Cztery słonie na dwóch słoniach

24 marca 2010

Hi hi hi! Ale wąchasz. No, już, przestań, bo mnie wciągniesz, jak odkurzacz. Tu mam banana … tylko trochę niżej. Ciepło, ciepło … i już. Jesteś bardzo mądry!

Jedziemy na słoniach (foto Dobrochna)Hej! Jesteśmy teraz przy takim jednym wodospadzie (Pann coś tam) i jeździliśmy na słoniach indyjskich. Super, nie? Weszliśmy z takiej drabinki do takiej ławeczki na grzbiecie słonia (na jednego słonia dwie osoby, więc ja z mamą na jednego, chłopaki na drugiego). Przed nami siadł… no… kierowca (nie jest to zbyt trafne określenie, ale nie mogę nic innego wymyślić). “Kierowca” gilgotał słonia za uszami, żeby szedł szybciej. Słonie były dość drobne, takie, że gdybym się porządnie wyciągnęła, mogłabym klepnąć je po grzbiecie. Jechaliśmy tylko dziesięć minut, ale za to były aż dwa przejścia przez rzekę. Kiedy do niej wchodziliśmy zdawało mi sie, że jadę roller-coasterem (roller-coaster to amerykańska kolejka wąskotorowa, której pasażerowie jadą w wózkach z zabójczą prędkością po torach, które to wznoszą się, to opadają – najszybszy roller-coaster osiąga prędkość 200 km/h i jedzie się nim 6 sekund). Weszliśmy w rzekę która chlupała pod stopami słonia, a on pił i pił, i pił, i pił… Aż się dziwię że nie pękł tak, jak smok wawelski.

Instrukcja karmienia słoniNie obwąchuj mnie tak, zaraz ci przyniosę banana.

Kiedy zeszliśmy na ziemię, tato przyniósł dwa banany (resztki naszego drugiego śniadania) i kupił jeszcze trzy kiście u pani obok i zaczęło się karmienie! Mówię wam, ale było śmiechu!

No, kochany słoniu, masz tu swój żółty przysmak.

Ha ha ha! Ale śmiesznie wyciąga trąbę – tak jakby nie chciał nic innego wyciągnąć. Taki słoń wyciąga do ciebie trąbę, a ty musisz wepchnąć mu banana w taki specjalny otwór wtedy olbrzym zagina trąbę i wkłada sobie przysmak do buzi. Nasze słonie nie miały kłów, wiec można było zobaczyć jak przeżuwają. Czasami obwąchiwały cię i wtedy aż słyszałeś jak oddychają. Czasami jakby chciały chwycić cię za nos i podnieść do góry, ale to były tylko żarty.

Słoniu masz swój żółty przysmakSłoń nazywał się Bak Ted, a słonica Bak An. Przy pożegnaniu słonie obwąchiwały nas, czy nie mamy dla nich jeszcze bananów. Pa, pa słonie! Na pewno będę was pamiętać. Już do końca rozumiem dlaczego Nel (z książki “W pustyni i w puszczy”) tak zachwycała się swoim słoniem. One są po prostu śliczne!

Na koniec jeszcze krótki komunikat: Jakby ktoś chciał wybrać się do Azji gorąco zachęcam do co najmniej tygodniowego wolontariatu ze słoniami. Po prostu się nimi opiekujesz i w ten sposób im pomagasz. Też mam zamiar to zrobić jak podrosnę. Naprawdę warto.


Zielone wzgórza Hunter Valley

10 stycznia 2010

Winnice Hunter ValleyMiało być pomarańczowo. Zanim tu przyjechaliśmy cała Australia kojarzyła nam się z soczystym oranżem, ochrą z chlapniętymi gdzieniegdzie plamami brązu, czerni i zabrudzonej kremowej bieli jak na twarzach Aborygenów. Z popękaną ziemią i groźną czerwienią Uluru. Tymczasem na wschodnim wybrzeżu Australii jest zielono, chociaż w każdym mieście czytaliśmy porozwieszane apele o oszczędzanie wody, bo w Australii susza aż strach.  A jednak tam, gdzie jechaliśmy, widzieliśmy lasy deszczowe, mgły z których wychylają się paprocie i eukaliptusy, bujne trawy mokradeł, ciemną, butelkową zieleń lasów namorzynowych… I jeszcze tutaj, w Hunter Valley, zieleń winorośli. Wszędzie zielono.

Już zaczyna się sezonOutdoorowy styl życia Australijczyków bardzo nam się spodobał, więc postanowiliśmy pójść za ich przykładem także w Hunter Valley. Zajechaliśmy do centrum informacji, wypytaliśmy, jak to wszystko działa i zostaliśmy zaopatrzeni w mapkę okolic oraz dobre rady. Instrukcje, jakie dostaliśmy, były rozkosznie proste. “Jedziesz, parkujesz, wchodzisz, próbujesz.” – poradził nam sympatyczny Australijczyk. Próbujesz win, rzecz jasna, z których ta dolina słynie. Ruszyliśmy więc w drogę zaciekawieni, bo to dla nas zupełnie nowy typ rozrywki. Jakże przyjemnej zresztą. Winnic w dolinie jest kilkadziesiąt, więc jest z czego wybierać. Wiele z nich ma 150-letnią tradycję, a to jak na Australię już niemalże antyk. Odwiedziliśmy kilka z nich przestrzegając tego samego rytuału. Najpierw otrzymywaliśmy kartę z opisem win, ich bukietu oraz ceny (bo przecież ostatecznie chodzi o to, aby klient wybrał i kupił dla siebie wino, które mu zasmakuje). Następnie padało pytanie o upodobania i można już było niespiesznie popijając dyskutować na temat walorów trunku. Wszystko przebiegało w sympatycznej, niewymuszonej atmosferze. Co bardziej utalentowani sprzedawcy byli w stanie zabawiać opowieściami grupy nawet pięcioosobowe nalewając im kolejne porcje boskiego trunku. Jak łatwo się domyśleć, degustujący byli coraz szczęśliwsi, rozluźnieni, coraz mniej skłonni do oddalenia się w kierunku konkurencji, i coraz bardziej przekonani do zakupu wybranego wina w tej właśnie winnicy. I oto przecież chodziło. Jakby przyjemności było mało, w dolinie znajdują się także fabryka sera (również z możliwością smakowania próbek produktów) i czekolady, a sporo winnic oferuje także lokalne przetwory o ciekawych smakach (na przykład sos z daktyli i chilli albo oliwa z oliwek z imbirem i cytryną). Słowem także raj dla tych smakoszy i łasuchów, którzy winach nie gustują. Wyjechaliśmy bardzo zadowoleni z Tulloch Late Picked Verdelho.

Smakołyki na sprzedaż Żeby nie postało wrażenie, że w dolinie odbywają się w kółko bachanalia, muszę dodać jeszcze kilka słów o zasadach jakimi wszyscy się kierują. Także tutaj obowiązuje zasada “Don’t drive drunk” (“Nie prowadź po alkoholu”), którą upowszechniają wymowne hasła na autostradach: “Drinking kills driving skills” (“Picie zabija umiejętności kierowcy”). Ponieważ o jednak komfort turysty dba się na każdym kroku, istnieją możliwości wynajęcia kierowcy, który obwozi po winnicach tych turystów, którzy pragną przekroczyć dozwolony wskaźnik alkoholu we krwi próbując co najmniej 10 rodzajów win (czyli wypijają co najmniej 20ml *10 = 200ml wina – równowartość dwóch drinków). O tym wszystkim informuje poradnik podając również średnie ilości alkoholu dla obu płci, które można wypić nie przekraczając dozwolonego prawem stężenia we krwi. W lokalnym radiu puszczane są reklamy społeczne ostrzegające o częstych kontrolach kierowców w tym rejonie, żeby nikt nie miał złudzeń, że mu cokolwiek ujdzie na sucho.W winnicach i w centrum informacyjnym jasno jest powiedziane, że osobom będącym pod (widocznym :-)) wpływem alkoholu (ang. intoxicated), wina nie podaje się.  Wszystko więc pozostaje w gronie koneserów.

Czy ktoś już wymyślił Hunter Valley dla czekolady? Pojadę natychmiast.


Australijskie puchatki

6 stycznia 2010

Dżungla Stałam w środku buszu. Słońce świeciło jasno. Jego promienie prześlizgiwały się między liśćmi drzew eukaliptusowych. Z ich gałęzi zwieszały się liany na kształt węży gotowych w każdej chwili zacisnąć swe mordercze sploty wokół nieostrożnego przechodnia. Ciszę buszu przerywała tylko szemrząca muzyka pobliskiego źródełka i szum wiatru w koronach drzew. Do najpiękniejszej muzyki świata dołączył się teraz szum skrzydeł jakiegoś ptaka przelatującego właśnie nad koronami drzew i wypatrującego swymi bystrymi oczami zwierzęcia, w którym mógłby zatopić szpony.

Nagle coś się nade mną poruszyło. Na wysłaną suchymi liśćmi ziemię spadło kilka liści, jakby kolorowe motyle nad świeżo zaoranym polem. Podniosłam głowę. Nade mną ktoś siedział. A raczej coś. Tylko co to jest?

Koala na jaguarka  – Isia, patrz, jest!!! – busz zniknął, ale drzewo eukaliptusowe zostało. Zwierzę na nim też. Stałam na drewnianej ścieżce w środku ZOO, a mój brat ciągnął mnie za rękaw wskazując na drzewo. Na gałęzi, w pozycji “na jaguarka” spał sobie najprawdziwszy miś koala. Był słodziutki, szary, puchaty i naprawdę prześliczny. Trochę poniżej pierwszego puchatka siedzieli dwaj jego koledzy.

– Chodźcie, mamy dla was niespodziankę! – głos mamy dotarł do mnie jakby przez mgłę. Odeszliśmy od koali. Nic nie widziałam – w oczach miałam wciąż obraz tego przesłodkiego puchatka z tymi jego futrzastymi uszami i takim samym futerkiem. Stanęliśmy w kolejce do fotografii. Rodzice kupili bilety. Byłam pierwsza. Pani rangerka kazała mi złożyć ręce “w krzesełko” i posadziła na nich koalę. Jego futerko przypominało owczą wełnę. Był absolutnie słodki. Pani fotograf zrobiła zdjęcie swoim aparatem, a mama kilka naszym. Potem odebraliśmy zdjęcia z puchatkiem. Byłam wniebowzięta!

Rodzice prosili, abym przy okazji zaprosiła do galerii z wybrzeża słonecznego oraz do uzupełnionej z Brisbane (gdzie są właśnie zdjęcia futrzastych puchatków).


W potokach łez

2 stycznia 2010

Malownicze skałki Góry Glass House Mountains czyli (w wolnym tłumaczeniu Szklane Domy ;-)) usadowiły się na płaskowyżu nie wiedzieć dlaczego. Dookoła płasko, niedaleko ocean i dwa jeziorka, a one wyrastają w górę zupełnie niespodziewanie. W dodatku wcale nie jestem przekonana, czy nazwalibyśmy je górami. To bardziej gigantyczne głazy, które ktoś kiedyś porozrzucał pozornie bez ładu i składu. Tak naprawdę góry te mają także nazwy aborygeńskie, ale nie istnieje tu zwyczaj podwójnego nazewnictwa (anglosaskiego i miejscowego) znany nam z Nowej Zelandii, więc ich nazwa geograficzna wciąż przypomina, że Cookowi kojarzyły się z hutami (?) szkła znanymi mu z Yorkshire. Jak wszędzie na świecie tam gdzie są góry, tam są legendy. My mamy swój Giewont i rycerzy, Inkowie niezliczone mity o zamienianych w kamień członkach klanu, a Aborygeni mają także legendę o jednym z wierzchołków z charakterystyczną linią wierzchołka zbliżoną do przesuniętego nieco  jedną stronę wielbłądziego garbu.  To Coonowrin, który nie pomógł swojej ciężarnej z kolejnym dzieckiem matce w ucieczce przed wzbierającymi wodami oceanu, za co rozgniewany ojciec przetrącił mu kark. Strumienie spływające z gór mają symbolizować łzy żalu i wstydu ukaranego syna.

Nadchodzi gniew My mieliśmy wspiąć się na Mt. Ngungun, świętą podobno górę Aborygenów. Choć na Uluru (też świętą) raczej byśmy się nie wspinali z szacunku dla przekonań religijnych, to jednak musimy przyznać, ż Mt. Ngungun nie tchnął aż takim majestatem. Szlak opisany był jako dość trudny, dość stromy i śliski w czasie deszczu, zasięgnęliśmy więc języka u schodzącej właśnie z góry rodziny z dziećmi, która potwierdziła, że mimo to jest wart wysiłku. Rozpoczęliśmy więc wędrówkę po lesie deszczowym wypatrując (już to prawie dwa tygodnie robimy) misiów koala, które podobno można w tym miejscu zobaczyć. Wspięliśmy się wzdłuż imponującego monolitu, który wyglądał, jakby ktoś w maśle dłubał łyżeczką – miał nieregularne wgłębienia na całej powierzchni. Niewątpliwie wyżłobiła je woda choć  jaki sposób – trudno jest mi sobie wyobrazić. Weszliśmy na samą górę – odsłonięty szczyt z przepiękną panoramą nieszczęśnika z przetrąconym grzbietem.  W pobliżu nas na skałki wspinało się kilka osób, jakaś para odpoczywała w cieniu drzew podziwiając widoki. Radość jednak nie trwała długo, bo z oddali nadchodził deszcz. Nie jakaś mżawka, ale prawdziwa ulewa. Wiedzieliśmy, że musimy zejść z nieosłoniętej części szlaku jak najszybciej, co udało nam się zrobić zanim lunęło na dobre. Ale w lesie też nie było łatwo. Posiadaliśmy dwa poncha więc dzieciaki się w nie poubierały, a my (starsze 2B) próbowaliśmy się zmieścić pod nimi jak pod pałatkami. Ja z Isią to jeszcze pół biedy, ale Błażej próbujący się wepchnąć pod poncho Bernasia to dopiero był widok! :-).  Staliśmy przycupnięci i czekaliśmy aż deszcz odrobinę zelżeje, a w tym czasie naszym szlakiem spływał wartki strumyczek jak z dziesięciu sikawek.  Zeszliśmy więc potoczkiem na sam dół ostrożnie, delikatnie i krok za krokiem ciesząc się, że nam się upiekło i nikt nas gorzej nie potraktował. Dziesięć minut po tym, jak ustał deszcz wszystko było już suche.

Koali znów nie było. Pewnie uciekły przed rozgniewanym niebem. Co było robić… Pocieszyliśmy się orzeszkami macadamia.


Raj z krokodylem w tle

14 grudnia 2009

Prom przez rzekę Daintree 160 kilometrów na północ od Cairns znajduje się park narodowy Daintree oraz przylądek Cape Tribulation – popularny cel różnych tropikalnych wycieczek. My wybraliśmy się tam samodzielne wypożyczonym samochodzikiem. Zostawiliśmy większość bagaży w przechowalni, wzięliśmy tylko niezbędny sprzęt i zapasy jedzenia, a klimatyzację w aucie włączyliśmy na full. Krajobraz przeważał plantacyjno-plażowy, aż dojechaliśmy do promu przez rzekę Daintree. Tam zaczęło się już naprawdę czuć odludzie i prawdziwą dżunglę. Jak piszą w przewodniku, jest to najstarszy las tropikalny na świecie (ponad 20 razy starszy od lasów Amazonii) – i to się rzeczywiście czuje. Spacerować można tylko po wyznaczonych i wyłożonych deskami ścieżkach – reszta jest tak gęsto zarośnięta, że bez solidnej maczety człowiek nie ma szans. Zapachy i odgłosy jak to w dżungli – rejwach i tysiące cykad. Głębiej w lesie można spotkać kazuary, a w rzece krokodyle. W morzu też krokodyle (z rzek wpływają skubańce do morza, aby się najeść do syta) oraz meduzy-stingery. Kąpiel nie jest wiec wskazana. Mimo bajkowych plaży – jak z raju – nikt nie zanurza nawet stopy.

Tu żyją krokodyle Słowem jest pięknie, dziko i wakacyjnie. Lato w pełni (grudzień przecież) i choć to pora deszczowa w tych rejonach, to deszcz sobie od czasu popada i przechodzi. Jest zresztą ciepły i zaraz paruje. Nie przeszkadza to nam zupełnie (szczególnie po zimnych siekących deszczach fiordlandu)! Przeszkadzają nam tylko krokodyle zwane tu z sympatią crocs. Właścicielka kempingu przy plaży, gdzie jesteśmy rozbici mówi: “Nie, tu na plażę nie wyłażą, bo nie lubią skał przy brzegu, ale kąpać się nie radzę. Wieczorem po plaży spacerować też raczej nie. Lepiej ich nie kusić.” Pierwszą noc spędziliśmy więc lekko z duszą na ramieniu zastawiając się, czy taki croc wyniucha nas przez namiot i przyjdzie schrupać na kolację (a jesteśmy 20 metrów od plaży, więc daleko by nie miał) . A jak przyjdzie, to czy schrupie w całości, czy też zadowoli się na przykład nogą? Znów wróciły wspomnienia kalifornijskich niedźwiedzi włamujących się nad ranem do metalowych szaf na jedzenie. 🙂 Na szczęście krokodyl aż tak sprytny nie jest i do auta się nie włamie – zapasy przetrwały więc bezpieczne. My też, nie martwcie się!

Galeria w przygotowaniu już gotowa. Zapraszamy! Przy okazji zapraszamy też do zaległej galerii z Cairns oraz do kolejnej – tym razem z naszej wycieczki w outback.


Opierzeni gumożercy

22 listopada 2009

Winowajczyni w całej krasie Półtorej godziny od Christchurch leży Arthur’s Pass – nie tyle przełęcz, co park narodowy. Znany z pięknych widoków, zmiennej pogody i jedynej na świecie górskiej papugi – bardzo fotogenicznej, ale o nieco zszarganej reputacji. Niegdyś była roślinożerna, ale kiedy na wyspy wprowadzono owce, stała się amatorką nowozelandzkiej jagnięciny wycinając swoim dziobem płaty skóry na grzbiecie nieszczęsnych zwierząt i często pośrednio powodując ich śmierć. Takie zniewagi nie mogły ujść płazem, a że ekologia i ochrona lokalnej fauny wówczas nie była w modzie, więc chwycono za dwururki i proce i wybito keę niemal doszczętnie. Od 1986 roku objęto je całkowitą ochroną – teraz jak podjadają owce, to się je deportuje w inne miejsce, licząc na większą wyrozumiałość tych farmerów, którym papugi jeszcze nie zaszły za skórę, a na miejscu robi się wszystko, żeby poszkodowanego hodowcę udobruchać. I po jakimś czasie znowu zmiana ;-). Traktowane z taką atencją sprytne ptaki szybko znalazły sobie rozrywki dotychczas zakazane, czyli obgryzanie wycieraczek, siodełek rowerów, napady na plecaki i wybebeszanie kubłów na śmieci. Trudno powiedzieć ile w tym prawdy, ale Nowozelandczycy twierdzą, że jest to najbardziej inteligentny ptak na świecie. My stwierdzamy z całą pewnością, że nie lubi się nudzić.

Już za chwileczkę, już za momencik Bardzo chcieliśmy zobaczyć keę, więc dopytaliśmy się w centrum informacyjnym parku narodowego, gdzie tego niezwykłego ptaka można spotkać. “Ależ z tym nie ma problemu. Jedźcie 200 metrów dalej, koło sklepu!”. Jeszcze nie wysiedliśmy z samochodu, a już zobaczyliśmy keę przelatującą nad jezdnią. Wszechobecne dookoła kafejki tabliczki “Nie karmić kei!” dały nadzieję, że będzie ich więcej. Rzeczywiście, zgodnie z ulotką informacyjną, na ulicy grasował już gang 5-6 papug, prawdopodobnie młodych samców. Spacerowały z godnością po ulicy, wskakiwały na samochody, dachy kawiarni, stoliki, kubły na śmieci – jednym słowem wszędzie, gdzie istniała szansa na zdobycie choćby odrobiny jedzenia albo spłatanie jakiegoś figla. Latały tylko w ostateczności, pokazując przepięknie ubarwione na czerwono od spodu skrzydła, a do średnio pilnych spraw spieszyły poleczką, co całkowicie odzierało je z dostojeństwa. Z rozbawieniem obserwowaliśmy, jak siedząc na kawiarnianych stolikach szarpały za sznur od parasoli (tak jakby chciały złożyć wszystkie co do jednego) i próbowały obgryzać drewniane blaty, podczas gdy ich dwóch kumpli szykowało napad na apetyczny pomarańczowy plecaczek z turystką jako zbędnym balastem z przodu.

Naszym wycieraczkom tym razem się upiekło.


W rytmie pływów

19 listopada 2009

Wysepka Dobrze wywnioskowaliście. Znów zapadliśmy w głuszę. Przynajmniej w sensie elektronicznym. Nie ma Internetu, nie ma zasięgu, wieści ze świata nie docierają, a jedyną formą kontaktu jest telefon satelitarny w rozklekotanym blaszaku z rozjechaną i rozprutą miejscami żółtą niegdyś kanapą. Jeden na 38 km szlaku. Są plusy oderwania od świata (choć są sytuacje, kiedy nie jest to łatwe) i większość z zagonionych mieszkańców miast takie odcięcie elektronicznej pępowiny sobie ceni, przynajmniej krótkofalowo. Do tych, którzy chcą pospacerować swobodnie rozkoszując się widokami, ale nie mają zbyt dużo czasu, skierowane są oferty taksówek wodnych, które wożą i odbierają turystów z wybranych punktów szlaku. Mogą też przewozić bagaże. Turysta wtedy jest skutecznie odciążony i z bagaży, i z gotówki. Nie do końca nam to pasowało, a i plany mieliśmy bardziej ambitne. Porzuciliśmy samochód na darmowym parkingu na początku szlaku, zapakowaliśmy plecaki jedzeniem instant – od kuskusu począwszy, na zupkach “chińskich” (Made in Australia) kończąc oraz motywatorami (czekolady i miód), przytroczyliśmy do plecaków namiot i karimatki i ruszyliśmy przed siebie na trzydniową wędrówkę.

Widoczek na szlakuSzlak w Parku Narodowym Abla Tasmana jest uważany za jeden z bardziej przyjaznych w Nowej Zelandii ze względu na łagodny klimat, piękne krajobrazy, dostępność i niewielkie różnice wysokości. Dodatkową atrakcją jest to, że niektóre odcinki biegną po plażach dostępnych jedynie w czasie odpływu, a nawet wtedy nogawki i tak można sobie zdrowo pomoczyć. W takiej sytuacji najlepiej jest planować wszystko z ołówkiem w jednej ręce i tablicą pływów w drugiej. Bo jak się spóźnisz, to zamiast chodzenia przyjdzie pora na pływanie.  A i ocena dostępności danego przejścia bywa zawodna, bo niekiedy określenie “przejście dostępne dwie godziny przed i po odpływie” oznacza konieczność brodzenia w wodzie po pas. A przecież to nie obóz marines, tylko rodzinna wycieczka :-).

Niełatwo się idzie po muszelkach Szliśmy więc z zegarkiem w ręku. Przystąpiliśmy do eksploracji różnych technik przejścia przez strumyczki, rwące rzeczki i błotniste plaże. Niektórzy bardzo nie chcieli sobie moczyć nóżek i preferowali przejścia dookoła (nie wszędzie się dało niestety) po wyjątkowo szorstkich i kanciastych kamieniach i między gałęziami drzew złośliwie chwytających za plecak. Byle nie przez rzeczkę. Inni wdzierali się na plecy tatusia z dzikim okrzykiem godnym prawdziwego kowboja i przekraczali strumyczek suchą nogą. Z racji takiej, że rzeczka wiła się po dolince szeroką wstęgą przez ładnych parę kilometrów, a miejsce brodu nie było jasno określone, próby rozpoznania terenu obejmowały również obserwacji obozu wędrownego złożonego ze sporej grupy nastolatków pod wodzą dziarskich wychowawców. W końcu przynajmniej oni powinni wiedzieć, co robią.  Ogólnie nie było źle, plecaczki dzieciaków pomoczyły się troszkę od spodu. spodnie mieliśmy mokre, ale poza pękniętą szybką od komórki, otartą ręką i stopami pokłutymi walającymi się w błotku muszelkami, większych strat nie było. Przetrwaliśmy ataki muszek piaskowych (sandflies) gryzących wprost obrzydliwie oraz próby napaści z powietrza dokonywane przez niepozorne ptaszki, które bohatersko broniły swoich gniazd wyglądających jak kupki patyczków porozrzucanych na plaży według nieznanego kodu. Za to widoki zapadały pamięć i pogoda była po nowozelandzku przepiękna, czyli tylko jedną noc lało, a w czapkach spaliśmy jedynie dwa razy. Stwierdzamy również, że powoli zamieniamy się w lokali, bo cieszymy się, jak jest powyżej dwunastu i nie pada, oraz zimny prysznic to już dla nas pestka. Przyda nam się na południu.

Galeria tu…