Wodospad Indiany

31 Maj 2009

Wodospad PulhapanzakW centrum Hondurasu, niedaleko jeziora Yojoa można znaleźć się w takich okolicznościach przyrody, że każdy hollywoodzki reżyser szukający romantycznej lokalizacji w dżungli, powinien być zachwycony. To ponad czterdziestometrowy wodospad Pulhapanzak – jeden z piękniejszych wodospadów Ameryki Środkowej. W przewodniku piszą, że tu się czuje klimat, jak z filmu Indiana Jones i dokładnie tak to wygląda.

Dziarski chickenbus wysadził nas przy ponad kilometrowej, szutrowej drodze prowadzącej do wioseczki San Buenaventura oraz do wodospadów znajdujących się zaraz z nią. Na szczęście było z górki. 🙂 Za wioską niepozorny drogowskaz, budka strażnika i zarazem kasjera oraz spory zadrzewiony teren rekreacyjny: ławeczki, huśtawki, górska rzeka w której można się przekąpać (oczywiście tą przyjemność zaliczyliśmy), mała knajpeczka i zielony, zacieniony teren kempingowy. Dotarliśmy po południu, więc było już cicho i spokojnie. zdążyliśmy jeszcze zejść na sam dół wodospadu, gdzie za odpowiednią opłatą można wraz z przewodnikiem dotrzeć (w kąpielówkach oczywiście) aż za wodospad – podobno jest tam jaskinia. Niestety część rodziny odmówiła, a części odmówiono (ze względu na wiek) więc z tej przyjemności zrezygnowaliśmy ograniczając się do wrażeń wzrokowych. Obok jeden z efektów zabiegów fotograficznych Beaty (głównie spod ręcznika, bo powietrze wypełnione jest mgiełka wodną – im niżej tym bardziej).

Rano (a to niedziela przecież) okazało się już do czego służy ten teren rekreacyjny. Zjechały się całe wycieczki oraz rodziny honduraskie (koniecznie z wałówkami), z głośników w knajpce zaczęło walić techno i zaczęła się standardowa niedzielna sielanka. Skąd ja to znam… 🙂 Zwijamy więc manatki i jedziemy zaszyć się w parku narodowym Cerro Azul Meambar po drugiej stronie jeziora.


7 i jedna dziesiąta

28 Maj 2009

Pęknięty fundament pod Harbor House Był środek nocy. Biegałam beztrosko po morskich łąkach. Jednak coś było nie tak. Coś było wyraźnie nie tak. Mówiąc konkretnie łąki się trzęsły, a właściwie trzęsło się łóżko. Na tyle mocno, że chwyt za wezgłowie był czysto odruchowy. Gdzieś w pokoju obok trzasnęła butelka rozbijając się z hukiem. Na sąsiednim łóżku obudziła się Isia. “Trzęsienie ziemi” powiedziałam głośno, ale zupełnie niepotrzebnie, bo wszyscy wiedzieliśmy już, co to jest. Wszyscy z wyjątkiem Bernasia, bo ten spał w najlepsze. Wstrząs trwał kilkanaście sekund, ale kiedy wyszliśmy na taras, większość mieszkańców naszego hotelu już tam była. “No tsunami?” (Nie ma tsunami?) – zapytał retorycznie zaspany chłopak z Południowej Korei, rozejrzał się leniwie dookoła, popatrzył na morze i poszedł spać. Muzyk z LA iść spać nie miał ochoty. “Chyba położę się z maską i płetwami, bo na następne nurkowanie może mnie wynieść prosto z hotelu” stwierdził z krzywym uśmiechem. Na głównym i jedynym deptaku wioski stali chyba jej wszyscy mieszkańcy, często z małymi dziećmi na ręku twierdząc, że tak silnego trzęsienia ziemi nie było jeszcze w całej historii Utila Cays. Pod Harbor House Cafe (największy budynek i jednocześnie jedyne miejsce, gdzie jest Internet) o jakieś 2 cm zapadły się betonowe słupy podtrzymujące konstrukcję, budynek się przechylił, a fundamenty popękały. Komuś w wiosce zleciał telewizor, na Utili popękały wszędzie rury z wodą, a w wiosce La Lima koło San Pedro del Sula na stałym lądzie zawaliło się kilka domów (zdaje się, że jest dużo rannych). Nam szczęściarzom tylko pospadało pranie. Około pół godziny później był jeszcze jeden, dużo słabszy wstrząs. Do rana spaliśmy raczej spokojnie (Błażej czuwał na tarasie, aż stary rybak z wioski przyszedł i potwierdził, że przez radio podali, iż ostrzeżenie o tsunami jest cofnięte). No, nie licząc tego, że nam się tematyka snów zmieniła.

Nazajutrz było jak zwykle – bardzo gorąco, cicho i spokojnie, morze pluskało, ktoś brzdąkał na gitarze, a nurkujący rano przygotowywali sprzęt.

Trzęsienie o trzeciej nad ranem miało siłę 7,1 w skali Richtera. Epicentrum było podobno na Roatanie, wyspie odległej od Utili o około 60 km. Jeśli ktoś chciałby poczuć, jak to jest, polecamy symulację na specjalnej platformie w Natural History Museum w Londynie. Potwierdzamy, że dobrze oddaje rzeczywistość.

Wiadomość z ostatniej chwili: Radio honduraskie zapowiada na wieczór kolejne wstrząsy (siódma wieczorem czasu lokalnego, to będzie 3 w nocy już w piątek waszego czasu). W związku z tym, że na 18:30 mamy zamówioną pizzę, chyba zjemy na dworze…


Utila my love

26 Maj 2009

Prom na Utilę Siedząc tu nie za bardzo rozumiem, po co się jeździ nad Bałtyk. Bo wyobraźcie sobie takie coś: Utila to owalna wyspa długości jakiś 13 km szeroka na 3. Płaska praktycznie jak deska i pokryta zielenią. Przy brzegu wszędzie domki z pomostami, dyskretne ośrodki wczasowe, hoteliki. Wygląda to wszystko sielankowo i spokojnie, bo nie ma tu dużych betonowych hoteli, ani wielkiej turystyki. Atmosfera wyluzowana – w dawnych czasach była tu siedziba angielskiego pirata kapitana Jamesa Morgana (znanego m. in. z butelek z rumem). Po głównej ulicy miasta wszyscy człapią w klapkach lub poruszają się rowerami, meleksami lub skuterami. Przeważają goście firm nurkowych i różnego sortu podróżnicy – nie spotkasz tu eleganckiego pana lub pani turystki z pieskiem. Prawie nie ma plaż – raczej pomosty, zejścia do wody lub bezpośrednio na rafę. Właśnie rafa, bo Utila jest położona praktycznie na pełnej rybek i kolorów rafie koralowej. Jest tu kilka barów, restauracji, jedno kino, jedna siłownia, parę sklepów i kościołów (mieszkańcy są raczej konserwatywni) oraz sporo firm nurkowych. Wszyscy mówią po angielsku (historyczne wpływy brytyjskie). Powiecie: raj? No tak, ale ja jeszcze nie skończyłem… 🙂

Utila Cayes Jakieś 500 metrów od brzegu głównej wyspy, a 20 minut łodzią z głównego miasteczka po drugiej stronie leżą Utila Cayes (wymawia się to jak “keys”, czyli klucze – może nazwa wzięła się od klucza ptaków?), czyli szereg malutkich wysepek wystających z rafy. W Belize nurkowaliśmy na takiej właśnie wysepce. Tutaj są one mniej spektakularne, bo mniej jest na nich palm, ale za to jest ich więcej, są bliżej i są wszystkie dostępne kajakiem z naszego hotelu (W Belize większości były po prostu prywatne). Dwa z nich (Jewel Caye i Pigeon Caye ) są zamieszkane i połączone mostem. Jest to jakby małe miasteczko na wodzie. Ma ok 500 mieszkańców, 7 kościołów, kilka sklepów, mały targ rybny, niezobowiązujące bary oraz jedną kafejkę internetową i pub prowadzony zresztą przez polaka – Henryka Karpińskiego, który co prawda polakiem jest w 100% (rodzice z Warszawy), ale po polsku niestety nie mówi. Bardzo się ucieszył, kiedy spytaliśmy się go o korzenie i pogawędziliśmy o ojczyźnie. Miasteczko Utila Cayes można przejść chodnikiem w 10 minut. Nic tu nie jeździ, bo nie ma drogi tylko chodnik, a wszystko ma jakiś kilometr długości – a może nawet mniej. Na jednym końcu wysepki jest hotelik prowadzony przez firmę nurkową Captain’s Morgan Dive Shop. Hotelik jest niewielki, ale schludny, a pokoje nad wyraz duże. Miejsce dla klientów firmy kosztuje 5 dolarów za noc od osoby! Nic dodać, nic ująć. Można tu spędzić piękne wakacje – woda tuż przy pomoście hotelu jak kryształ – korale, ryby, wodne ogórki w dużej ilości i wszystko, co dusza zapragnie. Dziś Beata i dzieci widziały nawet orlenia (czyli eagle ray) – jeden z rodzajów płaszczki (i Southern Sting Ray), a nasz młodszy w kółko śledzi łażące po dnie i pod pomostem piękne kraby. Wieczorem wieje chody wschodni wiatr, który płoszy wszelkie komary i muszki, a siedząc na pomoście i patrząc w gwiazdy słychać tylko szum wody. Po prostu bosko!

Piękne korale mózgi No i do tego dochodzą nurkowania! Niedaleko od hotelu zaczyna się już krawędź rafy, więc nie trzeba daleko się ruszać, aby zaliczyć fajne widoki. Ale najlepsze miejsca są po północnej stronie wyspy, gdzie ściana schodzi na głębokość ponad 100 metrów i miejscami tworzy niesamowite labirynty. Dziś nurkując tam widzieliśmy wielką murenę, kilka barakud i niezliczoną liczbę innych rybek. Wczoraj pojawił się wielki, stary krab, siedzący w jakiejś dziurze, który wyglądał jak obcy z serii Aliens. Jego skorupa przypominała czaszkę obcego, a nogi – jego ramiona. Słowem świetny widok. Dziś tez udało mi się pierwszy raz w życiu widzieć rekina wielorybiego. Te największe na świecie ryby przypływają tu na żerowisko (na szczęście ludzi nie jedzą) i co jakiś czas wypływają na powierzchnię po plankton. Wówczas na wodzie tworzą się niesamowite bąble i widać ogromne zamieszanie. To tuńczyki i inni mieszkańcy morza szaleją w panice uciekając przed rekinem. A może z jakiś innych przyczyn tak wariują? W każdym razie dzięki temu daje się zauważyć, gdzie rekin się pojawi i odpowiednio wcześnie skierować tam łódź. Wówczas – na znak kapitana – wszyscy powinni najciszej, jak to możliwe, wskoczyć do wody tylko w maskach, rurkach i płetwach, i próbować cichutko i spokojnie podpłynąć do zawieszonego tuż przy powierzchni olbrzyma. Powinno się podpłynąć z boku, bo rekin – choć ma słaby wzrok – jest bardzo płochliwy i przestraszony nurkuje, gdy coś przed sobą zobaczy lub usłyszy. Jeśli podpłynie się do niego cichutko i spokojnie, to można obserwować go całymi minutami. Zresztą z boku najlepiej wychodzą zdjęcia, bo ryba ta ma na całym ciele piękne białe plamki – podobno po tym można rozpoznać poszczególne osobniki, bo układ kropek jest niepowtarzalny.

Rekin wielorybi w całej krasie Całą tą teorię wyłożył nam ładnie divemaster “Tuna” (tuńczyk), ale jego wykład nie został w praktyce zastosowany, gdyż na znak kapitana całe około 20-osobowe towarzystwo wskoczyło na wariata do wody i popędziło w stronę wskazywaną przez kapitana nie zważając na hałas. Podobnie zrobiła ekipa z łodzi konkurencji i zaczął się zwariowany pościg za rekinem. Wyglądało to zabawnie. Dwudziestka dorosłych ludzi siedzi w wodzie wypatrując, jaki kierunek wskaże gość na łodzi, a potem zasuwa w płetwach jak na wyścigu przepychając się – kto pierwszy, ten lepszy. Po chwili widać już, że nic tam nie ma i wszystkie oczy znów kierują się na kapitana. Kapitan wskazuje kierunek i znów płyniemy. Po kilku takich akcjach jesteśmy wzywani z powrotem na łódź i zabawa zaczyna się od początku. W sumie odbyło się dziś kilka prób – w tym trzy zakończone sukcesem. Mogę więc powiedzieć, że widziałem 3 rekiny wielorybie. Pierwszy nie był duży, jakieś 4-5 metrów długości. Podpływaliśmy do niego z boku od tyłu i naprawdę było go dobrze widać , ale dość szybko zorientował się, że jest obserwowany (za dużo narobiliśmy zamieszania) i zszedł w głębiny. Drugiego widziałem tylko przez kilka sekund, bo był daleko i również schodził już na dół. Za to trzeciego kapitan namierzył nam bardzo dobrze (to ten, na zdjęciu obok), bo pokazał nam, gdzie się pojawi i wszyscy podpłynęliśmy do niego, gdy wychodził właśnie na powierzchnię. Był spory – wg mnie jakieś 7-8 metrów. Wyglądał niesamowicie w tej przejrzystej, oświetlonej słońcem wodzie, cały pokryty delikatnymi plamkami. Niektórzy wyrwali się jednak do przodu, aby zerknąć z bliska i weszli mu w pole widzenia. Rekin więc obrócił się leniwie w naszą stronę, spojrzał na wszystkich, kłapnął niegroźnie gębą (paszczą bym tego nie nazwał), zrobił w tył zwrot (na szczęście w dobrą stronę), przepłynął nam dostojnie przed nosami i zanurkował w głębiny pokazując swój wielki ogon. Przez chwilę był jeszcze niewyraźnym cieniem, aż został tylko wielki błękit. Niesamowite przeżycie!

Wkrótce pełna galeria!


Honduras – ruiny i ulewy

25 Maj 2009

Po długiej podróży busikiem z Panajachel do Copán pożegnaliśmy wreszcie Gwatemalę. Honduras przywitał nas na granicy wieczorną atmosferą rozleniwienia oraz sympatycznym, grubym cinkciarzem, który po charakterystycznym “Change money?” wyjął zza pazuchy największy plik banknotów, jaki widziałem. Plik był spięty gumka, nieźle pomięty i zawierał chyba wszystkie okoliczne waluty – wyglądało to tak, jakby były pomieszane, ale lokalny biznesmen radził sobie z nim bardzo dobrze. Sprawnie podał kurs, sprawnie odebrał banknoty, które wymieniałem, dołożył do kupki i wydał co trzeba. Wszystko niemal jedną ręką i z uśmiechem na ustach. Trochę był zawiedzony, że tak mało dolarów wymieniam (głównie pozbywałem się gwatemalskich quetzali a, w naszej podróży posługujemy się jednak bankomatami), ale uśmiech nie znikał mu z okrągłej twarzy. Wymieniał wszystko po zadziwiająco korzystnym kursie, bo tu najwyraźniej wszędzie równo 1 dolar to 20 Lempir. Można nim też płacić w takim przeliczniku. Przypomniało nam się Belize, gdzie kurs dolara belizyjskiego był ustalony rządowo z góry (1 USD = 2 BZD). Nie ma więc miejsca na specjalne kombinacje – z korzyścią dla turystów. Do miasteczka Copán Ruinas, jakieś 10 km za granicą, dotarliśmy dopiero po 21 – całe szczęście, że zawczasu zrobiliśmy sobie rezerwację w sympatycznym rodzinnym hoteliku Don Moises Hotel (nawiasem mówiąc nie było go w Lonely Planet, a jak ostatnio się przekonujemy niektóre miejsca, jak już znajdą się w przewodniku, to przestają się starać).

Copan Następny dzień spędziliśmy w ruinach kolejnego miasta Majów – Copán. Największy zabytek Hondurasu, dobrze przygotowany dla turystów, bardzo fajnie pokazany (świetne muzeum zaraz obok ruin) i dostępny praktycznie na piechotę z miasteczka – powstałego jakby głównie dla turystów chcących obejrzeć ruiny. W dziecięcym muzeum można było nawet zrobić sobie zdjęcie jako król Majów 18 Królików (plansza z dziurą na głowę) – dzieci oczywiście skorzystały. Porównując Copán do Tikal trzeba przyznać, że piramid praktycznie nie nie ma, za  to są wspaniałe tablice z hieroglifami oraz rzeźby, a raczej płaskorzeźby pokryte inskrypcjami, imponujące place, budowle i grobowce oraz jedno dobrze zachowane boisko do piłki nożnej. Zapraszamy wkrótce do galerii na zdjęcia.

No dobra, boisko było ale nie do końca do znanej nam piłki nożnej, a do bardzo popularnej wśród kultur Ameryki Środkowej gry w pelotę. Pelota, to po hiszpańsku piłka, więc co by nie pisać – jest to gra w piłkę. Tylko może nie do końca nożną, a raczej “biodrową”. Gracze odbijali kauczukową piłkę wielkości sporego grejpfruta wyłącznie za pomocą bioder, barków i ramion. Nogi i ręce były zabronione. Celem gry było trafienie do jednej z dwu pionowo ustawionych, kamiennych obręczy. Boisko miało zawsze kształt dwu połączonych liter T z “domami” obu drużyn po dwu stronach. W Copán znajduje się właśnie jedno z większych i najlepiej zachowanych. Podobne boiska widzieliśmy odtworzone w muzeum antropologicznym w Mexico City. Tam też nagrałem poniższy filmik (wyświetlany na monitorach w muzeum) obrazujący sposób gry. Myślę, że on wiele wyjaśni, bo gra nie należała do łatwych, a przy większych rozgrywkach gracze przegranej, czy też wygranej drużyny mogli dostąpić zaszczytu bycia złożonymi w ofierze bogom. 🙂

Wieczór zaskoczył nas olbrzymią burzą i ulewą, która spowodowała trwającą aż do naszego wyjazdu nazajutrz awarię prądu w połowie miasta. Na szczęście udało się poprzedniego dnia wystawić zaległe relacje z Panajachel, bo przy świeczkach i latarkach owszem można siedzieć, ale komputery jakoś nie chcą działać. Burza była naprawdę spora – istne oberwanie chmury trwające ze 3 godziny. Deszcz walił strasznie, ulicami płynęły rzeki wody i błota (znajomi Francuzi uratowali nawet z niej malutkiego kotka zalewanego przez strumienie na ulicach, nazwali go “Mały szczurek” i mają go zamiar zabrać do Francji), a nasz hotel wyglądał tak, jakby dach miał zamiar nieco tej wody popuścić. Nam oczywiście przypominało się słuchając walącej w okna ulewy, co czytaliśmy w przewodniku o huraganie Mitch, który spustoszył Honduras kilka lat temu – głównie za sprawą właśnie deszczu i osuwających się na wioski lawin błotnych.

Nazajutrz (na szczęście dzień już był suchy) dzień wsiedliśmy znów w autobusy i tym razem posługując się zwykłą publiczną komunikacją chickenbusowo-autobusową (działającą w Hondurasie bardzo dobrze i jak na razie bez zbyt namolnych naganiaczy) dotarliśmy do Teli nad Morzem Karaibskim, następnego dnia na Utilę (jedną z Wysp Zatokowych – popularnego honduraskiego miejsca dla nurków i miłośników kąpieli wodnych i słonecznych), gdzie w atmosferze nieco sielankowej mamy zamiar posiedzieć kilka dni. Ale o tym już w następnym odcinku…


Święty z cygarem

21 Maj 2009

Lago de Atitlan Jezioro Atitlan w Gwatemali znane jest ze swojej urody  z racji położenia (ok. 1500m n.p.m.), trzech otaczających je wulkanów i ciekawych otaczających je wiosek. Do jednej z nich wybraliśmy się, aby ujrzeć na własne oczy czczonego przez Majów Maximona. Dziw to nad dziwy, gdyż jest to drewniana rzeźba postaci męskiej zaciskającej w ustach grubaśne cygaro. Podobno uosabia on Judasza Iskariotę skrzyżowanego z Pedro de Alvaradem – hiszpańskim konkwistadorem oraz bogami Majów. Zgaduję, że to cygaro pochodzi od Pedro, bo Judasz raczej chyba cygara nie próbował, a bogów Majów nawet się boję o to posądzać. Co więcej, postać ta jest obnoszona w procesji w Wielkim Tygodniu i na ten okres wędruje do specjalnego niebieskiego domku jakieś 30m od kościoła. Poza ostatnim tygodniem Wielkiego Postu Maximon pomieszkuje u różnych osób z miasteczka, u każdego z wybrańców pozostając przez rok. Jako że miejsce pobytu się zmienia nie jest łatwo go znaleźć bez przewodnika, dlatego kiedy już na przystani podszedł do nas dziarski sześćdziesięciolatek pokazując nam wymiętą czarno-białą fotografie niezwykłego bożka, postanowiliśmy skorzystać z jego usług. Żwawym krokiem poprowadził nas po stromych i maleńkich uliczkach Santiago Atitlan przerywając spacer krótkimi, rzeczowymi i entuzjastycznymi objaśnieniami: “Banany!”, “Awokado!”, “Piękny hotel!”, “Kukurydza!”, “Mała kukurydza!”. Maszerowaliśmy już dość długo, kiedy w końcu weszliśmy najpierw na czyjeś podwórko, a potem do czyjejś stodoły przekształconej na coś w rodzaju kapliczki nad którą powiewały kolorowe religijne wycinanki, które widzieliśmy już  wcześniej przed kościołami w Meksyku. Choć półotwarta, było tam wyraźnie cieplej niż na zewnątrz i pachniało żywicą (copal), którą pali się tu w trakcie modlitw. I to pali się jej chyba dużo, bo na klepisku stał jej spory kubełek. Uprzedzono nas o zakazie robienia zdjęć, tym bardziej że ubrany po europejsku szaman właśnie odprawiał ceremonię Majów – modlił się głośno w swoim języku i zapalał świeczki klęcząc przed posągami nie tylko samego Maximona, który zajmował zaszczytne miejsce, ale stojących obok świętych Józefa, Maryi, Filipa i kilku innych. Wszyscy odziani byli w kolorowe szatki sprawiające wrażenie dość przypadkowej zbieraniny.

Wielkanocny domek MaximonaSam posąg Maximona wyglądał jak zblazowany rastafarianin zakutany w różnorakie kolorowe chusty i szaliczki z zawadiackim uśmiechem na ustach, długimi włosami przykrytymi góralskim kapeluszem i z grubym, palącym się cygarem w ustach. Wyglądał tak, jakby się dobrze bawił oglądając odwiedzających go zagranicznych turystów, którzy na dodatek jeszcze zostali poproszeni o złożenie mu na leżącą u stóp plastikową tackę ofiary (oczywiście w formie lokalnej waluty – quetzali). Pewnie śmiał się z nas nieziemsko odurzony lekko dymem z kadzideł, świeczek i cygara: “Kolejnych mi tu stary Pedro przyprowadził. Znowu z Lonely Planet w ręku. Tak samo jak wszyscy poprzedni nie mają zielonego pojęcia, o co tutaj chodzi, a tylko wyczytali o mnie w ramce na stronie 140 i chcą koniecznie zobaczyć słynnego Maximona!”.

Po tej wizycie nasz przewodnik zaprowadził nas do kościółka, gdzie tym razem bez problemów porobiliśmy kilka zdjęć świętym w kontrowersyjnych ubrankach. Mini galeria tu.


Hasta la vista, amigos

20 Maj 2009

Quetzal “Hola, amigo! Chcecie płynąć do San Pedro de la Laguna? 30 quetzali!” powitał nas w Panjachel nad jeziorem Atitlan uśmiechnięty od ucha do ucha pośrednik. W zasadzie nad tym się zastanawialiśmy, ale z pomocy naganiaczy korzystać nie chcieliśmy, więc wolnym krokiem podążyliśmy w kierunku nabrzeża. Nasz znajomy dyskretnie nam towarzyszył zagadując i dopytując, posiedział z nami na murku nad jeziorem aż oznajmiliśmy, że zmieniliśmy zdanie i dzisiaj nigdzie nie jedziemy, co najwyżej jutro do Santiago Atitlan. Zupełnie niezniechęcony oznajmił, że zna kilka niedrogich hoteli w mieście, po czym pomaszerował za nami prowadząc konwersację w sposób umiejętny, acz irytujący. W jednym z rekomendowanych przez niego hoteli zaproponowano nam nocleg w ładnym pokoiku z łazienką i kablówką za jedyne 50 dolarów, łatwo się jednak domyśleć, że nie skorzystaliśmy – wybraliśmy inny hotelik o znacznie niższej cenie. Nasz amigo nie był szczęśliwy, ale wykazał się hartem ducha, bo nazajutrz rano wychodząc do sklepu po śniadanko zobaczyłam go cierpliwie czekającego 20m od naszego hoteliku. “Teraz do Santiago?” zapytał i dopiero moja kolejna odmowa sprawiła, że poszedł szukać szczęścia u innych turystów.

Ten dzień przyniósł kolejne obserwacje dotyczące ustalania cen w branży turystycznej w Gwatemali poczynione na podstawie rozmów z naganiaczami, obserwacji koloru banknotów wymienianych przez Gwatemalczyków (“Piątkę dał, no mówię Ci, że piątkę – taką fioletową!”) oraz rozmów z innymi turystami. Obserwacje tym bardziej ekscytujące, że ceny w większości przypadków podawane są tu ustnie i nie otrzymuje się żadnego pokwitowania wpłaconej kwoty, a ceny w związku z tym zmieniają się jak w kalejdoskopie.

Ogólnie rzecz biorąc taryfę za przewóz na druga stronę jeziora można podzielić następująco (1 USD = na oko 8 quetzali):

  1. Pierwsza: dla  Gwatemalczyków (10 lub 15 quetzali za osobę, dzieci za darmo);
  2. Druga, tariffa americana: dla Amerykanów (co najmniej 30 quetzali za osobę);
  3. Trzecia: dla reszty świata (25 quetzali za osobę, dzieci po małym targowaniu 50%).

To w jakiej taryfie się znajdziesz uzależnione jest od używanego języka i drobnych sygnałów, które wysyłasz. Np. przewodnik w języku angielskim cenę podwyższa. Podróżowanie z dziećmi chyba też, bo jakimś sposobem te dwa fakty razem wskazują na narodowość amerykańską. Jako, że używamy takowych przewodników i spacerujemy z dzieciakami, usłyszeliśmy w Santiago naszego kolejnego amigo radośnie wrzeszczącego już z daleka do kapitana statku: “Americanooooos!” po czym trafiliśmy z automatu w taryfę drugą i tylko odrobina doświadczenia i uporu pozwoliła nam wynegocjować powrót do taryfy trzeciej.

Istnieje także przymierze pracowników informacji turystycznej, hoteli, kierowców minibusów i chickenbusów oraz tour operatorów, które pozwala prowadzić turystę za rękę w pożądanym kierunku za pomocą prostych sposobów:

  1. oferowanie podwiezienia pod określony hotel po długiej, wyczerpującej podróży (któżby się nie skusił…);
  2. twierdzenie, że nie istnieją inne połączenia od preferowanych, a samolot przecież taki drogi;
  3. twierdzenie, że rekomendowany hotel oferuje najlepsze pokoje za daną cenę, choć tak nie jest;
  4. twierdzenie, że opłaty za wjazd do parku należy wręczyć kierowcy, który ją uiści (za prowizją, o której nie wiesz);
  5. twierdzenie, że Gwatemalczycy płacą tyle samo, co turyści (akurat!);
  6. podawanie jako ceny wyjściowej w negocjacjach wysokości sześciokrotnej rzeczywistej wartości usługi lub towaru (ktoby pomyślał!);
  7. oferowanie cen bez podawania waluty (quetzale vs. USD).

Prowizje za turystów wymieniane są w wielu przypadkach od razu i bez specjalnych ceregieli. Na szczęście Gwatemala piękna, a ci mieszkańcy, którzy w branży turystycznej nie pracują, są w większości mili i pomocni, więc staramy się zostawiać nasze pieniądze w ich rękach, a naszych wątpliwych amigos odprawiać z kwitkiem. 🙂


Tam, gdzie (nie) rosną pokrzywy

18 Maj 2009

Chichicastenango to miasteczko w górach, którego nazwa oznacza w Ki’che’, jednym z języków Majów, miejsce, gdzie rosną pokrzywy. Pieszczotliwie zwane Chichi rekomendowane jest jako najlepszy targ w Gwatemali. Ci jednak, którzy pojadą tam na zakupy w poszukiwaniu okazji cenowej mogą się srodze zawieść – wybór towarów jest wprawdzie wielki, ale sprzedający są mistrzami w swoim fachu, znają psychologię od strony praktycznej i targować się umieją. Pokrzywy zaś wszystkie już chyba wycięto.

Ołtarz ofiarny I tak naprawdę to nie o ten targ chodzi – sercem Chichi jest kościółek Santo Tomas, gdzie Majowie odprawiają modły i ceremonie, które nie przypominają tych, które widuje się w świątyniach europejskich. U stóp stopni prowadzących do świątyni, znajduje się kamienna platforma nieuchronnie kojarząca się z ołtarzem ofiarnym. Majowie w tradycyjnych strojach palą na nim żywicę, płatki kwiatów sprzedawanych przez kwiaciarki i ulewają odrobinę bursztynowego alkoholu ze zgrabnych szklanych piersiówek z aluminiowymi koreczkami, szepcząc modlitwy (może jednak zaklęcia?). Całość, choć zakończona za każdym razem szybkim, ale jakby ukradkowym znakiem krzyża przypomina bardziej rytuał zaklinania lub odczyniania uroków niż jakiekolwiek modlitwy. Składający ofiarę są skupieni, nieobecni, ale ich ręce są ciągle w ruchu zajęte kolejnymi czynnościami. Dym unosi wzdłuż schodów wprost do kościoła, w środku niemal gryzie w oczy, wszechobecny jest zapach kadzidła, żywicy, kwiatów – trudno właściwie określić dokładnie jakiej nuty. W surowym w wystroju, jednonawowym kościele wzdłuż głównego przejścia do ołtarza leżą co 2-3 metry stare kamienne płyty, na których migocą świeczki, czerwienią się płatki kwiatów i parują plamy po wylanym alkoholu. Bogowie są czasem wymagający, stary Indianin składał przy nas swoją ofiarę na wszystkich znajdujących się w kościele płytach.

Maski Zaraz obok profanum bezpardonowo włazi na sacrum, indiańskie dzieci usiłują sprzedać kolorowe bransoletki, zabawki i gumki do włosów, sprzedawcy zachęcają do kupna pamiątek, ktoś oskubuje kwiatki z płatków, ktoś komuś czyści buty, ktoś śpi pijany obok ołtarza, ktoś goli się starą maszynką, warchlaki kwiczą na postronkach, kury gdaczą, comedores nawołują, życie się toczy. Warto tu przyjechać. Nie dla pamiątek, nie dla okazji, ale dla tej jednej chwili, kiedy siedząc pośród Indian na świętych stopniach piekącymi od dymu oczami można obserwować ten fascynujący i barwny świat – tak inny od naszej codzienności.

 

Calle de la InquisicionNie można uciec w Chichi od rozważań, ile z dawnej kultury Majów pozostało w dzisiejszych Indianach i co się właściwie stało z tą fascynującą cywilizacją dysponującą wiedzą astronomiczną, przyrodniczą i medyczną. Zanim nazwiemy ich praktyki zabobonem, musimy przypomnieć sobie ze wstydem, ile razy w historii uznawaliśmy naszą kulturę i naszą cywilizację za jedyną drogę, od której nie ma ucieczki. Za każdym razem, kiedy w odległej o 90km Antigua mijam Calle de la Inquisicion, liczę na to, że to mój hiszpański jest za słaby, żeby zrozumieć właściwe znaczenie tej nazwy, które, mam nadzieję, jest inne niż ulica Świętej Inkwizycji.

Zapraszamy do galerii.