Krokodyla daj mi luby

30 kwietnia 2009

Kanion Sumidero by Bernaś (jest nasza żółta motorówka i krokodyl) Żeby nie było, że tylko jemy, obijamy się oraz uciekamy przed świńskim choróbskiem i trzęsieniami ziemi to może dziś parę słów o lokalnej tu atrakcji, czyli Canyon de Sumidero. Pojechaliśmy tam wczoraj z naszego urokliwego San Cristobal (pół godzinki z górki na pazurki), kupiliśmy bilety na łódź i pognaliśmy w stronę kanionu. Wycieczka bardzo fajna, bo nie był to leniwy spływ kanionem, tylko szybka przejażdżka motorówką. Pomimo tego, że cały kanion objęty jest parkiem narodowym, nikt się specjalnie nie przejmuje i pełne turystów motorówki z doczepnymi silnikami 200 KM gnają w prawo i w lewo 45 km/h (mierzyłem GPS-em). Zresztą sama rzeka też nie wygląda na najczystszą, a kanion jako dzisiejsza atrakcja turystyczna jest wynikiem działań człowieka, gdyż na samym końcu jest spore jezioro zakończone tamą z wodną elektrownią. Dzięki zaporze woda w rzece przecinającej góry podniosła się (w najgłębszym miejscu ma 260m – tu już naprawdę sporo) i pozwoliła na swobodne pływanie, gdyż koryto rzeki ma nawet w najwęższym miejscu jakieś 30 metrów szerokości. U nas zieloni na pewno przywiązaliby się do drzew albo pikietowali przy przystani. W pierwszym przypadku zjadłyby ich krokodyle, a w drugim wyrzuciliby ich Meksykanie. Tutaj to jest czysty biznes, bo każdy turysta zostawia 150 pesos (ok 40 zł), a ruch tam mają wielki. Nasz pilot nie przejmował się zbytnio mijającymi nas łodziami (prawidłowo wykonywał manewr pokonywania fali), pływającymi kłodami (niektóre wielkości pnia drzewa) oraz wystającymi w niektórych miejscach głazami i pruł wodę tylko lekko manewrując. Po drodze mieliśmy kilka przystanków, aby popodziwiać krajobrazy i tutejszą faunę. Chyba największe wrażenie zrobił na nas krokodyl leżący sobie nieruchomo na przybrzeżnym piaseczku (żyje ich tam w parku narodowym coś koło 200 sztuk). Nie przejął się nami, choć byliśmy od niego jakieś 10 metrów i spał w najlepsze. Drugiego widzieliśmy za to w wodzie – przepływał koło nas leniwie machając ogonem. Nie byłoby wesoło wpaść do wody, oj nie. Prócz krokodyli były jeszcze sępopodobne ptaszydła, których nazwy nie pamiętam. Ogólnie bardzo fajna wycieczka na świeżym powietrzu. Nie będę sie silił na poetyckie opisy krajobrazów – widoczki z miasteczka i kanionu można popodziwiać w galerii, którą dorzucamy.

Po leniwych trzech dniach w górskim San Cristobal de las Casas (2100 m. n.p.m.), gdzie ukryliśmy się przed zarazą oraz po kilkukrotnym odwiedzeniu przez Beatę lokalnego targu (z maseczką na twarzy, choć tu ani jednego przypadku grypy na razie nadal nie ma) i zjedzeniu kilku kilogramów pomarańczy, mango, avocado, bananów (zupełnie inne, ale bardzo dobre) oraz innych smakowitości jedziemy jutro do Palenque.


Kącik łasucha – Oaxaca

28 kwietnia 2009

Koniki polne dowolne smaki i rozmiaryPrzypadki świńskiej grypy sprawiły, że zdecydowaliśmy się spędzić w niezwykle urokliwej Oaxace mniej czasu niż planowaliśmy wcześniej. Z tych samych powodów wykreśliliśmy z listy jedną z niewątpliwych atrakcji tego miasta czyli targ Mercado de Abastos, który chcieliśmy odwiedzić ze względu na lokalny przysmak – chapulines czyli smażone koniki polne. A jednak wysłana po owoce i idąc po śladach pani z dorodnymi śliwkami wpadłam niechcący na stoisko z konikami polnymi strategicznie umiejscowione przed samym wejściem na olbrzymi, pełny gwaru i zapachów targ. Koniki usypane w zgrabne stosiki sprzedawała dziewczynka może ośmioletnia, obok krzątała się jej mama. Na moje pytanie jak to się je, dziewczynka chwyciła konika wersję chilli z limonką oraz z zadowoleniem schrupała w całości. Nabyłam około 20 dkg tego przysmaku w największym rozmiarze i wymieszanych wersjach smakowych: limonka, chili i chili z limonką w celu przetestowania na sobie i rodzinie. Testy potwierdziły, że chapulines są zupełnie przyzwoitą i sycącą przekąską, choć nie jest to coś, za co dalibyśmy się pokroić. Błażej stwierdził, że smakują jak chipsy, jak dla mnie wersja chili smakuje chili, wersja limonka smakuje limonką i tak dalej… Każdy z nas miał swojego faworyta, jednak co do jednego byliśmy zgodni – każdy, niezależnie od smaku, nieco chrzęści w zębach.

Chapullines (Large) Z chili i limonką (Large)

Zapraszamy do galerii z miasta Oaxaca.


Oaxaca de Juarez i wieczorne świętowanie

26 kwietnia 2009

Oaxaca - zabawa wieczorna Po 6-godzinnej jeździe zaskakująco wygodnym i porządnym autobusem firmy ADO znaleźliśmy się w uroczej miejscowości Oaxaca de Juarez (przy okazji ciekawostka: “Oaxaca” czyta się po polsku “Głachaka”). Tu trafiliśmy akurat na sobotni wieczór i dodatkowo na miejskie święto, bo akurat 25 kwietnia wypada rocznica nadania praw miejskich. Epidemią szalejącą w Meksyku nikt się tu nie przejmuje, a na rynku trwała świetna zabawa. Mnóstwo miejscowych i dość dużo turystów (rozpoznawalnych po aparatach w ręku i plecaczkach na plechach) kręciło się po deptaku i rynku oglądając występy muzyczne, parady w strojach (chyba ludowych) i generalnie włócząc się bez specjalnego celu. Robiliśmy dokładnie to samo. Było bardzo urokliwie. Uzupełnimy stronę galerii i wstawimy tam zdjęcia i filmiki, ale to raczej wieczorem bo w tej chwili mamy problem z łączem.

W sumie mieliśmy w planie zostać tu kilka dni, ale ta świńska zaraza jest oczywiście trochę stresująca, więc wynosimy się dziś dalej. Posuwamy się mniej więcej zaplanowaną  trasą, tylko troszeczkę szybciej. Unikamy zamkniętych pomieszczeń z ludźmi, łykamy witaminki i dbamy o siebie. Liczymy na to, że nikomu nie wpadnie do głowy zamknąć granic Meksyku tak, że nie będziemy mogli wyjechać i przedostać się dalej. Trzymajcie za nas kciuki!


Kącik łasucha – Mexico City

26 kwietnia 2009

Jesteśmy już w Oaxaca, ale poniżej jeszcze wspomnienie z Mexico City, które musiało ustąpić relacji dotyczącej alertu epidemiologicznego w stolicy Meksyku.

Zachęceni przez Dorotę, postanowiliśmy spróbować tradycyjnego rodzaju tacos w Mexico City czyli tacos al pastor. Poszliśmy razem do Taco Inn położonej w uroczej dzielnicy Coyoacan. Na przystawkę Dorota zaproponowała nam cebollitas (maleńkie smażone cebulki), nachos oraz chicharron czyli świńską skórę smażoną w głębokim tłuszczu (smakuje trochę jak skrzyżowanie naszych skwarek z chipsami ziemniaczanymi). To wszystko podane wraz z guacamole – sosem z awokado. Tacos al pastor w wersji lokalnej to kukurydziane tortille o średnicy około 10 cm posypane kawałkami wieprzowego mięsa upieczonego na ruszcie takim, jaki u nas stosuje się do arabskich kebabów. Mięso było przyprawione chili, pokrojone w drobne kawałeczki, a jego czerwony kolor wspaniale kontrastował z tortillą. W miseczkach podano składniki do wyboru, którymi należało posypać tacos: drobno pokrojoną cebulę, pomidory, zioła (prawdopodobnie kolendrę) oraz chyba najważniejszy składnik – dojrzałego ananasa. Na tak przygotowane pyszności nakłada się gęsty sos z awokado, chili i limonek, albo sos z zielonych lub czerwonych pomidorów i skrapia sokiem z limonki.  Dla spragnionych była horchita (wygląda jak mleko kokosowe, a smakuje trochę jak ryż z wanilią i z cynamonem), albo jamaica czyli napój z hibiskusa przypominający kompot z wiśni. Pycha!

Chicharron:

Mexico City B 052

 

 

  Sosy do tacos:

Mexico City B 053

 

 

Cebollitas:

Mexico City B 054

 

 

Tacos bez dodatków:

Mexico City B 055  

 

 

Tacos już z dodatkami i sosem:

Mexico City B 056

  I gotowe!

Mexico City B 057

 

 


Wirus – korespondencja specjalna

25 kwietnia 2009

Dzisiaj rano zauważyliśmy, że część osób na ulicy i w metrze ma niebieskie maseczki, co nie miało miejsca wcześniej. Podobne maseczki zauważyłam u pań w kasach w Terminal del Norte, z którego wyruszaliśmy, żeby zwiedzić Teotihuacan. Moja teoria była taka, że podano informacje o zwiększonym smogu, nawet mi samej zaczęło się wydawać, że powietrze jakieś takie bardziej zapylone (ach,  ta siła sugestii). Ale to byłoby podejście, którego można byłoby się spodziewać w Stanach raczej, niż w mieście Meksyku, w którym smog jest codziennością. Jak się okazało, minister zdrowia Meksyku Jose Angel Cordova, potwierdził  wczoraj, że w Meksyku jest epidemia grypy. Zamknięto muzea, biblioteki, szkoły i wyższe uczelnie, co wyjaśniało, dlaczego metro po godzinach szczytu nie wyglądało na specjalnie opuszczone (kto wie, może netto wyszło na to samo – zamknięto uniwersytety, więc wszyscy studenci przenieśli się do metra). Jak przystało na kraj przedsiębiorców, ulica zareagowała natychmiast – przed naszym hostelem, przed którym dotychczas ubijano lukratywne interesy na lewych fakturach, pojawił się sprzedawca maseczek, na ulicach zrobiło się niebiesko, a epidemia stała się tematem numer jeden. Błażej zaś na potrzeby tego posta przeistoczył się w prywatnego detektywa, wziął aparat i wyruszył na Zocalo w celu zebrania materiału dowodowego. A że oczywiste jest, że grupa nosicieli niebieskich maseczek należy do tej bardziej ostrożnej części meksykańskiego społeczeństwa, nie było to łatwe. Efekty strzałów zza węgła i z kolana widać poniżej.

Bardzo dziękujemy za informacje o epidemii, które do nas dotarły. Najbardziej zaniepokojonych informujemy, że objawów grypy nie mamy (już nawet jetlag nam przeszedł), a jutro z samego rana wyruszamy do Oaxaci, odległej o 6 godzin od Mexico City, co powinno wystarczyć, aby zmniejszyć potencjalne zagrożenie. Zrezygnowaliśmy także dzisiaj z wieczornego posiłku w restauracji. Nie wpadamy jednak w panikę, bo naszym zdaniem ryzyko, że się zaraziliśmy jest bardzo niewielkie – w końcu Mexico City to drugie co do wielkości miasto świata z 20 mln mieszkańców, a nas jest tylko czwórka.

DSCN3448     DSCN3443     DSCN3445


Kontrastowe Mexico City

24 kwietnia 2009

Lokalny urząd pracyTeraz możemy z całą pewnością powiedzieć czym różni się centrum miasta latynoamerykańskiego, od takiego na przykład Wrocławia. W Europie centrum miast to najczęściej turystyczny deptak pełen eleganckich sklepów, banków i restauracji. Tutaj natomiast jest to w sumie wielki bazar. Urokliwe uliczki pełne są małych sklepików ze wszystkim (tylko nie z żywnością), handlarzy złotem, lewymi dokumentami, fakturami (fakturę na podkładkę proponowano mi kilka razy) no i oczywiście barów z różnego rodzaju meksykańskim żarciem. Wszystko to po dłuższym przyglądaniu się nie wygląda…hmm różnie i w sumie przestaliśmy się dziwić ochroniarzowi, który cały dzień stoi w drzwiach naszego hostelu (nas wpuszcza bez mrugnięcia, bo jesteśmy gringo). Choć urokliwe i pełne starych, kolonialnych kościołów, wyraźnie widać, że centrum przeznaczone jest głównie dla miejscowych i to raczej mniej zamożnych. Na przykład nie ma tu praktycznie bankomatów i za grosz kantorów (widocznie walutą nie handlują, przeciwnie do nas). Za to sklepików ze złotem, kolczykami, kosmetykami, płytami z muzyką w MP3 oraz butami – za trzęsienie.

Elegancka restauracja w San AngelW zrozumieniu tej różnicy pomogła nam Dorota (mieszka tutaj już ponad 20 lat, choć jest z Warszawy). Przy okazji bardzo dziękujemy Szymonowi i Pawłowi za skontaktowanie nas z Dorotą. Bez niej nasza przygoda w Mexico City byłaby mniej intensywna i mniej ciekawa. Razem zwiedzieliśmy San Angel, piękną willową dzielnicę kolonialną, historyczną restaurację-hacjendę, starą siedzibę Corteza oraz śliczne placyki z kościółkami w dzielnicy Coyoacan, muzeum Fridy Kahlo oraz oczywiście bazylikę Matki Boskiej z Guadelupe z ogromnym posągiem Jana Pawła II przy wejściu (przed bazyliką indianie tańczyli swoje tańce w rytm bębnów a wewnątrz ksiądz modlił się z pielgrzymami). Dorota objaśniła nam mnóstwo lokalnych zwyczajów i codzienności, które są inne niż u nas. Pokazała nam miejsca, do których pewnie byśmy nie dotarli. I była naszym bardzo serdecznym i cierpliwym przewodnikiem. Dziękujemy z całego serca!

Biznes na taczkach Mexico City jest pełne kontrastów. Są tu eleganckie domy, eleganccy panowie jeżdżący eleganckimi samochodami (w dużej mierze dużymi amerykańskimi SUV-ami), piękne restauracje, sklepy, ogrody, wspaniałe ZOO i naprawdę imponujące muzeum antropologiczne pokazujące wszystkie kultury prekolumbijskie. Ale jest też cała reszta: ogromne mnóstwo zwykłych ludzi jeżdżących lokalnymi, obdrapanymi autobusami i próbujących jakoś wiązać koniec z końcem. Kwitnie drobny i wspaniale niezorganizowany biznes. Ilość wszędobylskich straganików z różnymi rzeczami oraz pomysłów na zarabianie aż przytłacza. Moim idolem wczoraj był żongler w przebraniu klowna, który na czerwonym świetle stawiał przed kolumną aut dwumetrową drabinę, właził na nią, żonglował pokrzykując, składał drabinę i przechodził między samochodami zbierając datki do kapelusza. Wszystko w jednym cyklu świetlnym na dużym skrzyżowaniu. Niestety nie udało nam się zrobić zdjęcia. Drugie miejsce zajęła kobitka sprzedająca słodycze z taczek, w których też spało jej malutkie dziecko (obok).

Ludzie (a żyje ich tu prawie 20 milionów) są serdeczni, nie nachalni, uprzejmi. Nastraszeni przez liczne opowieści przed każdym wyjściem na miasto szykujemy się na konfrontację z bandytami i kieszonkowcami, jak Arnold Schwarzenegger w filmie Commando (scena przed atakiem na siedzibę El Presidente, gdzie więziona jest córka – wiecie o co chodzi). A tym czasem w metrze jest tłoczno, ale sympatycznie. Ludzie się uśmiechają, zaczepiają nas, zagadują. W końcu jesteśmy jedynymi gringo w całym wagonie. Na ulicy przewodnicy proponują wycieczki, a gdy usłyszą “Gracias” grzecznie pytają, czy można jakoś pomóc, wskazują drogę i uśmiechają się. Słowem: czujemy się tu dobrze, choć cały czas oczywiście jesteśmy czujni jak Winetou! 😉

Zapraszamy do galerii!


Bienvenido a Mexico

22 kwietnia 2009

Zocalo - centralny plac miasta Pierwsze znaki, że zbliżamy się do Meksyku pojawiły się już w Bootsie na Heathrow Airport. Głównie za sprawą wystawionych tam środków na biegunkę, mydeł antybakteryjnych i kremów z filtrem czuło się, że już za chwileczkę będzie inaczej niż w uporządkowanej Unii.

Kiedy wydostaliśmy się z  lotniska Juarez w Mexico City było już ciemno. Sprawnie zapakowaliśmy się do sitio taxi z eleganckim samolocikiem wymalowanym na karoserii płacąc z góry w budce dokładnie tyle, ile mieliśmy podane przez pomocną duszę. Pierwsze 10 minut w Meksyku odpowiadało stereotypom: wóz policyjny mniej więcej co 200m, sporo kręcących się jakby bez celu mężczyzn i uliczka z długonogimi sisters of mercy. Klimatyczny hostel położony 2 minuty od Zocalo (centralnego placu miasta) tętnił życiem – impreza na dole trwała przez pół nocy.

Takie widoczki można spotkać co chwilęJak tylko skończyła się impreza, zaczęła się burza. Gigantyczna i z piorunami. Alarm samochodowy (chyba) odpalił i wył przez drugą połowę nocy – jak widać tutaj na nikim takie drobiazgi nie robią wrażenia. Jednym słowem zaczynało się tak, jak miało być: nie do końca poprawnie, nie do końca idealnie ale intensywnie i kolorowo – bienvenido a Mexico!*

Następnego ranka, obudzeni o 5 rano przez nasze niezawodne przysadki, wyraźnie rzucaliśmy się w oczy – kto normalny zaczyna spacery po mieście o ósmej  trzydzieści rano z czapką na głowie, okularami na nosie i mapką w ręce? Tylko gringos cierpiący na jetlag! Budziliśmy na twarzach życzliwe uśmiechy, ktoś  nas pozdrowił, stary przewodnik w Templo Mayor przybiegł opowiedzieć nam o zbiorach tamtejszego muzeum z entuzjazmem przedzierając się przez nasz podstawowy hiszpański.

Handel złotem wydaje się tu być bardzo popularnyNie mieliśmy jednak siły na całodzienne zwiedzanie i paliwo skończyło się nam akurat tuż przed sjestą. Sjesta w naszym wydaniu jeszcze trwa, bo nie ruszyliśmy się z przyjemnej “świetlicy” hostelowej do wieczora. Nikomu się nic nie chce. I to chyba właśnie o to chodzi – tak ma być. Wysokość n.p.m. i jetlag. Wszyscy jeszcze odpoczywamy po tym długim, 12-godzinnym skoku przez kałużę. I choć było całkiem komfortowo (całkiem znośne jedzenie, napoje do oporu i system rozrywkowy w każdym fotelu z filmami do wyboru, telewizją oraz grami video), to jednak 12 godzin w samolocie robi swoje.

 

_______________________
* W tym miejscu oficjalnie dziękujemy British Airways za stopery dołączone do pakietu boardingowego – była to jedyna rzecz, którą mieliśmy na liście, ale której nie udało nam się kupić przed podróżą.