na raz, z niemałym zdumieniem stwierdziliśmy  też, że kilka bliżej niezidentyfikowanych, choć znanych nam już z Tahiti ptaszków tłukło się zawzięcie przed naszym namiotem. Na dworze wychodziło słońce, było dwadzieścia parę stopni i w powietrzu unosił się słodki zapach kwiatów. Skrzeczały kolorowe papugi, przelatujące z drzewa na drzewo w sobie znanym celu. Co tu dużo kryć, było cudownie.

Na deptaku miejskim W czasie wstępnego rekonesansu odkryłam targ owocowo-warzywny. Papaje, mango i czarne zapote leżały obok nektaryn, arbuzów i śliwek, samych rodzajów sałaty naliczyłam chyba piętnaście, świeże zioła i mieszanki przyprawowe do curry cieszyły oko zaraz obok świeżo wysmażonych sajgonek i szaszłyków z kalmarów. Wyglądało jednak na to, że Cairns ma do zaoferowania także inne rozrywki – gabinety kosmetyczne oferujące woskowanie panom i paniom, po którym od razu można spryskać ciało brązującym balsamem, setki pubów i klubów z rozrywkami mniej lub bardziej dla dorosłych, biura turystyczne reklamujące nurkowanie na rafie i skydiving (skoki z samolotu z dużej wysokości, spadochron otwiera się nisko nad ziemią), plac zabaw i uroczy deptaczek w centrum. Tak więc grzejemy się ile wlezie (2B się głównie moczą).


Pamiętaj, lewą stroną

3 grudnia 2009

Droga krajowa numer 1 “Pamiętaj, jedź lewą stroną!” – pożegnał mnie żartobliwie David (mąż Ani z Zielonego Wzgórza) po tym, jak mu opowiedziałem o moim przypadku z oponą. No i rzeczywiście starałem się cały czas. Mogę powiedzieć, że się udało: przejechaliśmy ponad 6 tysięcy kilometrów (sam się zdziwiłem, gdy sprawdziłem licznik na końcu), a ja cały czas jechałem po lewej. Trzeba też uczciwie przyznać, że człowiek się dość szybko przyzwyczaja i na trasie praktycznie nie ma to znaczenia (raz mnie tylko obtrąbili, gdy odruchowo wyjechałem z bocznej drogi na prawą stronę i zacząłem niefrasobliwie jechać patrząc na zbliżający się z przeciwka samochód). Najgorzej jest przy manewrach, parkingach i w innych takich wesołych miejscach. Wyobraźcie sobie na przykład, że tutaj nawet parkingi są zorganizowane odwrotnie, czyli jadąc po lewej wjeżdżamy na lewo i poruszamy się dookoła (na przykład parking na końcu drogi, albo piętrowy parking ze ślimakiem) zgodnie z ruchem wskazówek zegara. U nas wręcz przeciwnie. Niestety nie ma to związku z półkulą południową i siłami Coriolisa. Po prostu tak jest ustalone w krajach z ruchem lewostronnym i już (nawiasem mówiąc piesi też tak się poruszają na chodnikach, czy schodach, ale to już inna historia).

Autostrada pod Auckland Ku mojemu zdziwieniu Nowa Zelandia ma mniej kilometrów autostrad niż Polska, choć kraj to teoretycznie bardziej rozwinięty gospodarczo. Myślałem, że mniej się nie da (trochę niepatriotycznie, prawda?) 🙂 Gdy jednak przeliczy się to na liczbę mieszkańców, to już z nami wygrywają niestety. Nowozelandczyków jest bowiem 4 mln (słownie: cztery), zaś nas już ciut ponad 40. A i jeszcze: Wellington należy również do grupy stolic, do których dochodzi autostrada – w przeciwieństwie do naszej poczciwej Warszawy (w Europie jesteśmy zdaje się jedyni, nawet Tirana ma autostradę).

 

Największy wiadukt W Nowej Zelandii są też dwa odcinki płatnej autostrady, ale tu już nie mamy co się nawet porównywać. Nie dość, że jest mniej więcej dwa razy taniej niż na odcinku Kraków – Katowice, to jeszcze płatność odbywa się elektronicznie. Każdy samochód przejeżdżający przez bramki jest rejestrowany kamerą (nie ma stanowisk do płacenia, więc nikt się nie zatrzymuje), a potem kierowca ma 3 dni, aby opłacić swoje myto – na podstawie tablicy rejestracyjnej. Opłatę można wnieść przez Internet, telefonicznie lub w specjalnym automacie na parkingach po obu końcach autostrady. System jest połączony z rejestrem pojazdów, bo nawet dla potwierdzenia podaje jaką marką samochodu i jakim rocznikiem jechałeś. W Katowicach jedyny sposób to gotówka w budce. I to po obu stronach drogi, więc trzeba się dwa razy zatrzymać i dwa razy truć środowisko.

Mostek jednokierunkowy Za to jakość dróg w Nowej Zelandii przypomina jako żywo naszą ojczyznę, bo główne drogi wyglądają jak nasze (a nawet często są węższe). Jest też wiele pomniejszych szos wiejskich oraz sporo szutrowych, które są tu na porządku dziennym – u nas służą do dojazdu do domostwa, a tu czasami są normalnym szlakiem komunikacyjnym. Dodatkowo na drogach (nawet tych głównych, o jednocyfrowej numeracji) często spotyka się mostki jednokierunkowe. Są na tyle wąskie, że dwa auta nie przejadą jednocześnie. Na dłuższych w połowie zorganizowana jest mijanka, ale generalną praktyką jest zwolnienie przed mostkiem w celu rzucenia okiem kto ma pierwszeństwo (oznakowania są wyraźne) i czy z przeciwka coś na mostek nie wjeżdża.

Szutrowa droga a na niej opos Cały czas więc trzeba trzymać się lewej, pamiętać o kierunkowskazie umiejscowionym z drugiej strony kierownicy (nadal nie rozumiem dlaczego?), błogosławić automatyczną skrzynię biegów (bo ręczną obsługuje się lewą ręką, więc stopień trudności rośnie) i trzymać się bardziej środka drogi, bo zdając się na standardowy instynkt i wyczucie szerokości auta można lewą stroną łatwo o coś zahaczyć (a tam przecież jeszcze druga osoba się znajduje), uważać na licznych ostrych zakrętach (szczególnie w górach) oraz starać się rozjechać jakiegoś oposa podobnie jak typowy Nowozelandczyk, który zwyczajowo już stara się zmniejszyć przy każdej nadarzającej się okazji populację tych znienawidzonych tu szkodników.

Nie jest więc łatwo, ale za to “trudy” jazdy po Nowej Zelandii wynagradzają kierowcy takie widoczki:

Pocztówka z NZ wzorowana na pocztówce z USA Urocza droga 1
Urocza droga 2 Urocza droga 3

A! I na koniec jeszcze jedno. Wynikiem naszego jeżdżenia po Nowej Zelandii są nie tylko te liczne relacje krajoznawcze, ale również podróż przez świat Władcy Pierścieni, na którą serdecznie zapraszam zainteresowanych (głównie fanów).


Kącik łasucha – Dunedin

1 grudnia 2009

UWAGA: Poniższy post powstał pod wpływem substancji działających na układ nerwowy, wywołujących potężny wzrost poziomu endorfin we krwi, błogi uśmiech i nieuchronne uzależnienie …

Zbliża się koniec naszej podróży po Nowej Zelandii, więc czas na małe podsumowania. W charakterze wstępu do “kącika” podajemy naszą subiektywną i gorącą czołówkę notowania “Za co należy podziwiać Nowozelandczyków?”

  1. Hillary po pierwsze, za Aoraki, Przewiercającą Chmury (czyli Górę Cooka 3754m n.p.m.);
  2. po drugie, za Sir Edmunda Hillarego (po 5 tygodniach rock&rolla pogodowego przestaliśmy się dziwić, dlaczego to właśnie Nowozelandczyk zdobył Mount Everest);
  3. po trzecie, za najwyższy wskaźnik rozjechanych oposów na kilometr drogi (godna podziwu konsekwencja, a mimo to oposów podobno wciąż 60 mln);
  4. po czwarte, za szczęśliwe, brykające po zielonych pastwiskach owce i znakomitą jagnięcinę;
  5. po piąte, za imponujące ignorowanie warunków atmosferycznych przejawiające się:
    a) skakaniem do zatoki morskiej w ramach świętowania końca roku szkolnego (zaobserwowane w Wellington – temperatura powietrza 13 stopni Celsjusza);
    b) udzielaniem lekcji surfingu przy mroźnym wietrze (zaobserwowane w rejonie Southland –  temperatura powietrza jakieś 10 stopni Celsjusza);
    c) bieganiem w mundurkach szkolnych ale boso po ulicach, bynajmniej nie w rejonach z aktywnością geotermiczną (zaobserwowane na Wyspie Północnej i Południowej, temperatury powietrza około 13-15 stopni Celsjusza);
  6. no i po szóste, za odwrotnie proporcjonalną zależność między temperaturą odczuwalną powietrza, a ilością zjadanych lodów.

Hokey PokeyTwardzi Nowozelandczycy produkują bowiem najwięcej lodów na jednego mieszkańca i jedzą ich prawie tyle ile Amerykanie. Co więcej, oprócz tradycyjnych lodów na patyku trudno jest znaleźć w sklepie opakowania jednolitrowe lub mniejsze, które odpowiadałyby naszym potrzebom i trybowi życia (brak zamrażarki). Standardowym opakowaniem jest opakowanie dwulitrowe. Myśleliśmy, że w Nowej Zelandii będziemy objadać się lodami, ale na spróbowaniu znakomitych Hokey Pokey (lody śmietankowe z kawałkami chrupiącego toffi) właściwie się skończyło.  Bez specjalnych dyskusji i jednogłośnie z lodów przerzuciliśmy się na czekoladę … Jakoś nam bardziej pasowała biorąc pod uwagę aurę…

Mała dygresja: Podobno zresztą istnieje Hokey Pokey w odmianie czystej, czyli toffi w formie plastra miodu, ale takiego nie widzieliśmy nigdzie. Podobnie jak deseru pavlova (bezy z owocami), co do którego nikt zresztą nie jest pewien, czy pochodzi on z Nowej Zelandii, czy z Australii… Może w takim razie w Australii nas jednak przekonają, że to ich…

Świat Cadbury W Nowej Zelandii marką dominującą jest Cadbury (w końcu to kraj o silnych wpływach brytyjskich). Lindt, Whitt & Whittaker i pralinki belgijskie również są na rynku, ale sądząc po asortymencie, nie stanowią dla Cadbury poważnej konkurencji. Rozmaitość czekolad brytyjskiej firmy jest doprawdy imponująca, więc z zapałem zabraliśmy się do testowania. Zaczęliśmy od Rocky Road stanowiącej szlachetną wersję czekolady Studenckiej – kultowego niegdyś czeskiego wyrobu ze sporą ilością galaretki, orzeszków ziemnych i rodzynków. Rocky Road to pachnąca wanilią czekolada z orzeszkami ziemnymi, zabawnymi wiśniowymi żelkami i anglosasko wzbogacona różowymi kawałeczkami kleistego marshmallowa. Próbowaliśmy jeszcze Turkish Delight (wiśniowa galaretka w rozpływającej się w ustach mlecznej czekoladzie), Pannacotty (śmietankowo-wiśniowe nadzienie, mniam), Fruit&Nuts (bardziej klasyczna wersja z rodzynkami i migdałami), ale nasze serce zdobył Creme Brulee ze śmietankowo-karmelowym nadzieniem i lekko chrupiącymi cukrowymi drobinkami dokładnie takimi, jakie powstają, gdy powierzchnię przygotowanego tradycyjną metodą creme brulee opala się palnikiem. Czekolada, którą  było oblane nadzienie była bajkowo gładka i aksamitna, więc zjadaliśmy ją w ilościach potężnych. Co ciekawe, czekolada we Fruits&Nuts nie była już aż taka dobra, ciekawe, czy stosują różne receptury…

Wjazd do fabryki Nic więc dziwnego, że w Dunedin z prawdziwą radością wybraliśmy się na wycieczkę po fabryce czekolady. Zbierając i zajadając rozdawane co krok czekoladki (żeby zdobyć niektóre z nich trzeba było odpowiadać na zadawane w czasie wycieczki pytania) zwiedziliśmy fabrykę i centrum informacji o czekoladzie. Próbowaliśmy prażonych ziaren kakaowych (bardzo intensywne, gorzkawe), testowaliśmy płynną czekoladę (ciepłą, pachnącą, mleczną, gęstą – co to był za smak!) i podziwialiśmy kilkumetrowy czekoladowy wodospad przygotowany dla przyjemności odwiedzających (ach, chciało się tam podstawić kubeczki po dokładkę, ale nie można było 😦 ). Wzmocnieni solidną porcją czekoladowych przyjemności z błogim uśmiechem szczęścia na twarzy rasowych chocoholików wyruszyliśmy w dalszą drogę…

Tym, którzy też by tak chcieli uprzejmie donoszę, że fabryka Cadbury jest także pod Wrocławiem… Takich atrakcji chyba nie oferują, ale kto wie, może niedługo….

Galeria z Southland, południowej części Wyspy Południowej już za kilka godzin już jest gotowa. Zapraszamy!