Kino drogi

Plan był następujący: z chłodnego, górskiego San Cristobal przejechać do tropikalnego Palenque, następnie do Playa del Carmen na Jukatanie i w zależności od sytuacji epidemiologicznej albo kontynuować zwiedzanie miast Majów wynajętym na kilka dni samochodem, albo zaszyć się grzecznie w jakimś hoteliku i przeczekać, aż się wszystko ustabilizuje. Już wcześniej co poniektórzy namawiali nas, żebyśmy skończyli w końcu z tym Hichcockiem (wg nas bardziej była to mieszanka thrillera medycznego i filmów katastroficznych), więc posłusznie oznajmiamy, że zmieniamy konwencję na kino drogi i mamy nadzieję, że thriller o nas zapomni.

Wypalana dżunglaZarówno San Cristobal jak i Palenque leżą w Chiapas – najbiedniejszym chyba obszarze Meksyku w dużej części zamieszkałym przez Indian. Setki lat nierówności społecznych i nędza, w jakiej żyje część społeczności indiańskiej, spowodowała, że należy on również do stanów najbardziej niespokojnych – ostatnie powstanie Indian miało miejsce w roku 1994. Droga z San Cristobal do Palenque (203km = 6 godzin!) po zmroku także nie należy do bezpiecznych – zdarzają się tam napady z bronią. Za dnia widać dlaczego. Z wysokości 2300m n.p.m. zjechaliśmy na wysokość 300m n.p.m. mijając dwa poligony, kilka posterunków, więzienie i kilkanaście wiosek indiańskich. Dobrze jest w tym momencie zweryfikować pojęcie wioski indiańskiej, gdyż nie jest to krąg tipi z ogniskiem w środku, ani szereg chałupek z czerwoną dachówką.  Większość jednoizbowych chatek sklecona była z desek i przyklejona jakimś cudem do stromego zbocza. Poletka porastała kukurydza lub pokrywały je zeschłe łodygi roślin, gałęzie i liście. Bananowce rosły gdzie popadło, dzieci biegały po ceglastej ziemi. Pomiędzy wioskami widać było świeżo wykarczowaną ziemię siłą wyrwaną dżungli, o niektórych miejscach ktoś jakby zapomniał i tam zieleniły się świeże pędy. Całość wyglądała jak pobojowisko – miało się wrażenie, że toczy się tu jakaś straszliwa walka, a obie strony – i człowiek i dżungla są mocno nią umęczeni.

Kiedy dojechaliśmy do Palenque dość mocno już zmęczeni ciągłymi zakrętami na górskich drogach, okazało się, że ze względu na walkę ze świńską grypą wszystkie muzea państwowe Meksyku wliczając w to Palenque i inne miasta Majów będą zamknięte aż do 6 maja. Podobnie wodospady i inne atrakcje. Zapachniało kwarantanną, więc po krótkiej wojennej naradzie postanowiliśmy ominąć Jukatan i skierować się prosto do Tikal, do Gwatemali – na szczęście udało się to zaaranżować z właścicielem umiejscowionej nieopodal agencji Na rzeceturystycznej. Jednak do Gwatemali dostać się nie jest tak prosto, co się miało okazać nazajutrz. Wyruszyliśmy o 6 rano eleganckim klimatyzowanym busikiem zabierając po drodze grupę Nowozelandczyków i Australijczyków. Po 2 godzinach okazało się, że dalej zawiezie nas inny, także klimatyzowany, niemniej jednak nie aż tak wytworny tzw. samochód turystyczny. Dostaliśmy pieczątki po meksykańskiej stronie, właściciel agencji pożegnał nas machając serdecznie i zostaliśmy wraz z bagażami zapakowani do łodzi drewnianej, motorowej, krytej trzciną, która w ciągu pół godziny miała nas przewieźć na stronę gwatemalską, wprost w ramiona kierowcy autobusu jadącego do Flores, bazy wypadowej do Tikal w Gwatemali. Łódka była fantastyczna, rzeka (Usumacinta) rwąca, pełna wirów i otoczona dżunglą, jeśli zaś chodzi o bezpieczeństwo, to kapoki bezpiecznie spoczywały sobie na rufie w worku na ziemniaki. Wysadzono nas jednak na brzeg dość sprawnie i sternik pożegnał się z nami mówiąc, że nasz autobus przyjedzie za 20 minut.

Nasz wyczekany autobus Czekaliśmy więc w atmosferze piknikowej z Nowozelandczykami i Australijczykami strzelając z Bernasiowego łuku, polewając się wodą, ganiając za małpami i zawierając taktyczne alianse przeciwko lokalnym wyzyskiwaczom, którzy nie mając wydać reszty ze 100 quetzali (waluta gwatemalska) blokowali dostęp do toalet.  Co jakiś czas przyjeżdżał jakiś autobus, mikrobus, chickenbus, dogbus (wg Bernasia zamiast kurczaków ma psa na przyczepce), tylko nie nasz upragniony środek lokomocji. Za każdym razem byliśmy zapewniani o tym, że jeszcze pół godzinki i będzie na miejscu. Zdążyły przypłynąć jeszcze dwie inne łódki, i dalej ani widu ani słychu. W ciągu tych trzech godzin choć w cieniu, ale w upale, zdążyliśmy się umęczyć niemiłosiernie, więc skoro nasz autobus zajechał, byliśmy w siódmym niebie. W międzyczasie do ekipy dołączył uliczny iluzjonista amator narodowości nieznanej, oraz nowe latynoskie wcielenie Che – bose, w czerwonej koszulce z żółtą gwiazdą na piersi i charakterystycznej czapeczce na włosach, która nie chroniła przed upałem, ale niewątpliwie dodawała stylu. Zapakowaliśmy się nieszczęśni do autobusu nie pierwszej już młodości, ale za to z otwieranymi oknami i  ruszyliśmy naprzód. Na tym etapie stwierdziłam, że jeśli trend się utrzyma, to do Flores dojedziemy na furmance. Po trzech kilometrach wysiedliśmy i ustawiliśmy się w kolejce do urzędników gwatemalskich. Upał doskwierał, stadka kurczaków uganiały się przed urzędem imigracyjnym, półnagi iluzjonista intensywnie ćwiczył, a Che uśmiechał się tajemniczo. O dziwo, było miło i pieczątki dostaliśmy wszyscy i tym samym oficjalnie wyrwaliśmy się ze szponów zarazy.Potem pozostało nam jedynie przetrwać kolejne półtorej godziny jazdy po drodze szutrowej z prędkością 35km/h i z otwartymi oknami. Radosny optymizm jednak dominował, bo jak w końcu wjechaliśmy na asfaltówkę, to wszyscy zaczęli się poklepywać po ramionach. Przed Flores czekała nas jeszcze jedna (zgodna z trendem) przesiadka do ciasnego mikrobusa bez klimatyzacji, ponieważ, jak nam powiedziano, duże autobusy nie mogą do Flores wjeżdżać. Ale co tam, po 11 godzinach i 5 środkach lokomocji byliśmy na miejscu. Odebrał nas, jak się przedstawił, “reprezentant tej samej firmy”, zadając kłam tezom, że współpraca meksykańskich i gwatemalskich agencji nie istnieje. Ufff, co za ulga!

Zdjęcia tu.

8 Responses to Kino drogi

  1. Jola-mama pisze:

    No to macie coraz wieksze nietypowe , niesamowite , nieprzewidywalne , egzotyczne przezycia,Cieszy mnie ,ze humory dopisuja , a zdjecia to udowadniaja. Trzymajcie sie

  2. Rano jedziemy do Tikal, a stamtad sprobujemy jednak dostac sie do Belize. Pewnie w dzungli internetu nie bedzie, wiec do uslyszenia za kilka dni.

  3. aga pisze:

    wasze przeżycia są bardzo, delikatnie mówiąc emocjonujące, i podziw za „spokój” wypowiedzi, ale ja bym się ze strachu …..hmm. życzę więc ciekawych ludzi lecz i w miarę spokoju w drodze. a grypa podobno się wycisza.

  4. Ania Dziuba pisze:

    Eeee tam, też mi egzotyczne przeżycia … ja w podobny sposób 14 lat temu, będąc studentką, dotarłam z Wrocławia przez Mińsk do Kijowa – brakowało tylko łódki, małp i Che 🙂 A wracając do waszej wspaniałej wyprawy – czyta sie z prawdziwą przyjemnościa, prawie jakbym była z wami! Serdeczne pozdrowienia i przyjemnej dalszej drogi!!!

  5. Basia Widera pisze:

    Właśnie, Beciek. To jest normalny i bardzo luksusowy sposób podróżowania w tej części świata. Wszystkie „autobusy” przyjechały i jak rozumiem większość miała nawet okna, co z pewnością nie jest standardem. Łódka płynęła jak trzeba i nie zabierała na pokład krów i świnek, co też sie zdarza. Ludzie czytają i „ochają” jakby dopiero się dowiedzieli, że tam metro nie dojeżdża :))) I jeszcze ktoś gotów pomyśleć, że się całe życie klimatyzowanym mercem przemieszczasz. A pamiętasz jak jechałyśmy do Chyciny, też z dobytkiem na plecach i w upale, pociąg się popsuł a i bez tego przesiadki miały być ze cztery. W efekcie już nie wiem ile było, a przecież odcinek jednak trochę krótszy i europejski. Albo 12 godzin pociągiem i 5 kolejnych trzema różnymi autobusami do… Krościenka? Nie mówiąc już o tym, że nie bardzo miałyśmy za co wrócić 🙂 Tego ostatniego akurat Wam nie życzę, zdecydowanie! Za to bardzo ściskam. Mam nadzieję, że w Tical wam się podobało a wyjce sprawowały się jak należy?

    • Beata Kotełko pisze:

      Jazdy autobusami i innymi to jeszcze będzie sporo i to mocno klimatycznej, ku naszej uciesze 🙂

  6. Gabi i Tom pisze:

    Dla tych rodakow, ktorzy nie pamietaja, a chcieliby doswiadczyc podobna ,,przygode”, jeszce przed wyjazdem do Mezo Ameryki…. wystarczy wsiasc w wypatrzony mikrobusik (przyznam nie kazdy) z Wroclawia do Nysy. W trasie wszystko moze sie przydazyc,oprocz krow i swinek (no bo mikrobusik), ale raz byly w koszyku kury. :-}H
    P.S. 4B: Na pewno nurkujecie! Wracacie do Gwatemali?

  7. aga pisze:

    Nie skłamię, gdy stwierdzę, że brak mi waszych relacji. wyjdźcie już z tej dżungli i piszcie!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: