Świat w wielkim mieście

17 stycznia 2010

Uliczny sprzedawca CD prezentuje umiejętności gry na didgeridooAustralijczyków z dziada pradziada w Sydney niemal nie uświadczysz. Są gdzieś bardziej na północy lub w głębi kontynentu. I nie mówię nawet o rdzennych mieszkańcach tego kraju. Tych to nawet śladu nie ma. OK, pojawiają się tylko czasem muzykujący na didgeridoo i sprzedający swoje CD. Ale wygląda na to, że w Sydney nie mieszka żaden Aborygen, a i tych Australijczyków pochodzenia europejskiego jakoś tak mało. Ilu z chodzących po ulicach ludzi to potomkowie pierwszych kolonistów, a ilu to pierwsze lub drugie pokolenie nowych imigrantów? Kilka spacerów przez miasto i rozmów ulicznych pokazuje jak bardzo multikulturowe i w sumie młode jest Sydney. Największy biznes kwitnie bowiem jak zawsze u podstaw – to małe lokalne biznesy prowadzone przez świeżo przybyłych imigrantów dają siłę temu młodemu kontynentowi.

Na Paddys markat kupisz wszystko Tutaj w Sydney wydawane są gazety po chińsku, koreańsku i diabli wiedzą w jakim jeszcze języku, są sklepy z jedzeniem z Tajlandii, Chin, Indii i każdego kraju, jaki sobie wymarzysz, są lokalne, narodowe kanały radiowe (w tym polski), telewizyjne a nawet takie dzielnice, gdzie wszystkie tabliczki są dwujęzyczne (oczywiście są też dzielnice wyraźnie “białe”, pełne turystów z Europy i USA). Na ulicach wyraźnie widać charakterystyczne rysy skośnookie lub hinduskie. W sklepach w kasach pracują prawie wyłącznie imigranci z Azji mówiący z bardzo mocnym akcentem. Stragany i sklepiki z pamiątkami zalane są pluszaczkami i bumerangami “Made in China” i trzeba się nieźle postarać, aby znaleźć coś autentycznego, zrobionego ręką Aborygena. Pod tym względem na północy w Cairns było dużo lepiej bo i Aborygenów w mieście można było spotkać (co prawda najczęściej snujących się wyraźnie bez celu po parku), i galerie z lokalną sztuką się pojawiały.

Jest i Paulaner - po 11 dolarów za kufel W Sydney zaś jest dzielnica chińska, koreańska, kącik hiszpański, kubańska knajpka, sklep z produktami francuskimi, oczywiście sklep polski, mnóstwo pizzerii, stoiska z kebabami, bawarska piwiarnia sprzedająca weissbier oraz oczywiście irlandzkie puby sprzedające Guinnessa i zatrzęsienie barów z sushi. Wczoraj przed olbrzymim chińskim centrum handlowym (MarketCity – Where East meets West) na skraju Chinatown mieszczącym również przebogate targowisko Paddy’s (tam można kupić pamiątki z Sydney oraz niezawodne australijskie drizabony) występowali Indianie (wyglądający na północnoamerykańskich) i na inkaskich fletach grali “El Condor Pasa”. Totalny supermix!

Nie dziwimy się, że tak dużo imigrantów tu właśnie się osiedla. Klimat bardzo łagodny (choć podobno zimą chłodnawo), gospodarka stabilna (kryzys Australii nie dotknął), życie wygodne i proste, potrzeb odzieżowych nie ma (można w klapkach niemal cały rok), a okolica piękna. Aby popodziwiać okolicę, zapraszamy do naszej galerii z Sydney oraz przy okazji do obiecanej wcześniejszej.


Sydney bez dzieci

12 stycznia 2010

Zabawy w Hyde Parku Niestety ten tytuł to tylko marzenie i na wieczorny koncert w parku dzieci z nami poszły. A że spały potem na trawce przy głośnej muzyce dookoła, to już inna sprawa. W krytycznym momencie, gdy towarzystwo wstało i zaczęło się rytmicznie kiwać, Isia do nas dołączyła, a tylko młodszy został na trawce otoczony światełkami ostrzegawczymi (promocyjne wentylatorki z migaczami z banku ANZ) – jak samolot na płycie lotniska. Było tak, jak miało być, czyli super. Do Sydney przyjechaliśmy bowiem w dniu rozpoczęcia corocznego Sydney Festival (coś w rodzaju Dni Wrocławia), gdzie akurat pierwszego dnia i wieczoru odbywa się mnóstwo przedstawień i koncertów na wolnym powietrzu. W Australii zresztą większość rzeczy się dzieje na wolnym powietrzu (o tym pisała już Beata), bo i styl życia taki i czasem inaczej nie można. A jak wiaterek powieje od morza to zawsze człowiekowi przyjemniej. Byle cień był. W dzień z tym cieniem było trudniej, więc w Hyde Parku, gdzie odbywały się występy cyrkowe dla dzieci, rozdawano właśnie migające wentylatorki oraz butelki z wodą. Organizacja pierwsza klasa, bo nawet cała strefa centrum była wyłączona z ruchu, obowiązywał zakaz sprzedaży i wnoszenia alkoholu, a wodzirej ze sceny przypominał wszystkim, aby pili dużo wody i chronili się przed słońcem.

Wieczorny koncert na Domain Wieczorem na Domain, czyli takim tutejszym parku centralnym rozpoczęły się koncerty – najpierw zespołów “ludowych”, czyli aborygeńskich – grających jednak całkiem przyjemną odmianę soul/pop z didgeridoo i gitarą w roli głównej. Przy okazji poszperajcie sobie na YouTube o didgeridoo, bo to jest niezły instrument. To, co grający może z niego wycisnąć, przechodzi ludzkie pojęcie i wyobrażenie. Ogrom dźwięków wydobywających sie na raz z tej długiej rury (przy czym są i basy, i dudnienia, i przyśpiewy, i świsty) przyprawia o ciarki. Wszystko w rytmie i z dzikim, tajemniczym klimatem. Rewelacja! A że w sobotę na scenie był naprawdę wirtuoz (niestety nieznany nam, więc nawet linka tu nie wstawię) – przyjemnie się słuchało!

Al Green zdjęty teleobiektywem z telebimu Po tych atrakcjach pojawiła się główna gwiazda, czyli Al Green. Występował pierwszy raz w życiu w Australii, co było dla mnie nawet lekkim zaskoczeniem, bo jak na amerykańską gwiazdę tej klasy to, że wcześniej nie zawitał do kraju kangurów jest nieco dziwne. Ale w końcu się pojawił i, jak sam powiedział, bardzo mu się Australia podoba. Zrobiło się naprawdę koncertowo, na scenę i na niebo wyszły gwiazdy, a okoliczne wieżowce służyły za ekrany wyświetlające obrazy z wielkiego projektora. Ludzie bawili się świetnie i naprawdę żałowaliśmy, że musieliśmy już wychodzić – do naszego “domku” dotarliśmy przyjemną komunikacją miejską i tak dopiero przez pierwszą w nocy. Dzieci były bardzo dzielne i zarobiły na sporą porcję lodów, prawda?

Wrocław pod śniegiem - obraz z 11 stycznia z kamery internetowej na budynku Kogeneracji A propos dzieci, to obecnie dostają gorączki na myśl o tym, co w Polsce. Czyli o śniegu. Isia dziś dostała maila od koleżanki z opisem półmetrowego puchu na górce we Wrocławiu i stwierdziła “Ale farciarze! Mają tyle śniegu i mogą się w nim tarzać.” Młodszy też potwierdził, że natychmiast chce wracać i wziąć udział w tym śniegowym szaleństwie. Po czym zakończył obowiązkowe codzienne czytanie, Isia w szybkim tempie zrobiła sprawdzian z angielskiego (przysłany emailem przez panią nauczycielkę – bardzo dziękujemy przy okazji) i oboje zgodnie poszli w na basen poskakać nieco na główkę. 🙂 Niby dla odreagowania tego braku śniegu. Tak więc, jak widzicie już im się ciepłe kraje przejadły i chcą unurzać się w mrozie i białym puchu, choć pewnie wielu dzieciakom z Polski chciałoby się rano pochodzić po kempingu w kąpielówkach i poskakać do basenu, prawda? 😉

PS. Pozdrowienia z drugiej strony świata. Nie dajcie się białemu puchowi!


W potokach łez

2 stycznia 2010

Malownicze skałki Góry Glass House Mountains czyli (w wolnym tłumaczeniu Szklane Domy ;-)) usadowiły się na płaskowyżu nie wiedzieć dlaczego. Dookoła płasko, niedaleko ocean i dwa jeziorka, a one wyrastają w górę zupełnie niespodziewanie. W dodatku wcale nie jestem przekonana, czy nazwalibyśmy je górami. To bardziej gigantyczne głazy, które ktoś kiedyś porozrzucał pozornie bez ładu i składu. Tak naprawdę góry te mają także nazwy aborygeńskie, ale nie istnieje tu zwyczaj podwójnego nazewnictwa (anglosaskiego i miejscowego) znany nam z Nowej Zelandii, więc ich nazwa geograficzna wciąż przypomina, że Cookowi kojarzyły się z hutami (?) szkła znanymi mu z Yorkshire. Jak wszędzie na świecie tam gdzie są góry, tam są legendy. My mamy swój Giewont i rycerzy, Inkowie niezliczone mity o zamienianych w kamień członkach klanu, a Aborygeni mają także legendę o jednym z wierzchołków z charakterystyczną linią wierzchołka zbliżoną do przesuniętego nieco  jedną stronę wielbłądziego garbu.  To Coonowrin, który nie pomógł swojej ciężarnej z kolejnym dzieckiem matce w ucieczce przed wzbierającymi wodami oceanu, za co rozgniewany ojciec przetrącił mu kark. Strumienie spływające z gór mają symbolizować łzy żalu i wstydu ukaranego syna.

Nadchodzi gniew My mieliśmy wspiąć się na Mt. Ngungun, świętą podobno górę Aborygenów. Choć na Uluru (też świętą) raczej byśmy się nie wspinali z szacunku dla przekonań religijnych, to jednak musimy przyznać, ż Mt. Ngungun nie tchnął aż takim majestatem. Szlak opisany był jako dość trudny, dość stromy i śliski w czasie deszczu, zasięgnęliśmy więc języka u schodzącej właśnie z góry rodziny z dziećmi, która potwierdziła, że mimo to jest wart wysiłku. Rozpoczęliśmy więc wędrówkę po lesie deszczowym wypatrując (już to prawie dwa tygodnie robimy) misiów koala, które podobno można w tym miejscu zobaczyć. Wspięliśmy się wzdłuż imponującego monolitu, który wyglądał, jakby ktoś w maśle dłubał łyżeczką – miał nieregularne wgłębienia na całej powierzchni. Niewątpliwie wyżłobiła je woda choć  jaki sposób – trudno jest mi sobie wyobrazić. Weszliśmy na samą górę – odsłonięty szczyt z przepiękną panoramą nieszczęśnika z przetrąconym grzbietem.  W pobliżu nas na skałki wspinało się kilka osób, jakaś para odpoczywała w cieniu drzew podziwiając widoki. Radość jednak nie trwała długo, bo z oddali nadchodził deszcz. Nie jakaś mżawka, ale prawdziwa ulewa. Wiedzieliśmy, że musimy zejść z nieosłoniętej części szlaku jak najszybciej, co udało nam się zrobić zanim lunęło na dobre. Ale w lesie też nie było łatwo. Posiadaliśmy dwa poncha więc dzieciaki się w nie poubierały, a my (starsze 2B) próbowaliśmy się zmieścić pod nimi jak pod pałatkami. Ja z Isią to jeszcze pół biedy, ale Błażej próbujący się wepchnąć pod poncho Bernasia to dopiero był widok! :-).  Staliśmy przycupnięci i czekaliśmy aż deszcz odrobinę zelżeje, a w tym czasie naszym szlakiem spływał wartki strumyczek jak z dziesięciu sikawek.  Zeszliśmy więc potoczkiem na sam dół ostrożnie, delikatnie i krok za krokiem ciesząc się, że nam się upiekło i nikt nas gorzej nie potraktował. Dziesięć minut po tym, jak ustał deszcz wszystko było już suche.

Koali znów nie było. Pewnie uciekły przed rozgniewanym niebem. Co było robić… Pocieszyliśmy się orzeszkami macadamia.


God bless Fiji

21 października 2009

Lokalny środek transportu Nurkowanie nurkowaniem, ale jest przecież i stały ląd. Bardzo zielony, z mnóstwem palm, kwiatów i innej wszelakiej roślinności i ananasami tak słodkimi, jak w Nikaragui. Już po wylądowaniu stwierdziłam z radością, że znowu pojawiają się tak lubiane przeze mnie elementy kulturowe, na które natknęliśmy się także w Ameryce Łacińskiej. Autobusy lokalne jeżdżą z niewielką prędkością, więc można podziwiać sobie świat za oknem do woli. “Za oknem” to nie do końca precyzyjne określenie, bo choć okno jest, to szyb nie ma. Trzeba więc uważać, co się za to okno wystawia i kiedy. Aby się zatrzymać, należy pociągnąć za zachęcająco dyndający na wszystkie strony sznureczek przeprowadzony wzdłuż okien przez całą długość autobusu. Urocze i uniwersalne w swej prostocie rozwiązanie – podobne klaksony widzieliśmy w Ameryce Łacińskiej. Ruch jest lewostronny (scheda po Brytyjczykach) więc cały czas ma się wrażenie, że pojazdem kieruje jakiś pirat drogowy i adrenalina skacze błyskawicznie. Hymn zresztą też trochę jakby brytyjski, bo pierwsze słowa to “God bless Fiji” zamiast “God save the Queen”, a na fladze Fidżi bije w oczy charakterystyczny brytyjski krzyż. Czy oznacza to, że wpływ Brytyjczyków jest postrzegany jako pozytywny – kto to wie?.  W usługach obowiązuje “Fiji time” co oznacza punktualność z wahnięciem pół godziny w każdą stronę. Jakoś tak się składa, że z takim podejściem w parze idzie uśmiech, spokój i życzliwość do świata i ludzi, jaką promieniują tutejsi mieszkańcy.

Zdobienia na świątyni hinduskiej w Nadi

Nie jest to jednak kraj czysto polinezyjski. Spora jest mniejszość hinduska (w niektórych miastach jest to raczej większość hinduska). Hinduskie są świątynie (choć są także i meczety), sklepy z sari, curry no i handel. W handlu szczególnie skutecznie jest stosowana taktyka małych kroków okraszona konwenansami. Rozpoczyna się zwykle uprzejmą rozmową na temat kraju pochodzenia rzeczonego turysty, długości jego pobytu oraz ogólnych wrażeń z Fidżi. Następnym etapem jest zaproszenie potencjalnego klienta do obejrzenia stoiska, bo przecież chodzi tylko o obejrzenie, a to przecież nic nie kosztuje. Dalej sprzedawca zaczyna zachwalać swój towar (“znakomite czarne drewno”, “świetna jakość”, “dostawcy z wiosek” etc.) i albo proponuje wybranie jednej lub kilku rzeczy za niewielką cenę, albo wręcza jakąś pamiątkę (na której zawiesiło się na chwilę wzrok) podając jej cenę o połowę niższą niż na naklejce (ale odpowiednio wyższą od sklepu obok, o czym turysta nie musi wiedzieć ;- )). Jak turysta jeszcze się waha, następuje ostateczne zamknięcie sprawy krótkim i powiedzianym z życzliwym uśmiechem: “A nie podoba Ci się?” i w ten sposób ostatecznie dobija się turystę. Jak turysta bezgłośnie próbuje łapać powietrze, to wiadomo, że za moment dobije się i targu. Jest to tak subtelne, że za pierwszym razem wyszłam ze sklepu lekko oszołomiona z pamiątką w eleganckiej torebeczce – wprawdzie ładną, ale niekoniecznie taką, jaką chciałam kupić.

Handel kwitnie Taktyki sprzedażowe są zresztą rozmaite. Po Suvie, stolicy Fidżi, grasuje podobno szajka ulicznych sprzedawców dzid. Dzidy, podobnie jak wymyślne widelce kanibali służące do zręcznego wyjadania mózgu uśmierconych delikwentów, są bowiem popularną pamiątką z Fidżi. Podchodzi taki z dzidą do nieszczęsnego turysty i zaczyna miłą konwersację, w której pada pytanie o imię. Rzecz dość powszechna w cywilizowanych relacjach międzyludzkich. Ale na tym się nie kończy, bo w międzyczasie nasz rozmówca cichcem wyrzyna (scyzorykiem?) nasze imię na  jednym z egzemplarzy i oto po chwili odchodzimy z miejsca zbrodni z wielką dzidą, która pasuje do nas jak pięść do nosa, ale za to ma gdzieś z boku niezdarnie wyryte nasze imię z literówką w środku. Cena pięć razy wyższa niż w sklepie. Co za interes!


Raje w raju?

7 października 2009

Raja Długo nie wytrzymaliśmy w stanie błogiego nicnierobienia, choć trzeba przyznać, że im więcej czasu spędzaliśmy w wodzie, tym bardziej nam się ta Polinezja podobała. Szczególnie po tym, jak wyśledziliśmy grupę bajecznych, pełnych niezmiernej gracji płaszczek i popływaliśmy z nimi – my na powierzchni – one pod nami, my zwyczajni – one doskonałe. Odwiedziliśmy też kolejne miejsce snorklingowe i nacieszyliśmy oczy rybkami o najbardziej fantastycznych kolorach i wzorach. Turkusowe ryby papuzie, żółciutkie butterfish, niebiesko – turkusowe rybki o pyszczkach tapira, białoszare wąsate wbijające się na pół mordki w piasek, flądropodobne stworzenia denne normalnie nie do zauważenia, jeżowce, sporawe rybki z rodzaju jacków z piękną niebieską linią wzdłuż płetwy ogonowej, ryby igły (needlefish) i jeszcze setki innych rybek, które wyglądały, jakby ktoś je cieniutkim pędzelkiem pomalował w misterne barwne wzorki*. Tak więc stworzeniom morskim postawiliśmy szóstkę z plusem, a następnie przystąpiliśmy do badania atrakcyjności mieszkańców lądów i wybraliśmy się na występ polinezyjskiego zespołu tanecznego.

Ogień W Polinezji Francuskiej panuje miły zwyczaj, że zespoły tego typu umilają kolację gościom hotelowych restauracji. Wybraliśmy się więc do hoteliku za płotem, który tego typu spektakle organizował w położonej przy plaży knajpce. Pomni polskich tradycji kapel grających do kotleta nie robiliśmy sobie specjalnych nadziei na występ o dużej wartości rozrywkowej i artystycznej. Tym bardziej, że zgodnie z miejscową zasadą zbliżoną do “spiesz się powoli”, zespół niespiesznie zjadł hotelową kolację, równie leniwie pościągał z siebie T-shirty i wdział kostiumy bardziej odpowiednie na tę okazję. A  że widok na grupę przesłaniał nam jegomość rozmiarów Obeliksa to stwierdziliśmy, że muzycy będą jak na lotnisku – sympatyczni i lekko zblazowani. Nasze przewidywania nie sprawdziły się, chociaż zaczęli pół godziny po czasie od spokojnych pieśni polinezyjskich, demonstracji licznych sposobów wiązania pareo i przyjemnej bałałajkowej muzyki. Ale potem weszły bębny. Bębny o głębokim głuchym dźwięku i hipnotyzującym rytmie. I zrobiło się gorąco. Dziewczyny w zdobionych muszlami biustonoszach i zapiętych nisko spódniczkach z liści palmy i rafii wybijały biodrami każde uderzenie; półnadzy, natarci oliwką mężczyźni z polinezyjskimi tatuażami w przepaskach lub stylowych prześcieradełkach zawiązanych na biodrach jakby od niechcenia wydawali groźne okrzyki, tańczyli z nożami i włóczniami, wchodzili w płomienie i żonglowali pochodniami. Rytmy były gorące, tańczący pełni temperamentu, a cały występ bardzo hmm, hmm… pierwotny.

Zachód słońca widziany z naszej wyspy Jak wiadomo, po wylądowaniu białych na Tahiti tutejsze kobiety bez ogródek pokazały, w jaki sposób chciałyby sprawdzić, czy cudaczni przybysze mają wszystko na swoim miejscu. Wywołało to u niektórych entuzjazm (piękne kobiety, gorący klimat i kilka miesięcy na morzu robi swoje), a u niektórych zgorszenie. Tym większe, że w Europie panowały wtedy zupełnie inne nastroje dotyczące tej sfery życia. Dzisiaj zgorszenia nie ma, ale trzeba przyznać, że entuzjazmu wśród turystek i turystów widzieliśmy sporo. Tak więc, jeśli ktoś ma ochotę na chwileczkę zapomnienia, Polinezja Francuska ma wiele do zaoferowania.

Galeria będzie. Już jest. Zapraszamy tutaj.

*Nazwy polskie podamy przy bardziej dogodnym połączeniu z Internetem.


Targ indiański, wersja amerykańska

28 sierpnia 2009

Zapinka Pędziliśmy przez Stany z zamiarem zobaczenia dorocznego, słynnego na cały świat Indian Market, który odbywa się w Santa Fe w trzeci weekend sierpnia. Do Santa Fe dojechaliśmy wczesnym popołudniem w sobotę i szybciutko zameldowaliśmy się na kempingu. Właścicielka od razu zapytała nas, czy wiemy, że w mieście odbywa się wielkie wydarzenie i poinformowała nas o ograniczonych możliwościach parkingu w centrum. Wręczyła też przepiękne foldery, które dały nam mocno do myślenia. Kolorowe, z cudnymi, artystycznymi zdjęciami tradycyjnych wyrobów indiańskich: biżuterii, plecionych talerzy i dywanów sugerowały bardzo artystyczny charakter imprezy. Stwierdziliśmy, że płacenie 10 dolarów za parking w samym centrum miasta nie do końca nam odpowiada, a jako że dla nas po wszelakich kanionach i różnych innych eskapadach maszerowanie pieszo nie stanowi żadnego problemu, porzuciliśmy nasz samochód jakieś 2 km od centrum i dalej poszliśmy już piechotą. Z tego entuzjazmu po drodze wpadliśmy prawie na jakiegoś pana, który niósł wyplatany talerz o średnicy około jednego metra manewrując nim z taką delikatnością, jak robiłby to kelner z Rosenthalem. Wkrótce miało się wyjaśnić dlaczego.

DrzemkaPierwsza sekcja targu, w którą weszliśmy, była sekcją kulinarną – wszędzie sprzedawano tradycyjny i bardzo smaczny zresztą, smażony chleb Nawajów. Całość wyglądała swojsko i przyjaźnie, udaliśmy się więc na zwiedzanie reszty. Części targu były podzielone na stoiska artystów uznanych, oraz dopiero zdobywających sławę. Dookoła głównego placu i okalających ulic rozłożonych było 5000 stoisk z ceramiką, biżuterią, malarstwem, dywanikami i serwetkami, figurkami, ale też nożami i tomahawkami z obsydianu i innych kamieni półszlachetnych, które wyglądały jak żywcem wzięte z powieści o Indianach.  Jakość wyrobów była niezwykle wysoka, a ilość przedmiotów prezentowanych produktów umiarkowana. Przy każdym stoisku stał artysta, który to wykonał, można było z nim porozmawiać o wykonanych przez niego wyrobach. Niektórzy z nich z dumą nosili odznaczenia wskazujące na otrzymane w czasie targu nagrody. No i jeszcze te twarze… Indiańskie ostre rysy, zdecydowanie kojarzące się z bohaterami prerii i pobudzające wyobraźnię. Niestety większość osób odziana była w dżinsy, a niektórzy z wyraźną satysfakcją popijali Pepsi Max.

CeramikaMnie osobiście zachwyciła niezwykle delikatna ceramika zdobiona misternymi, cienkimi jak włos wzorami. Nie wspomnę nawet o charakterystycznej biżuterii Nawajów – turkusy oprawiane w masywne, srebrne zdobienia. Nie było prawie wcale sztuki popularnej powielanej w wielu egzemplarzach – w zasadzie na każdym stoisku można było obejrzeć prawdziwe, unikalne arcydzieła. Można było obejrzeć, ponieważ ceny przekraczały nasze możliwości nabywcze. Przepięknie wyplatany kolorowy talerzyk wielkości spodka do herbaty kosztował 250 dolarów, a taki, jaki niósł spotkany przez nas wcześniej pan – 1500 dolarów. Wszystko więc stało się jasne – cena odzwierciedlała nie tylko znakomitą jakość wyrobów, ale także markę artysty, a za nią, jak wiadomo, płaci się słono.

Zapinki w ilości i rozmaitości większej Cały targ jest gratką dla kolekcjonerów, niezwykłym wydarzeniem, któremu towarzyszą konkursy na najlepszy strój indiański, koncerty i spotkania ze znanymi osobistościami świata Indian. Od razu nasunęły mi się skojarzenia z targami podobnych (choć nieco gorszej – niewątpliwie – jakości) wyrobów w Ameryce Łacińskiej z ich gwarem, tłokiem i olbrzymią ilością często podobnych do siebie towarów. Różnice krótko można podsumować to w następujący sposób: targi artesanias, jakie widzieliśmy w Ameryce Łacińskiej to dla nas wydarzenie przede wszystkim kulturowe, Annual Indian Market w Santa Fe – kulturalne. Możecie wybrać, co podoba Wam się bardziej, ale jestem pewna, że takiego nagromadzenia dzieł sztuki indiańskiej nie da się zobaczyć nigdzie indziej.

Zapraszamy do galerii z Nowego Meksyku.


Blues z Czarną Madonną w tle

20 sierpnia 2009

“Jesteś z Polski? Mamy coś z Twojego kraju. Nie powiem co, poszukaj! Jest w ostatnim pokoju.” – jedyny w Ameryce biały kapłan voodoo robił mi właśnie przyspieszony kurs z zakresu podstawowych pojęć tej religii po czym pokazał maleńkie wejście do ciasnego korytarzyka, który stanowił jedną z części historycznego muzeum voodoo w Nowym Orleanie. Właściwie muzeum mieściło się w korytarzyku i dwóch przylegających pokoikach – w sumie chyba nie więcej niż 40 metrów kwadratowych. Pokoiki ciasne, bez okien, światło przyćmione, lekko czerwone. Dziesiątki przedmiotów porozwieszanych pozornie w nieładzie:

  • lalki voodoospora drewniana rzeźba jegomościa z tuzinem niedopałków w ustach (Czy ja już tego gdzieś nie widziałam? 😉 – patrz post Święty z cygarem);
  • wielki drewniany krzyż rzeźbiony w esy floresy;
  • czaszki ludzkie w różnych rozmiarach – wyglądały na autentyczne;
  • pamiątkowa gablotka ku czci obdarzonego mocą pytona (???);
  • portrety voodoo queens (tj. królowych voodoo – tak nazywają się w Nowym Orleanie kapłanki voodoo, kapłani to doctors);
  • zdjęcia i rysunki rytuałów;
  • szczegółowy przepis na lalkę voodoo i miłość mężczyzny;
  • drewniane maski z Afryki poobwieszane kolorowymi koralikami Mardi Gras, które w czasie karnawału służą zupełnie innym, całkiem niezwiązanym z religią celom;
  • a na końcu w ostatnim pokoju obok obrazów świętych wisi sobie nasza Matka Boska Częstochowska i ze stoickim spokojem spogląda na to dziwowisko.

Ślad polski w muzeum voodoo Według zamieszczonego opisu  to, że nasza Madonna jest Czarna i  nosi na twarzy bliznę, miało duże znaczenie dla niewolników, którzy wyznawali voodoo. Kult przyniesiony tam przez żołnierzy legionów Dąbrowskiego zaczął żyć swoim życiem. Matka Boska Częstochowska stała się “loa”, Erzulie Dantor, duchem voodoo, patronką kobiet, która broni ich przed przemocą i zdradą.  Jest też patronką lesbijek, a Jej wizerunek jest silnym gris-gris, czyli przedmiotem obdarzonym silną magiczną mocą (autor opisu powołuje się na dobre udokumentowanie magicznych mocy – zgaduję, że przez zakonników z Częstochowy ;-)). Żeby zyskać Jej przychylność na Haiti składa się jej ofiary z rumu, ciastek dekorowanych biało-niebieskim lukrem, mocnych papierosów (sic!) i masy kakaowej. I znowu przypomniało mi się Chichicastenango z ofiarami z żywicy i rumu – fascynująca mieszanka religii starych i nowych. Tym razem dewocjonalia i postaci świętych wprowadzone zostały rozmyślnie, aby zmienić percepcję voodoo jako kultu szatana. Jak zgaduję zabieg się udał, bo wyznawcy voodoo, czego się dowiedziałam ze zdziwieniem, to praktykujący katolicy…  Czyżby więc i voodoo, podobnie jak zwyczaj składania ofiar z roślin i alkoholu w Gwatemali, były tolerowane lub aprobowane  przez lokalnych przedstawicieli kościoła? Byłoby to bardzo dziwne, bo w trakcie rytuałów voodoo dochodzi do trudnych do wyjaśnienia zachowań zbliżonych do opętania przez – jak twierdzą wyznawcy – duchy voodoo; czym one są, nie do końca rozumiem. Nazwiska osób prowadzących współcześnie podobne ceremonie są znane – w muzeum wiszą ich odpowiednio wystylizowane CV-ki zawierające zdjęcia, dane i historię powołania.

Voodoo skomercjonalizowane Kapłani voodoo są jednak nowocześni i znają się też na biznesie – ten, z którym rozmawiałam występował już w BBC, Discovery Channel i jeszcze kilku innych programach. I tam i w domu voodoo, (należącym  kiedyś do Marie Laveau – dziewiętnastowiecznej kapłanki z Nowego Orleanu otaczanej tu dużą czcią) można nabyć amulety mające zapewnić powodzenie w różnych obszarach życia takich jak miłość, seks i biznes. Ceny dość wygórowane, choć z drugiej strony, może $10 lub $20 to jednak niewiele za 5 ml napoju miłosnego 🙂 – w końcu nie pije się tego litrami… Można też dowiedzieć się, kim było się w poprzednim wcieleniu ($25) lub na 15 minut oddać się w ręce chiromanty ($20). Trochę mnie korciło, przyznaję, szczególnie te poprzednie wcielenia ;-), ale ostatecznie jako pamiątkę z Nowego Orleanu wybrałam płytę z bluesem w jednym ze sklepików w pobliżu.

Wszyscy grają W Nowym Orleanie widzieliśmy w zasadzie tylko Dzielnicę Francuską – jak już tam weszliśmy, to już nie chcieliśmy wychodzić. Prześliczne domki z fantazyjnymi metalowymi okuciami na balkonach, tysiące sklepików z antykami i gadżetami z poprzedniej epoki, dzisiaj uroczo niepotrzebnymi, galerie sztuki, restauracje, kluby i kawiarnie. Żałowaliśmy bardzo, że nie możemy dłużej posłuchać fantastycznej muzyki granej na żywo przez ciemnoskórych artystów wieczorem w klubach na Bourbon Street. Cały Nowy Orlean tchnie czymś dawno już nieistniejącym, ale jednocześnie nie jest wymarłym miastem-muzeum, ale tętni życiem, zaskakuje, jest trochę staroświecki, trochę zwariowany, trochę zepsuty i bardzo wyluzowany (przydomek Nowego Orleanu to “Big Easy”, a więc właśnie Wielce Wyluzowany). Więc plan jest taki, że jak się uda, to kiedyś tu wrócimy na trochę dłużej. Tym razem bez dzieci.

 

Galeria wkrótce. Gotowe. Zapraszamy do galerii!