Kącik łasucha – Lima

8 sierpnia 2009

Pisco sourTak wypadło, że na naszą rocznicę ślubu byliśmy w Limie, postanowiliśmy więc uczcić ją czymś bardziej wykwintnym niż jugo de rana ;-). Udaliśmy się więc do poleconej nam restauracji Pescados Capitales zamierzając zamówić ceviche i tradycyjne peruwiańskie desery. Restauracja nazwą nawiązuje do grzechów głównych, które przewijają się  w nazwach potraw i wystroju wnętrza. Knajpka jest popularna wśród Peruwiańczyków – w porze lunchu wszystkie stoliki były zajęte, ale uprzedzeni mieliśmy już zarezerwowany stolik.

Zaczęliśmy od soków owocowych i pisco sour – klasycznego koktajlu na bazie pisco brandy i soku z limonek ze smakowitą pianką z białek efektownie wykończoną kroplą goryczy. Na przystawkę zamówiliśmy grilowane kalmarki (baby squids) z cukinią – bardzo trafny wybór, ułożone w kształcie gwiazdy były niewielkie, sprężyste i lekko twarde – mocno przyprawione marynatą z oliwy z oliwek z ziołami, pieprzem i czosnkiem – pachniały i smakowały nieziemsko, więc zniknęły z talerza bardzo szybko. Naszym daniem głównym miało być ceviche w dwóch wersjach – wersji klasycznej i wersji a la Gandhi z hinduskimi akcentami – dzieci zamówiły potrawy bardziej typowe – Bernaś fettuchine z sosem maślanym, a Isia grilowane szaszłyki z owoców morza.

Ceviche Gandhi Wyznam jednak szczerze, że po pierwszym kęsie mojego ceviche Gandhi wpadłam w taką nirvanę, że spróbowałam jedynie kąsek Błażejowego ceviche mixto, a reszty poniechałam zupełnie koncentrując się wyłącznie na swoim daniu. Musicie mi wybaczyć, że dzisiejszy kącik będzie nieco bardziej wybiórczy. 🙂 Ceviche Gandhi to najlepsze ceviche, jakie dotychczas jadłam. Po pierwsze, ryba (chita) i langostinos (megakrewetki) i kalmary były mięciutke, rozpływały się niemal w ustach. Po drugie, finezja połączenia smaków wprowadziła mnie w stan absolutnej ekscytacji. Głównym składnikiem marynaty było mango z dodatkiem brzoskwiń i prawdopodobnie odrobiną soku pomarańczowego. Odrobina kolendry i curry sprawiały, że sos, chociaż słodkoowocowy, był jednocześnie cudownie pikantny, a delikatne w smaku ziarna białej kukurydzy i słodka marchewka peruwiańska (może to były słodkie ziemniaki) podkreślały wrażenia smakowe.

Suspiro limeno Na deser zamówiłam suspiro limeño – klasyczny polecany deser mieszkańców Limy, w wersji trochę mniej klasycznej, a mianowicie z dodatkiem lúcumy – peruwiańskiego owocu egzotycznego o dużej zawartości skrobi, lekko orzechowym smaku oraz pięknych, błyszczących pestkach podobnych do naszych kasztanów. W wersji klasycznej suspiro limeño to rodzaj kremu karmelowego podawanego z pianą z białek. Kiedy czytałam o tym deserze wcześniej byłam pewna, że na wierzchu będą zapieczone bezy – tymczasem, piana z białek była idealnie sztywna, lekko ciepła (nie wiem, czy było to celowe) ale surowa. Przyznać muszę, że za karmelem przepadam, jednak niewątpliwie jest to smakołyk niezwykle słodki. Dodatek lúcumy nadał mu orzechowego aromatu i wysubtelnił smak.

Fantastyczna kuchnia, fantastyczne, zaskakujące wrażenia smakowe. Polecamy z całego serca.


Kącik łasucha – Arequipa

4 sierpnia 2009

Jugo de rana Miało być o rocoto relleno, ale będzie o czymś zupełnie innym, co skłania trochę ku refleksji, czy ten akurat kącik łasucha nie powinien nazywać się trochę inaczej np. kącik kulinarnych szaleńców. 🙂 No, ale do rzeczy. Jakoś tak już pierwszego dnia będąc na targu w Arequipie (barwnym, gwarnym  i, co rzadkie, przestronnym i dość czystym) rzucił mi się oczy napis jugo de rana. Niestety to słówko wcześniej nie utkwiło mi w pamięci, a nazwa skojarzyła mi się ze sprzedawanym w Ekwadorze jugo de cana, czyli z sokiem z trzciny cukrowej – napojem popularnym, słodkim i niezbyt atrakcyjnym w porównaniu z boskimi sokami owocowymi sprzedawanymi na każdym rogu i w Peru i w Ekwadorze. Zignorowałam więc owo ogłoszenie smakując z lubością sok z guanabany z mlekiem (z dodatkiem soku z pomarańczy i mandarynek) – bananowogruszkowe cudo z nutką cytrusową. Siedząc jednak z Bernasińskim w Arequipie w pokoiku z Internetem i czytając rozmaite informacje na temat Peru natrafiłam na magiczny jugo de rana ponownie. I już wiedziałam, że niekoniecznie dla przyjemności, ale dla ciekawości i frajdy eksperymentowania spróbować by wypadało. Specyfik, jaki miałam testować należy do lokalnych i popularnych tu wynalazków medycyny, nie wiem, czy tradycyjnej, ludowej czy kreatywnej, ale podobno pomaga na pamięć, astmę, anemię i potencję :-). Zawiera dużo składników odżywczych: macę, algarrobinę (syrop z rośliny peruwiańskiej bogatej w białko), pyłek pszczeli, miód i jajko przepiórcze, a na życzenie może być przyrządzana wersja bardziej lub mniej skondensowana. Jest jeden problem. Decydując się na skosztowanie tego specyfiku, na własne oczy widzi się bezpośredni związek między swoimi decyzjami a uśmiercaniem istot żywych (polecamy nieprzekonanym do wegetarianizmu).

Nie ma co ukrywać tego dłużej. Jugo de rana to w tłumaczeniu bezpośrednim sok z żaby… Brzmi okropnie i okropne budzi skojarzenia, ale, żeby uprzedzić spekulacje, nie jest on uzyskiwany za pomocą wyciskania wierzgających żabek przez maszynkę do cytrusów. Choć w sumie proces i tak jest dość drastyczny. Mianowicie wyciągniętą ze stojącego na stoisku akwarium żywą żabkę pozbawia się (szybko) życia uderzając jej łebkiem kilka razy o kant stołu. Auuu! Z uśmierconej żabki zręcznym ruchem ściąga się skórkę – równie sprawnie i szybko jak skarpetkę z nogi – i resztę wrzuca się na kilka minut do wrzątku celem usunięcia wszystkich “nieczystości” (błagam, nie spekulujmy, na ile jest to skuteczne). Im bardziej skoncentrowana wersja soczku, tym więcej żabek idzie pod nóż. Standardowo dwie, a w wersji ekstra mocnej – nawet pięć. Następnie wrzuca się podgotowaną żabkę lub żabki w całości do blendera, w którym czekają już pozostałe składniki: miód, sporo sproszkowanej macy, algarrobina, pyłek pszczeli i jajo przepiórcze all inclusive czyli razem ze skorupką. Całość miksuje się przez chwilę i gotowe. Należy podkreślić, że miksuje się żabki w całości. Razem z kośćmi, głową, nóżkami i co tam jeszcze dana żabka ma. Za wyjątkiem skóry.

Żabki przed rzezią W czasie, gdy nasza pani pastwiła sie nad żabkami, ucinałam sobie pogawędkę z  panem, który przyszedł z plastikową półlitrową buteleczką w celu napełnienia jej soczkiem dwużabkowym. Zachwalał soczek pod niebiosa zarówno za jego walory smakowe jak i zdrowotne. Kiedy żabki zostały już ostatecznie zhomogenizowane i napój był gotowy czekała mnie trudna próba. Mając o pół metra od siebie wlepione w siebie z wyczekiwaniem oczy wielbiciela jugo de rana, musiałam dobrze zapanować nad mimiką twarzy, ostrożnie próbując tego smakołyku. Na szczęście nie było tak źle, jak się tego spodziewałam. Koktajl smakował jak kakao na wodzie, był ciepły, słodki i lekkocynamonowy, wyczuwało się tylko drobinki niezmielonych żabich kostek. Tylko przy dnie smakował nieco jeziorkiem ;-). Isia też spróbowała, ale siła wyrazu oczek przedstawicielek siedzących jeszcze w akwarium okazała się zbyt wielka i werdykt był negatywny – soczek niedobry!

Po południu, zachęceni stopniem ekstremalności doznań (a pod pretekstem zrobienia filmiku i zdjęć), na dwużabkowy soczek wybrali się Błażej z Bernasiem. Soczek im raczej smakował, chociaż po niektórych twarzach w trakcie snucia opowieści wciąż błąkał się wyraz lekkiego obrzydzenia. Podobno głównie z powodu konsystencji i niedomielonych kostek. Ciekawe, co by było, jakby wzięli soczek pięciożabkowy? 😉

Jedno jest pewne. Jugo de rana na pewno działa na pamięć. Nikt mi już nigdy nie będzie musiał przypominać, co znaczy rana po hiszpańsku. Efekt murowany. I jak tu nie wierzyć medycynie ludowej?


Szesnaście tysięcy stóp i kondory pod nami

31 lipca 2009

Płaskowyż Patapampa Oficjalnie pobiłem rekord wysokości, na której byłem (lot hermetycznym samolotem się nie liczy). Isia też. Jadąc bowiem do kanionu Colca (jako kolejni Polacy), prawie najgłębszego kanionu świata (głębszy jest tylko sąsiedni, jeszcze bardziej niedostępny kanion Cotahausi), trzeba pokonać autobusem przełęcz Patapampa położoną na wysokości 4910 m (czyli ciut więcej niż tytułowe szesnaście tysięcy stóp). Jak tam jest, spytacie? Jest zimno, sucho, cicho i pięknie. No i ciut brak tchu. Tym bardziej, że zimne powietrze wdziera się przez okna autobusu. Najpierw jest długi płaskowyż, potem przełęcz, dziwne kupki kamieni, jak wieżyczki na plaży, kilka kamiennych, okrągłych domków, przystanek autobusowy (tradycyjnie ktoś wysiadł, ktoś wsiadł) i cisza. Trzeba przyznać, że położone na dużych wysokościach płaskowyże w Peru mają w sobie coś ze spokoju i pustki dalekich północnych tundr. Tylko, że jest tu jednak cieplej. Lecąc z Europy na zachodnie wybrzeże USA trasa wypada właśnie przez bezkresne przestrzenie północnej Kanady – spoglądając w dół z okna samolotu człowiek się zastanawia, jak wiele pustego miejsca jest jeszcze na naszej planecie. Płaskowyże na południu Peru wyglądają równie pusto i dziko. Tylko jest w sumie cieplej. Aż chce się wysiąść z autobusu byle gdzie i pójść przed siebie w stronę majaczących na horyzoncie gór. Na razie jednak powstrzymując wszelkie pokusy odznaczyliśmy w czarnym zeszyciku rekord wysokości ryjąc pięć kresek (piąta ciut-ciut krótsza) i pojechaliśmy dalej.

Droga w dół kanionu Colca oraz oaza Sangalle Po pokonaniu płaskowyżu i przełęczy zjechaliśmy do położonego tuż nad górną krawędzią kanionu miasteczka Chivay. Tam skorzystaliśmy ze słynnych chivajskich basenów z gorącymi źródłami. Nic nie pobije widoku lekko ośnieżonych gór dookoła, gdy siedzisz w gorącej wodzie (temperatura 39 stopni) w odkrytym basenie z buteleczką zimnego piwka w ręku! Rano czekał na nas autobus do Cabanaconde (wioska nad samą krawędzią i jednocześnie start wszystkich szlaków) oraz sam kanion – i już nie było nam tak wesoło. Oj, nie! Aby zdążyć z naszą metodą sztafetową (Beata została z młodym w Arequipie) musieliśmy z Isią zejść na dół i wejść tego samego dnia (unikając tym samym wstawania o trzeciej nad ranem, aby zdążyć na pierwszy autobus powrotny). Schodziliśmy ciut ponad 2h (ale wcześniej pogubiliśmy drogę za wioską i zmarnowaliśmy godzinę łażąc wzdłuż kanionu po inkaskich tarasach, wypatrując ścieżki na dół i omijając liczne kupy mułów oraz ostre kaktusy). Od razu muszę też zdementować opublikowaną w Wikipedii informację, że “dno kanionu przypomina krajobraz księżycowy, pokryty głazami i pozbawiony jakiejkolwiek roślinności”. W całym kanionie widać roślinność, jest mnóstwo kaktusów i suchych traw, a na samym dole płynie wesoła rzeka i widać drzewa. W miejscu, do którego szliśmy jest nawet oaza (zakole rzeki utworzyło tam spory, płaski teren – zdjęcie obok), w której rosną palmy, kaktusy, przystrzyżona trawka, a sponiewierani turyści siedzą w ślicznych basenach. Posiedzieliśmy i my, a potem rozpoczęliśmy wychodzenie. Oj! Było ciężko! Oj, oj! Tysiąc dwieście metrów różnicy wysokości najpierw w dół, a potem w górę – to nie przelewki. Zajęło nam to 4h, czyli wynik zgodny z górną granicą informacji uzyskanej u gospodarza. Pod koniec było już ciemno i szliśmy z latarkami. Świecił nam księżyc, Krzyż Południa oraz liczne bliżej nam nie znane gwiazdozbiory.

Kondory pod namiZadanie wykonaliśmy, zdjęć zrobiliśmy sporo (gdy tylko obrobimy, będzie ładna galeryjka), a dziś rano jeszcze po drodze do “domu” zatrzymaliśmy się na trochę przy krzyżu kondorów (Cruz del Condor) – punkcie widokowym w wyższej partii kanionu, gdzie codziennie można oglądać szybujące kondory wielkie. Miejsce jest specjalnie dobrane, bo na ścianie kanionu poniżej punktu widokowego (z kamiennym krzyżem – a jakże) są gniazda tych ogromnych ptaków. Obserwacja jest więc praktycznie murowana. Zresztą zauważyliśmy, że kondory są już przyzwyczajone do widoku ludzi, przelatują dość blisko, przysiadają na skale kilkanaście metrów od tłumu i pozują jak piłkarze na boisku przed fotoreporterami (wygląda to podobnie, tylko sprzęt fotograficzny nieco mniej profesjonalny). Latają głównie w kanionie, a więc pod nami – stąd tytuł. Wyglądają naprawdę majestatycznie – szybują praktycznie bez ruchu w czystym, rozgrzanym powietrzu – czasem po kilka naraz (najwięcej widzieliśmy 8 jednocześnie). Widok niezapomniany!


Home Simulator wersja 1.0

30 lipca 2009

Przed naszym pokojemBernasińskiego  (czyli Sińskiego) przewiało nad Titicaca i biedak załatwił się na cacy. Na moje oko zapalenie ucha – nasilający się nocą ból, płacz, wysoka gorączka i duże osłabienie. Kurujemy go od trzech dni, wczoraj po konsultacji z lekarzem z Polski (God bless Skype!) włączyliśmy antybiotyk.  Jest już lepiej – dzisiaj już z choroby wkraczamy w etap rekonwalescencji.  Od dwóch dni pogoda jest przepiękna – niebo błękitne, górujący nad Arequipą i pokryty śniegiem wulkan el Misti błyszczy w słońcu, więc Błażej z Isią pojechali do kanionu Colca – na pewno napiszą parę słów, jak wrócą. Mamy mały zapas czasowy, ponieważ planowaliśmy dłuższy trekking w okolicach Arequipy (niestety, plany zniweczyła Bernasiowa choroba). Prawdopodobnie więc i mi uda się tam pojechać chociaż na 2 dni. Tymczasem jednak siedzimy sobie z Sińskim w Arequipie w wypasionym, biorąc pod uwagę nasze dotychczasowe wybory, pokoiku hotelowym dwieście metrów od Plaza de Armas, czyli głównego placu Arequipy. Mieszkamy we dwójkę i, aby przyspieszyć proces zdrowienia, udajemy, że jesteśmy w domu. Symulacja obejmuje:

  1. pokój z łazienką z gorącą wodą 24h/dobę (co nie jest aż takie znowu częste pomimo zapewnień właścicieli – istnym utrapieniem są elektryczne ogrzewacze, których obsługę nie tak prosto opanować i które, rzecz jasna, nie działają, jak wyłączą prąd. Przedsmak Amantani mieliśmy w Agua Calientes, jak umordowani wróciliśmy do  hotelu po 12 godzinach biegania po górach i Macchu Picchu, nie było prądu i, co za tym idzie, ciepłej wody…),
  2. dużo przestrzeni (pokój mamy czteroosobowy),
  3. stolik z jedzeniem, piciem i smakołykami (eksperymentujemy z owocami, na tapecie ostatnio lucuma),
  4. cichy i słoneczny mikrodziedziniec ze stolikami tylko dla nas (bo reszta towarzystwa już wyjechała po Fiestas Patrias, narodowym święcie Peruwiańczyków),
  5. Internet za dnia (bo w nocy wyłączają z bliżej nieznanych powodów),
  6. pełną dostępność do gadżetów elektronicznych, bo Błażej wszystko zostawił ;-),
  7. no i ku utrapieniu mojemu i ku radości Sińskiego, kablówkę, na którą w chorobie ma większe przyzwolenie niż zazwyczaj. (Stwierdzam, że po hiszpańsku Cartoon Network jest równie hałaśliwy, a mimo to rozentuzjazmowanemu Sińskiemu, nawet jak czuł się źle, trzeba go było reglamentować.)

Wersja deluxe obejmuje także ugotowaną na kuchence turystycznej domową zupkę jarzynową, ciepłe mleko wieczorem i czytanie bajek (z Internetu ;-)).

Na szczęście Bernasiński zdrowieje, więc niedługo wracamy do realu. :-).


Bim bom, jak marzną mi paluszki

28 lipca 2009

Sternik i kapitan Po wizycie u skomercjalizowanych, ale jedynych w swoim rodzaju Indian Uros popłynęliśmy na Amantani, wyspę zamieszkałą przez Indian mówiących quechua, którzy za opłatą goszczą turystów pragnących zaznać nieco spokoju i odpocząć od zgiełku dzisiejszego świata. Wyspę zamieszkuje osiem wspólnot – mieliśmy być przyjęci przez jedną z rodzin. Do Amantani dopłynęliśmy po 3 godzinnym rejsie pyrkającą drewnianą łódeczką. Specjalnie mi to nie przeszkadzało, bo jak już się niektórzy zdążyli zorientować, tylko pędzące motorówki działają mi na nerwy. Za to sternik i kapitan w jednym (ubrany to w kolorową peruwiańską czapeczkę, to w skórzany kapelusz, to w jedno i w drugie) poczuł się już chyba odrobinę zmęczony albo zmarznięty, bo wyciągnął z zielonego foliowego woreczka kilka listków koki, poczęstował niektórych współtowarzyszy podróży i zabrał się z namaszczeniem do przeżuwania świętej rośliny. Po chwili wszyscy mieli w policzku twarzową gulę z upchniętego językiem specjału. Koka podobno niweluje zmęczenie, odczucie zimna i dodaje energii, dzięki zawartej w niej alkaloidom. Chociaż z tej właśnie rośliny uzyskuje się kokainę i z nią się ją głównie kojarzy, to jednak dowodów na uzależniające działanie zwyczaju żucia liści koki brak, a na uzyskanie kilograma kokainy potrzeba aż 45 kg liści tej rośliny. Koka była niegdyś świętą rośliną Inków, niedostępną dla zwykłych ludzi, a po podboju Ameryki Południowej przez Hiszpanów była nawet środkiem płatniczym w Andach. Nie udało mi się jeszcze jej spróbować, bo nie bardzo wiem skąd wziąć potrzebny do tego katalizator – w oryginale powinna być to odrobina popiołu z komosy ryżowej (quinui), zboża rosnącego w Andach. Może spreparujemy odrobinę z płatków owsianych, jakie noszę w plecaku ;-). Przerażonym tym pomysłem sugeruję sprawdzenie, z jakiej rośliny produkuje się opium.

Na AmantaniNa wyspie powitała nas uśmiechnięta señora Klara w śnieżnobiałej bluzce i wielowarstwowej spódnicy. Wdrapaliśmy się na górkę dysząc – chociaż spędziliśmy wcześniej kilka dni w Cuzco i okolicach (wysokość nad poziomem morza: Macchu Picchu: 2400m n.p.m., Cuzco: 3300m n.p.m.), a więc częściowo chociaż powinniśmy mieć aklimatyzację za sobą, to jednak 3900m n.p.m. to nie przelewki. Tym razem szczególnie odczuł to Bernaś, co być może było spowodowane osłabieniem wcześniejszymi lekkimi problemami żołądkowymi – stanowczo protestował przeciwko wszystkim wzniesieniom świata, a następnie nazwał Titicaca okropnym bajorem. Zamieszkaliśmy na pięterku w surowym pokoiku, w domku z suszonych na słońcu cegieł z gliny i mułu (adobe), typowego dla tych okolic materiału budowlanego. Wejście miało jakieś 1.50m więc musieliśmy się zdrowo nawyginać, żeby się zmieścić z plecakami, ale za to za balkoniku widać było kilkanaście kilometrów dalej ośnieżone szczyty Kordyliery Królewskiej – już po boliwijskiej stronie jeziora. Señora Klara podała nam lunch złożony z bardzo smacznej zupy z quinui, (komosy ryżowej) oraz ziemniaków, ryżu i smażonego andyjskiego sera oraz aromatyczną i wyjątkowo smaczną herbatkę z munii zaparzoną z jednej maleńkiej gałązki zioła Minthostachys setosa. Porcje były skromne, ale zupełnie wystarczające, bo chyba rzeczywiście tak jest, że im wyżej tym do żołądka można zmieścić mniej.

Sandałki Chociaż spodziewaliśmy się, że Indianie nad Titicaca mieszkają w surowych warunkach, to jednak nie wiedzieliśmy, że aż w tak surowych. Kuchnię stanowiła duża gazowa butla stawiana bezpośrednio na ziemi, a jedzenie było nakładane w powietrzu bezpośrednio z gara stojącego na klepisku. Elektryczności nie było i wszyscy siedzieli przy świecach – to akurat nie była niespodzianka – na Amantani nie ma także ani dróg ani samochodów, wszystkie odległości pokonuje się pieszo, a podstawowym środkiem transportu dóbr wszelakich (w tym dzieci) jest chusta noszona na plecach. Dostaliśmy zaszczytne miejsca przy stole – reszta domowników, wliczając w to sympatyczne i umorusane dzieci, siedziała bezpośrednio na podłodze, a właściwie bezpośrednio na ziemi. Jak się okazało, dwoje z nich było chore – roczne niemowlę miało błyszczące oczy i upapraną katarem buzię. Nie leżały w łóżkach, ale siedziały z dorosłymi – prawdopodobnie ze względu na odrobinę wyższą temperaturę w kuchni – na dworze po zmroku było około zera stopni, tego dnia dodatkowo jeszcze wiał zimny wiatr. W Polsce niemowlęta sadzane są na podłodze na ciepłych kocykach i po wcześniejszym upewnieniu się, że dookoła jest czysto i ciepło – tutaj chore niemowlę z gorączką, której się nie zbija, bo nie ma leków, posadzone zostało na rozścielonym brudnym płócienku bezpośrednio na klepisku, po którym wcześniej biegały kury. I chyba wynika to także (oprócz biedy) z większej akceptacji tego, że dzieci chorują i tak już jest, podczas gdy my raczej traktujemy chorobę jako stan patologiczny, który trzeba natychmiast zwalczyć. Obrazu dopełniały jeszcze sandałki na gołych nogach większości obecnych, dla których jedyną widoczną alternatywą były chińskie tekstylne tenisóweczki. Nie ma żadnego ogrzewania, nie ma pieca, bo na wyspie jest bardzo mało drzew, a wychodek jest kilkanaście metrów za domem (tam przynajmniej była doprowadzona woda, w przeciwieństwie do kuchni).

W drodze do Puno Okolice Titicaca urzekają niezwykłym pięknem – płaskowyż altiplano położony na wysokości 4000m n.p.m. pomiędzy Peru a Boliwią zapisałam już sobie w pamięci jako jedno z tych miejsc, do których chciałabym wrócić na dłużej. Jednak klimat nad Titicaca jest surowy – zero stopni w nocy to standard o wszystkich porach roku, w dzień też nie jest bardzo ciepło – było może 6-10 stopni. Powietrze (niech mi to eksperci powiedzą, czy to tutejszy klimat, czy ma to związek z wysokością nad poziomem morza) jest bardzo suche – śluzówki wysychają w straszliwym tempie – zupełnie tak, jak po kilkunastogodzinnym locie samolotem. W nocy było zimno. Bardzo zimno. Spaliśmy w czapeczkach, śpiworach i jeszcze pod kocami. Jestem pełna podziwu dla hartu Indian mieszkających w takim klimacie i w takich warunkach. Nie wiem, czy mają inny wybór – być może jedynym możliwym jest wyobcowanie kulturowe w slumsach Limy.

Odświętny strój na Taquile O ile Amantani sprawiało wrażenie wysepki gdzieś na końcu świata, to wyspa Taquile, do której popłynęliśmy następnego dnia była już dużo bardziej nastawiona na turystów. Właśnie trwało święto św. Jakuba – Indianie w tradycyjnych strojach – mężczyźni w tęczowych (kolory imperium inkaskiego) stroikach na głowach i kobiety w puchatych wielowarstwowych spódnicach tańczyli i grali na fletach na placu przed kościołem, z którego następnie wyniesiono kielich z komunikantami, oraz figurkę św. Jakuba – najwyraźniej najważniejszej osobistości tego dnia. Wracaliśmy trzy godziny drewnianą łodzią pełną lokalnych mieszkańców. Kobiety siedziały na podłodze zawzięcie szydełkując i z upodobaniem strzelając balonami z gumy do żucia, chłopak naprzeciwko w sportowej bluzie jakiegoś klubu robił na drutach jak szalony (tradycja Taquile) – wydziergał rządek lam przez ten czas. A dzieciaki uczyły turystów z karaibskiego Curaçao grać w makao oraz w “idę na ryby”.

Podobało nam się bardzo – z jednym zastrzeżeniem – było zimno. I  nocy, i w dzień. A że Siński wyglądał na zmarnowanego, to jak już w Puno zaczął padać śnieg, miarka się przebrała i stwierdziliśmy, że modyfikujemy odrobinę plany i zjeżdżamy od razu 1500m niżej – do Arequipy.

Zapraszamy do galerii.

Wiadomość z ostatniej chwili: Zwialiśmy w samą porę. We wczorajszej gazecie podano, że około godziny po tym, jak dotarliśmy do Arequipy, szosa z Puno do Arequipy została kompletnie zablokowana z powodu zamieci śnieżnej i wypadków samochodowych, które spowodowała (szczegóły podaje Correo). Do momentu zamknięcia wydania gazety drogówka nie była w stanie dotrzeć do miejsca wypadku z powodu grubości pokrywy śnieżnej. Korek na przełęczy na 4500m w zamieci śnieżnej? Nie, dziękujemy, nie tym razem. Uffff…


Pływające materace

27 lipca 2009

Wysepka na której wylądowaliśmy Wow! Ale miękko! Po kołysaniu na tym starym gracie, zeskoczenie na to coś można porównać na przykład do skakania na sprężystym materacu po wędrówce z Zakopanego na Giewont. Przed chwilą właśnie wykonałam skok “na szczura lądowego” prosto na jedną z wysp Uros na jeziorze Titicaca. Wyspy te są po prostu pływającymi tratwami z trzciny, zwanej tortora. Wszystkie tworzą jakby miasto na wodzie. Między nimi niby po ulicach kursują łódki kierowane przez Indianki w ślicznych, jaskrawych ubrankach oraz królewskie łodzie z dwoma głowami: żaby i pumy oraz lektyką na górze – specjalnie dla turystów.

A oto co powiedział nam miejscowy na temat ich konstrukcji: “Najpierw budujemy pływające platformy z resztek zgniłych roślin, następnie wbijamy w nie drewniane paliki i złączamy je sznurem. Potem kładziemy na nie na przemian kilka warstw tortory – w ten sposób otrzymujemy pływające tratwy. Następnym krokiem jest przywiązanie się do dna – nie chcemy odpłynąć do Boliwii, nie mamy paszportów! Stawiamy domki, stożkowate kuchnie. Mama, tata – i gotowe!” – dokończył stawiając na modelu wyspy dwie figurki.

Mama tata i domek na pływającej wyspieDo jednego z takich domków zaprowadziła nas pewna Indianka. Domek był mały, wielkości dużego, podwójnego łóżka, a połowę zajmowało właśnie łóżko – całe z trzciny, nakryte kocem. Pani domu zaproponowała nam także kupno kolorowych czapeczek, miseczek ze wzorkiem (do powieszenia na ścianę) oraz łódek z trzciny (małych, oczywiście). Kupiliśmy coś-niecoś, aby wspomóc wyspy, a następnie wyszliśmy jeszcze na punkt widokowy w ogromnej rybie z trzciny (od niej to właśnie wzięła nazwę wyspa). Potem pozostawało nam tylko wsiąść na oczekujący nas kuter (stary grat) i odpłynąć z Isla Jacha Challwa (Wyspy Wielkiej Ryby).

W sumie to było super, ale ci tutaj to muszą mieć ciężkie życie… Do lądu daleko i sklepu nawet nie ma. Pomyślcie, jak tu musi być zimno w nocy skoro w Punu (miasto portowe) było mi chłodno, chociaż byłam owinięta ocieplającym prześcieradełkiem, śpiworem i trzema kocami! Za to wysepka fajna i z miękką podłogą.


Kącik łasucha – Cuzco

25 lipca 2009

PrzedKontynuując tak emocjonujący wątek “jeść czy nie jeść – oto jest pytanie” pragniemy donieść, że skuszeni egzotyką i, przyznajemy, rozochoceni potencjalnymi reakcjami 😉 zaplanowaliśmy i z premedytacją dokonaliśmy degustacji andyjskiego specjału, czyli świnki morskiej. Jak już szaleć, to szaleć więc postanowiliśmy spróbować jeszcze alpaki, co wydało nam się już troszkę mniej kontrowersyjne, choć wciąż wystarczająco pociągające. Od razu aby ustawić całość we właściwych barwach informujemy, że świnka morska była udomowiona w Andach kilka tysięcy lat temu właśnie ze względu na mięso. W Ekwadorze i w Peru kilkukrotnie widzieliśmy świnki morskie biegające wokół wiejskich chatek, podobnie jak u nas biegają kurczaki – należy je więc uważać za gatunek udomowiony, nie zagrożony oraz stanowiący ciekawy element andyjskiej kultury.

Ostatnia wieczerza - wersja peruwiańskaMamy też niezbite dowody z nieco mniej przyziemnych sfer: W Cuzco oraz  w Limie znajdują się dwa podobne nieco do siebie obrazy namalowane w XVII w. przez miejscowych artystów. Oba to “Ostatnia Wieczerza” – w roli pierwszoplanowej pieczona świnka morska ułożona na talerzu z bezbronnie sterczącymi ku niebo nóżkami. Obok na stole znajdują się inne podstawowe produkty kuchni andyjskiej czyli ostra papryka i andyjski ser.  Funkcja kulinarna była więc funkcją pierwotną i dopiero po podboju Ameryki przywieziono świnki do Europy, gdzie rozpoczęły swoją karierę jako przytulanki i ulubienice elegantek. To chyba tyle gwoli wyjaśnień i usprawiedliwień.

Świnki jada się i w Ekwadorze i w Peru w różnych formach: potrawek, zupek i saute, a także jako dodatek do pizzy (to jest dopiero fusion przez duże F :-)) ale to właśnie w Cuzco zrobiono ze świnki danie sztandarowe. Konkretnie mówiąc ze świnki pieczonej. Grzecznie więc czekaliśmy aż do Cuzco, żeby tego smakołyku spróbować, choć nasłuchaliśmy się o nim już w Ekwadorze.

Kuchnia fusion ;-)Nasze drogie dzieci okazały się być elastyczne kulturowo i szykowały się już do tego wydarzenia z zapałem ćwicząc okrzyki “cuy! cuy!” (tak tutaj mówi się na świnkę morską) za każdym razem, kiedy mijaliśmy restaurację z tym sympatycznym ssakiem figurującym w menu. Nie pozostawiały żadnych wątpliwości, czego szukamy. W końcu wybraliśmy restaurację i zamówiliśmy świnkę z klasycznym dodatkiem – z nadziewaną papryką chili i pieczonymi ziemniakami. Jakoś nie doczytałam i z rozpędu zamówiłam suflet z papryki także na przystawkę, ale na szczęście jest to jedno z moich ulubionych dań i do tego okazało się rewelacyjne.

Na przystawki czekaliśmy dość długo i już zaczęliśmy żartować, że kucharz na pewno biega po podwórku za nieszczęsnym gryzoniem, a z resztą czeka dla niepoznaki, kiedy dzieciaki otrzymały swoje nadziewane ziemniaczki (uaktualnienie: nazwa hiszpańska: papa rellena), a ja suflet, a właściwie paprykę z sufletem. Suflet był delikatny, puszysty i lekko słodki  – przed zapieczeniem oblano nim żółtą paprykę wypełnioną mięsem wołowym z dodatkiem słodkich, ciemnobrązowych, rodzynków królewskich, co podkreślało wyrazisty smak chili (uaktualnienie: nazwa hiszpańska nadziewanej w ten sposób papryki to aji amarillo). Jednym słowem pycha. Dzieciakowe ziemniaczki też były smakowite i do tego jeszcze tak słusznych rozmiarów, że mogły by uznane za danie samodzielne. W dobrych humorach więc oczekiwaliśmy na kolejne rozkosze podniebienia, którymi miały być alpaka, kurczak w sosie z orzeszków ziemnych (uaktualnienie: nazwa hiszpańska: aji de gallina, sos z orzechów pekan, nie ziemnych) oraz gwóźdź programu, czyli pieczona świnka morska. Następne wjechały dwa wielkie kawałki alpaki z grilla z dodatkami. Błażej pochłonął je w całości nam pozostawiając jedynie małe kawałeczki do spróbowania. Mięso było smaczne, twardawe, zbliżone nieco smakiem do schabu, ale ciemniejsze.

Suflet z papryką nadziewaną Papa rellena czyli ziemniak nadziewany
   
Grillowana alpaca Kurczak w sosie z orzeszków ziemnych

Jak się spróbuje takiego specjału i pochodzi nieco po sklepach z pamiątkami, gdzie można kupić wyroby z alpaki – miękkie, ciepłe i praktyczne to nie należy się dziwić, że to zwierzę jest hodowane w Andach właśnie dla wełny i mięsa. Świnie (nie świnki ;-)) są z tego punktu widzenia dużo mniej praktyczne, bo chociaż mięso smaczne, to wełny ani odrobinki. Kurczak w sosie z orzeszków ziemnych nie zaskakiwał, orzeszki wyczuwało się ledwo ledwo, ale smak był bardzo delikatny, mięso mięciutkie, a całość świetnie komponowała się z ryżem. Jednym słowem wybór trafiony i dzieci zajadały z apetytem.

I po...Kiedy kelner wniósł najważniejsze danie tego wieczoru wszyscy byliśmy mile zaskoczeni. Od razu widać było, że to gryzoń słusznych rozmiarów – wrażenie zwiększała jeszcze papryka z odrobiną zielonego wiechcia stercząca mu przekornie z pyszczka. Kelner przewidująco przyniósł nam świnkę w całości, a następnie, jak już nasyciliśmy się jej widokiem, pokroił ją zręcznie na kawałki doradzając jedzenie ręką, nie sztućcami. Poszliśmy więc za jego radą. Mięsa na drobnych kostkach było niewiele, co było błogosławieństwem, bo choć delikatne i miękkie to nie było specjalnie smaczne – nie dane nam będzie sprawdzenie, czy to za przyczyną braku umiejętności szefa kuchni (suflet temu przeczy), czy też z racji swoich naturalnych cech. W wielu źródłach opisuje się smak i aromat świnki jako coś pomiędzy królikiem, a kuropatwą – za królikiem przepadam, smaku kuropatwy nie pamiętam. Jak dla nas, to świnka smakowała trochę podobnie do kurczaka. Wrażenie psuło jednak coś innego. Świnka zalatywała makrelą. I do tego jeszcze wędzoną. Nareszcie więc wyjaśniło się, dlaczego morska. Dlaczego świnka, nawet po skonsumowaniu nie wiemy.