W drodze do złotej skały

24 lutego 2010

To tam tyle jechaliśmyZ Inle Lake jechaliśmy do Bago (planowo 16 godzin jazdy autokarem), aby stamtąd przedostać się do Kyaiktiyo słynnego ze złotej malutkiej pagody. Jest to miejsce otoczone czcią, do którego pielgrzymują rzesze mieszkańców Birmy – włos Buddy i cudowne zawieszenie skały nad przepaścią dodają jej i czaru i świętości. Na miejscu mieliśmy być koło siódmej rano, ale nasz kierowca tak przycisnął, że do Bago zajechaliśmy prawie cztery godziny wcześniej – o trzeciej nad ranem. Wysiedliśmy więc, nieszczęśni, i zadekowaliśmy się w herbaciarni, o dziwo o tej godzinie pełnej ludzi. Objedliśmy się ciasteczek, opiliśmy herbatki i jeszcze obejrzeliśmy wręczanie kwiatów naszej Justynie (trzecie miejsce w biegach kobiet) i zawody w curlingu (to z niekłamanym rozbawieniem – Isia stwierdziła, że miło zobaczyć panów z takim zaangażowaniem machających szczotkami).

O siódmej rano wsiedliśmy w końcu do autobusu i dojechaliśmy do Kinpun, bazy wypadowej pielgrzymek do Złotej Skały. Ale to jeszcze nie był koniec. Odświeżyliśmy się pospiesznie, zjedliśmy lunch i poszliśmy na przystanek ciężarówek – naszego następnego środka lokomocji – jedynego, jaki wjeżdża 11 km stromą drogą pod górę. Bo dalej w zasadzie już można tylko na piechotę.

Ławeczki - zbliżenieO pierwszej trzydzieści siedzieliśmy na ciężarówce jakieś 3 metry nad ziemią, a z nami siedziało pewnie z pięćdziesięciu Birmańczyków. Ruszyliśmy, a nasi towarzysze rozpoczęli modły – w końcu udawaliśmy się do miejsca świętego. “O cholera!” wyrwało mi się niechcący pośród otaczających mnie buddyjskich recytacji, kiedy wierzgnięcie silnika prawie sprowadziło mnie do parteru. Balansowaliśmy na belkach szerokości około 10 centymetrów usiłując upchnąć nasze za długie, jak się okazuje, nogi między naszą beleczkę, beleczkę przed nami (odległą jakieś 30 cm), a kończyny sąsiadów liczne niczym odnóża stonogi. (Zdjęcie obok zostało zrobione, gdy paka nie była jeszcze pełna – kierowca i jego pomocnik czekają, aż zgromadzi się odpowiednia grupa pasażerów – potem następują przegrupowania i dopchnięcia, dwóch odważnych wskakuje na dach szoferki i jazda!). Modły skończyły się jednak szybko i dalsza podróż pod górkę krętą stromizną przebiegała już w nastrojach jak z wesołego miasteczka, bo kierowca był w dobrym humorze i wyprzedzał wszystkie ciężarówki po drodze. Birmańczycy chichotali, szczerzyli do nas czerwone od betelu zęby, piszczeli na zakrętach i dopingowali kierowcę. Różnice międzykulturowe i ekonomiczne były doskonale widoczne. U nas każdy podróżny ma własne miejsce, pas, poduszkę powietrzną (albo i dwie), pojemnik na kawę i lusterko. Tutaj ma latającą na wszystkie strony beleczkę, ale też mrowie sąsiadów, ich ramiona, nogi i boki stanowiące oparcie i trzymadełko zarazem. Nie wspomnę o wiezionych wiechciach i bagażach, które także mogą w sytuacji podbramkowej ochronić jadącego przed siniakiem. Na początku podążając za wyuczonymi wzorcami i ignorując zupełnie fakt, iż pani z ławeczki przed nami praktycznie siedzi mi na kolanach, usiłowałam znaleźć przede mną kawałek belki, której mogłabym się uchwycić. Od czasu do czasu chwytałam za ławeczkę, a od czasu do czasu za siedzenie sąsiadki z przodu. Rzucało zdrowo, więc jak już się chwyciłam za to, co chciałam, to dla odmiany na jakimś wyboju sąsiadka spadała mi z plaśnięciem na moją rękę. W Polsce by mnie oskarżono o molestowanie, a tu nikt się moimi poszukiwaniami kawałka ławeczki specjalnie nie przejął.

Zajechaliśmy do podnóża słynnej góry i rozpoczęliśmy wędrówkę szlakiem pielgrzymim dochodząc do wniosku, że buddyści mają chyba ciężej. Droga była dość stroma, wspinaliśmy się wraz z innymi pielgrzymami mijając sklepiki z napojami, chatki z folii i umorusane dzieci. Stanowczo odmówiliśmy bycia wniesionym na szczyt w lektykach (wszyscy), oraz w bambusowym koszu (Bernaś), pomimo zachęt, że “baby” ( Bernaś) zostanie wzniesione gratis. Jakoś nie podobały nam się specjalnie te wielkopańskie pomysły i uznaliśmy, że niehonorowo jest nie wdrapać się na górę samodzielnie. Za to nieco później zaobserwowaliśmy z mieszanymi uczuciami całą wycieczkę (chyba japońską) niesioną właśnie w ten sposób. Najwięcej kontrowersji wzbudziła dziewczyna w lektyce ze słuchawkami od iPoda w uszach i książką przed nosem. Pełen odlot.

Na szczycie wyłożony marmurem plac błyszczał w słońcu. Stupa migotała, cała pokryta listkami złota wcieranymi przez pielgrzymów. (Wcieranie to rzecz męska – kobiety ani wcierać ani podchodzić bliżej nie mogą, więc stałyśmy sobie z Isią grzecznie z sandałami w rękach obserwując, jak uprawnieni członkowie naszej rodziny idą obejrzeć cud z bliska.) Podobnie jak nad Bagan powietrze było zamglone, barwy złamane i trochę nierzeczywiste. W drodze powrotnej jechało się już spokojniej. Dla równowagi trzymałam się ramion pasażera przede mną (podobnie jak moja sąsiadka) w przerwie dyskutując z Isią na temat najlepszych technik łapania równowagi i wypatrując kolejnych zakrętów pomiędzy plecami dwóch Birmańczyków siedzących na dachu. Było już chłodniej. Wiatr chłodził przyjemnie twarz i rozwiewał włosy. Nad wzgórzami porośniętymi gęstą dżunglą właśnie zachodziło słońce.


Kolejne polskie wejście na Górę Kościuszki

25 stycznia 2010

Sprzęt wyszykowany był już z rana. Liny, raki ;-), kurtki, krem na słońce, krem na muchy, satelitarne telefony komórkowe, plecaki, woda i fura żarcia. Szczególnie czekoladowe batoniki dla dzieci. Dzieci bowiem, jak powszechnie wiadomo, napędzane są batonikami czekoladowymi, czekoladą, lodami oraz innymi tego typu paliwami stałymi. 🙂 A! I jeszcze nieśmiertelnymi zupkami chińskimi oczywiście.

Polska baza wspinaczkowa w GeehiDo polskiej bazy wspinaczkowej w krainie wiecznego śniegu i lodu, czyli w Alpach Australijskich, dotarliśmy poprzedniego wieczoru i po kąpieli w górskim strumieniu (A co! Marines jesteśmy wszak!) oraz spędzeniu miłej nocy w chacie schroniskowej byliśmy gotowi na zdobycie szczytu – szlakiem Pawła Strzeleckiego (cały czas z “Tomek w krainie Kangurów” w ręku). Kangury zresztą łaziły (przepraszam, kicały) koło schroniska cały wieczór, a jedna szczególnie ciekawska (naprawdę olbrzymia) Mama Kangurzyca przypatrywała się nam z kilku metrów, gdy rano pakowaliśmy sprzęt do samochodu. A może był to tata kangur? Diabli go wiedzą.

Góra Kościuszki widziana z Geehi Należy wyjaśnić, że polska baza wspinaczkowa w Geehi (na wysokości 450 m n.p.m) u stóp Góry Kościuszki (najwyższa góra Australii, wysokość 2220 m n.p.m.) założona została parę godzin przed naszym przyjazdem przez Iwonę i Huberta z Londynu (a niedługo już znów z Poznania), których poznaliśmy jeszcze w Sydney na campingu. Po otrzymaniu koło południa SMS z koordynatami “bazy” włączyliśmy nasz pokładowy GPS i pognaliśmy tam przez góry, pola i doliny prosto z Canberry (gdzie nawiasem mówiąc udało nam się uzyskać niezmiernie sprawnie wizę do Birmy, do której lecimy już za 2 tygodnie). Wcześniej zakupiliśmy wspomniane wyżej zapasy spożywcze oraz stosowne trunki. Nastąpiło więc kolejne spotkanie Polaków na obczyźnie. Po sprawnym (komary cięły, cholera!) opiciu naszego wyniku w pierwszym etapie konkursu Blog Roku 2009 cała polska ekipa była gotowa z rana (to jest koło 10 z rana) do ataku na szczyt.

Polska ekipa poZ parkingu na przełęczy było 23 kilometry na Górę Kościuszki i z powrotem. Dzieci (napędzane batonikami i opowieściami o psach chodzących po piwo i elfach pływających po morzach) pokonały ten dystans w tempie ekspresowym i o dziwo bez specjalnego marudzenia po drodze. Cieszyły się, że pobiły kolejny swój rekord długości dziennego przejścia. W sumie zajęło nam to 9 godzin. Raki i liny 😉 okazały się niepotrzebne, gdyż śniegu oczywiście nie było. Nawet gdyby był, to droga była przygotowana rewelacyjnie. Było gorąco (gdy nie wiało). Widoki przepiękne, gdyż przebijaliśmy się przez lasy skarłowaciałych śnieżnych eukaliptusów, a potem skalne krajobrazy przypominające nieco wyższe partie naszych Karkonoszy. Wiało i to nieźle. Kurtki i bluzy się przydały. Przypomniało nam się niby niepozorne wejście na najwyższy szczyt Sardynii kilka lat temu, gdzie wiatr wycisnął z nas resztki energii.

Delikatna korekta Na szczycie nastąpiła sesja fotograficzna, tradycyjne ugotowanie i zjedzenie zupki chińskiej i odczytanie pamiątkowej tablicy na cześć Strzeleckiego. Przy okazji uczyliśmy sympatyczną panią strażniczkę parku oraz okolicznych Australijczyków, jak się powinno wymawiać Kościuszko i Strzelecki. Oni bowiem kaleczą oba te nazwiska koszmarnie. Nie powtórzę nawet jak to wypowiadają, ale generalnie czytają jak leci z wymową angielską. Zrobiło się jakoś tak patriotycznie i domowo. Ja nawet popełniłem ten wandalizm, że na punkcie widokowym pod szczytem poprawiłem flamastrem pisownię Strzelecki (bo napisali Stzelecki) – choć muszę dodać na swoje usprawiedliwienie, że nie byłem pierwszy. Jacyś inni rodacy najwyraźniej robili to już długopisem wcześniej, tylko napis się starł. Na szczęście na tablicy na szczycie, cytującej słowa Strzeleckiego, pisownia była już poprawna, bowiem Strzelecki po wejściu na szczyt w 1840 roku napisał tak:

Szczyt skalisty i nagi, przewyższający kilka innych wywarł na mnie tak wielkie wrażenie przez podobieństwo do kopca wzniesionego w Krakowie nad grobem patrioty Kościuszki, że choć w obcym kraju, na obcej ziemi, lecz wśród wolnego ludu, który cenił wolność i jej atrybuty, nie mogłem powstrzymać się od nadania górze nazwy Góra Kościuszki.

Zapraszamy do galerii z Gór Błękitnych (gdzie byliśmy na wycieczce niedaleko Sydney) oraz z Góry Kościuszki.


Złoto czy Słońce

30 grudnia 2009

Święty Mikołaj na wakacjach - plakat w sklepie Niektórzy czytelnicy naszego bloga zauważyli zapewne, że jakoś ostatnio mniej się dzieje. My też mamy takie wrażenie, ale to chyba z naszej strony celowe działanie. To znaczy celowym działaniem było spokojniejsze potraktowanie Australii, a nie zaniedbywanie czytelników. 🙂

Gdy w końcu po Zimnej Zelandii dojechaliśmy do przyjemnego, ciepłego kraju grzechem byłoby nie odpocząć trochę i nie skorzystać z plaż i wody. W końcu są wakacje, prawda? Tutaj w Australii wakacje trwają w pełni, choć w Polsce też chyba okres świąteczny dobrze się ułożył i wiele osób zrobiło sobie dłuższe wolne od pracy. My w każdym razie korzystając z lokalnych wakacji, słońca i dobrego samopoczucia przemieszczamy się w trybie nieco zwolnionym. Z tego też powodu odwiedziliśmy zachwalane we wszystkich przewodnikach oba wybrzeża wokół Brisbane: Gold Coast i Sunshine Coast. Oba zwiedziliśmy najpierw wraz z naszym niezmordowanym przewodnikiem i gospodarzem Andrzejem (jeszcze raz dziękujemy – na pewno nas czyta), a potem zaszyliśmy się na wybrzeżu słonecznym w Noosa, gdzie spędziliśmy (jak już wiecie) Boże Narodzenie. Zbyt długie siedzenie w jednym miejscu jednak nam nie pasowało, więc zaraz po weekendzie wypożyczyliśmy auto i objechaliśmy trochę okolicę. Mamy więc pełen obraz obu wybrzeży, choć nieco spaczony dłuższym pobytem na północnym – nie da się ukryć, że tutaj nam się bardziej podobało.

Ratownicy Aby było jasne o czym piszemy, należy się ociupinka wprowadzenia. Oba wybrzeża (Gold Coast kilkadziesiąt kilometrów na południe od Brisbane, a Sunshine Coast kilkadziesiąt kilometrów na północ) to nadmorski pas miasteczek wypoczynkowych lub letniskowych ciągnący się przez kilkanaście kilometrów, przy czym Gold Coast na południu skupiony jest bardziej w jednym miejscu, a Sunshine Coast jest nieco bardziej rozrzucone. Wyjaśnijmy po pierwsze klimat: w okolicach Brisbane jest ciepło i przyjemnie. Nie jest aż tak wilgotno, jak na północy stanu Queensland – temperatura w okolicach 30 stopni, słońce w ciągu dnia praży mocno, ale woda w morzu chłodzi akurat tak, jak trzeba. Bajka! Druga sprawa to krokodyle: nie ma ich tutaj. Trzecia rzecz to meduzy-stingery: nie występują. Jedyne zagrożenie ze strony morza to fale i prąd wciągający, więc warto korzystać z plaż strzeżonych (a jest tu ich całe mnóstwo) i po prostu uważać. Teoretycznie są jeszcze rekiny, które się tu czasem pojawiają, ale przypadku ataku nie odnotowano od wielu lat, więc też i strachu nie ma. Wybrzeże jest monitorowane i gdyby się taki pojawił plaża byłaby zamknięta. Słowem: jest jak trzeba.

Słynne Metermaids Gold Coast to druga Floryda – nazwy miejscowości takie same (jest więc Miami Beach), zabudowania też (wieżowce z apartamentami) oraz mnóstwo parków rozrywki. Jest również ciągnąca się wzdłuż morza rzeka robiąca za kanał żeglowny – zupełnie tak, jak na Florydzie. Z jednej strony jest więc morze i wspaniałe plaże, a z drugiej kanał pełen motorówek i innego pływającego sprzętu. Po środku miasteczko Surfers Paradise – o nieco mylącej nazwie, bo tak naprawdę wygląda kubek w kubek jak Miami: gigantyczne wieżowce nad samym morzem. Na wystawie widzieliśmy zdjęcie zabudowy Surfers Paradise sprzed kilkudziesięciu lat – wtedy to może był raj dla surferów, ale teraz jest to śliczny przykład komercyjnego kurortu. Ze starych czasów został deptak nad morzem, ratownicy oraz instytucja Metermaids, czyli pań zachęcających do płacenia za parkowanie. Obecnie to już bardziej chyba atrakcja dla turystów, niż służba publiczna, ale początki takie właśnie były. No i oczywiście zostali surferzy, których nadal jest tutaj sporo.

Plaże na Sunshine CoastSunshine Coast jest spokojniejsze, mniej komercyjne i pełne romantycznych zakątków. Jest park narodowy w Noosa, mnóstwo ślicznych plaż, campingi, słynne targowisko w Eumundi, Australia Zoo oraz wszelakie atrakcje: motorówki do wypożyczenia, kajaki, rowery, wycieczki, lekcje surfingu, centra handlowe i nawet bardzo ciekawe góry (Glass House Mountains), które udało nam się zdobyć. Ale najfajniejsze są oczywiście plaże i wspaniałe, silne fale. Zabawa oczywiście dla całej rodziny doskonała, czego nie muszę nikomu, kto lubi morze wyjaśniać. Tyle, że tutaj fale są mocniejsze niż nad Bałtykiem. Nawet nie tyle większe, co właśnie mocniejsze. Uderzają tak, że czasami ciężko ustać i szorowanie tyłkiem po piasku nie należy do rzadkości. Jest też dużo cieplej zarówno w wodzie, jak i na powietrzu. Korzystamy więc ile możemy, a i Sylwestra chcemy spędzić na plaży – w Nowy Rok już wracamy do Brisbane, aby planować dalszy ciąg naszej wyprawy przez Australię.

Wkrótce zaprosimy Zapraszamy do galerii z Sunshine Coast oraz z z Gold Coast.


Krajobrazy, krajobrazy

25 listopada 2009

Lodowiec Tasmana Przejechaliśmy już prawie całą wyspę południową (w tempie większym niż wcześniej, bo czasu coraz mniej, a odległości większe) i nie możemy się nadziwić jak różne krajobrazy są w tym w sumie niewielkim kraju. Na wyspie północnej mieliśmy wulkany, gejzery, górskie rzeki, oceaniczne plaże i olbrzymie lasy. Tutaj znowu wielkie trawiaste równiny Canterbury, przez które przewala sie ciepły wiatr Nor’wester, przepiękne Alpy Południowe, które wyglądają rzeczywiście jak Alpy, a w dolinkach między górami czuliśmy się jak w Tyrolu, ogrody i farmy podobne do tych, jakie widzieliśmy w Kalifornii oraz majestatyczne fiordy i lodowce. No i pustki, bo miasteczek coraz mniej. Nie to, co na południu USA , ale prawie, prawie. Najbardziej majestatycznie wyglądały jednak ośnieżone Alpy – tym bardziej, że mieliśmy akurat bardzo słoneczną pogodę. Widok lodowca Tasmana z jego olbrzymimi morenami bocznymi (wyglądającymi, jakby przez góry przeszedł kolosalnej wielkości robal-wszystkożerca) wystarcza za solidną lekcję geografii. A jeśli jeszcze do tego uczeń przeczyta na tabliczce, że 20 lat temu tu gdzie widać szarą wodę (zdjęcie powyżej) był lodowiec, a 100 lat temu punkt obserwacyjny był sporo poniżej jego górnej krawędzi, to i za lekcję zielonej ekologii starcza. Globalne ocieplenie widać jak na dłoni, a podróże niewątpliwie kształcą. My w każdym razie widokiem gór, śniegu oraz lodowca byliśmy zachwyceni.

Zapraszamy do aż czterech nowych galerii z Nowej Zelandii.


Opierzeni gumożercy

22 listopada 2009

Winowajczyni w całej krasie Półtorej godziny od Christchurch leży Arthur’s Pass – nie tyle przełęcz, co park narodowy. Znany z pięknych widoków, zmiennej pogody i jedynej na świecie górskiej papugi – bardzo fotogenicznej, ale o nieco zszarganej reputacji. Niegdyś była roślinożerna, ale kiedy na wyspy wprowadzono owce, stała się amatorką nowozelandzkiej jagnięciny wycinając swoim dziobem płaty skóry na grzbiecie nieszczęsnych zwierząt i często pośrednio powodując ich śmierć. Takie zniewagi nie mogły ujść płazem, a że ekologia i ochrona lokalnej fauny wówczas nie była w modzie, więc chwycono za dwururki i proce i wybito keę niemal doszczętnie. Od 1986 roku objęto je całkowitą ochroną – teraz jak podjadają owce, to się je deportuje w inne miejsce, licząc na większą wyrozumiałość tych farmerów, którym papugi jeszcze nie zaszły za skórę, a na miejscu robi się wszystko, żeby poszkodowanego hodowcę udobruchać. I po jakimś czasie znowu zmiana ;-). Traktowane z taką atencją sprytne ptaki szybko znalazły sobie rozrywki dotychczas zakazane, czyli obgryzanie wycieraczek, siodełek rowerów, napady na plecaki i wybebeszanie kubłów na śmieci. Trudno powiedzieć ile w tym prawdy, ale Nowozelandczycy twierdzą, że jest to najbardziej inteligentny ptak na świecie. My stwierdzamy z całą pewnością, że nie lubi się nudzić.

Już za chwileczkę, już za momencik Bardzo chcieliśmy zobaczyć keę, więc dopytaliśmy się w centrum informacyjnym parku narodowego, gdzie tego niezwykłego ptaka można spotkać. “Ależ z tym nie ma problemu. Jedźcie 200 metrów dalej, koło sklepu!”. Jeszcze nie wysiedliśmy z samochodu, a już zobaczyliśmy keę przelatującą nad jezdnią. Wszechobecne dookoła kafejki tabliczki “Nie karmić kei!” dały nadzieję, że będzie ich więcej. Rzeczywiście, zgodnie z ulotką informacyjną, na ulicy grasował już gang 5-6 papug, prawdopodobnie młodych samców. Spacerowały z godnością po ulicy, wskakiwały na samochody, dachy kawiarni, stoliki, kubły na śmieci – jednym słowem wszędzie, gdzie istniała szansa na zdobycie choćby odrobiny jedzenia albo spłatanie jakiegoś figla. Latały tylko w ostateczności, pokazując przepięknie ubarwione na czerwono od spodu skrzydła, a do średnio pilnych spraw spieszyły poleczką, co całkowicie odzierało je z dostojeństwa. Z rozbawieniem obserwowaliśmy, jak siedząc na kawiarnianych stolikach szarpały za sznur od parasoli (tak jakby chciały złożyć wszystkie co do jednego) i próbowały obgryzać drewniane blaty, podczas gdy ich dwóch kumpli szykowało napad na apetyczny pomarańczowy plecaczek z turystką jako zbędnym balastem z przodu.

Naszym wycieraczkom tym razem się upiekło.


Wielka kupa piachu

29 sierpnia 2009

Wielka kupa piachu Great Sand Dunes National Park – nieco zagubiony kawałek dziwnego świata niemal pośrodku Gór Skalistych. Z jednej strony krajobrazy alpejskie, z drugiej wielkie, podmokłe łąki, a pośrodku wielka kupa piachu. W końcu to największe wydmy w Ameryce Północnej! Ciągnące się na wiele kilometrów morze piasku i wydm powstało na skutek procesu erozji i działania wiatru – bardzo ciekawe zjawisko recyklingu piasku i chyba jedyne miejsce na świecie, gdzie takie piaszczyste cudo można spotkać w górach na wysokości 2500 m n.p.m. Tu w zimie przecież normalnie pada śnieg, a wydmy pokrywają się białym puchem! Widok piasku na tle gór świetny, bo z daleka wydmy zdają się być małe – na tle potężnych szczytów za nimi. Dopiero, jak się podjedzie bliżej, to okazuje się, że są naprawdę spore.

Biegamy w dół Wiosną i wczesnym latem park przemienia się w wielki plac zabaw dla dzieci, gdyż wzdłuż wydm płynie szeroki i płytki strumień z gór (topniejące śniegi) – mamy wielką piaskownicę i kupę płynącej, płytkiej wody. Niestety w sierpniu woda nie płynie, za to świeci mocne słońce i wieje wiatr. Na szczęście trafiliśmy na koniec kilkudniowego załamania pogody (które przepłoszyło nas wcześniej z Santa Fe), więc niebo pokryte chmurami dawało komfort – dało się łazić po wydmach na bosaka. Komfort był – przynajmniej jeśli chodzi o upał – natomiast jeśli chodzi o zmęczenie, to wydmy dały nam popalić. Oj oj! Chyba kondycja nam spadła od czasu, gdy jeździmy autem 🙂 W każdym razie na Wysoką Wydmę (High Dune, 650ft/198m wysokości) weszliśmy ze sporą zadyszką. Na górze okazało się, że stromizna jest spora, więc można było biegać turlać się i zjeżdżać na tyłku do woli. Spora część 4B tak właśnie spędziła pozostały czas na wydmach!

Zapraszamy do nowej galerii!


Szesnaście tysięcy stóp i kondory pod nami

31 lipca 2009

Płaskowyż Patapampa Oficjalnie pobiłem rekord wysokości, na której byłem (lot hermetycznym samolotem się nie liczy). Isia też. Jadąc bowiem do kanionu Colca (jako kolejni Polacy), prawie najgłębszego kanionu świata (głębszy jest tylko sąsiedni, jeszcze bardziej niedostępny kanion Cotahausi), trzeba pokonać autobusem przełęcz Patapampa położoną na wysokości 4910 m (czyli ciut więcej niż tytułowe szesnaście tysięcy stóp). Jak tam jest, spytacie? Jest zimno, sucho, cicho i pięknie. No i ciut brak tchu. Tym bardziej, że zimne powietrze wdziera się przez okna autobusu. Najpierw jest długi płaskowyż, potem przełęcz, dziwne kupki kamieni, jak wieżyczki na plaży, kilka kamiennych, okrągłych domków, przystanek autobusowy (tradycyjnie ktoś wysiadł, ktoś wsiadł) i cisza. Trzeba przyznać, że położone na dużych wysokościach płaskowyże w Peru mają w sobie coś ze spokoju i pustki dalekich północnych tundr. Tylko, że jest tu jednak cieplej. Lecąc z Europy na zachodnie wybrzeże USA trasa wypada właśnie przez bezkresne przestrzenie północnej Kanady – spoglądając w dół z okna samolotu człowiek się zastanawia, jak wiele pustego miejsca jest jeszcze na naszej planecie. Płaskowyże na południu Peru wyglądają równie pusto i dziko. Tylko jest w sumie cieplej. Aż chce się wysiąść z autobusu byle gdzie i pójść przed siebie w stronę majaczących na horyzoncie gór. Na razie jednak powstrzymując wszelkie pokusy odznaczyliśmy w czarnym zeszyciku rekord wysokości ryjąc pięć kresek (piąta ciut-ciut krótsza) i pojechaliśmy dalej.

Droga w dół kanionu Colca oraz oaza Sangalle Po pokonaniu płaskowyżu i przełęczy zjechaliśmy do położonego tuż nad górną krawędzią kanionu miasteczka Chivay. Tam skorzystaliśmy ze słynnych chivajskich basenów z gorącymi źródłami. Nic nie pobije widoku lekko ośnieżonych gór dookoła, gdy siedzisz w gorącej wodzie (temperatura 39 stopni) w odkrytym basenie z buteleczką zimnego piwka w ręku! Rano czekał na nas autobus do Cabanaconde (wioska nad samą krawędzią i jednocześnie start wszystkich szlaków) oraz sam kanion – i już nie było nam tak wesoło. Oj, nie! Aby zdążyć z naszą metodą sztafetową (Beata została z młodym w Arequipie) musieliśmy z Isią zejść na dół i wejść tego samego dnia (unikając tym samym wstawania o trzeciej nad ranem, aby zdążyć na pierwszy autobus powrotny). Schodziliśmy ciut ponad 2h (ale wcześniej pogubiliśmy drogę za wioską i zmarnowaliśmy godzinę łażąc wzdłuż kanionu po inkaskich tarasach, wypatrując ścieżki na dół i omijając liczne kupy mułów oraz ostre kaktusy). Od razu muszę też zdementować opublikowaną w Wikipedii informację, że “dno kanionu przypomina krajobraz księżycowy, pokryty głazami i pozbawiony jakiejkolwiek roślinności”. W całym kanionie widać roślinność, jest mnóstwo kaktusów i suchych traw, a na samym dole płynie wesoła rzeka i widać drzewa. W miejscu, do którego szliśmy jest nawet oaza (zakole rzeki utworzyło tam spory, płaski teren – zdjęcie obok), w której rosną palmy, kaktusy, przystrzyżona trawka, a sponiewierani turyści siedzą w ślicznych basenach. Posiedzieliśmy i my, a potem rozpoczęliśmy wychodzenie. Oj! Było ciężko! Oj, oj! Tysiąc dwieście metrów różnicy wysokości najpierw w dół, a potem w górę – to nie przelewki. Zajęło nam to 4h, czyli wynik zgodny z górną granicą informacji uzyskanej u gospodarza. Pod koniec było już ciemno i szliśmy z latarkami. Świecił nam księżyc, Krzyż Południa oraz liczne bliżej nam nie znane gwiazdozbiory.

Kondory pod namiZadanie wykonaliśmy, zdjęć zrobiliśmy sporo (gdy tylko obrobimy, będzie ładna galeryjka), a dziś rano jeszcze po drodze do “domu” zatrzymaliśmy się na trochę przy krzyżu kondorów (Cruz del Condor) – punkcie widokowym w wyższej partii kanionu, gdzie codziennie można oglądać szybujące kondory wielkie. Miejsce jest specjalnie dobrane, bo na ścianie kanionu poniżej punktu widokowego (z kamiennym krzyżem – a jakże) są gniazda tych ogromnych ptaków. Obserwacja jest więc praktycznie murowana. Zresztą zauważyliśmy, że kondory są już przyzwyczajone do widoku ludzi, przelatują dość blisko, przysiadają na skale kilkanaście metrów od tłumu i pozują jak piłkarze na boisku przed fotoreporterami (wygląda to podobnie, tylko sprzęt fotograficzny nieco mniej profesjonalny). Latają głównie w kanionie, a więc pod nami – stąd tytuł. Wyglądają naprawdę majestatycznie – szybują praktycznie bez ruchu w czystym, rozgrzanym powietrzu – czasem po kilka naraz (najwięcej widzieliśmy 8 jednocześnie). Widok niezapomniany!