Wielka kupa piachu

29 sierpnia 2009

Wielka kupa piachu Great Sand Dunes National Park – nieco zagubiony kawałek dziwnego świata niemal pośrodku Gór Skalistych. Z jednej strony krajobrazy alpejskie, z drugiej wielkie, podmokłe łąki, a pośrodku wielka kupa piachu. W końcu to największe wydmy w Ameryce Północnej! Ciągnące się na wiele kilometrów morze piasku i wydm powstało na skutek procesu erozji i działania wiatru – bardzo ciekawe zjawisko recyklingu piasku i chyba jedyne miejsce na świecie, gdzie takie piaszczyste cudo można spotkać w górach na wysokości 2500 m n.p.m. Tu w zimie przecież normalnie pada śnieg, a wydmy pokrywają się białym puchem! Widok piasku na tle gór świetny, bo z daleka wydmy zdają się być małe – na tle potężnych szczytów za nimi. Dopiero, jak się podjedzie bliżej, to okazuje się, że są naprawdę spore.

Biegamy w dół Wiosną i wczesnym latem park przemienia się w wielki plac zabaw dla dzieci, gdyż wzdłuż wydm płynie szeroki i płytki strumień z gór (topniejące śniegi) – mamy wielką piaskownicę i kupę płynącej, płytkiej wody. Niestety w sierpniu woda nie płynie, za to świeci mocne słońce i wieje wiatr. Na szczęście trafiliśmy na koniec kilkudniowego załamania pogody (które przepłoszyło nas wcześniej z Santa Fe), więc niebo pokryte chmurami dawało komfort – dało się łazić po wydmach na bosaka. Komfort był – przynajmniej jeśli chodzi o upał – natomiast jeśli chodzi o zmęczenie, to wydmy dały nam popalić. Oj oj! Chyba kondycja nam spadła od czasu, gdy jeździmy autem 🙂 W każdym razie na Wysoką Wydmę (High Dune, 650ft/198m wysokości) weszliśmy ze sporą zadyszką. Na górze okazało się, że stromizna jest spora, więc można było biegać turlać się i zjeżdżać na tyłku do woli. Spora część 4B tak właśnie spędziła pozostały czas na wydmach!

Zapraszamy do nowej galerii!


Targ indiański, wersja amerykańska

28 sierpnia 2009

Zapinka Pędziliśmy przez Stany z zamiarem zobaczenia dorocznego, słynnego na cały świat Indian Market, który odbywa się w Santa Fe w trzeci weekend sierpnia. Do Santa Fe dojechaliśmy wczesnym popołudniem w sobotę i szybciutko zameldowaliśmy się na kempingu. Właścicielka od razu zapytała nas, czy wiemy, że w mieście odbywa się wielkie wydarzenie i poinformowała nas o ograniczonych możliwościach parkingu w centrum. Wręczyła też przepiękne foldery, które dały nam mocno do myślenia. Kolorowe, z cudnymi, artystycznymi zdjęciami tradycyjnych wyrobów indiańskich: biżuterii, plecionych talerzy i dywanów sugerowały bardzo artystyczny charakter imprezy. Stwierdziliśmy, że płacenie 10 dolarów za parking w samym centrum miasta nie do końca nam odpowiada, a jako że dla nas po wszelakich kanionach i różnych innych eskapadach maszerowanie pieszo nie stanowi żadnego problemu, porzuciliśmy nasz samochód jakieś 2 km od centrum i dalej poszliśmy już piechotą. Z tego entuzjazmu po drodze wpadliśmy prawie na jakiegoś pana, który niósł wyplatany talerz o średnicy około jednego metra manewrując nim z taką delikatnością, jak robiłby to kelner z Rosenthalem. Wkrótce miało się wyjaśnić dlaczego.

DrzemkaPierwsza sekcja targu, w którą weszliśmy, była sekcją kulinarną – wszędzie sprzedawano tradycyjny i bardzo smaczny zresztą, smażony chleb Nawajów. Całość wyglądała swojsko i przyjaźnie, udaliśmy się więc na zwiedzanie reszty. Części targu były podzielone na stoiska artystów uznanych, oraz dopiero zdobywających sławę. Dookoła głównego placu i okalających ulic rozłożonych było 5000 stoisk z ceramiką, biżuterią, malarstwem, dywanikami i serwetkami, figurkami, ale też nożami i tomahawkami z obsydianu i innych kamieni półszlachetnych, które wyglądały jak żywcem wzięte z powieści o Indianach.  Jakość wyrobów była niezwykle wysoka, a ilość przedmiotów prezentowanych produktów umiarkowana. Przy każdym stoisku stał artysta, który to wykonał, można było z nim porozmawiać o wykonanych przez niego wyrobach. Niektórzy z nich z dumą nosili odznaczenia wskazujące na otrzymane w czasie targu nagrody. No i jeszcze te twarze… Indiańskie ostre rysy, zdecydowanie kojarzące się z bohaterami prerii i pobudzające wyobraźnię. Niestety większość osób odziana była w dżinsy, a niektórzy z wyraźną satysfakcją popijali Pepsi Max.

CeramikaMnie osobiście zachwyciła niezwykle delikatna ceramika zdobiona misternymi, cienkimi jak włos wzorami. Nie wspomnę nawet o charakterystycznej biżuterii Nawajów – turkusy oprawiane w masywne, srebrne zdobienia. Nie było prawie wcale sztuki popularnej powielanej w wielu egzemplarzach – w zasadzie na każdym stoisku można było obejrzeć prawdziwe, unikalne arcydzieła. Można było obejrzeć, ponieważ ceny przekraczały nasze możliwości nabywcze. Przepięknie wyplatany kolorowy talerzyk wielkości spodka do herbaty kosztował 250 dolarów, a taki, jaki niósł spotkany przez nas wcześniej pan – 1500 dolarów. Wszystko więc stało się jasne – cena odzwierciedlała nie tylko znakomitą jakość wyrobów, ale także markę artysty, a za nią, jak wiadomo, płaci się słono.

Zapinki w ilości i rozmaitości większej Cały targ jest gratką dla kolekcjonerów, niezwykłym wydarzeniem, któremu towarzyszą konkursy na najlepszy strój indiański, koncerty i spotkania ze znanymi osobistościami świata Indian. Od razu nasunęły mi się skojarzenia z targami podobnych (choć nieco gorszej – niewątpliwie – jakości) wyrobów w Ameryce Łacińskiej z ich gwarem, tłokiem i olbrzymią ilością często podobnych do siebie towarów. Różnice krótko można podsumować to w następujący sposób: targi artesanias, jakie widzieliśmy w Ameryce Łacińskiej to dla nas wydarzenie przede wszystkim kulturowe, Annual Indian Market w Santa Fe – kulturalne. Możecie wybrać, co podoba Wam się bardziej, ale jestem pewna, że takiego nagromadzenia dzieł sztuki indiańskiej nie da się zobaczyć nigdzie indziej.

Zapraszamy do galerii z Nowego Meksyku.


Lądowanie w Roswell

26 sierpnia 2009

Katastrofa w Roswell w 1947 (model) Po ciekawej wizycie w Carlsbad Caverns National Park (to już stan Nowy Meksyk) wylądowaliśmy w Roswell – spokojnie, bez przygód i awarii. Nie tak, jak ufoludki w 1947 roku, którzy się tu (podobno?) rozbili. Dokładnie to nie w Roswell, a na ranchu pewnego farmera kilkadziesiąt kilometrów na północny-zachód. Sprawa jest dość znana szczególnie tym, którzy interesują się tajemniczymi zjawiskami lub generalnie UFO (link tu i tu). Jak było naprawdę nie wie nikt, ale coś w tym wszystkim śmierdzi (siły powietrzne USA wszystko zbyt mocno tuszują i zaprzeczają) – stąd rozmaici znawcy i pasjonaci zdwoili działania, aby sprawę wyjaśnić. W Roswell zostało więc założone Międzynarodowe Muzeum UFO, gdzie można dowiedzieć się nie tylko o samym incydencie (z wszystkimi dostępnymi dokumentami, próbkami i opisami), ale również o wszelkich innych potencjalnych wizytach UFO na naszej planecie. Są zdjęcia latających spodków, znaków zrobionych na zbożu, relacje ludzi, który podobno byli przez obcych badani i  liczne wycinki prasowe oraz opisy. Generalnie jest się nad czym zastanawiać, bo wszystko to na raz mistyfikacją lub pomyłką być nie może. Coś więc w tym chyba jest.

Zdjęcie zrobione przez siły powietrzne USA (podobno pozowane) pokazujące że jednak to były szczątki balonu badawczego Co do samego incydentu z 1947 roku, to muzeum w bardzo obiektywny sposób podaje fakty, relacje, tajne dokumenty i raporty, które w sposób oczywisty pokazują, że rzeczywiście doszło do katastrofy statku kosmicznego i do odnalezienia martwych szczątków kosmitów, a armia Stanów Zjednoczonych wszystko zatuszowała. Pokazane jest też z drugiej strony możliwe wytłumaczenie wszystkiego jako zbieg okoliczności i awaria jednego z bardzo tajnych, eksperymentalnych urządzeń wojskowych (projekt Mogul) działających jak bardzo czułe odbiorniki wykrywające radzieckie testy atomowe – o postaci sporych pociągów balonowych zrobionych z lekkiego tworzywa. Każdy może sobie więc to ocenić samemu. Nawet potencjalne ciała ufoludków (widziane przez kilka osób) mogłyby być testowymi manekinami używanymi przez armię. To, że były małe (wzrost raczej dziecięcy) nie jest wyjaśnione. Tak więc teoretycznie jest możliwe, że doszło do katastrofy latającego spodka, a armia Stanów Zjednoczonych jest w posiadaniu tajnej technologii oraz ciał przybyszów z gwiazd. 😉 Wiele osób w to wierzy, a też i wiele filmów (na przykład Independence Day, kto oglądał ten wie, o której scenie mówię) zawiera odniesienia do tego przypuszczenia. No cóż – są rzeczy na niebie i Ziemi, które nie śniły się filozofom, prawda?

Głos sceptyka: Na pewno prawda, ale akurat nie w Roswell. Muzeum składa się głównie z wycinków prasowych, fragmentów raportu rządu amerykańskiego z lat dziewięćdziesiątych, zdjęć być może robiących wrażenie 50 lat temu, ale nie dzisiaj, w epoce Photoshopa. Całe muzeum zresztą sprawia wrażenie, jakby je ktoś zrobił kilkadziesiąt lat temu i nie dotknął od tej pory. Plakaty z filmów: “Z Archwium X” i paru innych o podobnej tematyce, oraz sugestywny model potencjalnego kosmity ofiarowany przez reżysera filmu “Roswell” wizerunku nie poprawia i zielone giętkie ufoludki w sklepie z pamiątkami też nie. Jedynym naprawdę ciekawym eksponatem są zeznania świadków, których jednak wiarygodność bardzo trudno ocenić w trakcie wizyty. Tak więc jeśli tam ktoś w środku zimnej wojny usiłował coś ukryć, to raczej nie kosmitów. Beata

Ciekawe co sądzą o tym nasi czytelnicy? Napiszcie.


Texas i nasi

23 sierpnia 2009

Kapitol w Austin Jak wiadomo każdy stan w Stanach Zjednoczonych jest inny, a Teksas – o powierzchni większej niż Francja – wyjątkiem nie jest. Tym bardziej, że niegdyś był niepodległym państwem (nadal we fladze ma pojedynczą gwiazdę – symbol niezależności). To kraj pokryty preriami, pagórkami, polami naftowymi oraz spokojnymi miasteczkami pełnymi Teksańczyków robiących ulubione steki z barbeque i popijających zimne piwo Lone Star. Wszyscy szczycą się, że są właśnie stąd (cała reszta USA jest mniej ważna). Kapitol, siedziba rządu Teksasu w Austin, jest większy niż (podobny wizualnie) Kapitol w Waszyngtonie (generalnie jest największy w USA i parę innych rzeczy w Teksasie też jest największe). Na wschodzie grasują aligatory (znów jednego widzieliśmy), a na zachodzie królują kowboje i rodea (oraz Meksykanie próbujący przemknąć przez granicę). Każdy ma pickupa, bo czymś trzeba przewieźć skrzynkę (czyli tutaj: karton) piwa, a niektórzy jeszcze do tego spluwę (aby im jakiś obcy nie wchodził w prywatę).

Cestohowa - Texas A w tym wszystkim przechował się kawałek naszej ojczyzny (przy okazji Piotrowi serdecznie dziękujemy za wskazanie drogi i linki). I to taki tradycyjny kawałek. W roku 1854 ksiądz Leopold Moczygęba z Płużnicy Wielkiej (niedaleko Strzelec Opolskich) przywiózł do Teksasu kilkuset osadników. Założone wówczas zostały typowo polskie wioski istniejące do dziś: Panna Maria, Cestohowa oraz Pawelekville. Zresztą Panna Maria to podobno najstarsza polska osada w USA, gdzie znajduje sie też kościół z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej (a jakże!). W sąsiedniej Cestohowie również śliczny kościółek z witrażami podpisanymi polskimi nazwiskami. Na chodniku prowadzącym do kościoła mnóstwo cegiełek fundatorów z nazwiskami: Moczygeba, Kolodziejcyk, Watrobka, Sekula, Pawelek. W Panna Maria muzeum i sklepik z pamiątkami: koszulki, czapeczki oraz dżem produkcji lokalnej (wg tradycyjnego, polskiego przepisu). Niestety sklep był już zamknięty (a szkoda, bo Beata zrobiłaby kącik łasucha na temat śląskiego dżemu z Teksasu :-)), ale kustosz muzeum był tak uprzejmy, że tuż przed zamknięciem oprowadził nas jeszcze opowiadając to i owo o eksponatach (stare kufry osadników, listy, zdjęcia i tabliczki do nauki języka polskiego). Dla ułatwienia dodam, że rozmawiał po angielsku. 🙂 – nie mówił bowiem w naszej ojczystej mowie i również nie za bardzo wiedział co oznacza jego typowo polskie nazwisko – nazwa małego ptaszka. Beata dokonała oświecenia – ku jego (kustosza, nie ptaszka) uciesze. Miło jednak, że mimo braku znajomości języka polskie tradycje stara się podtrzymywać, a malutkie muzeum to wyraźnie jego pasja. Fajnie tez było jest zobaczyć ojczyźniane pamiątki i wyroby oraz poczytać o historii osadników – łatwego życia tu jak się zapewne domyślacie nie mieli. Cóż, zapraszamy do galerii – sami zobaczcie.


Kącik łasucha – Luizjana

21 sierpnia 2009

Wszystko się zaczęło jeszcze na Florydzie, kiedy kupiliśmy pierwsze masło orzechowe. Konkretnie mówiąc wersję podstawową masła orzechowego – orzechy ziemne z dodatkiem oleju roślinnego. Kupujemy je jako zdrowszy i łatwiejszy do przechowywania zamiennik tradycyjnego masła także w Polsce, a w podróży sprawdza się szczególnie dobrze. Dowód: zawartość słoiczka znikła szybko, a co poniektórzy skrobali go tak, że prawie dziura została ;-). Drugi słoiczek kupiliśmy w poleconej przez Gabi sieci supermarketów z żywnością organiczną Whole Foods Market. Jak żywność organiczna, to żywność organiczna – masło nie zawierało dodatku oleju. Same orzeszki i sól – kremowe z  chrupiącymi kawałkami orzechów (odmiana “crunchy”, czyli chrupiąca; wersja “smooth” jest kremowa i gładka) stanowi solidną porcję białka (i, niestety, kalorii). Tak pyszną, że powiedziałam sobie: “Masło orzechowe z dodatkiem oleju? Nigdy więcej! Tylko orzeszki i sól!”

Gotowane orzeszki ziemne - specjalność południaTak więc jeszcze zanim wjechaliśmy na dobre na wybrzeże Zatoki Meksykańskiej, rozgrzewkę mieliśmy za sobą i nastawieni byliśmy bardzo orzechowo. Nic więc dziwnego, że kiedy trafiliśmy na niedzielny targ w Tallahassee i zobaczyliśmy wielki napis “Green Boiled Peanuts” (“gotowane zielone orzeszki ziemne”) nie wahaliśmy się długo i kupiliśmy wielki kubek w celu degustacji orzechowych specjałów spodziewając się wariacji boskiego masła orzechowego. A tu niespodzianka! Łupinki były dość  miękkie, w środku orzeszki wyglądały bardzo klasycznie tyle, że były mokre, bo właśnie wyciągnięto je z wielkiego gara pełnego brązowawej słonej wody. Za to smak…  hmm… smakowały jak gotowana fasolka. Pyszna, biała, delikatna i lekko twarda fasolka o cieniutkiej skórce. Z lekko orzechową nutą ujawniającą się pod koniec degustacji. Słona woda sprawiała, że całość rozpływała się w ustach. Gdy w Luizjanie zobaczyliśmy wersję cajun, to nie trzeba nas było długo namawiać. Kupiliśmy cały worek i kolektywnie pochłonęliśmy orzeszki w mgnieniu oka pokrzykując “Ale ostre! Uh! Uh! Ale smaczne! Ho, ho!” Wersja cajun była jeszcze lepsza od wersji podstawowej – mocno pikantna z nutkami imbiru i ostrej papryki, ale tak samo delikatna i – co dziwne – zupełnie nie tłusta. Być może olej pojawia się dopiero w fazie dojrzewania orzechów?

New Orlean's beignets W Nowym Orleanie, idąc za radą Gabi, pomaszerowałam karnie do Cafe de Monde, aby spróbować słynnych beignetsów z kawą. Beignetsy podawane są tu w sporej ilości – trzy sztuki na porcję. Czworokątne, podobne odrobinę do tradycyjnych pączków, posypane są obficie cukrem pudrem i ułożone na niewielkim talerzyku. Nie wiem, czy ktoś z Was jadł kiedyś chleb tak świeży, że miękki miąższ parzył w palce i parował? Miąższ jest wtedy bardzo wilgotny, miękki i obłędnie pachnie. Takie właśnie jest wnętrze beignetsów. Dodać należy, że ciasto jest świeżutkie i ma sporo dziur środku – ktoś najwyraźniej pozwolił drożdżom wykonać ich zadanie. Zaskoczyło mnie to, że  same w sobie nie są słodkie – ciasto ma delikatny smak, i jest bielsze niż w naszych pączkach, miłym uzupełnieniem jest chrupiąca i słodka od cukru pudru skórka. Na śniadanie dla prawdziwych łasuchów w sam raz ;-).

Gumbo Jak szaleć to szaleć – następne na liście było gumbo – lokalny specjał przygotowywany z owoców morza, ryżu i mięsa.  Sposobów przygotowania gumbo jest chyba sporo, bo co fotografia, to inny – przepisów i wariacji widziałam chyba ze dwadzieścia – niestety próbowałam tylko jednej. Gumbo mogą być przyrządzane z krewetkami, małżami, wieprzowiną, kaczką, kurczakiem, ostrygami, etc.. Mogą mieć pomidory, albo nie. Mogą być w postaci gulaszu lub zupy. Jednak istnieje parę punktów wspólnych, które wszystkie gumbo powinny spełniać, choć trudno się w tym zamieszaniu połapać.  Po pierwsze, wygląda na to, że gumbo powinno mieć jako składnik ryż. Co nie zawęża grupy potraw w sposób znaczący, trzeba przyznać. Po drugie, gumbo jest gęste – do zagęszczenia używa się albo okry (niewielkich zielonych warzywek wyglądających jak małe, zielone, podłużne papryczki), albo zasmażki albo file, czyli zmielonych liści sassafras, drzew z rodziny wawrzynowatych. Wszystko wskazuje także na to, że gumbo powinno mieć lekko korzenny aromat, który uzyskuje się przez dodatek wędzonej szynki (tasso ham), kiełbasy (andouille) lub, w wersjach mocno uproszczonych, sosu Worcestershire. W moim gumbo pływały małże, krewetki i kawałki bliżej niezidentyfikowanego mięsa – być może była to właśnie wędzona szynka. Całość miała przyjemnie jałowcowy zapach i smak, była gęsta i pożywna. Znakomitym, chociaż chyba niezbyt klasycznym dodatkiem była gałka chłodnej, klasycznej i łagodnej sałatki ziemniaczanej  – zestawienie palce lizać.

Tabasco World Na koniec coś na deser. Luizjana szczyci się tym, że to właśnie tu, na Avery Island produkowany jest sos Tabasco. Mieliśmy okazję odwiedzić fabrykę i sklep i dokonać olbrzymiej ilości degustacji zakończonych zakupami. Próbowaliśmy sosów tabasco w kilku odmianach (najbardziej smakowała nam odmiana chipotle, ciemnobrązowa pachnąca ogniskiem odmiana sosu z ostrych papryczek), tabascowych pikli (lekko słodkie ogóreczki), potrawek mięsnych, tabascowej Coli i dżemów o smaku tabasco (tak!, tak!). I wiecie co? Okazuje się, że można z powodzeniem połączyć ogień z wodą, pikantne ze słodkim. Na deser możemy polecić znakomite lody z tabasco o smaku papryczek habanero. Pochłonęliśmy po dwie porcje. Zimne i słodkie, a palą :-).


Blues z Czarną Madonną w tle

20 sierpnia 2009

“Jesteś z Polski? Mamy coś z Twojego kraju. Nie powiem co, poszukaj! Jest w ostatnim pokoju.” – jedyny w Ameryce biały kapłan voodoo robił mi właśnie przyspieszony kurs z zakresu podstawowych pojęć tej religii po czym pokazał maleńkie wejście do ciasnego korytarzyka, który stanowił jedną z części historycznego muzeum voodoo w Nowym Orleanie. Właściwie muzeum mieściło się w korytarzyku i dwóch przylegających pokoikach – w sumie chyba nie więcej niż 40 metrów kwadratowych. Pokoiki ciasne, bez okien, światło przyćmione, lekko czerwone. Dziesiątki przedmiotów porozwieszanych pozornie w nieładzie:

  • lalki voodoospora drewniana rzeźba jegomościa z tuzinem niedopałków w ustach (Czy ja już tego gdzieś nie widziałam? 😉 – patrz post Święty z cygarem);
  • wielki drewniany krzyż rzeźbiony w esy floresy;
  • czaszki ludzkie w różnych rozmiarach – wyglądały na autentyczne;
  • pamiątkowa gablotka ku czci obdarzonego mocą pytona (???);
  • portrety voodoo queens (tj. królowych voodoo – tak nazywają się w Nowym Orleanie kapłanki voodoo, kapłani to doctors);
  • zdjęcia i rysunki rytuałów;
  • szczegółowy przepis na lalkę voodoo i miłość mężczyzny;
  • drewniane maski z Afryki poobwieszane kolorowymi koralikami Mardi Gras, które w czasie karnawału służą zupełnie innym, całkiem niezwiązanym z religią celom;
  • a na końcu w ostatnim pokoju obok obrazów świętych wisi sobie nasza Matka Boska Częstochowska i ze stoickim spokojem spogląda na to dziwowisko.

Ślad polski w muzeum voodoo Według zamieszczonego opisu  to, że nasza Madonna jest Czarna i  nosi na twarzy bliznę, miało duże znaczenie dla niewolników, którzy wyznawali voodoo. Kult przyniesiony tam przez żołnierzy legionów Dąbrowskiego zaczął żyć swoim życiem. Matka Boska Częstochowska stała się “loa”, Erzulie Dantor, duchem voodoo, patronką kobiet, która broni ich przed przemocą i zdradą.  Jest też patronką lesbijek, a Jej wizerunek jest silnym gris-gris, czyli przedmiotem obdarzonym silną magiczną mocą (autor opisu powołuje się na dobre udokumentowanie magicznych mocy – zgaduję, że przez zakonników z Częstochowy ;-)). Żeby zyskać Jej przychylność na Haiti składa się jej ofiary z rumu, ciastek dekorowanych biało-niebieskim lukrem, mocnych papierosów (sic!) i masy kakaowej. I znowu przypomniało mi się Chichicastenango z ofiarami z żywicy i rumu – fascynująca mieszanka religii starych i nowych. Tym razem dewocjonalia i postaci świętych wprowadzone zostały rozmyślnie, aby zmienić percepcję voodoo jako kultu szatana. Jak zgaduję zabieg się udał, bo wyznawcy voodoo, czego się dowiedziałam ze zdziwieniem, to praktykujący katolicy…  Czyżby więc i voodoo, podobnie jak zwyczaj składania ofiar z roślin i alkoholu w Gwatemali, były tolerowane lub aprobowane  przez lokalnych przedstawicieli kościoła? Byłoby to bardzo dziwne, bo w trakcie rytuałów voodoo dochodzi do trudnych do wyjaśnienia zachowań zbliżonych do opętania przez – jak twierdzą wyznawcy – duchy voodoo; czym one są, nie do końca rozumiem. Nazwiska osób prowadzących współcześnie podobne ceremonie są znane – w muzeum wiszą ich odpowiednio wystylizowane CV-ki zawierające zdjęcia, dane i historię powołania.

Voodoo skomercjonalizowane Kapłani voodoo są jednak nowocześni i znają się też na biznesie – ten, z którym rozmawiałam występował już w BBC, Discovery Channel i jeszcze kilku innych programach. I tam i w domu voodoo, (należącym  kiedyś do Marie Laveau – dziewiętnastowiecznej kapłanki z Nowego Orleanu otaczanej tu dużą czcią) można nabyć amulety mające zapewnić powodzenie w różnych obszarach życia takich jak miłość, seks i biznes. Ceny dość wygórowane, choć z drugiej strony, może $10 lub $20 to jednak niewiele za 5 ml napoju miłosnego 🙂 – w końcu nie pije się tego litrami… Można też dowiedzieć się, kim było się w poprzednim wcieleniu ($25) lub na 15 minut oddać się w ręce chiromanty ($20). Trochę mnie korciło, przyznaję, szczególnie te poprzednie wcielenia ;-), ale ostatecznie jako pamiątkę z Nowego Orleanu wybrałam płytę z bluesem w jednym ze sklepików w pobliżu.

Wszyscy grają W Nowym Orleanie widzieliśmy w zasadzie tylko Dzielnicę Francuską – jak już tam weszliśmy, to już nie chcieliśmy wychodzić. Prześliczne domki z fantazyjnymi metalowymi okuciami na balkonach, tysiące sklepików z antykami i gadżetami z poprzedniej epoki, dzisiaj uroczo niepotrzebnymi, galerie sztuki, restauracje, kluby i kawiarnie. Żałowaliśmy bardzo, że nie możemy dłużej posłuchać fantastycznej muzyki granej na żywo przez ciemnoskórych artystów wieczorem w klubach na Bourbon Street. Cały Nowy Orlean tchnie czymś dawno już nieistniejącym, ale jednocześnie nie jest wymarłym miastem-muzeum, ale tętni życiem, zaskakuje, jest trochę staroświecki, trochę zwariowany, trochę zepsuty i bardzo wyluzowany (przydomek Nowego Orleanu to “Big Easy”, a więc właśnie Wielce Wyluzowany). Więc plan jest taki, że jak się uda, to kiedyś tu wrócimy na trochę dłużej. Tym razem bez dzieci.

 

Galeria wkrótce. Gotowe. Zapraszamy do galerii!


Gwiezdne symulatory i zepsuta winda

17 sierpnia 2009

Hollywood Tower HotelNo nareszcie! Wytrwałam do tego momentu. Właśnie przed chwilą żywa wyszłam na zalaną słońcem ulicę. Jesteśmy w Disneylandzie pod Orlando. No tak, ale skąd ulica hollywoodzka? Ta ulica przy wyjściu z hotelu strachów to po prostu podrabiana uliczka miasteczka filmowego. W Disney World są cztery parki – normalny (Myszka Mickey, księżniczki itp.), Epcot (o świecie), Animal Kingdom (królestwo zwierząt) oraz Hollywood Studios (filmy). My odwiedziliśmy ten ostatni.

Z daleka już zauważyliśmy dużą, czerwoną wieżę oraz granatową czapę czarodzieja sterczącą pośrodku parku. Najpierw postanowiliśmy zaliczy … Ups! sorry, mamo… zobaczyć dział z gwiezdnymi wojnami, czyli lot na Endor. Nasz początkujący kapitan – robot, tak jak my rozpoczynający swój pierwszy lot (kiedy to powiedział poczułam, że coś mi się przewraca w  żołądku :-)) powitał nas grzecznie swoim robotowym, lekko nerwowym głosem.  Miło by było powiedzieć, że chociaż w pierwszej fazie lotu wszystko szło jak z nut, ale byłoby to nie do końca prawdziwe, więc powiem tak:

Na początku skręciliśmy w złą ulicę (to było jeszcze na stacji kosmicznej), zanurkowaliśmy w głąb jakiegoś magazynu (jakieś 20m w dół), wylecieliśmy w kosmos ,wpadliśmy na komety, natknęliśmy się na niszczyciele Imperium, aż w końcu po wskoczeniu w nadprzestrzeń wylądowaliśmy na stacji Endoru omal nie roztrzaskując się o cysternę z benzyną. 🙂

Pokaz kaskaderskich samochodów na arenie po drugiej stronie parku dostarczył nam nieco innych wrażeń. Oglądaliśmy tam akcje kaskaderskich samochodów wykonujących niebezpieczne sztuczki.

I to była ostatnie atrakcja mojego poprzedniego wcielenia. Tak mi się przynajmniej wydaje. Chociaż mama mówi, że nie – że przeżyłam. Może to prawda?

W każdym razie pamiętam tyle: gorąca kolejka, uczucie ulgi i stary, zakurzony pokój, czarno-biały film, ponury korytarz, wspomnienie otwartych drzwi do windy, siedzę w windzie i zapinam pasy, duchy wyłaniające się ze ścian (nie myślcie, że tego się przestraszyłam), jazda tunelem, druga winda, winda jedzie do góry … łaaaaa, o nieeee! Spadamy w dół. Czuję nieważkość… Ufff! OK Zatrzy… łaaaa! nie chwal dnia przed zachodem. Znowu do góry. O nieee! Ja nie chcę! Wypuścicie mnie stąd!!!! Przed oczami miga mi stały ląd pod nogami. Zebrani na dole ludzie na pewno mnie słyszą! Znowu ciemność. O! Zatrzymało się. Uff! Po trzykroć ufff. To już koniec – widzę światło dzienne. To cud, że w ogóle pamiętam, że nazywam się Berenika Aleksandra Kotełko, no ale jak pomyślę, że spadłam w windzie 13 pięter zupełnie swobodnie, to robi mi się naprawdę niedobrze. 🙂

Wkrótce pojawią się zdjęcia. Prosimy o jeszcze odrobinę cierpliwości.

Zaprzaszamy do galerii…