Raj z krokodylem w tle

14 grudnia 2009

Prom przez rzekę Daintree 160 kilometrów na północ od Cairns znajduje się park narodowy Daintree oraz przylądek Cape Tribulation – popularny cel różnych tropikalnych wycieczek. My wybraliśmy się tam samodzielne wypożyczonym samochodzikiem. Zostawiliśmy większość bagaży w przechowalni, wzięliśmy tylko niezbędny sprzęt i zapasy jedzenia, a klimatyzację w aucie włączyliśmy na full. Krajobraz przeważał plantacyjno-plażowy, aż dojechaliśmy do promu przez rzekę Daintree. Tam zaczęło się już naprawdę czuć odludzie i prawdziwą dżunglę. Jak piszą w przewodniku, jest to najstarszy las tropikalny na świecie (ponad 20 razy starszy od lasów Amazonii) – i to się rzeczywiście czuje. Spacerować można tylko po wyznaczonych i wyłożonych deskami ścieżkach – reszta jest tak gęsto zarośnięta, że bez solidnej maczety człowiek nie ma szans. Zapachy i odgłosy jak to w dżungli – rejwach i tysiące cykad. Głębiej w lesie można spotkać kazuary, a w rzece krokodyle. W morzu też krokodyle (z rzek wpływają skubańce do morza, aby się najeść do syta) oraz meduzy-stingery. Kąpiel nie jest wiec wskazana. Mimo bajkowych plaży – jak z raju – nikt nie zanurza nawet stopy.

Tu żyją krokodyle Słowem jest pięknie, dziko i wakacyjnie. Lato w pełni (grudzień przecież) i choć to pora deszczowa w tych rejonach, to deszcz sobie od czasu popada i przechodzi. Jest zresztą ciepły i zaraz paruje. Nie przeszkadza to nam zupełnie (szczególnie po zimnych siekących deszczach fiordlandu)! Przeszkadzają nam tylko krokodyle zwane tu z sympatią crocs. Właścicielka kempingu przy plaży, gdzie jesteśmy rozbici mówi: “Nie, tu na plażę nie wyłażą, bo nie lubią skał przy brzegu, ale kąpać się nie radzę. Wieczorem po plaży spacerować też raczej nie. Lepiej ich nie kusić.” Pierwszą noc spędziliśmy więc lekko z duszą na ramieniu zastawiając się, czy taki croc wyniucha nas przez namiot i przyjdzie schrupać na kolację (a jesteśmy 20 metrów od plaży, więc daleko by nie miał) . A jak przyjdzie, to czy schrupie w całości, czy też zadowoli się na przykład nogą? Znów wróciły wspomnienia kalifornijskich niedźwiedzi włamujących się nad ranem do metalowych szaf na jedzenie. 🙂 Na szczęście krokodyl aż tak sprytny nie jest i do auta się nie włamie – zapasy przetrwały więc bezpieczne. My też, nie martwcie się!

Galeria w przygotowaniu już gotowa. Zapraszamy! Przy okazji zapraszamy też do zaległej galerii z Cairns oraz do kolejnej – tym razem z naszej wycieczki w outback.


Miś uszatek

24 września 2009

Salton Sea Pokręciliśmy się nieco po uroczej Arizonie i dzięki gościnności naszych tamtejszych gospodarzy (jeszcze raz strasznie dziękujemy z prawdziwie polskie przyjęcie!) zwiedziliśmy zakątki, które normalnie umknęłyby naszej uwadze. Zdjęcia do zobaczenia w galerii z Arizony. Potem już zgodnie z planem ruszyliśmy do Kalifornii, która przywitała nas upałem (wjeżdżaliśmy od południa przy samej granicy meksykańskiej) oraz czymś smacznym – ale ten temat opisał już nasz dyżurny łasuch. Przemknęliśmy obok Salton Sea, wielkiego słonego jeziora położonego w jednej z największych w USA depresji, gdzie koło godziny piętnastej było nie do wytrzymania gorąco i słono. Od razu odechciało nam się Doliny Śmierci – stwierdziliśmy, że możemy uznać, że niemal byliśmy. Pojechaliśmy więc prosto do Sequoia National Park, gdzie od razu pierwszego dnia spotkaliśmy … misia uszatka.

Z ostrzegającego plakatu w Visitor Center Miś uszatek jest miły, słodki, puchaty i leniwie porusza się na 4 łapach. Łazi po lesie, szlakach, drogach i kempingach. Zagląda do pudeł z jedzeniem i wyżera smakołyki. Grzebie w kubłach na śmieci. Zgrabnym ruchem wielkiej łapy “otwiera” szyby w samochodach i pożera zostawione na siedzeniach batoniki – oczywiście jeśli ktoś jest tak głupi, aby je tam zostawiać w słońcu. Najczęściej są więc w pudełku z tyłu samochodu. Misiowi to nie przeszkadza. Wejdzie do auta przez otwartą szybę, przelezie przez tylny fotel i wynajdzie wszystko co smaczne (dlatego też samochody z nadwoziem typu sedan są trochę lepsze pod tym względem). Miś uszatek zwyczajowo i z natury jest bardzo sprytny i uparty. Lubi jeść. W brzuszku burczy mu wciąż. Ludzi się nie boi, bo gdy stanie na tylnych łapach to jest od nich większy. Gdy ryknie to tym bardziej wszyscy znikają. Zabawne, ale informacja na kempingu głosi: jeśli miś zabierze ci jedzenie, to nie należy próbować mu go odbierać (ciekawe który odważniak by próbował).

Antymisiowa skrzynia Zamiast zabierać misiowi jego kąski należy za to dbać o to, aby miś do jedzenia dostać się nie mógł i tu w Kalifornii sposoby prowadzące do tego celu są już posunięte dość daleko. Dotychczas spotykaliśmy już ostrzeżenia przed misiami w parku narodowym Great Sand Dunes (u podnóża gór), ale tu jesteśmy na wysokości ponad 2000 metrów w zasadzie w środku gór i to bardzo dzikich i niedostępnych. Do parku prowadzi tylko jedna droga od zachodu obejmująca swym zasięgiem jakąś 1/5 parku, a obszar wielkości około 100 na 50 kilometrów jest praktycznie całkowicie odcięty od świata i pozbawiony ludzi (prócz kilku szlaków pieszych prowadzących wysoko w góry). Słowem: raj dla misiów. 🙂 Ostrzeżenia przeciw tym wielkim zwierzętom są wszędzie. I to właśnie głównie polegające na tym, abyśmy w odpowiedni sposób przechowywali jedzenie oraz wszelkie produkty, które wydzielają zapach. Na kempingach i parkingach przygotowane są specjalne misioodporne skrzynie (zdjęcie powyżej) w których należy przechowywać wszystko: jedzenie i wszelkie (łącznie z zamkniętymi puszkami), kosmetyki, środki przeciw owadom, pieluszki dla dzieci, płyny do mycia, świeczki, garnki, napoje (piwo też), przenośne lodówki, pudełka i wszystko to, co mogło stykać się z jedzeniem lub mieć jakikolwiek zapach. Po co to wszystko? Gdyby misie mogły dostać się do jedzenia tak łatwo, to nauczyłyby się, że w pobliżu ludzi są smaczne kąski i na pewno odwiedzałyby kempingi i parkingi częściej. A wówczas stałyby się agresywne i trzeba byłoby takie osobniki … zlikwidować.

Specjalne pojemniki antymisiowe dla nocujących na dziko Stąd prawo obowiązujące Kalifornii: jeśli pozostawisz jedzenie w samochodzie, czy na kempingu, a nie w misioodpornej skrzyni, to nie dość, że miś przyjdzie, rozwali ci samochód i zje zapasy – stan Kalifornia wlepi ci na dodatek mandat, karę i/lub wsadzi do więzienia, a park ranger na dodatek opierniczy cię tak, że ze wstydu schowasz się pod ziemię. Zabezpieczanie się przed misiami traktują tu bardzo poważnie i po kilku rozmowach z rangerami tłumaczącymi nam co i jak oraz po przeczytaniu tych wszystkich ostrzeżeń trzymamy się na baczności. Są niewątpliwe ułatwienia. Kubły na śmieci mają łańcuchy przy klapach albo sprytne klamki, które trzeba podważyć przeczytawszy wcześniej opis. Wejścia do toalet są na metalowe (czyli śliskie) klamki w kształcie kuli – tylko człowiek jest w stanie złapać je ręką i przekręcić. Również skrzynia antymisiowa otwiera się na sprytny zatrzask lub sporą wajchę z zapadką obsługiwaną nieintuicyjnie. Nic się nie może dać otworzyć prosto, bo miś uszatek tylko na to czeka. Idą na dalszą eskpadę trzeba mieć specjalny misioodporny kanisterek otwierany za pomocą zamka z wycięciem na monetę (wieszanie jedzenia w worku na gałęzi nie skutkuje – misie już się nauczyły dobierać się do takich worków). Żaden miś nie da podobno temu zamkowi rady. A! Przy okazji to tutaj występują dwa typu misiów uszatków: brunatny i szary (czyli inaczej grizzly). Oba równie przyjemniackie i sprytne. 🙂

Bliskie spotkania z uszatkiem 1Wczoraj na popołudniowym spacerze po lesie (w zasadzie w drodze do gigantycznego lasu pełnego sekwoi) spotkaliśmy w sumie 6 misiów uszatków w ciągu 3-4 godzin. Jeden przeszedł nam przez szlak jakieś 50 metrów od nas i poszedł w las. Drugi w drodze powrotnej (już zaczynał się wieczór) spacerował sobie jakieś 30 metrów od nas po drodze prowadzącej do parkingu. Zrobiło się groźnie tym bardziej, że ludzi wokół już nie było. Trzeciego spotkaliśmy przy samym parkingu, gdy kręcił się w okolicach toalet (to był ten czarny, po pozostałe były chyba brunatne). Była już jakoś osiemnasta i zaczął powoli zapadać zmrok. Postanowiliśmy (jakoś tak dość szybko i zgodnie) nie wracać szlakiem przez las (samochód mieliśmy na innym parkingu, jakieś 4 km dalej) tylko drogą. Po przejściu kawałka szosą zauważyliśmy jakieś 50m w las mamusię misia z dwojgiem małych wesoło baraszkujących w krzakach (mamusia wyraźnie coś wygrzebywała łapą). Jak wiadomo mamusia z dziećmi to strach razy dwa, wiec zrejterowaliśmy za pomocą opcji autostopu w postaci niemieckich turystów ze sporym vanem, którzy chcieli owszem pójść na wieczorny spacer, ale po zobaczeniu misia na parkingu zawrócili i uznali, że … jutro też jest dzień.

Odstraszacz misiowy Stockpot model 555 (Made in Peru) Jakoś odeszła nam ochota na dłuższe górskie eskapady w kolejnych dniach. Już na kempingu dzieciaki szybciutko spreparowały domowej roboty odstraszacz na misia (garnek z łyżką, zdjęcie obok), który przechowujemy co noc w namiocie na wypadek odwiedzin futrzanego przyjaciela. W razie spotkania z misiem należy bowiem czynić spory hałas głosem i garnkami. Zresztą wcześniej ranger z uśmiechem na ustach powiedział nam, że możemy odstraszać misa nawet po polsku – im to obojętne, bo są wielojęzyczne. 🙂 Nie da się ukryć, że przez 2 noce z rzędu miły ranny ptaszek miś uszatek przychodził na kemping koło szóstej i próbował otwierać jakieś skrzynie lub dobierać się do zapasów jakiegoś kamperowicza (dla mnie łomot był bowiem bardziej plastikowy niż metalowy). Skończyło się na latarkach świecących w ciemnościach, nagłym włączaniu silnika w kamperze sąsiada i późniejszych podekscytowanych, porannych rozmowach przy toalecie. Nasz odstraszacz model 555 nie musiał być użyty, bo do naszego namiotu miś jakoś nie przyszedł. I całe szczęście.

Swoją drogą warto było przecierpieć misiowe strachy na lachy, aby zobaczyć taki las:

Galeria z Sequoia, Kings Canyon i okolic też już jest dostępna. Zapraszamy!


Dzika natura dzikiego zachodu

11 września 2009

Jeździliśmy po różnych krajach Ameryki między innymi szukając natury i dzikich zwierząt. Trochę znaleźliśmy, choć bardziej chyba jednak były widoczne ruinki, niż zwierzaki. Tapira, na którego bezskutecznie zasadzaliśmy się w parku narodowym w Kostaryce, widzieliśmy co prawda tylko w Mexico City w ZOO, ale za to widzieliśmy na wolności krokodyle, aligatory, koati, wielkie żuki, małpy, papugi i wiele innych zwierzaków. Takiego jednak nagromadzenia, jak tutaj nie spotyka się chyba nigdzie tak blisko cywilizacji. Praktycznie w każdym z parków narodowych w USA, który odwiedzaliśmy (mowa o okolicach Gór Skalistych oraz kraju Indian) sarny przechadzały się przy drodze, a wiewiórki (takie jak tutaj), pręgowce (ang. chipmunk) i kotofretki (ang. ringtail) łaziły po campingu lub okolicach w poszukiwaniu odpadków (jako rodzice kilkakrotnych Junior Rangerów wiemy – podobnie jak nasi Junior Rangerzy – że dzikich zwierząt absolutnie karmić nie należy, a zostawianie na kempingu jedzenia lub odpadków jest bardzo niemile widziane). Dziś jednak dzika natura sprawiła nam swego rodzaju prezent w postaci olbrzymiego jelenia wapiti (ang. elk) jedzącego sobie spokojnie listki niemal tuż przy naszym namiocie.

Pan Elk czyli jeleń A było tak: Dzieciaki robią lekcje, jest środek dnia, siedzimy na campingu w parku narodowym Grand Canyon w Arizonie (jakiś kilometr od krawędzi samego kanionu, wysokość 2200 m n.p.m., okolice dość przypominające górskie regiony podnóża Tatr). Mamy niedaleko do toalety (50 m), więc tam podłączyłem notebooka, aby się podładował i zerkam od czasu do czasu, aby mi ktoś tam nie wlazł (choć kraj uczciwy, ale strzeżonego…wiadomo). Na kempingu pustki – wszyscy zwiedzają, ale my akurat mamy czas szkolny i dlatego wróciliśmy po porannych zajęciach z rangerem (było o skamieniałościach). Upał, choć camping ocieniony więc nie jest tak źle. Przyjeżdża pani sprzątająca kibelki – ja zerkam, wchodzi jakiś zagubiony gość za potrzebą – ja zerkam, przejeżdża leniwe auto – zerkam czujnie wciąż. W pewnym momencie jakiś hałas jakby dochodzi z okolic z drugiej strony – zerkam nieśpiesznie: “Ranger przyjechał na koniu, sprzątać drugi kibel, czy co? Albo może wyrywać z ziemi znaki drogowe, bo taki hałas.” Koń jakiś dziwny – patrzę przez krzaki – jakby ogona nie miał, choć rozmiarowo zad jak trzeba. Zaciekawiony wstaję i wychodzę parę metrów dalej na drogę. O kurcze! W krzakach u sąsiada jakieś 20 m ode mnie stoi naprawdę ogromny jeleń (tak naprawdę to wapiti) i szarpiąc się z drzewkiem wyrywa gałęzie rogami, a następnie sobie spokojnie wcina. Hałas robił spory, zerkał na nas ukradkiem (od razu zawołałem rodzinkę, a że jesteśmy jak już mówiłem weteranami to wiemy, że do elka podchodzić nie należy na bliżej niż 15 m – szczególnie teraz jak mają okres godowy i chodzą po parku nieco wkurzone), ale nic sobie z naszej obecności nie robił. Jadł lunch. Akurat jak narobiliśmy mnóstwo zdjęć, nakręciliśmy filmik (poniżej) i nacieszyliśmy się widokiem, to sobie po prostu poszedł w las.

Grzechotniczek malutki Kolejną niespodzianką był grzechotnik przełażący sobie przez ścieżkę na dole Wielkiego Kanionu Kolorado. A było tak: zeszliśmy do miejsca zwanego Indian Garden (w sumie w dół i w górę 15 km – zajęło nam to 11 godzin ze sporymi przerwami) i tam odpoczywaliśmy. Ja oglądałem tablice informacyjne o szlakach, a Bernaś buszował niedaleko na ścieżce. Nagle woła podekscytowany: “Tato, tato, tu jest wąż! Taki byczy!’” Mając pewność, że po zajęciach o wężach wie jak się zachować (stać spokojnie, bo tutejszy wąż nas nie tknie – nie pachniemy jak jedzenie) nie przejąłem się zbytnio – tym bardziej, że węży widzieliśmy już razem kilka. Skierowałem się w stronę wołania, a Bernaś już mówił “Chodź! On jest coraz bliżej.” Rzeczywiście, kilka metrów od Bernasia przez środek ścieżki przełaził sobie spokojnie sporej wielkości (jak dla mnie sporej) grzechotnik. Przeczekaliśmy go obaj i zawołaliśmy dziewczyny (węże są głuche więc wołać można spokojnie) – zostało zrobione trochę rasowych zdjęć. Dla mnie spotkanie z grzechotnikiem – bomba! Podobnie jeleń (nawiasem mówiąc w sumie w Grand Canyon National Park widzieliśmy potem jeszcze dwa). Nie jakaś tam wiewiórka, czy inny robal, tylko prawdziwie spory zwierz!

Kondor Kalifornijski nad Wielkim Kanionem Kolorado Wcześniej były jeszcze kondory kalifornijskie, które udało się tutaj uratować przed wyginięciem (nawiasem mówiąc naprawdę ciekawa historia, jak im się udało tego dokonać) i teraz latają sobie na terenie Wielkiego Kanionu i okolic (wszystkie oznakowane i z nadajnikami przy skrzydłach). Jednego widzieliśmy już w Zion National Park (siedział na drzewie na Angels Landing), a pozostałe właśnie w Grand Canyon National Park. Tam zresztą codziennie o 15:30 odbywa się spotkanie z rangerem połączone z ciekawymi opowieściami o kondorach. Kondory przylatują w te okolice i przelatują rangerowi nad głową praktycznie zawsze. Po prostu lubią sobie szybować nad kanionem akurat tam lub siedząc na skale oglądać widoki. A może ludzi podziwiających je z dołu? Kto wie? W końcu to padlinożercy, a niektórzy turyści po wyjściu z kanionu w godzinach po południowych wyglądają niewesoło. 🙂 Nie było może tak spektakularnie jak przy Cruz del Condor w Peru, ale ptaki tak majestatyczne wyglądają zawsze pięknie – nie zależnie, czy widzimy na raz 10, czy 2.

Zapraszamy na filmik, który skleciłem z ujęć zwierzaków. Galeria ze zdjęciami w przygotowaniu (prosimy o jeszcze odrobinę cierpliwości).

Zapraszamy do najnowszych galerii z parku Zion, Bryce oraz Grand Canyon.


Fly me to the Moon, czyli dzieci w wirówce

14 sierpnia 2009

Wirówka 4G a w środku nasze dzieci Rodziców wszelakich – czytelników naszych relacji – informujemy, że dzieci sztuk dwie wsadzone do wirówki przeciążeniowej dającej przyspieszenie 4G funkcjonują po wyjściu bez zmian. Wszystkie funkcje życiowe w normie. Nie ustępują nawet różnego rodzaju efekty uboczne funkcjonowania, czyli bycie niegrzecznym, nie słuchanie się rodziców, marudzenie oraz niechęć do nauki czytania. 😉 Może trzeba było ich rozkręcić do 16G, bo na takich wirówkach ćwiczą tutaj prawdziwi astronauci? A już myślałem, że wystarczy poczwórny ciężar, aby odsiać złe myśli od dobrych (przypomnę, że przy przyspieszeniu 4G przykładowy Bernaś ważący normalnie 25 kg “urósł” nagle do 100 kg). Może złe myśli nie mają ciężaru i nie podlegają prawu ciążenia? Ciekawe, czy Newton też miał takie dylematy. No, ale dość tych (ponurych?) żarcików i czas wyjaśnić o co w tym wszystkim chodzi.

Stanowisko startowe a na nim gotowy prom kosmiczny Otóż będąc na Florydzie, nie mogliśmy nie pojechać do centrum lotów kosmicznych Kennedy Space Center na przylądku Canaveral (Floryda, USA) – ja szczególnie wszystkich 4B tam ciągnąłem jako fan kosmosu, kosmonautyki, astronomii, literatury S-F i Gwiezdnych Wojen. Centrum im. prezydenta Kennedy’ego (w części udostępnionej dla zwiedzających) to wielkie interaktywne “muzeum” (lub jak kto woli edukacyjny park rozrywki) prowadzone przez NASA, a poświęcone amerykańskiemu programowi lotów kosmicznych. I w zasadzie będące uhonorowaniem ich osiągnięć w tej dziedzinie. Wszystko podane jest oczywiście w nad wyraz profesjonalny sposób. Są tam różnorakie wystawy, pokazy, puszczane są filmy (w tym dwa trójwymiarowe w wielkim IMAXIE), można na własne oczy zobaczyć olbrzymią rakietę Saturn V (używaną w latach 60 i 70 ubiegłego stulecia do podróży na księżyc) lub stanowisko startowe wahadłowców (foto wyżej) i ich olbrzymi garaż (jeden z największych pod względem objętości budynków świata), wsiąść samodzielnie do rakiety lub pomachać robotowi kosmicznemu. Można wreszcie dać się wystrzelić razem z promem kosmicznym (Shuttle Launch Experience) lub rozpędzić w wirówce. Można też jadąc autobusem wycieczkowym przez ogrodzony teren centrum (już poza muzeum) zobaczyć aligatora, gniazdo orłów, czy też mnóstwo ptaków – teren jest bowiem olbrzym, a w dużej części wyludniony (wszystko za płotem, ruch mały, a odległości między instalacjami duże – przyroda ma więc gdzie rozwijać skrzydła). Na koniec oczywiście można jeszcze kupić sobie pamiątkę lub dwie (kostium kosmonauty dla dzieciaka, koszulkę, czapeczkę, Monopoly kosmiczne, modele rakiet lub kuchenne rękawice imitujące rękawice kombinezonu próżniowego). Słowem: świetna zabawa dla całej rodziny! My w sumie spędziliśmy tam prawie półtora dnia (bilety są dwudniowe).

Rakieta Alana Shepparda czyli duży fajerwerk z człowiekiem na czubku Zadziwiające jest to, w jak bardzo ciekawy sposób Amerykanie potrafią chwalić się swoimi osiągnięciami. W końcu od programu Apollo minęło już 40 lat, a tu dalej jednym z ważniejszych tematów są właśnie szczegóły tego programu i odwaga ludzi biorących w nim udział. Ta odwaga, bohaterskość i pęd ku nieznanemu są podkreślane na każdym kroku. Czytelnik zapyta, czy to nie przesada? Czy nie przechwalają się po prostu i nie odgrzewają tzw “starych kotletów”? Moja odpowie3dź: nie! Nie da się tego ogarnąć, jeśli nie zobaczy się na własne oczy repliki rakiety, którą Alan Sheppard (pierwszy Amerykanin w kosmosie) dał się wystrzelić na orbitę. Dał się wystrzelić jest tutaj odpowiednim sformułowaniem. Z zewnątrz wygląda to bowiem jak w sumie dość niewielki (kilkanaście metrów wysokości) cylinder zrobiony z nitowanej blachy pochodzącej jakby żywcem ze statku wycieczkowego z filmu Rejs (foto obok). Podobny byle jaki materiał, podobne nity, podobna ponad 50–letnia technologia. Toporna, prosta i skuteczna. Na czubeczku bardzo malutka kabinka, gdzie można tylko leżeć na plecach, a pod plecami kilkunastometrowy słup materiału wybuchowego i dysza wylotowa. Taki spory (bardzo spory) chiński fajerwerk, tyle że z człowiekiem na końcu. I ten człowiek dał się wystrzelić (dosłownie!) na ponad 200 kilometrów ponad powierzchnię Ziemi. Równie dobrze mógł w połowie lotu zostać rozsadzony na kawałki jak wiele próbnych rakiet, które pokazywano nam na filmach. A jednak wsiadł do rakiety, zacisnął zęby i bez praktycznie żadnych zabezpieczeń, czy planów awaryjnych (miejsce było tylko na aparat tlenowy i spadochron) postawił pierwszy amerykański krok w przestrzeni (goniąc zawzięcie Juriego Gagarina). Został bohaterem narodowym i jego imię jest tu nadal wysławiane.

Silniki rakiety Saturn V Podobnie program Apollo i loty na księżyc – jak do teraz największe wg mnie osiągnięcie USA w dziedzinie wszelakich podbojów. Trzeba zobaczyć rakietę Saturn V, jej całą konstrukcję oraz skomplikowany proces pozwalający wielkiej rakiecie podzielić się na kawałki i dokładnie zgodnie z wymyślonym programem lotu dostać się na Księżyc, wystartować i wrócić. Z olbrzymiej rakiety na Ziemię wraca tylko malutka kapsuła wielkości sporego samochodu. Reszta jest niejako zużywana na potrzeby różnych procesów po drodze. Serdecznie polecam Kennedy Space Center wszystkim, którzy będą mieli okazję być na Florydzie. Nie tylko z dziećmi. Tego nie da się zobaczyć nigdzie indziej na świecie, a przeżycie naprawdę otwiera horyzonty (a wcześniej proszę jeszcze rzucić okiem na Apollo 13 i Kosmiczni kowboje). Aż żal, że ze względów politycznych, czy też finansowych program lotów kosmicznych rozwija się teraz dużo wolniej, niż w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Są inne potrzeby społeczne – to jasne – ale mimo to szkoda. Moglibyśmy już być na Marsie, a nie teraz zastanawiać się jak wrócić na Księżyc. Technika i sposoby użyte do tego, aby dostać się tam i wrócić na Ziemię nie są aż tak wymyślne (przynajmniej na obecne czasy). Tylko patrząc na cały proces można zrozumieć, jak dużo pomysłowości musieli wykazać konstruktorzy. Niestety od 1972 roku nikt z Ziemian nie był na Księżycu, bo program został zawieszony. Szkoda. 😦 Obecnie NASA planuje właśnie powrót na Księżyc (celem przypomnienia sobie, jak to jest na obcym gruncie), a potem lot załogowy na Marsa. To będzie coś. Cała misja będzie musiała trwać około 2 i pół roku – to aż tak daleko! Mam nadzieję, że dożyjemy tej chwili i będziemy mogli śledzić przebieg wyprawy. Tym razem przez szerokopasmowy Internet, telewizję High Definition oraz inne wirtualne gadżety, które do tego czasu będą wymyślone.


Depesza z kraju Inca Koli

10 lipca 2009

Sklepik przy drodzePeru przywitało nas blokadą drogi. Autobus z Loja w Ekwadorze do Piura w Peru stanął na granicy i powiedział (kierowca), że dalej nie jedzie, bo w Peru są jakieś manifestacje i droga do najbliższego miasta zajmie mu pół dnia zamiast planowych dwu godzin. Wysadzono nas z plecakami przy samej granicy, zwrócono różnicę za bilety i polecono szukać transportu po drugiej stronie. Lekko zaskoczeni (ale tylko lekko, bo już jesteśmy wprawieni) ruszyliśmy do pierwszej budki Imigracion, gdzie dowiedzieliśmy się, że owszem są jakieś manifestacje, ale chyba tylko w Limie, stolicy Peru. Chwilę potem podjechał do nas nasz autobus i lekko zakłopotany kierowca z komórką w ręku powiedział, że jednak jedzie! Uff. Szukanie lokalnego transportu po 7 godzinach już spędzonych w autobusie jadącym po krętej, górskiej drodze nie byłoby przyjemne. Po pierwszym, lekko nieprzyjemnym wrażeniu humory nam się poprawiły. Również pierwszy transport w Peru, czyli autobus z Piura do Chiclayo okazał się luksusem – ponad 200 km prostej jak strzała drogi przez pustynię (dosłownie; było widać nawet diuny) w wygodnych fotelach. Nic nie trzęsło, autobus mknął równomiernie i gładko – wreszcie można było spokojnie poczytać.

Inca Kola W sprawie poprawiania humoru wspomnę jeszcze tylko o churros, które kupiliśmy sobie w Piurze tuż przed terminalem autobusowym. Beata na pewno napisze o tym w jakimś kąciku łasucha (oj będzie tu w Peru o czym pisać, będzie), ale uchylę rąbka tajemnicy: jest to pyszne coś trochę pączkowate i smakuje jak obtoczone w cukrze racuchy nadziewane masą karmelową i podawane w torebeczkach – koniecznie na ciepło. Zjedliśmy od razu po dwie porcje każdy!

Dalej było tylko lepiej. Waluta w Peru, sole, ma wartość praktycznie identyczną jak złotówka, więc poczuliśmy się jak w domu. Tylko, że jest tu taniej. Porcja churros – 1 sol. Szklanka świeżo wyciskanego soku z pomarańczy – 1 sol. Taksówka z dworca do centrum – 2 sole. Hamburger z frytkami w barze naprzeciw naszego hotelu – 1 sol. Półlitrowa Inca Kola (lokalny napój orzeźwiający – bardzo smaczny) – 1,6 sola. Małe ceviche ze straganu – 1 sol. Chiński zestaw obiadowy w barze obok – 6 soli. Duży, dojrzały ananas – 2,5 soli. Kilo soczystych pomarańczy – 1,5 soli. Strzyżenie u fryzjera 6 soli (męski) lub 10 soli (damski). Autobus do ruin (ok. 15 km) – 1,2 soli. Słowem: bardzo miło.

Elegancki kościotrup żony Króla Sipan Na pierwszy strzał poszły wykopaliska i muzeum związane z grobem władcy z Sipan. W 1987 roku znaleziono koło Chiclayo grób władcy przedinkaskiego z kultury Mochica pochodzący sprzed ponad 1700 lat. Po brawurowej obronie przed rabusiami, piękne skarby tam znalezione (złote ozdoby, naszyjniki, zbroje) wystawione zostały w imponującym muzeum (niestety wnoszenie jakichkolwiek aparatów fotograficznych było zabronione, więc musicie uwierzyć na słowo lub wejść na stronę oficjalną). Wizyta w samym miejscu wykopalisk (ok. 30 km od muzeum) pokazała nam też, jaką mrówczą pracę wykonują archeolodzy (o czym zapomina się oglądając firmy z Indianą Jonesem). Od 20 lat odkopują tu bowiem groby i piramidy będące pozostałością sporego kompleksu i widać wyraźnie, ile roboty im jeszcze zostało. Dwa potężne pagórki kryjące pozostałości budowli są tylko w kawałkach odkryte i zabezpieczone. W wielu miejscach cały czas pracują ludzie z miotełkami, linijkami i aparatami fotograficznymi oraz ich pomocnicy z taczkami, a góra wywiezionego piachu obok zasypanych piramid jest dużo, dużo mniejsza niż owe kryjące skarby pagórki. Życząc im powodzenia wróciliśmy do miasta na podobno najciekawsze w Peru targowisko pełne różności ze szczególnym uwzględnieniem części szamańsko-zielarskiej, gdzie można zakupić preparaty na wszelkie dolegliwości. Nam jednak najbardziej podobało się wesołe, tańczące towarzystwo bawiące się jak gdyby nigdy nic na skraju targowiska.

A! I jeszcze wiadomość z ostatniej chwili. Grypa znów atakuje, panika narasta, w Peru zamknięto szkoły, a najbardziej zagrożone są prowincje północne, gdzie zanotowano już 300 przypadków – tubylcy rozprawiają o zarażeniach w miejscowym gimnazjum. No a gdzie my jesteśmy? Oczywiście! Właśnie na północy. Żadna niespodzianka. Przyzwyczailiśmy się. Gdzie my, tam przygoda i zasadzki. Jak nam kurcze zamkną Machu Picchu tak, jak zamknęli wszystko w Meksyku, to naprawdę się na świńską grypę wkurzymy. W każdym razie zgodnie z planem zwiewamy rano na południe. Dla rozrywki czytelników zamieszczamy poniżej dzisiejszą lokalną gazetę:

Gazeta piątkowa 10 lipca 2009


Na dachu i pod dachem, czyli jak pokonaliśmy Nos Diabła

5 lipca 2009

Pocztówka ze starym pociągiem Alausi, niewielka miejscowość w centralnych górach Ekwadoru (wysokość 2300 m n.p.m.) słynie między innymi z kolei przechodzącej tutaj przez Nos Diabła (strome zbocze skalne wyglądające z boku właśnie jak nos). Niegdyś duma inżynierii Ekwadoru, długa na ponad 400 km kolej wznosiła się od południowego wybrzeża aż na maksymalną wysokość 3600 m n.p.m. pokonując liczne przełęcze i wzniesienia. Niestety obecnie kolej podupadła i jest dostępna tylko w kilku turystycznych fragmentach. A szkoda, bo scenerie są – jak się łatwo domyślić – przepiękne. Jednym z najbardziej spektakularnych miejsc pozostaje właśnie Nos Diabła (Devil’s Nose lub w oryginale La Nariz del Diablo). Kolej z Alausi musi zjechać kilkaset metrów w dół do Sibambe pokonując dolinę dość rwącej rzeki i bardzo strome, skaliste wzniesienie. W zasadzie niemal pionową ścianę.

Stacja w Sibambe widziana z góryInżynierowie poradzili sobie z tym problemem w bardzo sprytny sposób budując szereg zwrotnic, które pozwalają zygzakiem pokonać wzniesienie w poprzek poruszając się do tyłu i do przodu (historyczna pocztówka powyżej). Na zawracanie oczywiście nie ma tam absolutnie miejsca. Pociąg więc jedzie w przód, potem w tył, a potem znów w przód, a pomocnik maszynisty zmienia zwrotnice. Na dole, wychylając się z okna, cały czas widać stację kolejową do której zmierzamy. Widać ją tak na oko jakieś 200 m niżej – prawie pionowo. Wygląda to naprawdę groźnie (zdjęcie obok). Potem już na dole następuje zawracanie ze pomocą sprytnego bocznego toru (na pełną pętlę znów nie ma miejsca) i cała wycieczka wraca z powrotem zygzakiem i pięknymi okolicami do Alausi. Wiem, wiem przynudzam trochę z tą koleją, ale mój dziadek był zawiadowcą stacji i od małego jeździłem lokomotywami, a jedną z pierwszych moich książek było “Kiedy i ty zostaniesz kolejarzem” – moja ciekawość techniką kolejową jest więc uzasadniona, aczkolwiek Beata pod koniec jazdy przysypiała, zaś moje zainteresowanie zwrotnicami i torami zupełnie ją jakoś nie przejęło :-).

Tak się kiedyś jeździło Wg przewodnika całą jazdę można odbyć na dachu pociągu i na to się właśnie nastawiliśmy rano, gdy już udało się zdobyć bilety (kolejka przed kasą od siódmej). Włożyliśmy bluzy i swetry przekonani, że zmarzniemy i niemal (za radą przewodnika) wzięliśmy poduszki pod cztery litery. W naszym hotelu pooglądaliśmy historyczne zdjęcia na ścianach, na których wesołe towarzystwo w czapkach szczerzy uśmiechy do kamery siedząc kupą na dachu (obok). Podobne zdjęcia były na stacji kolejowej, gdzie zakupiliśmy ładne pocztówki z pociągiem na Nosie Diabła. Okazało się jednak, że kolej ekwadorska zmieniła parę lat temu formułę wycieczki (podobno były jakieś wypadki, ale sądzę, że to znów względy ekonomiczne) i zamiast sporego pociągu z dachem przygotowanym na wesołych podróżników przyjechał mały, spalinowy wagon (wielkości autobusu) z wygodnymi, numerowanymi siedzeniami. O wchodzeniu na dach nie było nawet mowy – widoki obserwowaliśmy przez okna. Dzieci były trochę zawiedzione, bo jazda na dachu pociągu miała być frajdą sezonu. No ale i tak było bardzo fajnie, a widoczki (i zwrotnice) przecudne. Zapraszamy do galerii oraz na filmik:


Wiorsty pustych dróg

19 czerwca 2009

Miała być jeszcze przed odlotem historyjka o tym, jak się jeździ autem po Kostaryce, ale źli trochę zamieszali plany i opowieści się opóźniły. Podobnie galerie z Kostaryki, które dopiero szykujemy (uaktualnienie: galerie z Kostaryki już są). Ale co miało być, to będzie i właśnie dziś w pokoju hotelowym w Quito (stolica Ekwadoru) skrobię te kostarykańskie wspomnienia kierowcy.

Most lekko niepewnyPrzewodnik mówi, że drogi w Ameryce Środkowej są w bardzo złym stanie – no i rzeczywiście w porównaniu do któregokolwiek cywilizowanego kraju Europy Zachodniej, tak jest. Ale mieszkaniec Wrocławia jeżdżący często ulicą Karmelkową nic specjalnie złego o kostarykańskich drogach powiedzieć nie może. 🙂 Są owszem dziury i czasami dziwne dla nas oznaczenia (np. ograniczenia prędkości tylko wymalowane na drodze), ale ogólnie nic strasznego. Jedynie niektóre stare mosty (zdjęcie obok) wywołują dreszczyk emocji. Najciekawszy nie miał na kilku metrowych odcinkach blach pokrywających konstrukcję (pewnie ciężarówki rozwaliły) i trzeba było kołami celować w stalowe belki, bo inaczej opona mogłaby wpaść do dziury. A na dnie dziury rwąca rzeka! Standardem są też druty stalowe leżące w poprzek mostu – przejeżdża się nie po metalowej płycie, tylko po leżących drutach. Hałas, jaki to wywołuje, jest nie do opisania. Nie wszystkie mosty są takie – jest wiele nowych, całkiem porządnych. Natomiast ogólnie drogi podrzędne są tak podrzędne, jak wioskowe drogi u nas. Duże drogi zaś takie, jak nasza “ósemka” do Kudowy – tylko bez poboczy. A autostrady koło San Jose mniej więcej takie, jak “autostrada” koło naszej stolicy (czyli zwykła dwupasmówka zatłoczona jak diabli).

Nasz dzielny pojazd kosmiczny Osobnej opowieści wymagają drogi szutrowe po górach! Są takie miejsca, gdzie asfalt nie dochodzi i już. Częściowo podobno celowo – chodzi o to, aby turyści danego regionu nie zalali. Częściowo pewnie politycznie, a w większości przypadków rządzi twarda ekonomia. Wypożyczając auto dostaje się mapkę z zaznaczonymi drogami asfaltowymi i szutrowymi oraz (do podpisania) długą instrukcję co należy robić, a czego nie (np. nie przejeżdżać przez zbyt głębokie rzeki, używać napędu na 4 koła w górach, nie pytać nieznajomych o drogę i tym podobne rady). Muszę przyznać, że jadąc po górach szutrową drogą i widząc gnający z naprzeciwka wielki trąbiący na zakrętach autobus zerkasz nerwowo na prawo, gdzie zieje spora przepaść i brak jakichkolwiek barierek. Albo taki widoczek zarejestrowany w ułamku sekundy: droga ostro w dół zakrętami, a przy ostatnim na wprost ciebie wielka skała, ostry zakręt w lewo tuż przed nią i malutka kapliczka z palącymi się świeczkami. Dopiero jak już ją miniesz i otrzesz pot z czoła, przychodzi refleksja: widocznie wielu zakrętu nie wyrobiło. A znowu na półwyspie Osa, gdzie byliśmy w parku narodowym Corcovado pagórki były niewielkie, za to niezliczona liczba rzeczek i strumyków do przejechania (najszersze jakieś 20 metrów). Szczególnie po ciemku robiło to niezłe wrażenie, bo nie do końca było widać, jak jest głęboko. Reflektory tylko trochę wydobywały leżące kamienie. W każdym razie przejechaliśmy, a zabawa była spora – wszystkim fanom 4 kółek polecam!

Panamerican Highway na 3000 Jeszcze parę słów o autostradzie panamerykańskiej. Otóż jest tu taka droga przechodząca przez całą Amerykę od północy na południe (ponad 25 tyś km długości). Wije się przez wszystkie odwiedzane przez nas kraje (z małą przerwą w między Panamą a Kolumbią – już o tym pisałem rozważając trasę). Jej nazwa brzmi bardzo nostalgicznie i aż wzywa do przejechania jej wzdłuż (jak Tony Halik) – trzeba będzie któregoś dnia to zrobić. Ale chcę rozwiać złudzenia – to nie jest wcale dwupasmowa autostrada, tylko zwykła droga pełna ciężarówek i autobusów. Jak się utknie za takimi, to koniec. W Kostaryce zresztą budują już szereg porządnych dróg omijających Panamerican Highway (jak to się szumnie na mapach nazywa), bo jest ona krótko mówiąc lekko przedpotopowa. Przejechaliśmy nią jednak w sumie kilkaset kilometrów, a najciekawsza była przeprawa przez najwyższy punkt autostrady – szczyt, a raczej przełęcz śmierci (ang. Peak of Death, hiszp. Cerro de la Muerte)  – wysokość 3335 m. n.p.m. Wjeżdża się tam od poziomu zero (jechaliśmy od strony Pacyfiku) w ciągu około 3 godzin. To jest w sumie jakieś 120 km, a różnica wysokości powalająca. Czuje się lekkie zawroty w głowie (przynajmniej ja czułem). Zużycie paliwa wzrosło zabójczo i całe szczęście, że do stacji benzynowej już po drugiej stronie przełęczy okazało się niedaleko. Widać też było jak na dłoni różnicę w roślinności, bo ruszyliśmy z lasu tropikalnego nad oceanem, a na górze zastaliśmy taki widoczek, jak obok. Karłowate drzewka, mgła i zimno. Bluzy z polaru zostały szybko wyciągnięte! 🙂 Na szczęście ruch był niewielki i nie utknęliśmy w żadnym korku, więc szczęśliwie i sprawnie dotarliśmy do celu czyli do miasta Alajuela niedaleko lotniska (gdzie nas wieczorem obrobili). Sumarycznie pokonaliśmy autem około 900 km w ciągu 7 dni, czyli średnio dziennie niezbyt wiele, ale głównie rzeczywiście odbywało się zwiedzanie stacjonarne – bardzo, bardzo nam się podobało. Galerie wkrótce! Uktualnienie: galerie z Kostaryki już są.