Australijskie drogi i bezdroża

31 stycznia 2010

Jedziesz jedziesz i nic Od wczoraj jesteśmy już co prawda w Bangkoku w Tajlandii, ale ten kawałek będzie jeszcze o drogowych przygodach w kraju skaczących torbaczy. Przez Australię jechaliśmy częściowo pociągiem, a częściowo samochodami (różnymi, bo wypożyczaliśmy w sumie 4 razy), więc aż tak pełnego obrazu jak w USA, czy Nowej Zelandii nie mamy, ale i tak należy się wam drogowe podsumowanie tego odległego kontynentu. 

Po pierwsze w Australii bez auta jest naturalnie trudniej (choć komunikacji publicznej sporo), bo odległości – jak w USA – są olbrzymie. Po drugie niektóre odległości są olbrzymie i jednocześnie bardzo niezagospodarowane, więc jedziesz i jedziesz i nic. My takich odludzi zwiedzaliśmy niewiele, bo uznaliśmy, że kilkudniowa jazda z dziećmi do centrum kontynentu nie wchodzi w grę. Kto oglądał Shreka 2 i pamięta scenę “Daleko jeszcze?” wie, o czym mówię. 🙂

Na Harbour Bridge w Sydney Po trzecie pewne odległości są olbrzymie (mam wrażenie, że już o tym mówiłem ;-)) więc Australijczycy proponują kierowcom szereg udogodnień. Po pierwsze mnóstwo parkingów i miejsc odpoczynku (określanych jako Rest Area) koniecznie z toaletami, stoliczkami, trawką, placami zabaw dla dzieci i bardzo często z elektrycznymi barbeque – które, jak należy zauważyć przy okazji są wszędzie zupełnie darmowe. Ma to wg mnie (prócz tego, że Australii jest bardzo socjalnym państwem) najprawdopodobniej związek z ochroną przeciwpożarową, bo zachęca ludzi do korzystania z nich, a nie rozpalania ognia lub grilla węglowego (dla porównania: w USA wszędzie w sklepach są dostępne pakiety drewna ogniskowego i węgiel do grilla, natomiast w Nowej Zelandii były też elektryczne barbeque, ale płatne). W połączeniu z dobrą, słoneczną pogodą oraz występującymi wszędzie supermarketami pełnymi lodówek z produktami, które można usmażyć (na przykład steki z kangura), Australia jest rajem dla ludzi lubiących niezobowiązująco podróżować samochodem i zażywać świeżego powietrza.

Punkt Driver Reviver A! Kolejnym ciekawym udogodnieniem jest instytucja “Driver reviver” (po naszemu “Odżywacz kierowców”). Widzieliśmy ją w Nowej Południowej Walii, gdzie głównie podróżowaliśmy autem więc nie mamy porównania z innymi stanami (ale mam wrażenie, że w Wiktorii tego nie ma). Co to jest? W niektórych miasteczkach lub przy parkingach na autostradzie można spotkać budki Driver Reviver serwujące darmową kawę, herbatkę i ciasteczka. Hasła głoszą zatrzymaj się, odżyj, przeżyj. Z drugiej strony są instytucje hamujące kierowcę, czyli ograniczenia prędkości (normalnie w mieście 50, na drogach 80 lub 100, a na autostradach 110) mnóstwo rond (tu króluje miasteczko Noosa, gdzie spędzaliśmy Święta) hasła przydrożne typu “Drinking kills driving skills” (czyli w skrócie “Picie zabija”) oraz patrole policyjne i mnóstwo fotoradarów. Nadużywać prędkości nie jest więc łatwo – i naprawdę mało kto to robi. Suma sumarum jeździ się bezpiecznie i – choć nadal po lewej stronie – udało się nam dotrzeć do celu bez przygód.

Jeździliśmy po tytułowych drogach i bezdrożach, pokonywaliśmy góry, doliny, rzeki (promem) oraz brody (na kołach). W sumie przejechaliśmy około 5000 km, co jak na taki kraj nie jest dużym wynikiem. Pełnej galerii z tego nie będzie, ale poniżej jeszcze kilka zdjęć dla rozrywki:

Widoczek niemal jak z Nowej Zelandii Przez dżunglę na północ
Promem przez rzekę Nasza przeprawa przez bród
Droga w prawdziwym outbacku Droga przez góry
Czasami naprawdę trzeba tu mieć prawdziwą terenówkę Autostrady niemal jak w USA

Piwne przygody w kraju kangurów, czyli kącik drinkownika

27 stycznia 2010

Schooner czyli większa szklaneczka Po prawie dwumiesięcznym pobycie w Australii, mogłem się przekonać, że tytułowy złoty napój odgrywa tu dużą rolę. Roczne spożycie piwa na mieszkańca jest bardzo duże i jedne z większych na świecie (Australia była czwarta w 2004 roku, podczas gdy Polska osiemnasta). Co ciekawe odbywa się to wszystko bez znanej z Europy ikony Australii, czyli piwa Foster’s, które – dostępne wszędzie w Polsce – jednoznacznie kojarzy się z Australią. Przyjeżdżając tu myślałem więc, że Fostersa będę pił w każdym pubie. Tymczasem okazało się, że jest to piwo produkowane niemal wyłącznie na eksport i prawie niedostępne w kraju. Nic straconego, bo naprawdę dobrych marek jest tutaj bez liku.

Rozpoczęcie sezonu nastąpiło z pomocą mało mi znanego, aczkolwiek słynnego w Australii piwa James Squire. Jest to produkcja z nazwy i tradycji pochodząca od jednego ze skazańców przywiezionych z Wielkiej Brytanii w początkach historii Australii. Ten zaradny człowiek nie poddał się losowi, założył mały browar i od tego czasu jego imię i nazwisko przeszło do historii. Przynajmniej do historii piwa. Browar ten należy obecnie pośrednio do japońskiej grupy Kirin (Ot globalizacja) i produkuje oczywiście wiele gatunków piwa w tym historyczne Original Amber Ale na wzór produkcji Jamesa. Mi najbardziej przypadła do gustu odmiana lekka, jednak z posmakiem tradycji, czyli Golden Ale.

Typowy hotel z pubem na dole W Australii nie można kupić piwa w supermarkecie tak, jak na przykład w Nowej Zelandii, czy w Stanach. Do kupowania alkoholu są specjalne sklepy – na południu kraju nawet połączone niemal z supermarketem, więc jest to wygodne, ale na północy i wewnątrz kraju trudniej dostępne. Spotkaliśmy takie miejsca (na przykład w Cairns), gdzie sklep występował wyłącznie w formie drive-in, czyli trzeba do niego wjechać samochodem. Nie wiem, czy jeśli nie masz samochodu, to w ogóle nie kupisz, ale na pewno jest to trudniejsze. Chodzi oczywiście o wychowanie w trzeźwości i utrudnianie dostępu do alkoholu biedniejszej części społeczeństwa, czyli chyba głównie Aborygenom. Co ciekawe piwa w sklepie nie kupisz, ale zestawy domowy browar do robienia tego trunku wieczorową porą jak najbardziej. 🙂 W każdym mieście i miasteczku jest też hotel (hotel, to Australii pub z hotelem i często restauracją na dole), gdzie można napić się zimnego płynu. Prosto z beczki lub z butelki. Australijczycy dbają bardzo, aby zarówno piwo, jak i kufel (zwany tu schooner – jest to taka większa szklaneczka) były bardzo schłodzone – co mi niezmiernie odpowiada. Picie więc w hotelu jest najprzyjemniejsze. Na teren hotelu (często łącznie z tzw. ogródkiem) nie mają wstępu osoby poniżej 18 roku życia – co bywa korzystne, jeśli wiecie o co mi chodzi. 😉

Ciekawe w smaku piwo przeniczne z TasmaniiGatunków piwa jest w Australii niezmierzona ilość łącznie z małymi, lokalnymi browarami. Prócz typowo angielskich pale ale przeważającą większość stanowią różnego rodzaju odmiany lagera oraz (szczególnie na gorącej północy) sporo lekkich lagerów – tu najbardziej przypadł mi do gustu delikatny, letni XXXX Summer, który piłem w Queensland (wytwórnia XXXX z Brisbane jest kultowym browarem Queensland i nie próbuj Queenslandczykowi proponować czegoś z innego stanu – przywiązanie do lokalnego patriotyzmu jest tu duże). Generalnie najbardziej znane marki lagerów (które oczywiście próbowałem) to VB, XXXX Gold oraz Carlton Draught, ale jest jeszcze Coopers, Resch’s, Toohey’s (w odmianie Old i New), wspomniany James Squire, Boag’s, Tasmania Bitter i bardzo smaczny, lekko słodkawy Fat Yak. Mniam!


Kolejne polskie wejście na Górę Kościuszki

25 stycznia 2010

Sprzęt wyszykowany był już z rana. Liny, raki ;-), kurtki, krem na słońce, krem na muchy, satelitarne telefony komórkowe, plecaki, woda i fura żarcia. Szczególnie czekoladowe batoniki dla dzieci. Dzieci bowiem, jak powszechnie wiadomo, napędzane są batonikami czekoladowymi, czekoladą, lodami oraz innymi tego typu paliwami stałymi. 🙂 A! I jeszcze nieśmiertelnymi zupkami chińskimi oczywiście.

Polska baza wspinaczkowa w GeehiDo polskiej bazy wspinaczkowej w krainie wiecznego śniegu i lodu, czyli w Alpach Australijskich, dotarliśmy poprzedniego wieczoru i po kąpieli w górskim strumieniu (A co! Marines jesteśmy wszak!) oraz spędzeniu miłej nocy w chacie schroniskowej byliśmy gotowi na zdobycie szczytu – szlakiem Pawła Strzeleckiego (cały czas z “Tomek w krainie Kangurów” w ręku). Kangury zresztą łaziły (przepraszam, kicały) koło schroniska cały wieczór, a jedna szczególnie ciekawska (naprawdę olbrzymia) Mama Kangurzyca przypatrywała się nam z kilku metrów, gdy rano pakowaliśmy sprzęt do samochodu. A może był to tata kangur? Diabli go wiedzą.

Góra Kościuszki widziana z Geehi Należy wyjaśnić, że polska baza wspinaczkowa w Geehi (na wysokości 450 m n.p.m) u stóp Góry Kościuszki (najwyższa góra Australii, wysokość 2220 m n.p.m.) założona została parę godzin przed naszym przyjazdem przez Iwonę i Huberta z Londynu (a niedługo już znów z Poznania), których poznaliśmy jeszcze w Sydney na campingu. Po otrzymaniu koło południa SMS z koordynatami “bazy” włączyliśmy nasz pokładowy GPS i pognaliśmy tam przez góry, pola i doliny prosto z Canberry (gdzie nawiasem mówiąc udało nam się uzyskać niezmiernie sprawnie wizę do Birmy, do której lecimy już za 2 tygodnie). Wcześniej zakupiliśmy wspomniane wyżej zapasy spożywcze oraz stosowne trunki. Nastąpiło więc kolejne spotkanie Polaków na obczyźnie. Po sprawnym (komary cięły, cholera!) opiciu naszego wyniku w pierwszym etapie konkursu Blog Roku 2009 cała polska ekipa była gotowa z rana (to jest koło 10 z rana) do ataku na szczyt.

Polska ekipa poZ parkingu na przełęczy było 23 kilometry na Górę Kościuszki i z powrotem. Dzieci (napędzane batonikami i opowieściami o psach chodzących po piwo i elfach pływających po morzach) pokonały ten dystans w tempie ekspresowym i o dziwo bez specjalnego marudzenia po drodze. Cieszyły się, że pobiły kolejny swój rekord długości dziennego przejścia. W sumie zajęło nam to 9 godzin. Raki i liny 😉 okazały się niepotrzebne, gdyż śniegu oczywiście nie było. Nawet gdyby był, to droga była przygotowana rewelacyjnie. Było gorąco (gdy nie wiało). Widoki przepiękne, gdyż przebijaliśmy się przez lasy skarłowaciałych śnieżnych eukaliptusów, a potem skalne krajobrazy przypominające nieco wyższe partie naszych Karkonoszy. Wiało i to nieźle. Kurtki i bluzy się przydały. Przypomniało nam się niby niepozorne wejście na najwyższy szczyt Sardynii kilka lat temu, gdzie wiatr wycisnął z nas resztki energii.

Delikatna korekta Na szczycie nastąpiła sesja fotograficzna, tradycyjne ugotowanie i zjedzenie zupki chińskiej i odczytanie pamiątkowej tablicy na cześć Strzeleckiego. Przy okazji uczyliśmy sympatyczną panią strażniczkę parku oraz okolicznych Australijczyków, jak się powinno wymawiać Kościuszko i Strzelecki. Oni bowiem kaleczą oba te nazwiska koszmarnie. Nie powtórzę nawet jak to wypowiadają, ale generalnie czytają jak leci z wymową angielską. Zrobiło się jakoś tak patriotycznie i domowo. Ja nawet popełniłem ten wandalizm, że na punkcie widokowym pod szczytem poprawiłem flamastrem pisownię Strzelecki (bo napisali Stzelecki) – choć muszę dodać na swoje usprawiedliwienie, że nie byłem pierwszy. Jacyś inni rodacy najwyraźniej robili to już długopisem wcześniej, tylko napis się starł. Na szczęście na tablicy na szczycie, cytującej słowa Strzeleckiego, pisownia była już poprawna, bowiem Strzelecki po wejściu na szczyt w 1840 roku napisał tak:

Szczyt skalisty i nagi, przewyższający kilka innych wywarł na mnie tak wielkie wrażenie przez podobieństwo do kopca wzniesionego w Krakowie nad grobem patrioty Kościuszki, że choć w obcym kraju, na obcej ziemi, lecz wśród wolnego ludu, który cenił wolność i jej atrybuty, nie mogłem powstrzymać się od nadania górze nazwy Góra Kościuszki.

Zapraszamy do galerii z Gór Błękitnych (gdzie byliśmy na wycieczce niedaleko Sydney) oraz z Góry Kościuszki.


Kącik łasucha – Sydney

20 stycznia 2010

Sydney Fish Market Prawdziwe łasuchy zawsze znajdą sposób na łasuchowanie. Tym razem pretekstem była wizyta na targu rybnym w Sydney. Przed wizytą wyobrażałam go sobie na kształt skrzyżowania targu sycylijskiego  (kamienna hala bez ścian, aby zapewnić wentylację) z środkowoamerykańskim – czyli wszystko leży na kamiennych blatach i nikt się specjalnie chłodzeniem nie przejmuje, bo towar schodzi jak gorące bułeczki. Tymczasem targ w Sydney okazał się wydarzeniem niemalże kulturalnym. Kamienna hala może przecież istnieć w wioskach Sycylii, ale nie w centrum Sydney, gdzie nawet rybki na sprzedaż muszą zyskać dodatkową oprawę. Stoiska ze wszystkim, co przynosi morze znajdują się w kilku pawilonach rozrzuconych na niewielkim placu.

Błotne kraby Rozmaitość ryb, jakie można tam nabyć jest zadziwiająca: łososie, snappery, tuńczyki, mieczniki, płaszczki (tak, tak! :-)) i tysiące innych, których nie rozpoznaję i nazw nie udało mi się zapamiętać – wszystkie złowione tego samego dnia i chłodzone rozsypywanym co jakiś czas lodem. Na rybach zresztą wcale się nie kończy. Zza szyb swoje patyczakowate odnóża wyciągają langusty, homary i inne skorupiaki słodkowodne i morskie. Żywe kraby z powiązanymi szczypcami łypią groźnie ze skrzyń swoimi małymi oczkami zastanawiając się, co zrobią, jak dorwą w końcu jednego z przechodniów. Czerwienią się stosy krewetek. Na stoisku obok ktoś kupuje świeży, pachnący chleb, parę metrów dalej pysznią się ułożone w symetryczne piramidki owoce, o jakich się tylko zamarzy. Jeśli ktoś czuje się przytłoczony różnorodnością morskich stworzeń i zupełnie nie wie, jak się za nie zabrać, może zapisać się na warsztaty kulinarne, odbywające się kilka razy w miesiącu. Przykładowe tematy warsztatów: zupy z ryb i owoców morza, barbaque z owoców morza, owoce morza po tajsku etc. Prawdziwe łasuchy czasem jednak muszą zjeść coś tu i teraz, i dla nich właśnie przygotowano wiele kafejek z gotowymi daniami z morskich smakołyków. Pewnie łatwo zgadniecie, że nie oparłam się pokusie i musiałam spróbować czegoś smacznego.

Ostrygi Kilpatrick czyli mortadela Wybrałam wariacje na temat ostryg: świeże ostrygi pacyficzne (na surowo), ostrygi Kilpatrick i ostrygi mornay. Sam sos mornay, czyli upraszczając nieco sos beszamelowy z dodatkiem bulionu rybnego i żółtego sera, choć delikatny i tak zabija rewelacyjny smak mięczaka. Mówiąc krótko głównie czuć sos ładnie nalany do skorupki małża. To, że gdzieś na dole jest w nim zatopiona ostryga czekająca na odkrycie umyka z pewnością większości smakoszy. Jeszcze gorzej sprawa się ma z ostrygą Kilpatrick, którą przygotowuje się z bekonem i sosem Worcestershire. Tak pozornie wytworne składniki, a całość smakuje jak smażona mortadela ze skwarkami (czy ktoś w ogóle je takie paskudztwo?), nawet nie jak ostryga z mortadelą. Ostryga gnie w tym smaku bezpowrotnie. Niestety.

Ostrygi w swojej ostatniej kąpieli Niestety, bo świeże ostrygi… Świeże ostrygi przywodzą na myśl egzotyczne owoce. Wilgotne, śliskie i mięciutkie, choć bardzo delikatne, mają także i bardziej pikantne tony. Obficie skropione cytryną pławią się bezwstydnie w perłowych wannach w swojej ostatniej, luksusowej kąpieli. Mistrzynie kamuflażu, udają, że nie mają nic wspólnego z morzem, lecz że ich subtelność zrodziła się w niedostępnych dla zwykłych śmiertelników miejscach. Taki smak broni się sam! Co tam mówię, broni. Jaśnieje dostojeństwem. I kto wpadł na pomysł, żeby do tego dodać bekon? Pewnie ten sam wielbiciel bekonu, który zaliczył ostrygę pacyficzną do organizmów inwazyjnych. Ja tam chętnie zrobię dla niej i jej koleżanek specjalną sadzawkę w łazience, byleby zechciała jakimś cudem osiąść u nas na stałe.


Świat w wielkim mieście

17 stycznia 2010

Uliczny sprzedawca CD prezentuje umiejętności gry na didgeridooAustralijczyków z dziada pradziada w Sydney niemal nie uświadczysz. Są gdzieś bardziej na północy lub w głębi kontynentu. I nie mówię nawet o rdzennych mieszkańcach tego kraju. Tych to nawet śladu nie ma. OK, pojawiają się tylko czasem muzykujący na didgeridoo i sprzedający swoje CD. Ale wygląda na to, że w Sydney nie mieszka żaden Aborygen, a i tych Australijczyków pochodzenia europejskiego jakoś tak mało. Ilu z chodzących po ulicach ludzi to potomkowie pierwszych kolonistów, a ilu to pierwsze lub drugie pokolenie nowych imigrantów? Kilka spacerów przez miasto i rozmów ulicznych pokazuje jak bardzo multikulturowe i w sumie młode jest Sydney. Największy biznes kwitnie bowiem jak zawsze u podstaw – to małe lokalne biznesy prowadzone przez świeżo przybyłych imigrantów dają siłę temu młodemu kontynentowi.

Na Paddys markat kupisz wszystko Tutaj w Sydney wydawane są gazety po chińsku, koreańsku i diabli wiedzą w jakim jeszcze języku, są sklepy z jedzeniem z Tajlandii, Chin, Indii i każdego kraju, jaki sobie wymarzysz, są lokalne, narodowe kanały radiowe (w tym polski), telewizyjne a nawet takie dzielnice, gdzie wszystkie tabliczki są dwujęzyczne (oczywiście są też dzielnice wyraźnie “białe”, pełne turystów z Europy i USA). Na ulicach wyraźnie widać charakterystyczne rysy skośnookie lub hinduskie. W sklepach w kasach pracują prawie wyłącznie imigranci z Azji mówiący z bardzo mocnym akcentem. Stragany i sklepiki z pamiątkami zalane są pluszaczkami i bumerangami “Made in China” i trzeba się nieźle postarać, aby znaleźć coś autentycznego, zrobionego ręką Aborygena. Pod tym względem na północy w Cairns było dużo lepiej bo i Aborygenów w mieście można było spotkać (co prawda najczęściej snujących się wyraźnie bez celu po parku), i galerie z lokalną sztuką się pojawiały.

Jest i Paulaner - po 11 dolarów za kufel W Sydney zaś jest dzielnica chińska, koreańska, kącik hiszpański, kubańska knajpka, sklep z produktami francuskimi, oczywiście sklep polski, mnóstwo pizzerii, stoiska z kebabami, bawarska piwiarnia sprzedająca weissbier oraz oczywiście irlandzkie puby sprzedające Guinnessa i zatrzęsienie barów z sushi. Wczoraj przed olbrzymim chińskim centrum handlowym (MarketCity – Where East meets West) na skraju Chinatown mieszczącym również przebogate targowisko Paddy’s (tam można kupić pamiątki z Sydney oraz niezawodne australijskie drizabony) występowali Indianie (wyglądający na północnoamerykańskich) i na inkaskich fletach grali “El Condor Pasa”. Totalny supermix!

Nie dziwimy się, że tak dużo imigrantów tu właśnie się osiedla. Klimat bardzo łagodny (choć podobno zimą chłodnawo), gospodarka stabilna (kryzys Australii nie dotknął), życie wygodne i proste, potrzeb odzieżowych nie ma (można w klapkach niemal cały rok), a okolica piękna. Aby popodziwiać okolicę, zapraszamy do naszej galerii z Sydney oraz przy okazji do obiecanej wcześniejszej.


Towarzysze broni

14 stycznia 2010

Dalej maszerujemy a ja ciągle z tyłuWyobraźcie sobie, że spełniają się Wasze marzenia z okresu zakochania i przebywacie ze swoim partnerem przez cały czas, a Wasze osobne światy ulegają zawieszeniu w wirtualnej rzeczywistości. Część osób na pewno byłaby zachwycona, ale niektórzy będą przerażeni samą myślą, że coś takiego miałoby się wydarzyć. A teraz trudniejsze ćwiczenie: jeśli macie dzieci, wyobraźcie sobie, że jesteście z Waszymi skarbami przez całą dobę, 365 dni niemalże bez przerwy. Nie ma niani, nie ma szkoły ani przedszkola, nie ma babci, która zostanie z dziećmi, żebyście mogli wyrwać się do kina albo pójść na wspólną kolację. Nie ma koleżanek i kolegów Waszych dzieci, którzy działają jak wentyl bezpieczeństwa, z którymi mogą się bawić, chować, okładać się, walczyć kijami i włazić na drzewa, krzyczeć na siebie i zwierzać swoje dziecięce tajemnice. Wyobraźcie sobie, że jesteście dla nich tylko Wy: rodzice, dziadkowie, nauczyciele, przyjaciele, koledzy, negocjatorzy i wentyle bezpieczeństwa w jednym.

Nie mogę nurkować ale mogę skakać HondurasNic dziwnego, że rodzin podróżujących przez dłuższy czas spotkaliśmy tak niewiele. Jednak jakoś tak się dotychczas składało, że choć spotykaliśmy ich rzadko, to w ważnych dla nas i czasem trudnych momentach. Najpierw jak dobry duch pojawił się Theo z Holandii z żoną i dziewięcioletnią córką. Właśnie zaczynaliśmy naszą podróż, niepewni jeszcze, czy nam się uda, nie do końca wciąż wierząc, że rzeczywiście się zaczęło. W hostelu przy Zocalo w Mexico City rozmawialiśmy może 15 minut, bo Theo wyjeżdżał właśnie na lotnisko, aby po krótkim pobycie w Los Angeles i po 9 miesiącach poza domem zakończyć podróż dookoła świata. Te 15 minut było dla nas bardzo ważne – natchnęło nas wiarą, że można, że się uda i że dla dzieci będzie to wspaniałe przeżycie. “Będziecie zachwyceni” – powiedział Theo. “Jak ja wam zazdroszczę, że właśnie zaczynacie…”. Theo towarzyszy nam w podróży przesyłając porady i linki i dzieli się z nami swoimi uczuciami związanymi z powrotem do ustabilizowanej codzienności. Kiedy w piątym dniu naszej podróży okazało się, że jesteśmy w samym centrum epidemii wcześniej nieznanej świńskiej grypy, mieliśmy jeszcze więcej siły i wiary, że mimo to nasza przygoda przebiegnie pomyślnie. Dobrze spotkać dobrego ducha na samym początku podróży.

Sytuacja awaryjna, sytuacja awaryjna AustraliaW Ameryce Łacińskiej spotykaliśmy niekiedy rodziny, które wybrały się na kilkutygodniową wycieczkę do danego kraju, ale żadnej, która podróżowałaby tak długo, jak planowaliśmy. Dopiero w Nowej Zelandii i Australii było inaczej. Aleksa, Singę (Szwajcarkę o polinezyjskich rysach rodem z Samoa) i ich dwoje dzieci poznaliśmy w Parku Narodowym Abla Tasmana w Nowej Zelandii – właśnie skończyliśmy kilkudniową wędrówkę. Wystarczyły dwa słowa i chłopcy już bawili się w berka biegając po kempingu udowadniając, jak wiele wspólnego mają ze sobą dzieci w podobnym wieku. Alex pokazał nam jak upiec nad ogniskiem chleb owinięty wokół kija jak wąż. Wąż z ziołami i sporą ilością czosnku. Alex był z zawodu chefem – wiedział więc, co robi. Cała czwórka po czasowej przeprowadzce na Samoa i na Nową Zelandię wracała do Szwajcarii, aby ponownie tam osiąść. Nad ogniskiem przegadaliśmy dwa wieczory zajadając parujący chleb czosnkowy i słodycze.

Na szczęście istnieją interaktywne muzeaJeffa i Karen spotkaliśmy w Cairns. Też jechali dookoła, tyle, że z Seattle. Jeff spojrzał czujnie na nasze dzieci wiercące się niespokojnie nad rozłożonymi na kempingowym stoliku książkami i zapytał krótko: “Podróżujecie z dziećmi?”. Drugie pytanie było zaskakująco bliskie naszym codziennym problemom: “Uczycie swoje dzieci w drodze?”. Potaknęliśmy, westchnęliśmy ciężko i następnie spędziliśmy razem dwa wieczory omawiając problemy związane z homeschoolingiem (nauką poza szkołą), zachwycając się dziewiętnastowiecznym pomysłem oddania edukacji instytucjom zewnętrznym. Ich córka właśnie postanowiła wrócić do Stanów, bo podróż i kończenie szkolnych kursów w Internecie ją zmęczyło. To, że Karen i Jeff mieli podobne co my problemy z nauką i zdyscyplinowaniem swoich (starszych nieco, bo 14 -letniego syna i 17-letniej córki) dzieci było i pocieszające i załamujące jednocześnie. Pocieszające, bo zadziałało jak grupa wsparcia. Załamujące, bo myśleliśmy, że tego typu problemy kończą się wcześniej.

Takich rodzin spotkaliśmy kilka. Być może jest ich więcej, ale może podróżują inaczej – rzadziej niż my nocują na kempingach, poruszają się swoim samochodem albo camperem, jadają w innych miejscach. O tych, których poznaliśmy, i o tych, którzy się na taką podróż zdecydują, myślimy ciepło. Jak o towarzyszach broni.

Our warmest thoughts go to you, our brothers in arms.


Sydney bez dzieci

12 stycznia 2010

Zabawy w Hyde Parku Niestety ten tytuł to tylko marzenie i na wieczorny koncert w parku dzieci z nami poszły. A że spały potem na trawce przy głośnej muzyce dookoła, to już inna sprawa. W krytycznym momencie, gdy towarzystwo wstało i zaczęło się rytmicznie kiwać, Isia do nas dołączyła, a tylko młodszy został na trawce otoczony światełkami ostrzegawczymi (promocyjne wentylatorki z migaczami z banku ANZ) – jak samolot na płycie lotniska. Było tak, jak miało być, czyli super. Do Sydney przyjechaliśmy bowiem w dniu rozpoczęcia corocznego Sydney Festival (coś w rodzaju Dni Wrocławia), gdzie akurat pierwszego dnia i wieczoru odbywa się mnóstwo przedstawień i koncertów na wolnym powietrzu. W Australii zresztą większość rzeczy się dzieje na wolnym powietrzu (o tym pisała już Beata), bo i styl życia taki i czasem inaczej nie można. A jak wiaterek powieje od morza to zawsze człowiekowi przyjemniej. Byle cień był. W dzień z tym cieniem było trudniej, więc w Hyde Parku, gdzie odbywały się występy cyrkowe dla dzieci, rozdawano właśnie migające wentylatorki oraz butelki z wodą. Organizacja pierwsza klasa, bo nawet cała strefa centrum była wyłączona z ruchu, obowiązywał zakaz sprzedaży i wnoszenia alkoholu, a wodzirej ze sceny przypominał wszystkim, aby pili dużo wody i chronili się przed słońcem.

Wieczorny koncert na Domain Wieczorem na Domain, czyli takim tutejszym parku centralnym rozpoczęły się koncerty – najpierw zespołów “ludowych”, czyli aborygeńskich – grających jednak całkiem przyjemną odmianę soul/pop z didgeridoo i gitarą w roli głównej. Przy okazji poszperajcie sobie na YouTube o didgeridoo, bo to jest niezły instrument. To, co grający może z niego wycisnąć, przechodzi ludzkie pojęcie i wyobrażenie. Ogrom dźwięków wydobywających sie na raz z tej długiej rury (przy czym są i basy, i dudnienia, i przyśpiewy, i świsty) przyprawia o ciarki. Wszystko w rytmie i z dzikim, tajemniczym klimatem. Rewelacja! A że w sobotę na scenie był naprawdę wirtuoz (niestety nieznany nam, więc nawet linka tu nie wstawię) – przyjemnie się słuchało!

Al Green zdjęty teleobiektywem z telebimu Po tych atrakcjach pojawiła się główna gwiazda, czyli Al Green. Występował pierwszy raz w życiu w Australii, co było dla mnie nawet lekkim zaskoczeniem, bo jak na amerykańską gwiazdę tej klasy to, że wcześniej nie zawitał do kraju kangurów jest nieco dziwne. Ale w końcu się pojawił i, jak sam powiedział, bardzo mu się Australia podoba. Zrobiło się naprawdę koncertowo, na scenę i na niebo wyszły gwiazdy, a okoliczne wieżowce służyły za ekrany wyświetlające obrazy z wielkiego projektora. Ludzie bawili się świetnie i naprawdę żałowaliśmy, że musieliśmy już wychodzić – do naszego “domku” dotarliśmy przyjemną komunikacją miejską i tak dopiero przez pierwszą w nocy. Dzieci były bardzo dzielne i zarobiły na sporą porcję lodów, prawda?

Wrocław pod śniegiem - obraz z 11 stycznia z kamery internetowej na budynku Kogeneracji A propos dzieci, to obecnie dostają gorączki na myśl o tym, co w Polsce. Czyli o śniegu. Isia dziś dostała maila od koleżanki z opisem półmetrowego puchu na górce we Wrocławiu i stwierdziła “Ale farciarze! Mają tyle śniegu i mogą się w nim tarzać.” Młodszy też potwierdził, że natychmiast chce wracać i wziąć udział w tym śniegowym szaleństwie. Po czym zakończył obowiązkowe codzienne czytanie, Isia w szybkim tempie zrobiła sprawdzian z angielskiego (przysłany emailem przez panią nauczycielkę – bardzo dziękujemy przy okazji) i oboje zgodnie poszli w na basen poskakać nieco na główkę. 🙂 Niby dla odreagowania tego braku śniegu. Tak więc, jak widzicie już im się ciepłe kraje przejadły i chcą unurzać się w mrozie i białym puchu, choć pewnie wielu dzieciakom z Polski chciałoby się rano pochodzić po kempingu w kąpielówkach i poskakać do basenu, prawda? 😉

PS. Pozdrowienia z drugiej strony świata. Nie dajcie się białemu puchowi!