O czterech takich, co zwiedzili (motorykszą) Angkor

4 kwietnia 2010

Panienka z okienka w Angkor Wat Było tutaj już o Machu Picchu to i o kambodżańskim Angkor musi być. Klasa zabytków bowiem jest porównywalna. Z listy cudów świata odkreśliliśmy kolejny. 😉 O samym mieście Angkor i jego świątyniach i pałacach napisano i opowiedziano sporo, więc nie będziemy się rozwodzić i proponujemy, aby nasze zdjęcia opowiedziały same. Dość tylko stwierdzić, że kompleks jest niesamowity i na pewno warty wycieczki. Już dla samej tej atrakcji warto odwiedzić Kambodżę (nie wspominam nawet o sympatycznych plażach na południu, czy uroczych górskich wioskach na północy). Na atrakcje Angkor warto przeznaczyć kilka dni, szczególnie, gdy podróżuje się bez dzieci. Te bowiem, jak sie łatwo domyślić, męczą i nudzą się szybciej niż dorośli i jeden dzień zwiedzania to dla nich zwykle dość. Jeśli jednak planujecie przyjazd do Siem Reap (bazy wypadowej do Angkor) na dłużej, to polecamy zakup biletu 3 dniowego i cztery mniej napięte wycieczki (wieczorna wizyta poprzedniego dnia jest w cenie biletu). Bilet na dzień to koszt $20 (ceny w USD, która to waluta jest nieoficjalnie obowiązującą walutą Kambodży), zaś na 3 dni $40 – przy czym nie koniecznie muszą to być 3 dni pod rząd. Aby wygodnie zwiedzać ruiny można wynająć rykszę (wynajem takiego tuk-tuka na wycieczkę do Angkor w tą i z powrotem to $5 zaś jeżdżenie cały dzień to koszt około $12-$15) albo po prostu rowery (szczególnie, gdy nie spieszy nam się i mamy sporo siły).

Słynne drzewo Tomb Raider My na Angkor przeznaczyliśmy w naszym harmonogramie 1,5 dnia i dzięki temu zwiedziliśmy w dość intensywnym (ale bez przesady) tempie wszystkie najważniejsze budowle. A jest co zwiedzać! Miasto Angkor Thom, świątynia Angkor Wat i liczne okoliczne monumenty tworzą olbrzymie naturalne muzeum starożytnych budowli rozciągające się na przestrzeni kilkudziesięciu kilometrów kwadratowych. Niektóre z nich są bardziej, niektóre mniej pochłonięte przez dżunglę. Aby dostać się z miasta Siem Reap (gdzie mieszkaliśmy) wybraliśmy opcję rykszy. Co by nie mówić w tej temperaturze (a jest tu naprawdę gorąco) jeżdżenie z miasteczka rowerem do ruin jakieś 10 km asfaltem jakoś nam się nie uśmiechało (tak, tak, gnuśniejemy!). Nie mówiąc o tym, że chcieliśmy się wybrać na wschód słońca, więc musielibyśmy pedałować po ciemku w nieznane. 😦 Poszliśmy więc w wygodnictwo i tym sposobem mieliśmy: zachód słońca, pobudkę o 4:30, wschód słońca, poranne spotkanie z małpami w dżungli, zwiedzanie, zwiedzanie, zwiedzanie, setki zdjęć oraz kolejny zachód słońca, który obserwowaliśmy dość sennie ze świątynnego murku. Dzieci wytrzymały i były raczej zadowolone, szczególnie, że w naszym hoteliku czekał na nich zimny basenik. Wrażenia są niesamowite: płaskorzeźby, mosty, misterne zdobienia, ogromne, kamienne twarze, żywe i kamienne słonie, żywe i kamienne małpy, olbrzymie korzenie drzew rozsadzające mury i widoki rodem z Indiany Jones lub Tomb Raider. I to wszystko produkt cywilizacji panującej tutaj, gdy po naszym kraju nadal ganiano po lesie za turem (lub po polu za Tatarem), a kamienne zamki należały do rzadkości.

Zapraszamy do galerii z Angkor oraz wcześniejszej z Phnom Penh!


My Son willy nice*

10 marca 2010

Starówka Hoi An W pobliżu Hoi An, uroczego i niezwykle turystycznego miasteczka znajduje się My Son – świątynia, której budowa rozpoczęła się w IV wieku, a więc wtedy, kiedy nasi przodkowie w dzikich ostępach biegali za zwierzyną, oganiali się od wilków i zupełnie nie była im w głowie budowa czegokolwiek poza drewnianymi chatkami i osadami warownymi w bardziej strategicznych miejscach. A już na pewno nie myśleli o świątyniach – wystarczały im zapewne posągi Światowida zagubione w leśnej kniei.
Aby dostać się z Hoi An do My Son (około 40 km), można wynająć samochód albo pojechać transportem zorganizowanym, czyli autobusem – wybraliśmy drugą możliwość.

My Son Wyjazd miał być o 7:45, więc o 7:15 stawiliśmy się karnie na śniadanie co, przyznajmy otwarcie, nieczęsto nam się zdarza. Okupione to zresztą zostało kilkoma awanturami tej części rodziny, która rano wstawać nie lubi. Po dziesięciu minutach oczekiwania na menu lekko zaniepokojeni zapytaliśmy, jak to jest dzisiaj z tym śniadaniem. Pani na to grzecznie zapytała, czy śniadanie może być później, podając powód w sposób niezwykle zawiły. Odpowiedzieliśmy równie grzecznie, że niestety nie, argumentując, że jak nie dostaniemy śniadania teraz, to go nie zjemy wcale. O 7:35 zajechała pod hotelik druga pani dzierżąc w ręku woreczek z bagietkami, a o 7:40 wjechały wreszcie nasze omlety. Poganiając towarzystwo i łykając pospiesznie nasłuchiwałam nerwowo dźwięku nadjeżdżających pojazdów. W końcu lada moment mieliśmy wyjeżdżać. O 7:55 byliśmy po śniadaniu i nasłuchiwaliśmy już wszyscy. O 8:35 pojawił się uśmiechnięty pan na motorynce, zapytał czy my to my, i zapewnił, że nasz minibus zaraz przyjedzie. Ostatecznie wyjechaliśmy o 8:55 w towarzystwie dziesiątki innych turystów. Umęczyliśmy się nieco, bo trwały roboty drogowe i tkwiliśmy w korku dobre pół godziny – cała podróż trwała w sumie około dwóch godzin, ale nic to dla nas.

Linga z dziurką Na miejscu okazało się, że najwyraźniej wykupiliśmy wycieczkę, a nie transport, bo ni z gruszki ni z pietruszki pojawił się koło nas wietnamski przewodnik. Kiedy ustawiliśmy się w kółeczko przy pierwszym kompleksie świątyń, rozpoczął swoją przemowę od bezpośredniego pytania wygłoszonym tonem godnym Savonaroli: “Czy Wy wiecie (pauza) co to był Vietkong?” Tu wskazał na porośnięty trawą lej po bombie (amerykańskiej) stanowiący dowód, że wrogi imperializmowi element właśnie tutaj stacjonował. Twarze turystów wyrażały niepewną konsternację. “Ludzie z Vietkongu kochali swój kraj i tutaj się ukrywali – pili, walczyli i ukrywali się i tak w kółko, w kółko!” dobitnie nam wyjaśnił. Przez twarze słuchaczy przebiegł błysk zrozumienia. Potem było jeszcze weselej. A to z racji antycznych kamiennych penisów (zwanych linga) – hinduistycznych symboli płodności związanych z kultem Siwy, w których starożytny lub współczesny (nie udało nam się ustalić) myśliciel kreatywny wydrążył dziurkę właściwej wielkości. Według słów naszego przewodnika poleca się skorzystanie z antycznego (?) wynalazku w celu zwiększenia rozmiaru jego biologicznego odpowiednika. “Willy nice!*” wykrzyknął z ochotą jeden Anglik i rozpętał dyskusje komu się zmieści, a komu nie i dlaczego.

W przypadku kobiet dotykanie lingi oznacza zmianę jakości życia bardziej odsuniętą w czasie – męża się znajdzie, tylko nie wiadomo kiedy. Isia więc macnęła dla formalności, a ja zignorowałam snując milczące rozważania na temat uniwersalnych dla każdej kultury przekazów ludowych – bodajże w Budapeszcie jest pomnik jeźdźca na koniu, któremu (co ciekawe nie jeźdźcowi, ale koniowi) należy pogłaskać błyszczące, wypolerowane przez tysiące rąk jądra, aby zapewnić sobie szczęście w miłości. Dotkniesz – będziesz szczęśliwa, nie dotkniesz – nic z tego. Hmmm… Z tego wszystkiego nasz przewodnik jakoś zupełnie zapomniał opowiedzieć nam o wedyjskich rytuałach płodności  – linga polewano świętą wodą, która spływała do joni (żeńskich  narządów płciowych – symbolu życia) obejmujących linga u podstawy, co symbolizowało stwórczą moc Siwy.

Kobieta czy męzczyzna Następny na liście był posąg o bliżej nieokreślonych kształtach. Niestety bezgłowy. Ale jednak nasz przewodnik i taką niedogodność potrafił obrócić w ciekawy element rozrywkowy. “Kobieta czy mężczyzna?” – rzucił w kierunku zaskoczonej pytaniem publiczności. “Siwa – kobieta czy mężczyzna?” wyjaśnił podnosząc nieco głos. Rzeźbę niewątpliwie naruszył ząb czasu, a niewiele osób czytało wcześniej coś o hinduizmie, więc zakłady były pół na pół, co tylko ucieszyło pytającego. “Jedno i drugie! Jedno i drugie! To ci dopiero szczęściarz!” Po tym radosnym wykrzykniku zademonstrował nam jak dobrze ułożyć podbródek na przetrąconym karku starożytnej rzeźby i radośnie oznajmił: “Teraz 10 minut na zdjęcia!”.

Przez następny kompleks pognaliśmy truchcikiem, bo najwyraźniej naszemu przewodnikowi kończył się czas. Pozbawieni zupełnie dyscypliny, ale pełni ciekawości zapuściliśmy się więc do kilku świątyń na własną rękę wspomagając się przewodnikiem (tym razem książkowym) i wlokąc się w ogonie grupy. Zdążyliśmy jednak jeszcze dojrzeć, jak nasz lokalny guru pieszczotliwie głaszcze kamienną płytę pokrytą napisami sprzed tysiąca lat (a może i więcej) mówiąc: “To? Ach, tak! Trochę się zatarło!”. Duchowo jednocząca się z nami starsza pani postanowiła wyrazić swoje rozczarowanie tempem zwiedzania. “Cóż” oznajmił jej z pięknym uśmiechem “najwyraźniej wybrała pani złą wycieczkę”.

Potem odparliśmy jeszcze atak naszego przewodnika, któremu bardzo zależało na tym, abyśmy wrócili łodzią, zamiast minibusem (oczywiście za odpowiednią dopłatą). Podawane argumenty były różne: “Łódką lepiej, naprawdę lepiej!”, “Łódź duża, naprawdę duża!” i zupełnie nietrafione w naszym przypadku: “Wszyscy wracają łodzią tylko nie Wy!”. Chwilę później okazało się, że pędziliśmy przez ruinki kurcgalopkiem z Chmielewskiej, żeby spędzić 30 minut w sklepie z pamiątkami, gdzie można było kupić gipsowe kopie rzeźb z My Son za 25$ li i jedynie.  Posiedzieliśmy więc w cieniu na schodkach sącząc zimną wodę z butelki i zgodnie stwierdzając po raz n-ty w naszym życiu, że wycieczki organizowane to zupełnie nie to, co Tygryski lubią najbardziej. Ale mimo to bawiliśmy się przednie. Gdyby ktoś już nie nakręcił “Mojej wielkiej greckiej wycieczki” , my na pewno byśmy to zrobili.

Galeria z Hoi An i okolic tu.

*zazwyczaj: “really nice” tj. “jak miło!” lub “jaki ładny!”. Tu zamiast “really” jest “willy” czyli czułe brytyjskie określenie tego, co mężczyźnie najdroższe.


4B i 8O, czyli czteroosobowa rodzinka na ośmiu kółkach

16 lutego 2010

Bagan o zachodzie słońca Autobus z Mandalay trzęsąc się, trąbiąc, kurząc niemiłosiernie (droga w wielu miejscach po prostu polna) wiózł nas ponad pół dnia i pod koniec nasze cztery litery zaczynały mieć już dość. A przed nimi było jeszcze, jak się okazało kilka dni sporego (tytułowego) wysiłku. Bagan, jedna z większych atrakcji turystycznych Birmy, to naprawdę niesamowite miejsce. Wiejski i niepozorny teren o powierzchni kilkunastu kilometrów kwadratowych kryje w sobie takie nagromadzenie pagod (buddyjskich świątyń), ruin oraz klasztorów, że aż niewiadomo dokładnie ile ich jest. W każdym razie ponad 2 tysiące. Cała dolina rzeki (Bagan leży nad rzeką Ayeyarwady) jest po prostu usłana wieżami. Niektóre wręcz stoją oddalone od siebie o kilka dosłownie metrów, ale pośród niezliczonego mrowia kapliczek i świątynek rozmiaru powiedzmy … małego wyłaniają się co chwilę kilkudziesięciometrowe kolosy pełne przepychu, rzeźb oraz malowideł. Do tego trzeba dołożyć bardzo przyjemne miasteczko Nyaung U, które okazało się rajem dla niezależnego turysty – pełne hotelików, sklepików, restauracji, kafejek internetowych (niestety z koszmarnie powolnym i poblokowanym łączem) oraz nawet jedna knajpa mogąca robić za pub (sprzedawali tam piwo beczkowe, co jest tu niezmierną rzadkością). Dla nas jak na razie numer jeden, jeśli chodzi o całokształt wygody dla oszczędnego, niezależnego turysty w Birmie.

Jeden ze środków transportuJest kilka opcji zwiedzania Bagan, od wygodnego, klimatyzowanego autobusu, który cię zabierze wprost z lotniska, przez różnej klasy taksówki, a skończywszy na konnych powozach i trikszach (fotka obok). Najfajniejsze i jednocześnie najwygodniejsze dla nas było jednak wypożyczenie rowerów (bardzo popularna tutaj opcja, jak się okazało). Rowery model miejsko-holenderski (ale produkcji chyba chińskiej) czekają w wypożyczalniach każdego poranka na tłumy turystów. Tłumy to może przesada, bo w całym miasteczku było może jednocześnie jakieś 50-100 turystów. Dużo więcej widziało się “lokali”. Kraków z Wawelem to nie jest (choć pod względem skali zabytków w tym kraju, to chyba trafne porównanie) i mieliśmy stosunkowo dużo pustych przestrzeni. Zaraz po przyjeździe zamówiłem więc nam rowery w hotelu, w którym mieszkaliśmy (w zasadzie trzeba powiedzieć jasno, że przekładając na polskie to był taki mały ośrodek wczasowy z pokojami wychodzącymi na wesołe podwórko z huśtawkami i leżakami – bardzo przyjemne miejsce zarówno dla nas, jak i dla dzieci). Miały być 4 rowery w tym jeden mniejszy, dla Bernasia.

Wypożyczalnia rowerówRano okazało się, że są tylko dwa dorosłe. Więcej już nie mieli, a o małych to w ogóle zapomnij. Udaliśmy się więc z dziećmi na poszukiwanie małego roweru, co okazało się pewnym wyzwaniem. Po odwiedzeniu wielu wypożyczalni i kilku próbach obniżania siodełka w dostępnych “damkach” stwierdziliśmy, że nie ma co, ale musi nastąpić jakiś cud, bo będzie kłopot. Bernaś miał już nos na kwintę, bo czuł, że z roweru dla niego nici. Jedna z mniejszych wypożyczalni stanęła jednak na wysokości zadania i po półgodzinie “załatwiła” mały rower – chyba od jakiegoś wioskowego dzieciaka. Rozmiar się mniej więcej zgadzał (był za mały, ale dawał radę), ale były dwa problemy. Rower miał przymocowane boczne kółka oraz – o zgrozo – różowe siodełko. Bernaś stwierdził więc szybko, że on na takim jeździć nie będzie, bo to wstyd. I miał chłop słuszność, bo skoro w domu śmiga na swojej 16-calowej rakiecie, to nie będzie wsiadał na jakąś maliznę z kółkami i to jeszcze wyraźnie po jakiejś lokalnej miss przedszkola. Wyboru wielkiego jednak nie było, więc poprosiliśmy o odkręcenie bocznych kółek i regulację do wzrostu, a już samo różowe siodełko jakoś przeszło. Uff.

Bernaś startuje Jeździliśmy w sumie na tych rowerach 4 dni i to zarówno na targ, do sklepu, na obiad, na Internet, czy na zwiedzanie. Zaliczyliśmy dwie przebite dętki, kilka zrzuconych łańcuchów i dwie regulacje hamulców. Nic takiego. Mogło być gorzej. Frajda była nieziemska, szczególnie dla dzieci po tak długim nieużywaniu roweru (w domu jeżdżą prawie codziennie), a wyprawy do coraz to innych świątyń dostarczały wrażeń folklorystycznych (krowa na polu, wieśniak z koszem przy drodze), przygodowych (przebijanie się przez piachy pustyni, nagły brak wody do picia) oraz kulturowych (różne style architektoniczne pagod, różne rodzaje wizerunków Buddy). Pod koniec już nikomu się nie chciało i średnia spadła nam do 2 świątyń na dzień. Przy takiej prędkości musielibyśmy w Bagan być pewnie z rok, aby zobaczyć wszystkie miejsca, więc poddaliśmy się i nasyceni widokami oraz z obolałymi czterema literami ruszyliśmy jeszcze bardziej rozklekotanym autobusem nad Inle Lake, gdzie właśnie jesteśmy.

Zapraszamy do galerii z Bagan…


Texas i nasi

23 sierpnia 2009

Kapitol w Austin Jak wiadomo każdy stan w Stanach Zjednoczonych jest inny, a Teksas – o powierzchni większej niż Francja – wyjątkiem nie jest. Tym bardziej, że niegdyś był niepodległym państwem (nadal we fladze ma pojedynczą gwiazdę – symbol niezależności). To kraj pokryty preriami, pagórkami, polami naftowymi oraz spokojnymi miasteczkami pełnymi Teksańczyków robiących ulubione steki z barbeque i popijających zimne piwo Lone Star. Wszyscy szczycą się, że są właśnie stąd (cała reszta USA jest mniej ważna). Kapitol, siedziba rządu Teksasu w Austin, jest większy niż (podobny wizualnie) Kapitol w Waszyngtonie (generalnie jest największy w USA i parę innych rzeczy w Teksasie też jest największe). Na wschodzie grasują aligatory (znów jednego widzieliśmy), a na zachodzie królują kowboje i rodea (oraz Meksykanie próbujący przemknąć przez granicę). Każdy ma pickupa, bo czymś trzeba przewieźć skrzynkę (czyli tutaj: karton) piwa, a niektórzy jeszcze do tego spluwę (aby im jakiś obcy nie wchodził w prywatę).

Cestohowa - Texas A w tym wszystkim przechował się kawałek naszej ojczyzny (przy okazji Piotrowi serdecznie dziękujemy za wskazanie drogi i linki). I to taki tradycyjny kawałek. W roku 1854 ksiądz Leopold Moczygęba z Płużnicy Wielkiej (niedaleko Strzelec Opolskich) przywiózł do Teksasu kilkuset osadników. Założone wówczas zostały typowo polskie wioski istniejące do dziś: Panna Maria, Cestohowa oraz Pawelekville. Zresztą Panna Maria to podobno najstarsza polska osada w USA, gdzie znajduje sie też kościół z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej (a jakże!). W sąsiedniej Cestohowie również śliczny kościółek z witrażami podpisanymi polskimi nazwiskami. Na chodniku prowadzącym do kościoła mnóstwo cegiełek fundatorów z nazwiskami: Moczygeba, Kolodziejcyk, Watrobka, Sekula, Pawelek. W Panna Maria muzeum i sklepik z pamiątkami: koszulki, czapeczki oraz dżem produkcji lokalnej (wg tradycyjnego, polskiego przepisu). Niestety sklep był już zamknięty (a szkoda, bo Beata zrobiłaby kącik łasucha na temat śląskiego dżemu z Teksasu :-)), ale kustosz muzeum był tak uprzejmy, że tuż przed zamknięciem oprowadził nas jeszcze opowiadając to i owo o eksponatach (stare kufry osadników, listy, zdjęcia i tabliczki do nauki języka polskiego). Dla ułatwienia dodam, że rozmawiał po angielsku. 🙂 – nie mówił bowiem w naszej ojczystej mowie i również nie za bardzo wiedział co oznacza jego typowo polskie nazwisko – nazwa małego ptaszka. Beata dokonała oświecenia – ku jego (kustosza, nie ptaszka) uciesze. Miło jednak, że mimo braku znajomości języka polskie tradycje stara się podtrzymywać, a malutkie muzeum to wyraźnie jego pasja. Fajnie tez było jest zobaczyć ojczyźniane pamiątki i wyroby oraz poczytać o historii osadników – łatwego życia tu jak się zapewne domyślacie nie mieli. Cóż, zapraszamy do galerii – sami zobaczcie.


Blues z Czarną Madonną w tle

20 sierpnia 2009

“Jesteś z Polski? Mamy coś z Twojego kraju. Nie powiem co, poszukaj! Jest w ostatnim pokoju.” – jedyny w Ameryce biały kapłan voodoo robił mi właśnie przyspieszony kurs z zakresu podstawowych pojęć tej religii po czym pokazał maleńkie wejście do ciasnego korytarzyka, który stanowił jedną z części historycznego muzeum voodoo w Nowym Orleanie. Właściwie muzeum mieściło się w korytarzyku i dwóch przylegających pokoikach – w sumie chyba nie więcej niż 40 metrów kwadratowych. Pokoiki ciasne, bez okien, światło przyćmione, lekko czerwone. Dziesiątki przedmiotów porozwieszanych pozornie w nieładzie:

  • lalki voodoospora drewniana rzeźba jegomościa z tuzinem niedopałków w ustach (Czy ja już tego gdzieś nie widziałam? 😉 – patrz post Święty z cygarem);
  • wielki drewniany krzyż rzeźbiony w esy floresy;
  • czaszki ludzkie w różnych rozmiarach – wyglądały na autentyczne;
  • pamiątkowa gablotka ku czci obdarzonego mocą pytona (???);
  • portrety voodoo queens (tj. królowych voodoo – tak nazywają się w Nowym Orleanie kapłanki voodoo, kapłani to doctors);
  • zdjęcia i rysunki rytuałów;
  • szczegółowy przepis na lalkę voodoo i miłość mężczyzny;
  • drewniane maski z Afryki poobwieszane kolorowymi koralikami Mardi Gras, które w czasie karnawału służą zupełnie innym, całkiem niezwiązanym z religią celom;
  • a na końcu w ostatnim pokoju obok obrazów świętych wisi sobie nasza Matka Boska Częstochowska i ze stoickim spokojem spogląda na to dziwowisko.

Ślad polski w muzeum voodoo Według zamieszczonego opisu  to, że nasza Madonna jest Czarna i  nosi na twarzy bliznę, miało duże znaczenie dla niewolników, którzy wyznawali voodoo. Kult przyniesiony tam przez żołnierzy legionów Dąbrowskiego zaczął żyć swoim życiem. Matka Boska Częstochowska stała się “loa”, Erzulie Dantor, duchem voodoo, patronką kobiet, która broni ich przed przemocą i zdradą.  Jest też patronką lesbijek, a Jej wizerunek jest silnym gris-gris, czyli przedmiotem obdarzonym silną magiczną mocą (autor opisu powołuje się na dobre udokumentowanie magicznych mocy – zgaduję, że przez zakonników z Częstochowy ;-)). Żeby zyskać Jej przychylność na Haiti składa się jej ofiary z rumu, ciastek dekorowanych biało-niebieskim lukrem, mocnych papierosów (sic!) i masy kakaowej. I znowu przypomniało mi się Chichicastenango z ofiarami z żywicy i rumu – fascynująca mieszanka religii starych i nowych. Tym razem dewocjonalia i postaci świętych wprowadzone zostały rozmyślnie, aby zmienić percepcję voodoo jako kultu szatana. Jak zgaduję zabieg się udał, bo wyznawcy voodoo, czego się dowiedziałam ze zdziwieniem, to praktykujący katolicy…  Czyżby więc i voodoo, podobnie jak zwyczaj składania ofiar z roślin i alkoholu w Gwatemali, były tolerowane lub aprobowane  przez lokalnych przedstawicieli kościoła? Byłoby to bardzo dziwne, bo w trakcie rytuałów voodoo dochodzi do trudnych do wyjaśnienia zachowań zbliżonych do opętania przez – jak twierdzą wyznawcy – duchy voodoo; czym one są, nie do końca rozumiem. Nazwiska osób prowadzących współcześnie podobne ceremonie są znane – w muzeum wiszą ich odpowiednio wystylizowane CV-ki zawierające zdjęcia, dane i historię powołania.

Voodoo skomercjonalizowane Kapłani voodoo są jednak nowocześni i znają się też na biznesie – ten, z którym rozmawiałam występował już w BBC, Discovery Channel i jeszcze kilku innych programach. I tam i w domu voodoo, (należącym  kiedyś do Marie Laveau – dziewiętnastowiecznej kapłanki z Nowego Orleanu otaczanej tu dużą czcią) można nabyć amulety mające zapewnić powodzenie w różnych obszarach życia takich jak miłość, seks i biznes. Ceny dość wygórowane, choć z drugiej strony, może $10 lub $20 to jednak niewiele za 5 ml napoju miłosnego 🙂 – w końcu nie pije się tego litrami… Można też dowiedzieć się, kim było się w poprzednim wcieleniu ($25) lub na 15 minut oddać się w ręce chiromanty ($20). Trochę mnie korciło, przyznaję, szczególnie te poprzednie wcielenia ;-), ale ostatecznie jako pamiątkę z Nowego Orleanu wybrałam płytę z bluesem w jednym ze sklepików w pobliżu.

Wszyscy grają W Nowym Orleanie widzieliśmy w zasadzie tylko Dzielnicę Francuską – jak już tam weszliśmy, to już nie chcieliśmy wychodzić. Prześliczne domki z fantazyjnymi metalowymi okuciami na balkonach, tysiące sklepików z antykami i gadżetami z poprzedniej epoki, dzisiaj uroczo niepotrzebnymi, galerie sztuki, restauracje, kluby i kawiarnie. Żałowaliśmy bardzo, że nie możemy dłużej posłuchać fantastycznej muzyki granej na żywo przez ciemnoskórych artystów wieczorem w klubach na Bourbon Street. Cały Nowy Orlean tchnie czymś dawno już nieistniejącym, ale jednocześnie nie jest wymarłym miastem-muzeum, ale tętni życiem, zaskakuje, jest trochę staroświecki, trochę zwariowany, trochę zepsuty i bardzo wyluzowany (przydomek Nowego Orleanu to “Big Easy”, a więc właśnie Wielce Wyluzowany). Więc plan jest taki, że jak się uda, to kiedyś tu wrócimy na trochę dłużej. Tym razem bez dzieci.

 

Galeria wkrótce. Gotowe. Zapraszamy do galerii!


O czterech takich, co zdobyli Machu Picchu

23 lipca 2009

Machu Picchu ujęcie klasyczne Tym razem będzie bardziej przyziemnie, bo ani nas nic nie chciało zjeść, ani nie skakaliśmy w przepaść. Po prostu pojechaliśmy zwiedzić Machu Picchu. A ponieważ ta operacja jest logistycznie skomplikowana, a z drugiej strony parę osób być może będzie się tam wybierać, to pomyśleliśmy, że mały poradnik się przyda.

Machu Picchu, czyli świetnie zachowane miasto Inków położone w pięknej górskiej scenerii, to najważniejsza atrakcja turystyczna Peru – i chyba nawet całej Ameryki Południowej. Nie można tu nie przyjechać i dlatego walą tu tłumy turystów. Zarówno nisko, jak i wysokobudżetowych. Ponieważ jednak miasto jest głęboko w górach, to dostęp nie jest taki prosty. Machu Picchu położone jest w świętej dolinie Inków niedaleko Cuzco – dużego, pełnego turystów miasta. W Cuzco (wysokość 3300 m n.p.m.) wszystko zaczyna i wszystko kończy. Najpierw jednak trzeba się tu dostać: albo autobusem, albo samolotem (jest tu bowiem normalne lotnisko obsługujące loty z Limy). Autobusem z Nazca to 14 godzin jazdy. Z Limy jakieś 22 godziny. O jechaniu samochodem nawet nie wspominam, bo choć teoretycznie możliwe, to jest to generalnie odradzane. Droga z Nazca do Cusco wiedzie przez spore góry i miejscami jest dość wyboista.

Machu Picchu z satelity Gdy już jesteśmy w Cusco, mamy następującą sytuację: Machu Picchu położone jest na wzgórzu nad doliną rzeki Urubamba około 100 km na zachód od Cusco. Wiedzie tam tylko linia kolejowa. Nie ma drogi. Można więc tam tylko dojechać pociągiem, lub dojść na piechotę pokonując Inka Trail (teoretycznie można też dolecieć helikopterem z Cusco, ale to jest opcja dla bardzo, bardzo bogatych turystów). Asfaltowa droga prowadzi najbliżej do wioski Ollantaytambo około 30 km od Machu Picchu. Wykorzystując takie geograficzne położenie, PeruRail (peruwiańska kolej państwowa, czyli ichnie PKP) działa jak prawdziwy monopolista: dyktuje wysokie ceny na jedyny możliwy środek transportu (od najtańszych za 31 USD do najdroższych za 334 USD – w jedną stronę). Dodatkowo całą zabawę utrudnia regulacja ilości turystów mogących dziennie wejść na Inka Trail wiodący do Machu Pichu oraz na położony tuż za ruinami Wayna Picchu (z którego są wspaniałe widoki). Jeśli więc chcesz pojechać do Machu Picchu i jednocześnie wejść na Wayna Picchu, musisz być o 6:00 – 6:30 rano w punkcie sprawdzającym bilety. Powoduje to konieczność nocowania w położonej pod samym Machu Picchu (ok. 8 km) wioseczce Machu Picchu Pueblo (dawniej nazywającej się Aguas Calientes) lub w straszliwie drogim, jedynym hotelu tuż przy ruinach (chyba, że idzie się przez Inka Trail i dochodzi na miejsce wcześnie rano). Próbując obejść drogie bilety kolejowe oraz starając się uatrakcyjnić przygodę rozmaite agencje turystyczne w Cusco oferują całą gamę różnego rodzaju wycieczek. Pod koniec kilka z nich opiszę dla ciekawskich, a teraz może bardziej o naszej przygodzie.

Jedzie pociąg z daleka Rozważając wszystkie za i przeciw i chcąc pobyć chwilę w górach wybraliśmy zmodyfikowaną opcję samodzielną. Najpierw kusiła nas (no może głównie mnie) opcja Machu Picchu by Bike czasem zwana też Inka Jungle Trail (patrz niżej) z kilkugodzinnym zjazdem z górki na pazurki (podobno piękne widoki), ale specjalnych rowerów dla dzieci nie mieli (choć te dla dorosłych wyglądały na bardzo wypasione), a zniżki też nie chcieli dać. Po rzuceniu okiem na stan portfela oraz minę niektórych z 4B patrzących na rowery (co za podłe insynuacje!) wybraliśmy więc opcję bakpackersko-tradycyjną. I słusznie, bo ceny dla dzieci okazały się być korzystne, a jak zawsze na efekcie skali wygrywamy. Poruszaliśmy się powoli przemieszczając się w tamtą stronę tylko o jedną miejscowość na dzień, ale za to mogliśmy wypocząć i pospacerować po uroczych turystycznych wioseczkach. Najpierw nocowaliśmy więc w Ollantaytambo, a potem pojechaliśmy pociągiem dalej. Na stacji spotkaliśmy sympatyczną rodzinę z Poznania z 9-letnią córeczką (pozdrawiamy serdecznie!), więc w Machu Picchu Pueblo nasze dzieci miały wreszcie polskie towarzystwo. Zabawy i pogadanki trwały do wczesnego wieczora. Potem trzeba było położyć się spać, aby stać przed wschodem słońca. Do samych ruin Machu Picchu dotarliśmy więc trzeciego dnia wcześnie rano (konkretnie to pół godziny przed otwarciem, czyli około 5:30), bo tylko dzięki temu mogliśmy dostać pozwolenie wejścia na Wayna Picchu. Przed nami w kolejce było już i tak ponad 150 osób, a dziennie wpuszczają tylko 400. Nie ma szans dostać się na ten szlak wstając …hmm … normalnie, czyli na przykład o ósmej.

Turystów więcej niż kamieni Machu Picchu jest naprawdę piękne. Widoki są wspaniałe, bo sceneria gór (na horyzoncie ośnieżone szczyty), wokół wysokogórska dżungla (ruiny znajdują się na wysokości około 2400 m n.p.m.) a przed tobą dziwnym trafem odnalezione, zapomniane miasto Inków. Cusco, stolicę Inków, splądrowali i przebudowali Hiszpanie (widzieliśmy stare mury świątyni słońca oczyszczone ze złotych figur i z “obudowane” klasztorem), ale Machu Picchu nigdy nie znaleźli. Dopiero w 1911 roku zupełnie przypadkiem odkryte ruiny okazały się archeologicznym skarbem i – co by nie mówić – turystyczną żyłą złota dla Peru. Naprawdę fajne jest też to, że aby się tam dostać, trzeba się wysilić. I nawet jeśli się jest turystą bogatym i kupuje przejazd pociągiem Vistadome, gdzie eleganccy kelnerzy częstują pisco sour, to i tak jest to jakaś forma wyprawy. Katedrę w Cusco można zwiedzić zaraz po wyjściu z hotelu i jeszcze zdążyć zjeść pieczoną świnkę morską na lunch – na Machu Picchu trzeba poświęcić co najmniej cały dzień. W pół dnia jest naprawdę ciężko. W zasadzie mało kto tak robi (prócz bogatych turystów) i większość zapisuje się na różnego rodzaju wycieczki opisane niżej – tak więc trzeba poświęcić co najmniej cały dzień, a najlepiej dwa. My poświęciliśmy w sumie prawie cztery.

Państwowa a jaka ładna Dostanie się z dołu na górę na pieszo zamiast autobusem (7 USD od głowy), też dostarcza miłych wrażeń (nawet, jak się niesie syna na barana), bo jednak człowiek czuje, że samodzielnie doszedł (a do pokonania jest 400 m stromego podejścia po schodach). Szczególnie rano po ciemku. 🙂 Samo miasto jest naprawdę duże i strasznie skomplikowane. Włazi się wciąż w górę i w dół. Można spokojnie spędzić tam cały dzień, a kilka godzin to minimum. Wszystko jest świetnie przygotowane i utrzymane. Każdy dostaje mapkę z zaznaczonymi najważniejszymi miejscami, a przy wejściu czekają gotowi do pomocy przewodnicy, którzy wyjaśniają znaczenie świętych kamieni, świątyń i budynków. Mamy tam obserwatorium i kalendarz astralny, ołtarze ofiarne, świątynie, więzienia, domy mieszkalne, pałac króla oraz rozległe tarasy, na których niegdyś uprawiano różne rośliny, a teraz pasą się tam państwowe i bardzo fotogeniczne lamy. Miejsc do robienia ślicznych fotek jest zresztą sporo, łącznie z najbardziej charakterystycznym widokiem z tarasu koło budki strażnika – zaraz za końcem Inka Trail i oficjalną, starą bramą do miasta. Przy okazji aż człowiek przysiada widząc, że Inkowie właśnie tędy się do miasta dostawali. To tak, jakbyśmy do takiego Wrocławia mogli się dostać tylko wąskimi schodkami przez przełęcz górską na wysokości ponad 2500 metrów.

Z Machu Picchu zeszliśmy dopiero koło 16-tej i od razu zalegliśmy w łóżkach. Mówiąc krótko ani ręką, ani nogą. Leżąc tak tu właśnie pod gruszą na dowolnie wybranym boku przygotowujemy ten opis oraz przerabiamy zdjęcia do sporej galerii – serdecznie zapraszamy!

Na koniec, dla zainteresowanych poniżej kilka opcji dostania się do ruin. Stan na lipiec 2009.

W kategorii wycieczek zorganizowanych mamy przynajmniej:

  1. Inka Trail, czyli najbardziej znany i najbardziej spektakularny sposób, który polega na kilkudniowym trekkingu po górach (wraz z pokonaniem najwyższej przełęczy na 4200 m n.p.m.) szlakiem Inków, czyli starą drogą wykutą w skałach. Na trasie są miejsca kempingowe, ale iść można praktycznie tylko z przewodnikiem, w wyznaczonych grupach, a ilość osób jest limitowana. W sezonie jest tam i tak tłok. Cena ok 250 USD.
  2. Inka Jungle Trail Inka Jungle Trail, czyli dojechanie busem do wioski Santa Maria i dalej trekking z grupą wzdłuż rzeki około 8h do elektrowni wodnej za Machu Picchu Pueblo (dochodzimy więc od drugiej strony), tam spanie, a potem około 6h do samego Machu Picchu. Wycieczka zawiera 2 lub 3 noclegi w hostelach. Inna wersja lub inna nazwa to Machu Picchu by Bike, czyli podobnie jak wyżej, tylko pierwszy odcinek pokonujemy podjeżdżając z Cusco busem wyładowanym wypasionymi rowerami górskimi na ponad 4300 m n.p.m. i stamtąd w ciągu 5-6 godzin zjeżdżamy drogą w dół do Santa Maria. Brzmi nieźle, prawda? 😉 Cena około 170 USD.
  3. Machu Picchu by Train, czyli zwykła wycieczka pociągiem, ale zorganizowana przez agencję turystyczną. Bus z Cusco do Ollantaytambo pod sam dworzec, pociąg, spanie w Machu Picchu Pueblo, zwiedzanie i powrót tą samą drogą. W zestawie przewodnik i jedzenie. Cena około 180 USD.
  4. Machu Picchu by Car, czyli ile się da samochodem na końcu po strasznie dziurawej drodze przez Ollantaytambo i Santa Maria (dokładnie to podobno są w stanie dojechać niemal do hydroelektrowni), potem około 5-6 godzin na piechotę i nocleg w Machu Picchu Pueblo. Z rana spacerek do ruin. Przy tej opcji w samych ruinach jednak ma się tylko kilka godzin czasu, bo trzeba wracać. Cena około 100 USD.

W kategorii akcji samodzielnych jest możliwe:

  1. Pojechanie pociągiem Vistadome (ze szklanymi oknami w dachu) z Cusco do Machu Picchu, kupienie biletu, zwiedzenie i powrót. Wszystko można zrobić w ciągu jednego dnia, ale jest to dość droga impreza (co najmniej 200 USD na głowę).
  2. dojechanie do Ollantaytambo busem z Cusco (2,5 h z przesiadką), pojechanie pociągiem Backpacker do Machu Picchu (z Ollayantambo jeździ tańszy pociąg z mniejszymi oknami) i dalej jak wyżej. To jest bardzo trudne w ciągu jednego dnia, więc zaleca się zanocowanie (ok. 130 USD na głowę).
  3. dojechanie busem do Ollantaytambo lub nawet dalej (kilkanaście kilometrów dalej szutrową drogą) i pójście na piechotę do Machu Picchu Pueblo. Dalej jak wyżej, ale tego nie da się na 100% zrobić w jeden dzień, więc co najmniej jeden nocleg wypada wziąć. Cena co najmniej 65 USD na głowę.
  4. dojechanie busem do Santa Maria i trekking wzdłuż rzeki około 8h do elektrowni wodnej za Machu Picchu Pueblo (dochodzimy więc od drugiej strony), a potem około 6h do samego Machu Picchu. Tu też potrzebne są ze 2 noclegi i generalnie podobno bez lokalnego przewodnika trudniej. Cena co najmniej 65 USD.
  5. Różne mutacje Inka Trail, które polegają na samodzielnym pokonaniu kawałka szlaku lub różnych szlaków alternatywnych. Aby to zrobić potrzebne są i tak pozwolenia, sprzęt, zapasy jedzenia na kilka dni oraz najczęściej podjechanie pociągiem na start, więc nie wiem, czy ma to sens samodzielnie – może lepiej zrobić cały Inka Trail.  Cena bliżej nie znana.

Wszystkie powyższe ceny zawierają przejazdy, noclegi, wstęp do samych ruin oraz jedzenie w niedrogiej knajpce i są przeliczone na jedną dorosłą osobę. Ceny wersji samodzielnych liczyłem samodzielnie, wiec proszę się nie przyczepiać :-). A i jeszcze na koniec o dzieciach: do 8 lat mają wstęp za darmo, a do 15 płacą połowę ceny. Na pociąg dostają zniżkę 50%. Na wycieczki zorganizowane najczęściej nie dostają zniżki, lub ewentualnie 10-15%.


Wypisy z dziennika fanki awiacji

16 lipca 2009

Przyjechaliśmy do Nazca z samego rana. O dziewiątej byliśmy w hotelu, a potem poszło już szybko. O dziesiątej już siedzieliśmy w taksówce na lotnisko, o dwunastej w awionetce.

11:45 No dobrze. Awionetka jak awionetka. Mała trochę – 6 miejsc. Będę siedzieć prawie na plecach pilota. Drugiego pilota nie ma, zamiast niego siedzi japoński turysta. Jaki jest plan awaryjny?

11:55 Myślę sobie, żeby napisać mamie, że ją kocham i zrobić zdjęcie pamiątkowe zanim roztrzaskam się na kosmicznym płaskowyżu.

12:00 Zaraz startujemy. Odmawiam Ojcze Nasz i rozważam, czy to jest właśnie to, co ludzie czują przed śmiercią. Pocieszam się, że jakby co, to trzy sekundy i już po nas, bo blisko do ziemi – może nawet nie będzie bolało.

12:05 Wystartowaliśmy i jesteśmy cali – bardzo przyjemna niespodzianka.

Małpka 12:10 Łaaaaaa!!!!! Zakręt!!!!! Widzę ziemię, widzę ziemię! Łaaaaaaaaadne te linie! I jak ich dużo! Łaaaaaaa! Przypomina mi się skok Tarzana na canopy w Kostaryce. Tylko teraz tych skoków jest więcej. Średnio jeden na minutę. Wytrzymałość mam chyba mniejszą.

12:15. Kondor, koliber, pająk i inne zwierzaki na dole. Widać je bardzo wyraźnie – wyrysowane na płaskowyżu, niektóre na zboczach gór. Linii jest mnóstwo: trapezoidy, schodzące się do jednego punktu, fragmenty rysunków nieopisane na poglądowych mapkach. Przecięte z jednej strony Panamericaną, w niektórych miejscach lekko przetarte, w innych bardzo wyraźne. Jak oni to właściwie zrobili? I po co? Pokazują bogom, że trzeba deszczu?

12:18 Żeby lepiej obejrzeć słynne rysunki tańczymy samolotowe woogie-boogie – przechyły to na jedną stronę, to na drugą. Przyznaję, jak pikujemy w dół, to widać je świetnie. Tego typu przyjemności nie są jednak najwyraźniej moją mocną stroną. Z górki macha do mnie astronauta, a może kosmita… Już wie, że zaraz pójdę do nieba… Albo gdzieindziej… A może nie będzie mnie wcale?

Koliber 12:20 Bernaś piszczy i szczebiocze z tyłu, Isia mu wtóruje, Błażej kręci filmik, pstrykam zdjęcia.

12:25 Dmuchnął wiaterek. Żołądek na wysokości mostka, a robimy jeszcze jedno kółko. Poprawiam nerwowo woreczek foliowy.

12:30 Żołądek na wysokości gardła. Pilot pokazuje, że wracamy. Och, jak dobrze!

12:35 Pilot pokazuje, że lądujemy. Patrzę na wprost, przez jego przednią szybę. Gdzie jest lotnisko? Na miłość boską, gdzie jest lotnisko?! Ci z tyłu fuksiarze, tego nie widzą. Ciekawe, jakbym się czuła w kabinie pilota w jumbojecie. Wiedzą, co robią w tych liniach lotniczych.

12:40 Wylądowaliśmy i otrzymaliśmy certyfikaty. Jak dobrze, że podpisane przez pilota – inaczej nigdy bym nie uwierzyła, że przelecieliśmy w maleńkiej awionetce nad płaskowyżem Nazca.

12:45 Mój żołądek dochodzi do siebie.

12:55 Mój żołądek dochodzi do siebie.

13:00 Pan z naszej agencji turystycznej pokazuje mi, że chyba mas o menos (mniej więcej) nie jestem ok. Potakuję niemrawo.

13:30 Zjadłam almuerzo (obiad). Żyję.

Linie były narysowane precyzyjnie, rysunki miały sporo uroku, jakby po całym płaskowyżu malowało je dziecko. Dziecko, które następnie jeszcze je pomazało dość bezwładnie prostymi kreskami. Powstałe na przestrzeni 800 lat powtarzają się także na tutejszej ceramice. Teorii, po co powstały, jest mnóstwo. Może były kalendarzem astralnym, może wskazywały źródła wody, być może były prośbą o deszcz skierowaną do bogów, może wszystko naraz. Podobno ludzie Nazca chodzili po nich modląc się o zesłanie deszczu na pustynię, na której mieszkali. Wszystkie teorie jednak są do bani, nie przekonują mnie zupełnie. Może uwierzyć jednak Dänikenowi? Taka romantyczna teoria, choć tak mało realna…

Poniżej filmik nakręcony w czasie przygody:

 
Zapraszamy też do galerii.