Przygodę czas zakończyć

30 kwietnia 2010

Spotkanie w Agawie Wszystko dobre kiedyś się kończy i również nasz Hop! … Around the Globe musiał. Jesteśmy już od kilkunastu dni w kraju (nie licząc naszego z Beatą smyknięcia bez dzieci do Słowenii na parę dni), zakończyło się wspaniałe spotkanie z wami, naszymi czytelnikami – czas więc na chwilę podsumowania i refleksji (również dla tych, którzy na spotkaniu być nie mogli). Jeszcze a propos samego spotkania, to muszę powiedzieć, że było nam bardzo miło. Było ciut ponad 60 osób (liczyłem ukradkiem) oraz bardziej niepoliczalna grupa dzieci jedzących gofry i lody oraz grających w parku w zbijaka, czy 2 ognie. Pogoda dopisała, humory też. Trochę nie dopisała sala, gdyż głównie z powodu słońca właśnie przenieśliśmy się do wewnątrz lokalu (pierwotnie mieliśmy zarezerwowane pół “namiotu”) – no i finalnie było wszystkim nieco ciasno. 😦 Mam nadzieję, że nam wybaczycie…

Wracając do podsumowania, to oczywiście pod koniec wyjazdu zrobiliśmy pewne podliczenia, z którymi się tutaj chcemy podzielić. Byliśmy w podróży 357 dni i w tym czasie przejechaliśmy 102 tysiące km (z czego tak naprawdę 47 tysięcy lądowo, a resztę samolotami), zrobiliśmy 32,5 tysięcy (ponad 80 GB) zdjęć – część z nich wciąż dostępna jest w galeriach, napisaliśmy tutaj 160 relacji, otrzymaliśmy ponad 1700 komentarzy, zdobyliśmy (dzięki wam) 7 miejsce w Blog Roku 2009, objechaliśmy świat dookoła no i przede wszystkim wróciliśmy wszyscy w czwórkę cali i zdrowi.

Paczki czekające na nas w domu Dzieci pod koniec wyprawy bardzo tęskniły za domem, kolegami, przyjaciółkami, szkołą, swoimi klockami i książkami. Radość z powrotu była więc spora (choć lądowaliśmy w smutnym dniu, bo dokładnie 10-go kwietnia 2010). W domu nastąpiło oczywiście rodzinne przywitanie (ze zrazikami mojej mamy – donoszę, że były niezmiernie smakowite) oraz rozpakowywanie paczek, które na nas czekały. Paczek, które sami sobie wysyłaliśmy z podróży – z pamiątkami, niepotrzebnymi przewodnikami i innymi gratami. Ułatwialiśmy sobie życie i jednocześnie dużo więcej rzeczy mogliśmy po drodze kupić. 🙂 A zapewniamy, że pokus w różnych krajach było wiele (szczególnie w Ameryce Łacińskiej i w Azji). Dodatkowo sprawiliśmy sobie niespodziankę, bo rozpakowywanie naszych paczek i odnajdywanie rzeczy wysłanych sobie samemu wiele miesięcy temu było frajdą niesamowitą. 🙂

Powitanie na lotniskuTym bardziej, że na takim wyjeździe czas płynie inaczej. Przyjechaliśmy do kraju z wrażeniem, że nie było nas tu wieki. Ile rzeczy przez ten czas się zadziało, ile nowych dróg i mostów zbudowano, prawda? Dla nas to tak, jakby nie było nas tu z pięć lat. Dzieci nam podrosły i wydoroślały, ciuchy żadne na nie nie pasują (tu porada dla podróżujących rodziców, aby nowe ciuszki dla rosnących dzieci zakupić sobie jeszcze w trasie, bo zawartość starej szafy idzie dla potomności), a nasze mieszkanie wydaje nam się takie nieznane (spojrzeliśmy na nie i ze zdziwieniem stwierdziliśmy, że nawet ładne jakieś takie jest i miłe – zupełnie zapomnieliśmy jak wygląda). Ale już kilka razy spotkaliśmy się z reakcją “O, już jesteście!”, “Dopiero co pamiętam, że jechaliście!”. Dla większości naszych znajomych ten rok przemknął, jak … każdy rok. Dla nas – rozciągnął się w czasie (jak na obrazach Dalego), rozlazł i zwielokrotnił.

Spoglądamy teraz na zdjęcia zrobione wiele miesięcy temu i nie możemy uwierzyć, że tam byliśmy, że to wszystko widzieliśmy! To było tak dawno! Aż 10 miesięcy temu byliśmy jeszcze w Ekwadorze! Za nami była już Kostaryka, Nikaragua, Honduras, Gwatemala, Belize i Meksyk. Za nami były już przecudne rekiny wielorybie oraz niezapomniany atak ziezimieszków. Przed nami mnóstwo kilometrów nieznanego, jajo na równiku, zapalenie Bernasia ucha, taniec w kręgu indiańskim, picie kavy, lodowiec, kangury i sajgonki w Sajgonie. Oraz tysiące, tysiące innych wrażeń, których teraz spisać nawet nie sposób. Ciśnie się na usta sformułowanie ze znanej serii reklamy jednaj z kart kredytowych: “Bezcenne!”

Bezcenne i dlatego każdemu, kto chce ruszyć w taką podróż (również dłuższą, krótszą, prostszą, z dziećmi lub bez dzieci) doradzimy, podpowiemy, wyjaśnimy. Piszcie do nas! Chętnie pomożemy!

UPDATE: Jeszcze dodałem podsumowanie od strony gadżeciarza. Zapraszam!


Łasuch – reaktywacja

30 kwietnia 2010

Kącik łasucha Siłą rozpędu i apetycznych wspomnień oraz nadzieją na wrażenia smakowe w kraju i okolicach będzie się karmić kontynuacja hopowego kącika łasucha. Czytać ją będzie można pod adresem http://kaciklasucha.wordpress.com

Serdecznie zapraszam i smacznego!

Beata


Post scriptum: kącik łasucha – Liban

11 kwietnia 2010

 

jojpoj

Dla Wajlusia

Wiosna w Londynie Za Londynem przepadam. Kiedy przyjechaliśmy, niebo było błękitne, świeciło słońce, wokół kwitły wiśnie. Pachniało wiosną. Powietrze było rześkie, chłodne i klarowne – co za olbrzymia zmiana po Bangkoku, ze smogiem i czterdziestostopniowym upałem. Kiedy zaczęliśmy omawiać do jakiej knajpki najlepiej pójść, poczułam się jak przysłowiowy osiołek między sianem a owsem. Pomyślcie sami: mieszkając w Londynie można by było codziennie pisać kącik łasucha – codziennie o specjalnościach innej kuchni, przyrządzanych przez rdzennych mieszkańców kraju, podawanych w oryginalnym otoczeniu i przy dźwiękach charakterystycznej dla danego kraju muzyki. I jeszcze do tego natychmiast można we własnym domu wypróbować, jak się takie danie przyrządza korzystając z produktów sprowadzonych z danego kraju.  Przy okazji porannej przebieżki uległam więc pokusie i weszłam do sklepiku z jedzeniem bliskowschodnim. Bardzo lubię eksplorację takich miejsc, bo na pierwszy rzut oka widać, jakich produktów używa się najczęściej. W Azji dominował rzecz jasna ryż – tutaj ryżu nie było, ale za to było duuuuużo ciecierzycy. Bagażu i tak mieliśmy sporo, więc niestety kupno pięciokilogramowych worków z ciecierzycą nie wchodziło w grę ;-). Wyszłam więc ze sporawym słoikiem tahini – pasty sezamowej używanej na Bliskim Wschodzie do przygotowywania hummusa – bajecznego dipa o smaku czosnkowo-limonkowym z delikatną orzechową nutą pochodzącą właśnie od ciecierzycy – moim zdaniem najbardziej szlachetnej ze wszystkich warzyw strączkowych. (Osobiście najbardziej ją lubię z bazylią, oliwą i czosnkiem – najlepsza jest wtedy, kiedy z ugotowanej delikatnie sama schodzi skórka. Mmmmmm…) Hummus w czasie naszej podróży spożywaliśmy namiętnie, szczególnie w USA, Australii i Nowej Zelandii. Z tego wszystkiego jakoś tak się rozmarzyłam, że zakupiłam także limonki i namoczyłam tony ciecierzycy znalezionej w wajlusiowej lodówce zamierzając hummus zmajstrować w ilościach gigantycznych, tak aby każdy nasycił swoje limonkowo-orzechowo-czosnkowe pragnienia.

Herbatka po libańskuPotem jednak moje gorsze ja zaczęło przekonywać moje ja altruistyczne, że przyjemność jest przyjemnością i należy jej doświadczać, jeśli tylko to możliwe. No bo w końcu knajpek dookoła jest tyle, to grzech przecież pichcić coś w domu. Zresztą większość londyńczyków podziela nasze zdanie :-). Padło więc ostatecznie na knajpkę libańską w pobliżu dworca Paddington. Knajpkę, trzeba było przyznać, dużo ładniejszą i o niebo bardziej przyzwoitą od tych, w których jedliśmy w Azji, więc spodziewaliśmy się (i słusznie), że jedzenie będzie co najmniej tak dobre. Restauracja nazywała się inaczej niż się miała nazywać (właściciel albo kolejny właściciel z nazwy francuskiej przemianował ją na prostsze “Cafe Lebanon”), i wyglądała inaczej niż miała wyglądać (tak zeznał Wajluś), ale niespodzianki na tym się nie kończyły.

Kibbehy wszelakie w postaci mezze Jak eksperymentować, to eksperymentować – zmówiłam coś, co nazywało się intrygująco kibbeh z dyni. Nasz pan kelner przyniósł mi maleńkie smażone w głębokim tłuszczu kotleciki nadziewane warzywami. Ani w kotlecikach, ani w nadzieniu dyni nie można było rozpoznać za nic w świecie, ale skórka mile chrupała, a pomarańczowy lekko majonezowy sos (czyżby sos 1000 wysp?) z drobno posiekaną miętą stanowił bardzo przyjemne dopełnienie zagadkowego kotlecika. Być może po prostu nie doceniamy dyni jedząc ją tylko późną jesienią i tylko w formie duszonek i zup. A tu proszę: przemycając mimochodem spore ilości witamin można ją tak skutecznie przyrządzić, że nikt nie pozna kto i zacz.

Mięsko rewelacja czyli Shawarma Shawarma – mięso wieprzowe (autorkę zawiódł tu zdrowy rozsądek i oddała się marzeniom – jak słusznie zauważono poniżej,  shawarmę przyrządza się niemal ze wszystkiego poza wieprzowiną, której muzułmanie nie jadają) zapiekane jak kebab na wielkich pionowych rożnach i podawane z pitą i sosem czosnkowym, też okazało się zaskoczeniem, bo przyprawione było – UWAGA! UWAGA! cynamonem! Nie uwierzyłabym nigdy, ale testowałam z niedowierzaniem kawałek po kawałku i za każdym razem wychodziło to samo. Cynamon! Tego jeszcze nie było. Chyba jeszcze trochę pieprzu lub gałki muszkatołowej się tam zaplątało, bo mięso było pyszne, z lekka przyrumienione na brzegach i wcale a wcale nie przypominało szarlotki. Buraczki za to zróżowiły się na talerzu, jakby je ktoś wygotował w barszczu ukraińskim, ale smakowały jak twardawe ogórki kiszone –  zupełnie nie do odróżnienia. Ich kolor dystyngowanie odpływał w stronę angielskiego różu. Na koniec pan nam przyniósł bliżej niezidentyfikowane (bo zamiast albo w charakterze rekompensaty za pomylonego wrapa) pizzopodobne trójkąciki bez sosu pomidorowego, ale za to z ziarnami czarnego sezamu. Znów nietypowo. Chyba wybierzemy się w kolejną podróż na Bliski Wschód.

Najedliśmy się i nadziwiliśmy, jak wielka jest kreatywność ludzka. I, niestety, po raz kolejny wyszło, że większy ze mnie łasuch niż kucharka – Wajluś pozostał w Londynie z miseczkami namoczonej ciecierzycy.


Kącik łasucha – Tajlandia

8 kwietnia 2010

Święconka tajska Musiał nadejść ten dzień i ten pożegnalny azjatycki kącik. Napycham się na zapas dojrzałym mango, zastanawiając się, kiedy znów będę jeść równie pyszne cudo. Już wiem! W czerwcu, jak zaczną się truskawki… Tymczasem jednak z przerażeniem patrzę na zdjęcia z Polski – wszyscy w kurtkach! Brrr… A z owoców czekają na mnie w domu zeszłoroczne jabłka… No może się pocieszę nieco ziemniaczkami z cebulką i z jogurtem, albo cykorią z roquefortem i orzechami włoskimi. Ale póki co, dałam głębokiego nura w pyszności kuchni tajskiej zapisując się na cooking (and lots of eating) class, czyli szkołę gotowania po tajsku. Dodatkiem ekstra były eleganckie koszyki, z którymi wyruszyliśmy na miejscowy targ.  Co stoisko w koszyczku lądowały kolejne smakołyki: a to mango, a to zioła, a to grzybki. Ot, taka tajska święconka.

Kolorowo Najpierw poczułam się lekko oszołomiona, kiedy nasz instruktor zaczął wymieniać i pokazywać nam, w czasie naszej wizyty na targu, PODSTAWOWE składniki kuchni tajskiej. Wymienił trzy rodzaje imbiru (potem okazało się, że jest jeszcze jeden), liście i skórki lemonki kaffir (sok jest gorzki, więc wnętrze się wyrzuca), mleko kokosowe, trawkę cytrynową, różne gatunki chilli, trzy gatunki bazylii, dwa gatunki kolendry i świeżą kurkumę. Przy okazji zaprezentował nam także 5 różnych gatunków bakłażana pomijając wzgardliwym milczeniem wietnamski – podłużny i pozbawiony goryczy, ale za to pokazując nam bakłażany wielkości pomidorów, bakłażanki wielkości ziarenek grochu zwisające w gronach jak winogrona i jeszcze parę innych. Doprawdy istnym cudem ewolucji jest ta roślina.

Moje ulubione Tom Kha GalDla mnie w kuchni tajskiej najważniejsze są: imbir i mleko kokosowe. Imbir zresztą mogę pochłaniać w każdej ilości, więc nadzieja, że niedługo sobie zrobię pierniczki troszeczkę trzyma mnie przy życiu. Mleko kokosowe używane w kuchni uzyskuje się z białego miąższu dojrzałego kokosa. Jak się okazuje, świeże mleko kokosowe mogę, jak się uprę, zrobić w domu. To też miłe. Tom kha gal czyli zupa z kurczaka na mleku kokosowym z galangalem jest dla mnie kwintesencją urody kuchni tajskiej. Galangal to tajski imbir, który dodaje zupie ostrości. Na jedną miseczkę zupy wkroiłam jedną małą papryczkę chilli. Tajowie podobno jedzą dziesięć. W ogóle nazwać tom kha gal zupą to niezwykle krzywdzące – jest tak kokosowa, że mogła by zupełnie spokojnie robić za deser. Ciepła, aksamitna i pachnąca lekko drażni imbirem podniebienie, a lemonki kaffir dają wrażenie, że właśnie dokonuje się akt tworzenia jakiś nowych perfum z cytrusową nutą. Uczta dla oczu, orgia dla nosa, a smak niebiański.

Pad thai Na Khao San Road, w dzielnicy backpackerskiej, można popróbować za to kuchni tajskiej popularnej. Każdy z nas miał coś ulubionego – a to sajgonki, a to pad thai, a to mango na klejącym ryżu. Pad thai jest daniem chyba najprostszym i najbardziej malowniczym. Spośród czterech kolorów makaronu (od żółtego aż do jasnobrązowego) wybiera się jeden i zasmaża się go następnie z cukrem, sosem rybnym, warzywami i sporą ilością kiełków fasoli mung w gigantycznym woku. Potem następuje misterium posypywania  i doprawiania, czym dusza zapragnie: suszonymi krewetkami, kruszonymi orzechami ziemnymi, kolendrą (jeśli akurat ją mają) i lemonką. Całość – pyszna, szczególnie z chrupiącymi orzeszkami i kiełkami usmażonymi szybko al dente. Im więcej orzeszków, tym lepiej. Pad thai smaży się wszędzie na ulicznych straganach na kółeczkach – jak akurat nie ma amatorów na tę potrawę, to przewozi się szybciutko i sprawnie cały majdan parę metrów dalej. Niech żyje prostota!

Na deser można jeszcze zjeść mango z klejącym ryżem. Jest to specjalny gatunek ryżu, który się zlepia, ale nie tworzy mazi albo nieapetycznej ciapy. Każde ziarenko jest osobno, a jednocześnie przytula się czule do sąsiadów. Na ryż kładziemy dojrzałe, żółte mango pokrojone w plastry. Trzeba tu jeszcze przypomnieć, że mango w tropikach niczym nie przypomina mango w naszych sklepach. To tropikalne jest miękkie, ale jędrne, intensywnie żółte i niewiarygodnie soczyste. Jak do tego jeszcze dodamy słodkie mleko kokosowe to nam wyjdzie deser prosty, ale wart grzechu. A może z tym jabłkiem w raju to jakaś konfabulacja… Może to mango było…


Jedzie (bambusowy) pociąg z daleka

6 kwietnia 2010

Tory w nieznane a na nich krowy Jedzie pociąg owszem, ale jakiś taki niekompletny jakby. Bambusowy? Rozlatuje się, czy co? Zabawkowy? O co chodzi, zapytacie? Autor chyba sfiksował lub wypił za dużo piwa (kufelek beczkowego w Kambodży to 50 centów, więc troska zrozumiała)…? Chodzi jednak nie o białe myszki, lecz o naprawdę bambusowy pociąg z Battambang na zachodzie Kambodży. Pociąg używany do przewozu lokalnej ludności, towarów w workach, pudłach, koszach i luzem oraz motorków i rowerków wszelakich. No bo skoro już ktoś (chyba Francuzi) zbudował tory kolei, to po co czekać na prawdziwy pociąg, skoro można sposobem przewieźć swoich znajomych i ich pakunki? Bamboo train to teraz bardziej atrakcja dla turystów, choć z nami i lokalni mieszkańcy jechali, ale nikt tam się nie martwi i jazda! Turystów wozi się do wioseczki położonej jakieś 10 km od Battambang wzdłuż torów – lokalni jednak mogą jechać dalej, bo tory prowadzą aż do Phnom Penh. 🙂

Sprzęgło No ale do rzeczy. Na czym to polega? Otóż koncepcja jest prosta: bierze się dwie osie od małych wagoników kolejowych (wyposażone w łożyska) oraz bambusową ramę – platformę, którą kładzie się na tych osiach (łożyska lądują w specjalnie wyprofilowanych drewnianych mocowaniach). Następnie umiejscawia się na platformie silnik od kosiarki, zakłada pasek klinowy łączący napęd z tylną osią, odpala się tenże silnik i dociska zmniejszając luz paska za pomocą drąga drewnianego zwanego po naszemu wajchą – uzyskując tym sposobem najprostsze pod słońcem sprzęgło. Prostota tej konstrukcji jest zachwycająca! W tym momencie pociąg rusza i zaczyna się zabawa. Po drodze bowiem mamy kilkudziesięciokilometrowy tor prosty jak strzała – ale nierówny, jak nieszczęsna Karmelkowa przed remontem. Pasażerowie siedzą sobie po turecku na bambusowej macie, krajobraz śmiga obok, gałęzie krzaków chlaszczą w tyłek (jechaliśmy z prędkością jakieś 15-20 km/h, więc niby nie szybko, ale przy pozycji niemal na ziemi wrażenia są niezłe), a maszynista dociska całość do toru siedząc na tylnej ramie.

Bernaś oczywiście umiejscowił się z przodu trzymając się barierki jak na rollercoasterze i nie mógł oczu oderwać od torów. 😉

Mniejszy pociąg precz z toru Dochodzimy teraz do najważniejszej rzeczy. Tor jest jeden, a budowniczy nie przewidział mijanek, więc co się dzieje, gdy spotykają się dwa bambusowe “pociągi” jadące z naprzeciwka? Albo, gdy z naprzeciwka jedzie prawdziwy, “dorosły” pociąg? Cóż! Następuje operacja mijania pociągów, która w instrukcji maszynisty pociągu bambusowego wygląda tak:

  1. Zatrzymać się, czyli poluzować wajchę sprzęgłową i poczekać chwilkę (bo hamulców i tak nie ma)
  2. Ocenić kto ma pierwszeństwo (pierwszeństwo przejazdu ma bambusowy pociąg z większą liczbą pasażerów na pokładzie, przy czym przewożony motorek zawsze przeważa, a duży pociąg ma, jak się łatwo domyślić, zawsze rację)
  3. Kazać wszystkim szybko zejść na ziemię
  4. Zdemontować wajchę-sprzęgło oraz silnik
  5. Wraz z pomocnikiem lub z jednym z pasażerów zdjąć z torów bambusową platformę
  6. Szybciutko zdjąć z torów obie osie
  7. Pomachać przejeżdżającemu pociągowi
  8. Zmontować swój pociąg z powrotem na torach

Maszynistów trzech Cóż. Bezpieczeństwo oczywiście pozostawia wiele do życzenia, i to nie w kwestii mijanek, bo te nie były aż tak stresujące (mieliśmy o drodze dwie i to my byliśmy w przewadze!), ale w kwestii samego pociągu truk-truk-ującego po nierównych torach z kilkucentymetrowymi przerwami między szynami. Gdyby bowiem przy prędkości 15 km/h platforma spadła z osi i całość fiknęłaby na tory lub w krzaki, to oczywiście poharatalibyśmy się zdrowo. 🙂 Tu przyszła mi na myśl kolejka z parkingu w Disneyland w Orlando, wyglądająca jak poruszające się po ulicach ciuchcie znane z letniskowych miejscowości w Polsce (po Polanicy taka jeździ). Tam wszyscy musieli grzecznie wsiąść, zapiąć łańcuszki przy drzwiach, a z głośników poleciała umoralniająca gadka, że ręce przy sobie at all times … i nogi też, a safety jest najważniejsze. Dopiero gdy nikt sie już nie ruszał i nie wychylał, pomocnik dał znak do jazdy, a pojazd ruszył po asfalcie z prędkością kilku km/h i przejechał z parkingu pod wejście – jakieś 500 m. 😉

Galeria w przygotowaniu już gotowa tutaj…


Hop! … spotkanie we Wrocławiu

5 kwietnia 2010

Kochani nasi HOP-czytelnicy!

Restauracja AGAWA, Park Południowy, ul. Waligórskiego 1, WrocławNasze spotkanie powyjazdowe (przełożone ze względu na żałobę) odbędzie się w czwartek 29 kwietnia 2010 o godzinie 19-tej. Mamy też już zarezerwowaną salę w restauracji AGAWA w Parku Południowym we Wrocławiu (ul. Waligórskiego 1). Nasz ludek wskazuje dokładnie to miejsce.

Będą zdjęcia, opowieści, pytania, podsumowania. Planujemy spotkanie w okolicach 2 godzin. Bierzemy ze sobą nasze dzieciaki, więc weźcie też i swoje – tym bardziej, że parkowa lokalizacja temu sprzyja.

Zapraszamy!


O czterech takich, co zwiedzili (motorykszą) Angkor

4 kwietnia 2010

Panienka z okienka w Angkor Wat Było tutaj już o Machu Picchu to i o kambodżańskim Angkor musi być. Klasa zabytków bowiem jest porównywalna. Z listy cudów świata odkreśliliśmy kolejny. 😉 O samym mieście Angkor i jego świątyniach i pałacach napisano i opowiedziano sporo, więc nie będziemy się rozwodzić i proponujemy, aby nasze zdjęcia opowiedziały same. Dość tylko stwierdzić, że kompleks jest niesamowity i na pewno warty wycieczki. Już dla samej tej atrakcji warto odwiedzić Kambodżę (nie wspominam nawet o sympatycznych plażach na południu, czy uroczych górskich wioskach na północy). Na atrakcje Angkor warto przeznaczyć kilka dni, szczególnie, gdy podróżuje się bez dzieci. Te bowiem, jak sie łatwo domyślić, męczą i nudzą się szybciej niż dorośli i jeden dzień zwiedzania to dla nich zwykle dość. Jeśli jednak planujecie przyjazd do Siem Reap (bazy wypadowej do Angkor) na dłużej, to polecamy zakup biletu 3 dniowego i cztery mniej napięte wycieczki (wieczorna wizyta poprzedniego dnia jest w cenie biletu). Bilet na dzień to koszt $20 (ceny w USD, która to waluta jest nieoficjalnie obowiązującą walutą Kambodży), zaś na 3 dni $40 – przy czym nie koniecznie muszą to być 3 dni pod rząd. Aby wygodnie zwiedzać ruiny można wynająć rykszę (wynajem takiego tuk-tuka na wycieczkę do Angkor w tą i z powrotem to $5 zaś jeżdżenie cały dzień to koszt około $12-$15) albo po prostu rowery (szczególnie, gdy nie spieszy nam się i mamy sporo siły).

Słynne drzewo Tomb Raider My na Angkor przeznaczyliśmy w naszym harmonogramie 1,5 dnia i dzięki temu zwiedziliśmy w dość intensywnym (ale bez przesady) tempie wszystkie najważniejsze budowle. A jest co zwiedzać! Miasto Angkor Thom, świątynia Angkor Wat i liczne okoliczne monumenty tworzą olbrzymie naturalne muzeum starożytnych budowli rozciągające się na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów kwadratowych. Niektóre z nich są bardziej, niektóre mniej pochłonięte przez dżunglę. Aby dostać się z miasta Siem Reap (gdzie mieszkaliśmy) wybraliśmy opcję rykszy. Co by nie mówić w tej temperaturze (a jest tu naprawdę gorąco) jeżdżenie z miasteczka rowerem do ruin jakieś 10 km asfaltem jakoś nam się nie uśmiechało (tak, tak, gnuśniejemy!). Nie mówiąc o tym, że chcieliśmy się wybrać na wschód słońca, więc musielibyśmy pedałować po ciemku w nieznane. 😦 Poszliśmy więc w wygodnictwo i tym sposobem mieliśmy: zachód słońca, pobudkę o 4:30, wschód słońca, poranne spotkanie z małpami w dżungli, zwiedzanie, zwiedzanie, zwiedzanie, setki zdjęć oraz kolejny zachód słońca, który obserwowaliśmy dość sennie ze świątynnego murku. Dzieci wytrzymały i były raczej zadowolone, szczególnie, że w naszym hoteliku czekał na nich zimny basenik. Wrażenia są niesamowite: płaskorzeźby, mosty, misterne zdobienia, ogromne, kamienne twarze, żywe i kamienne słonie, żywe i kamienne małpy, olbrzymie korzenie drzew rozsadzające mury i widoki rodem z Indiany Jones lub Tomb Raider. I to wszystko produkt cywilizacji panującej tutaj, gdy po naszym kraju nadal ganiano po lesie za turem (lub po polu za Tatarem), a kamienne zamki należały do rzadkości.

Zapraszamy do galerii z Angkor oraz wcześniejszej z Phnom Penh!