Łasuch – reaktywacja

30 kwietnia 2010

Kącik łasucha Siłą rozpędu i apetycznych wspomnień oraz nadzieją na wrażenia smakowe w kraju i okolicach będzie się karmić kontynuacja hopowego kącika łasucha. Czytać ją będzie można pod adresem http://kaciklasucha.wordpress.com

Serdecznie zapraszam i smacznego!

Beata


Post scriptum: kącik łasucha – Liban

11 kwietnia 2010

 

jojpoj

Dla Wajlusia

Wiosna w Londynie Za Londynem przepadam. Kiedy przyjechaliśmy, niebo było błękitne, świeciło słońce, wokół kwitły wiśnie. Pachniało wiosną. Powietrze było rześkie, chłodne i klarowne – co za olbrzymia zmiana po Bangkoku, ze smogiem i czterdziestostopniowym upałem. Kiedy zaczęliśmy omawiać do jakiej knajpki najlepiej pójść, poczułam się jak przysłowiowy osiołek między sianem a owsem. Pomyślcie sami: mieszkając w Londynie można by było codziennie pisać kącik łasucha – codziennie o specjalnościach innej kuchni, przyrządzanych przez rdzennych mieszkańców kraju, podawanych w oryginalnym otoczeniu i przy dźwiękach charakterystycznej dla danego kraju muzyki. I jeszcze do tego natychmiast można we własnym domu wypróbować, jak się takie danie przyrządza korzystając z produktów sprowadzonych z danego kraju.  Przy okazji porannej przebieżki uległam więc pokusie i weszłam do sklepiku z jedzeniem bliskowschodnim. Bardzo lubię eksplorację takich miejsc, bo na pierwszy rzut oka widać, jakich produktów używa się najczęściej. W Azji dominował rzecz jasna ryż – tutaj ryżu nie było, ale za to było duuuuużo ciecierzycy. Bagażu i tak mieliśmy sporo, więc niestety kupno pięciokilogramowych worków z ciecierzycą nie wchodziło w grę ;-). Wyszłam więc ze sporawym słoikiem tahini – pasty sezamowej używanej na Bliskim Wschodzie do przygotowywania hummusa – bajecznego dipa o smaku czosnkowo-limonkowym z delikatną orzechową nutą pochodzącą właśnie od ciecierzycy – moim zdaniem najbardziej szlachetnej ze wszystkich warzyw strączkowych. (Osobiście najbardziej ją lubię z bazylią, oliwą i czosnkiem – najlepsza jest wtedy, kiedy z ugotowanej delikatnie sama schodzi skórka. Mmmmmm…) Hummus w czasie naszej podróży spożywaliśmy namiętnie, szczególnie w USA, Australii i Nowej Zelandii. Z tego wszystkiego jakoś tak się rozmarzyłam, że zakupiłam także limonki i namoczyłam tony ciecierzycy znalezionej w wajlusiowej lodówce zamierzając hummus zmajstrować w ilościach gigantycznych, tak aby każdy nasycił swoje limonkowo-orzechowo-czosnkowe pragnienia.

Herbatka po libańskuPotem jednak moje gorsze ja zaczęło przekonywać moje ja altruistyczne, że przyjemność jest przyjemnością i należy jej doświadczać, jeśli tylko to możliwe. No bo w końcu knajpek dookoła jest tyle, to grzech przecież pichcić coś w domu. Zresztą większość londyńczyków podziela nasze zdanie :-). Padło więc ostatecznie na knajpkę libańską w pobliżu dworca Paddington. Knajpkę, trzeba było przyznać, dużo ładniejszą i o niebo bardziej przyzwoitą od tych, w których jedliśmy w Azji, więc spodziewaliśmy się (i słusznie), że jedzenie będzie co najmniej tak dobre. Restauracja nazywała się inaczej niż się miała nazywać (właściciel albo kolejny właściciel z nazwy francuskiej przemianował ją na prostsze “Cafe Lebanon”), i wyglądała inaczej niż miała wyglądać (tak zeznał Wajluś), ale niespodzianki na tym się nie kończyły.

Kibbehy wszelakie w postaci mezze Jak eksperymentować, to eksperymentować – zmówiłam coś, co nazywało się intrygująco kibbeh z dyni. Nasz pan kelner przyniósł mi maleńkie smażone w głębokim tłuszczu kotleciki nadziewane warzywami. Ani w kotlecikach, ani w nadzieniu dyni nie można było rozpoznać za nic w świecie, ale skórka mile chrupała, a pomarańczowy lekko majonezowy sos (czyżby sos 1000 wysp?) z drobno posiekaną miętą stanowił bardzo przyjemne dopełnienie zagadkowego kotlecika. Być może po prostu nie doceniamy dyni jedząc ją tylko późną jesienią i tylko w formie duszonek i zup. A tu proszę: przemycając mimochodem spore ilości witamin można ją tak skutecznie przyrządzić, że nikt nie pozna kto i zacz.

Mięsko rewelacja czyli Shawarma Shawarma – mięso wieprzowe (autorkę zawiódł tu zdrowy rozsądek i oddała się marzeniom – jak słusznie zauważono poniżej,  shawarmę przyrządza się niemal ze wszystkiego poza wieprzowiną, której muzułmanie nie jadają) zapiekane jak kebab na wielkich pionowych rożnach i podawane z pitą i sosem czosnkowym, też okazało się zaskoczeniem, bo przyprawione było – UWAGA! UWAGA! cynamonem! Nie uwierzyłabym nigdy, ale testowałam z niedowierzaniem kawałek po kawałku i za każdym razem wychodziło to samo. Cynamon! Tego jeszcze nie było. Chyba jeszcze trochę pieprzu lub gałki muszkatołowej się tam zaplątało, bo mięso było pyszne, z lekka przyrumienione na brzegach i wcale a wcale nie przypominało szarlotki. Buraczki za to zróżowiły się na talerzu, jakby je ktoś wygotował w barszczu ukraińskim, ale smakowały jak twardawe ogórki kiszone –  zupełnie nie do odróżnienia. Ich kolor dystyngowanie odpływał w stronę angielskiego różu. Na koniec pan nam przyniósł bliżej niezidentyfikowane (bo zamiast albo w charakterze rekompensaty za pomylonego wrapa) pizzopodobne trójkąciki bez sosu pomidorowego, ale za to z ziarnami czarnego sezamu. Znów nietypowo. Chyba wybierzemy się w kolejną podróż na Bliski Wschód.

Najedliśmy się i nadziwiliśmy, jak wielka jest kreatywność ludzka. I, niestety, po raz kolejny wyszło, że większy ze mnie łasuch niż kucharka – Wajluś pozostał w Londynie z miseczkami namoczonej ciecierzycy.


Kącik łasucha – Tajlandia

8 kwietnia 2010

Święconka tajska Musiał nadejść ten dzień i ten pożegnalny azjatycki kącik. Napycham się na zapas dojrzałym mango, zastanawiając się, kiedy znów będę jeść równie pyszne cudo. Już wiem! W czerwcu, jak zaczną się truskawki… Tymczasem jednak z przerażeniem patrzę na zdjęcia z Polski – wszyscy w kurtkach! Brrr… A z owoców czekają na mnie w domu zeszłoroczne jabłka… No może się pocieszę nieco ziemniaczkami z cebulką i z jogurtem, albo cykorią z roquefortem i orzechami włoskimi. Ale póki co, dałam głębokiego nura w pyszności kuchni tajskiej zapisując się na cooking (and lots of eating) class, czyli szkołę gotowania po tajsku. Dodatkiem ekstra były eleganckie koszyki, z którymi wyruszyliśmy na miejscowy targ.  Co stoisko w koszyczku lądowały kolejne smakołyki: a to mango, a to zioła, a to grzybki. Ot, taka tajska święconka.

Kolorowo Najpierw poczułam się lekko oszołomiona, kiedy nasz instruktor zaczął wymieniać i pokazywać nam, w czasie naszej wizyty na targu, PODSTAWOWE składniki kuchni tajskiej. Wymienił trzy rodzaje imbiru (potem okazało się, że jest jeszcze jeden), liście i skórki lemonki kaffir (sok jest gorzki, więc wnętrze się wyrzuca), mleko kokosowe, trawkę cytrynową, różne gatunki chilli, trzy gatunki bazylii, dwa gatunki kolendry i świeżą kurkumę. Przy okazji zaprezentował nam także 5 różnych gatunków bakłażana pomijając wzgardliwym milczeniem wietnamski – podłużny i pozbawiony goryczy, ale za to pokazując nam bakłażany wielkości pomidorów, bakłażanki wielkości ziarenek grochu zwisające w gronach jak winogrona i jeszcze parę innych. Doprawdy istnym cudem ewolucji jest ta roślina.

Moje ulubione Tom Kha GalDla mnie w kuchni tajskiej najważniejsze są: imbir i mleko kokosowe. Imbir zresztą mogę pochłaniać w każdej ilości, więc nadzieja, że niedługo sobie zrobię pierniczki troszeczkę trzyma mnie przy życiu. Mleko kokosowe używane w kuchni uzyskuje się z białego miąższu dojrzałego kokosa. Jak się okazuje, świeże mleko kokosowe mogę, jak się uprę, zrobić w domu. To też miłe. Tom kha gal czyli zupa z kurczaka na mleku kokosowym z galangalem jest dla mnie kwintesencją urody kuchni tajskiej. Galangal to tajski imbir, który dodaje zupie ostrości. Na jedną miseczkę zupy wkroiłam jedną małą papryczkę chilli. Tajowie podobno jedzą dziesięć. W ogóle nazwać tom kha gal zupą to niezwykle krzywdzące – jest tak kokosowa, że mogła by zupełnie spokojnie robić za deser. Ciepła, aksamitna i pachnąca lekko drażni imbirem podniebienie, a lemonki kaffir dają wrażenie, że właśnie dokonuje się akt tworzenia jakiś nowych perfum z cytrusową nutą. Uczta dla oczu, orgia dla nosa, a smak niebiański.

Pad thai Na Khao San Road, w dzielnicy backpackerskiej, można popróbować za to kuchni tajskiej popularnej. Każdy z nas miał coś ulubionego – a to sajgonki, a to pad thai, a to mango na klejącym ryżu. Pad thai jest daniem chyba najprostszym i najbardziej malowniczym. Spośród czterech kolorów makaronu (od żółtego aż do jasnobrązowego) wybiera się jeden i zasmaża się go następnie z cukrem, sosem rybnym, warzywami i sporą ilością kiełków fasoli mung w gigantycznym woku. Potem następuje misterium posypywania  i doprawiania, czym dusza zapragnie: suszonymi krewetkami, kruszonymi orzechami ziemnymi, kolendrą (jeśli akurat ją mają) i lemonką. Całość – pyszna, szczególnie z chrupiącymi orzeszkami i kiełkami usmażonymi szybko al dente. Im więcej orzeszków, tym lepiej. Pad thai smaży się wszędzie na ulicznych straganach na kółeczkach – jak akurat nie ma amatorów na tę potrawę, to przewozi się szybciutko i sprawnie cały majdan parę metrów dalej. Niech żyje prostota!

Na deser można jeszcze zjeść mango z klejącym ryżem. Jest to specjalny gatunek ryżu, który się zlepia, ale nie tworzy mazi albo nieapetycznej ciapy. Każde ziarenko jest osobno, a jednocześnie przytula się czule do sąsiadów. Na ryż kładziemy dojrzałe, żółte mango pokrojone w plastry. Trzeba tu jeszcze przypomnieć, że mango w tropikach niczym nie przypomina mango w naszych sklepach. To tropikalne jest miękkie, ale jędrne, intensywnie żółte i niewiarygodnie soczyste. Jak do tego jeszcze dodamy słodkie mleko kokosowe to nam wyjdzie deser prosty, ale wart grzechu. A może z tym jabłkiem w raju to jakaś konfabulacja… Może to mango było…


Kącik łasucha – Kambodża

2 kwietnia 2010

Ponieważ trwa Wielki Tydzień, dzisiaj trochę o jedzeniu, a trochę o nie-jedzeniu. Zacznijmy od nie-jedzenia. Troszkę pójdziemy pod prąd wpisów ogólnie uznanych za odpowiednie na tę okazję (mazurkowych, babkowych, cytrynowych, jajecznych, słodkich i rodzinnych), ale mówi się trudno.

Azor na rożnie W Azji jada się wszystko. Niebieskie meduzy, robaczki, pająki, chrząszcze, szczury i tym podobne specjały. Niestety także specjały nieco kontrowersyjne. Spacerując leniwie  po Phnom Penh w trzydziestoparostopniowym upale, ujrzeliśmy kształt znajomy nadziany na rożno i przypieczony z lekka. Chociaż nieszczęsne zwierzę pozbawione było łba, o pomyłce nie było mowy. Dopiero co upieczony, najwyraźniej czymś nafaszerowany (zaszyte rozcięcie po patroszeniu) na łakomych nabywców czekał towarzysz dziecięcych zabaw, nasz najlepszy przyjaciel, Reksio, Azor i ten, który jeździł koleją – uosobienie wierności i najbardziej zantropomorfizowane zwierzę świata, czyli pies. O psach w takiej roli słyszeliśmy już w Wietnamie, ale myszy z delty Mekongu podawane w charakterze miejscowego smakołyku wyparły je z naszej świadomości bardzo skutecznie („Bardzo czyste myszy! Wyłącznie ryż jedzą! A te z Sajgonu są do niczego!” – tak nas zapewniano w czasie wycieczki po delcie). Tym bardziej, że w Wietnamie pies ukryty był pod dwoma tajemniczymi sylabami, których zapamiętać nie można było wcale. A tu pornograficznie i bezwstydnie sprowadzono nas na ziemię. Nawiasem mówiąc, Internet nam później pomógł: pies to po wietnamsku thit cho – podają go tylko w wybranych restauracjach; po khmersku najwyraźniej wystarczy pokazać palcem…

Obrońców zwierząt, miłośników psów i tych, którzy delektowanie się mięsem tego czworonoga uważają za rzecz karygodną, pragniemy uspokoić: rumiana skórka nie skusiła nas wcale, chyba by nam stanęło w gardle, a biedny Abas przewrócił by się w grobie. Jednak na obronę (a może wręcz odwrotnie) Azjatów można dodać, że psy hodowane na mięso nie są niczyimi domownikami, nie mają imion i są hodowane na farmach. Brzmi to okropnie, ale żadne z nas nie jest bez skazy i tylko wegetarianie mogą tutaj wyrazić głośno swoje oburzenie. Jak to bowiem mawia moja przyjaciółka, której wierzę w 1000%:  „Jeśli wychowałaś się na wsi, to wiesz, że świnki są równie inteligentne co psy”. A przecież hodujemy je w taki sam sposób bez najmniejszych skrupułów i cienia refleksji. Faktem jest, że nie biegają po naszych pokojach radośnie kwicząc. Ale skoro i Azjaci tego z psami tego nie robią (przynajmniej nie z tymi, które zabijają), to niech mi ktoś tu logicznie wyklaruje, jaką to robi różnicę. To tyle a propos świątecznej szynki.

ŻółwieKontynuując nieco masochistycznie wątek świąteczny, pragnę donieść kochanym czytelnikom, że tutejsze jaja mają bieluśką i grubszą niż nasze skorupkę, a żółtka koloru dojrzałego słonecznika, gotowane na półtwardo rozpływają się aksamitnie w ustach. Miałam teorię (chyba po tych myszach z delty), że to na pewno dlatego, że ryżem je karmią to i skorupka bieluchna i jajeczko żółte. A może to kacze jaja były? Mam chyba braki łasuchowe, bo kaczych nie jadłam… Tak się te jaja jakoś zbiegły z oburzeniem polskich rolników, że im trzy lata temu (czy jakoś tak) Unia nakazała powiększenie klatek dla kur niosek i że to takie wstrętne, doprawdy, że Unia o tym nie zapomniała. O kurach nioskach wolę nie pisać wcale, bo już całkiem nie będziecie mieli co jeść na te święta. A mi chyba przyjdzie na weganizm przejść po powrocie. Dość, że jajeczka tutaj najwyraźniej nie od niosek i smaczne bardzo. Ze zwierząt, co do których jeszcze mieliśmy w Kambodży wątpliwości – jeść, czy nie jeść – należy wymienić jeszcze żółwie. Upieczone, położone na skorupkach i przystrojone warzywkiem wylegiwały się w metalowej misce gdzieś na drodze a Phnom Penh do Siem Reap. Żółwie były niewielkie – trochę większe od greckich, hodowanych w Polsce w terrariach. Nie pytajcie, dlaczego nie zjedliśmy, skoro spróbowaliśmy krokodyla. Jakoś chyba to się wymyka racjonalizacji, choć bardzo byśmy chcieli, by tak nie było.

Garnuszek z węgielkiem Są jednak w kambodżańskiej kuchni akcenty dużo przyjemniejsze od powyższych. Dla mnie numerem jeden jest curry. Curry lubię we wszelkich postaciach i o różnym stopniu ostrości, jednak w Kambodży smakowało mi zdecydowanie najbardziej. W Kambodży, podobnie jak w Tajlandii przyrządza się je z dodatkiem mleka kokosowego, które dodaje słodyczy i cudownego aromatu. W Tajlandii nie mogliśmy curry zjeść bez ryżu, bo od razu nam łzy z oczu leciały, co wytłumaczyła szefowa baru: “A tak!, jakieś nowe chili mamy, trochę bardziej ostre, niż poprzednie!”. W Kambodży w curry dominuje smak słodki, ostrości jest tylko szczypta, a sos jest tak smaczny, że jest mi wszystko jedno, co w nim pływa (może za wyjątkiem stworzeń z pierwszej części wpisu). Czy to nie jest syndrom niektórych piwoszy ;-)? I jeszcze podają niekiedy to curry w garnuszku, pośrodku którego wetknięty jest żarzący się węgielek. Można sobie dokładać, a curry wciąż gorące.

Amok Innym smakołykiem jest amok (cóż za adekwatna nazwa!) – ryba w sosie na mleku kokosowym, cudownie słodka z chrupiącymi warzywami, prażonymi orzeszkami ziemnymi. Mięciutka, słodkawa, apetyczna i ozdobiona łyżeczką jogurtu. I pięknie opakowana w miseczce z liści bananowca dyskretnie acz pewnie połączonym zszywaczem (pewnie kiedyś były to bambusowe wykałaczki). Całość wygląda jak przepiękny kwiat. W amoku czuć setki lat tradycji, harmonię Angkor i łagodny uśmiech Khmerów. Czerwoni Khmerzy, czas Apokalipsy, bieda – nic nie zdołało zniszczyć piękna z najprostszych i najbardziej dostępnych składników: słodkowodnej ryby, kokosa, orzeszków ziemnych i ciemnozielonego bananowca.

Lotos Jako przekąskę można sobie pochrupać nasionka  lotosu – okrąglutkie jak beczułki, wielkości sporego podłużnego koralika przypominają nieco świeże nasiona słonecznika. Smaczne, pożywne i na pewno zdrowe. Będziemy chrupać zamiast rzeżuchy. Ale jajek to sobie na Święta nakupimy! A co! Raz się żyje!


Kącik łasucha – Sajgon

28 marca 2010

Błażej kosztuje kawy łasicowej Pamiętacie może film “Choć goni nas czas?” (org. “The Bucket List”) z Morganem Freemanem oraz Jackiem Nicholsonem jako zblazowanym luksusem bogaczem delektującym się kawą Kopi Luwak – najwyraźniej najdroższą  kawą świata (jakieś 350$ za kg)? A pamiętacie, jak ją wytwarzano? Owoce kawy dawano łasicom, czekano, aż je przetrawią, i nienaruszone ziarna kawy odzyskiwano …ykhm… eufemistycznie mówiąc. W Wietnamie wszystko jest “same same … but different” (tj. takie samo, ale inne), więc i w sprawie słynnej kawy wymyślono sprytny sposób na obniżenie kosztów i ceny tego ekskluzywnego produktu – naukowcy zidentyfikowali enzymy odpowiedzialne za niezwykły aromat i teraz zamiast hodować łasicę wysługują się biotechnologią. Nie piliśmy oryginalnej Kopi Luwak, ale donosimy, że ta traktowana enzymami jest rzeczywiście bardzo smaczna, szczególnie ze słodkim skondensowanym i dodatkowo zagęszczonym mleczkiem. A może to właśnie to mleczko jest takie smaczne? Jako dyletant kawowy nie jestem w stanie stwierdzić nic poza tym, że świadomość użycia enzymu pozbawiła naszą kawę, hmm…specyficznego smaczku.

Robaczki gotowe do spożycia W Wietnamie je się chyba wszystko, to i my postanowiliśmy spróbować czegoś ekstremalnego – robaczków marki nieznanej. Robaczki w metalowej miseczce sprzedawała pani na targu niedaleko naszego hotelu. Obok stało sobie mleczko sojowe w woreczkach, tofu i inne specjały i przez chwilę łudziłam się, że są to robaczki wegetariańskie np. sojowe;-). Ale nie. Robaczki, a właściwie ugotowane poczwarki robaczków, wyglądały bardzo robaczkowato, okazały się być soczyste i przyjemnie strzelały z zębach. Smak gotowanej, wodnistej fasolki o wyjątkowo twardej skórce był zupełnie przyzwoity. Podejrzewam, że byłyby lepsze z sosem chili, ale akurat nie było go na podorędziu, więc robaczkami musieliśmy się delektować saute. Gdyby to były jedwabniki (a kto wie?), moglibyśmy oznajmić, że spałaszowaliśmy jedwab w czystej postaci, ale pewności nie ma, więc PR zostawimy na razie na boku.

Sajgonki na świeżo Będąc w Sajgonie nie można nie jeść sajgonek (ang. “spring roll”), czyli mikronaleśników z papieru ryżowego. W sajgonkach można znaleźć same pyszności: krewetki, sałatę, bazylię tajską, grzybki, makaron ryżowy, który dodaje im wilgotności, kurczaka, owoce morza, orzeszki ziemne i co komu przyjdzie do głowy. Sajgonki w Sajgonie są wszędzie: na targu, w małych wózkach z gastronomią i w eleganckich restauracjach. W Polsce na ogół oferowane są sajgonki smażone, my jednak bardzo polubiliśmy sajgonki świeże – delikatniejsze, lżejsze, ze sporą ilością zieleniny. Smaczniejsza wersja przygotowywana jest z własnoręcznie zrobionego papieru ryżowego, ci, którym brakuje czasu lub chęci używają gotowych opłatków ryżowych.

Tak powstaje papier  ryżowy Papier ryżowy to też zresztą bardzo ciekawy wynalazek – ryż namacza się, miksuje z wodą i następnie rozprowadza na kawałku tkaniny rozciągniętej nad garnkiem z parą. Przykrywa się pokrywką i po minucie  ściąga delikatnie patyczkiem od szaszłyka albo specjalną rolką. Jak ktoś chce makaron ryżowy, to może nałożyć kilka warstw więcej, pokroić drobno i gotowe. A jak ktoś chce go zachować na później, może go w słońcu wysuszyć na opłatek.

Cóż za cudowna roślina, ten ryż!

 

Przy okazji zapraszamy do rzucenia okiem na nowo dodane galerie:


Uwaga! L-ka na drodze

17 marca 2010

Nie pamiętam kiedy, i nie pamiętam gdzie, widzieliśmy filmik pokazujący ruch uliczny w Wietnamie. Dziesiątki rowerzystów i motocyklistów przemieszczało się we wszystkich kierunkach w sposób płynny i bezkolizyjny. Postanowiliśmy więc pożyczyć skuterki i doświadczyć na własnej skórze, jak to właściwie wygląda. Sprawa była o tyle trudna, że Błażej kiedyś na skuterku jeździł, natomiast ja nie, a do tego wszystkiego jeszcze na tych skuterkach miały jechać z nami dzieci.

We wszystkich kierunkach W Wietnamie ruch uliczny naśladuje rytm przyrody – Wietnamczycy budzą się wcześnie, jedzą śniadanie i piją kawę przesiadując przy plastikowych stoliczkach i ciesząc się chłodem poranka. Należy tu dodać, że chłód to pojęcie względne, bo w słońcu nawet rano jest gorąco. (I tu myśl mi biegnie do tych wszystkich donoszących nam o zwałach poślizgowego błota, zasypanych choinkach i krokusach, i zimie, która nie chce odpuścić, choć to już połowa marca… ) Około południa robi się bardzo gorąco, więc nadchodzi czas na lunch, który, wzorem Francuzów, Wietnamczycy spożywają z atencją i niespiesznie. Chociaż na głównych ulicach ruch wciąż jest, na mniejszych wszystko zamiera po to, aby powrócić do normalnego (czyli zawrotnego) rytmu w porze polunchowej. Udało nam się przeżyć popołudniowy szczyt skuterowy, co uważamy za swoje spore osiągnięcie.

Tu jeszcze uśmiechyBo tak po pierwsze, to ten skuter jakoś tak bardzo rower przypomina, że włączają się niewłaściwe odruchy i człowiek, zamiast hamować, dodaje gazu. I po drugie, jest cięższy od roweru, więc strategia zeskakiwania nie do końca się sprawdza, szczególnie jak z tyłu jest jeszcze kilkadziesiąt kilo w formie machającej łapkami latorośli. I po trzecie, filmik mówił prawdę. Wszyscy jeżdżą we wszystkie strony. Jazda pod prąd i zajeżdżanie drogi (to wg standardów europejskich, bo tutaj nie jest to uważane za brak uprzejmości) nie należy do rzadkości, szczególnie wtedy, kiedy jadący chce sobie i innym oszczędzić dodatkowych manewrów. W sumie najłatwiejsze jest używanie klaksonu, co należy do dobrego tonu, szczególnie jak większe zbliża się do mniejszego. Więc trąbiłam ile wlezie, żeby mnie wszyscy słyszeli. Taka forma polskiej “L-ki”. Generalnie rzecz biorąc, nikt nie jeździ przesadnie szybko i każdy zakłada, że ten, komu zajeżdża drogę, zdąży wyhamować. To przekonanie wraz z punktem pierwszym (czyli gaz zamiast hamulca) kosztowało mnie sporo nerwów, ale ani jednej stłuczki. No i jeszcze dla formalności należy dodać, że zawracanie na ruchliwej szosie w godzinach szczytu przyprawiło mnie niemalże o zawał serca, z powodów opisanych wyżej. Dodatkowo mój skuterek miał urwane prawe lusterko, co spowodowało, że uparcie trzymałam się lewego pasa oczekując na możliwość zawrócenia. I tu kierowcy też trąbili, co było całkowicie uzasadnione i mile przypominało ojczyznę.

W kąpieli błotnej Po tych szaleństwach należało nam się odrobinę odpoczynku. Poszliśmy się więc integrować do łaźni błotnych. Dostaliśmy indywidualny basenik i miseczki do polewania. Wysuszyliśmy błotko na słońcu i następnie wyszorowaliśmy się pod biczami mineralnej wody, wygrzaliśmy w gorącej kąpieli i popływaliśmy odrobinę. Zabawa była przednia. Niestety, wrócić do miasta też trzeba było skuterkiem.

Galeria tutaj.


Kącik łasucha Wietnam

13 marca 2010

Rodzaj szpinaku często stosowany w kuchni wietnamskiej Trzeba przyznać, że kuchnia wietnamska nas bardzo mile zaskoczyła. Spodziewaliśmy się ulepszonej wersji tanich warszawskich knajpek wietnamskich, a tutaj tymczasem przywitała nas istna orgia zapachów i smaków. Po pierwsze jest zielono. Jaka odmiana po Birmie, gdzie surowizny było niewiele. Tutaj na targach, w knajpkach w kafejkach zielenią się zioła, rozpychają kiełki, pachnie bazylia, mięta, kolendra, do potraw dodawane są lemonki (na talerzyku obok), a z tacek umieszczonych na stołach można dobrać sobie dowolne posypywaczki i sosy – chili, sos słodko kwaśny z nutą chili, chili z orzeszkami ziemnymi, chili dawka uderzeniowa, chili w paście, chili w sosie, chili w całości, chili małe czerwone, chili duże zielone…. No dobrze, żartuję sobie, jeszcze sos sojowy podają. :-). Daniem kultowym jest pho, jadane o różnych porach, ale z niezmiennym entuzjazmem.

Kotleciki rybne - takie ida czasem do phoPho to rodzaj naszego rosołku, ale bardzo delikatnego, zazwyczaj z wkładką mięsną i sporą ilością świeżej zieleniny, chili i limonek podawanych osobno. W pho jeszcze pływa makaron ryżowy – delikatny, często domowy, śnieżnobiały. Przy tej okazji zresztą nawiedziła mnie kolejna refleksja natury kulturowej, bo zdziwiłam się po cichu “Oni tu wszystko z ryżu mają!” (są ciasta z ryżu, bułeczki ryżowe z niespodziankami, różne rodzaje makaronu ryżowego, papier ryżowy do owijania sajgonek, kisiele ryżowe, mamałygi ryżowe – coś jak nasza owsianka, ryż na pomarańczowo i ryż na żółto i ryż z orzeszkami ziemnymi i z mieszanką cukru i soli, i ryż  postaciach, jakich jeszcze zapewne nie rozpoznałam). Potem jednak zdziwiłam się szczerze, że nigdy mnie ta naga prawda w europejskiej kuchni nie uderzyła – bo przecież u nas wszystko z pszenicy mamy – ciasteczka, pierogi, chleb, naleśniki, bułeczki z marmoladą, pampuchy, faworki i nawet kutię z pszenicy robimy. Gwoli narodowej przyzwoitości powinnam jeszcze słowo dodać o naszych nieśmiertelnych ziemniakach, ale pominę, bo w końcu one z Ameryki Południowej.

A z tego robią sałatkiZ zamawianiem pho zresztą też jest zabawnie. Wietnamski w sporej części opiera się na intonacji i to samo słowo ma różne znaczenie w zależności o wybranej intonacji. Czasem więc wysilam się mówiąc pho!, pho?, phooooo? pho., pho… i i tak nie wiadomo o co chodzi, więc podchodzę do gara, podnoszę pokrywkę i sprawa jest jasna. Najlepsze pho jadłam z rodzajem lekko słodkich rybnych placuszków, z miętową bazylią w ilościach nadmiarowych i ze sporą ilością palącej pasty chili, którą mi wsypano w ramach szkolenia cudzoziemców z lokalnych zwyczajów kulinarnych. Popłakałam się zresztą przy tym pho strasznie, bo ostre było, ale dobre, oj dobre. Wszystko pachnące, świeże, zielone, prosto z gara i zgodne z obserwacjami, że im knajpa bardziej obskurna, tym jedzenie lepsze. Bo jakoś dziwnym trafem restauracje turystyczne uparły się na pizzę i kuchnię włoską (choć też serwują potrawy wietnamskie). Jakoś nie mogę się przekonać, żeby kuchni włoskiej w Wietnamie spróbować, szkoda posiłku na lasagne, skoro można pochłonąć pho! Albo sajgonki, o których napiszę więcej następnym razem, bo ich rozmaitość zasługuje na osobny post.

Wyciąganie durianu ze skorupki Uprzejmie także donoszę drogim czytelnikom, że odmieniło mi (nam) się w kwestii durianu. Testowanie świeżego zostało przeprowadzone początkowo ze sporą rezerwą i ostrożnością, bo w kwestii durianowego smrodu nie odmieniło nam się zupełnie. Przynajmniej nie od razu. Podchodziliśmy do tego gigantycznego owocu jak do jeża –w końcu też kolczasty, prawda? Po założeniu plastikowych rękawiczek (a nie jest to częste – zazwyczaj nikt się nie przejmuje i w wielu miejscach jedzenie na talerz nakłada się  ręką) Wietnamka pokroiła nam go zręcznie na kawałki, każdy z nich umieszczając w woreczku, żebyśmy czasem się nie upaćkali, bo nas do hotelu nie wpuszczą ;-). Zmianę naszych upodobań najlepiej zilustrowała ewolucja miny Bernasia, który dostał go do łapki pierwszy. Początkowy wyraz obrzydzenia na twarzy w ciągu kilku sekund przeszedł w zaciekawienie, a następnie sfinalizował się w okrzyku: “Doooobre!”. Trzeba zresztą na marginesie przyznać naszym dzieciom, że na eksperymenty kulinarne są otwarte. Durian to chyba jeden z bardziej niezwykłych owoców, jakich udało nam się spróbować. Błonka pokrywająca miąższ jest lekko gorzka więc pierwsze wrażenia to powalający smród zepsutego mięsa i jaj i gorycz, ale po chwili dociera właściwy urok tego owocu. Smak słodkiego ubitego kremu jajecznego z amaretto, aksamitny, delikatny i niebiański.  Ach, ach, co za pyszności. Chociaż faktem jest, że po zjedzeniu czuje się wciąż  posmak (?), zapach (?) w ustach. Ciekawe, czy z durianem jest tak, jak z naszym czosnkiem i Wietnamki pytają swoich partnerów: “Kochanie, a czy Ty jadłeś dzisiaj durian?”.

Shake mango Co krok zresztą to odkrycie. Shake to już właściwie klasyka. Wczoraj za to odkryliśmy tutejszą herbatę. Pachnie jaśminem i wygląda jak zielona, ale jaśminowej zielonej herbaty o takim smaku w Polsce nigdy nie piłam. Ma tak kwiatowy aromat, że śmiało można by jej zamiast perfum używać. Kawa, której spróbowałam przez czysty przypadek, ma wyraźny zapach czekolady – z lodem i skondensowanym słodkim mlekiem smakuje nieprawdopodobnie – jak kawowo-czekoladowe-śmietankowe lody. Jednym słowem Wietnam to przygoda kulinarna. Dodatkowego smaczku dodaje fakt, iż lubią tu też jedzenie bardzo ekstremalne, a my nie zawsze do końca wiemy, co jemy…