Kącik łasucha – (dygresje niekontrolowane) – pogranicze Meksyku i USA

Green chile wersja testowaKiedy jechaliśmy do Stanów cieszyliśmy się niezmiernie, że oprócz lokalnych specjałów znów zjemy coś meksykańskiego. Kilka razy spróbowaliśmy różnych specjałów: a to enchilady, a to empanady, a to quesadille. Jednak wciąż nie było to to, o co nam chodziło. W wielu przypadkach dania były podawane z dużą ilością topionego żółtego sera, bardzo często był to cheddar – pomarańczowy, pełnotłusty ser amerykański, pyszny prosto z lodówki, jednak na gorąco choć smaczny – to jednak tłusty. Burritos, tortille zawijane z różnymi nadzieniami, były zdecydowanie najlepsze, więc popróbowaliśmy różnych odmian i w Nowym Meksyku i w Utah. I jeszcze na dodatek robiliśmy je też własnoręcznie z kurczakiem i jajkiem sadzonym w środku (Błażej tu robił za mistrza). Właśnie w Nowym Meksyku spróbowaliśmy sosu z zielonych papryczek chile (green chile stew), podawanego właśnie do enchilad, tym razem nadziewanych duszonym bakłażanem i wołowiną. Zasmakowało bardzo, więc tylko kwestią czasu było kiedy spróbujemy tego specjału znów.

Misja św. KsaweregoPędząc po pustyniach południowej Arizony i Kalifornii (pamiętacie 15.10 do Yumy lub jego remake z Rusellem Crowe?), niezmienionych od czasu, gdy rewolwerowcy tacy jak Billy the Kid robili tu, co chcieli, nabraliśmy ochoty na meksykańskie jedzenie, szczególnie po pysznej kolacji z tacos, jaką ugoszczono nas w Phoenix (bardzo dziękujemy!:-)). Meksykańskie klimaty to coś, co nam pasuje bardzo, a w Arizonie jest tego sporo. Bardzo nam zapadła w pamięć wizyta w misji Św. Ksawerego niedaleko Tucson – choć oficjalnie Stany, to jednak to już był Meksyk. Zajechaliśmy na wyprażony słońcem parking w rezerwacie Indian Tohono. Wokół kompletna pustka, ale jakaś muzyczka pogrywa z bliżej nieokreślonego miejsca. Wg przewodnika miały być stragany z pamiątkami, ale jest zupełnie pusto, sklecone z gałązek stragany stoją samotne, po handlujących nie ma śladu, więc jest jeszcze fajniej, a na placyku, w tej kompletnej pustce stoi kościółek, bardzo swojski zresztą, drzwi otwarte, w środku pomalowane ściany, święci w ubrankach, jak to było w Ameryce Łacińskiej, jakiś chłopak o indiańskich rysach przyszedł się pomodlić. Dookoła pustynia, słońce praży bez litości, kaktusy wokół kościelnego murku… Dla mnie bajka…

Ta pustynia ma jeszcze drzewka ale nic poza nimiWracając do tematu (prawie)… Jechaliśmy drogą numer 8 (Highway 8), która w południowo-wschodnim rogu Kalifornii  biegnie wzdłuż granicy z Meksykiem. Po obu stronach mijaliśmy pustkowia i pustynie – piaszczyste, pozbawione jakiejkolwiek roślinności, z olbrzymimi wydmami oraz kamieniste porośnięte kłującymi zaroślami, w których zapewne roi się od grzechotników i małych gryzoni zwanych pustynnymi szczurami. Nawiasem (kolejnym) mówiąc, w filmie “Wieża Babel” jest scena, która mi zapadła głęboko w pamięć, kiedy meksykańska niania zostawia dwoje amerykańskich dzieci pod jakimś krzaczkiem na pustyni i sama idzie szukać pomocy – jeśli ktoś chce wiedzieć jak wyglądają tu pustynie, to tam dość dobrze jest to pokazane. I to tak, że się całkiem zimno ze zgrozy robi… Czulibyśmy się zupełnie jak w westernie, gdyby nie liczne kontrole drogowe. Zatrzymywano samochody, niekiedy sprawdzano nasze paszporty lub pytano o obywatelstwo. Widać, że granica jest tuż tuż, a częste patrole wskazują, że jednak jacyś szaleńcy decydują się na jej nielegalne przekraczanie nawet w tak nieprzyjaznych warunkach jak setki kilometrów kwadratowych piachu i czterdzieści parę stopni Celsjusza w cieniu.

Burrito pastor W każdym razie pędzimy sobie autostradą, pędzimy, aż w końcu zajeżdżamy do miasteczka Holville. I przykuwa naszą uwagę szyld ogłaszający, że pod zadanym adresem podawane są dania meksykańskie. W sumie dziwić się nie należy, bo angielskiego to tu już prawie nie widać. Wchodzę. Miejsce jakoś średnio zachęcające, bo wygląda na zwykły fast food, trochę śmierdzi smażonym olejem, wystrój nieco zużyty i mocno barowy, menu lekko odrapane. Ale nic to. Nie takie rzeczy już widzieliśmy. Przede mną dystrybutor z horchatą i jamaicą, od razu kojarzonych z Meksykiem. Tablica ogłoszeń po hiszpańsku, klienci przy stolikach nawijają po hiszpańsku, już z tego wszystkiego mój mózg lekko zwariował i angielskiego zapomniałam przy zamawianiu, bo mi się włączyło, że po hiszpańsku trzeba.  Nic to po raz drugi. Zamawiam burritos pastor i, wyczekane tak bardzo burritos chile verde (czyli zielone chili), chwilę czekam dość sceptycznie obserwując wysiłki pani, która niespiesznie przygotowuje mi nasz posiłek. Biorę na wynos, bo droga jeszcze przed nami daleka. Chwytam woreczek z zawiniętymi folię burritos, proszę o dodatkową salsę i już mnie nie ma.

Burrito chile verdeZanim jednak o doznaniach niemalże metafizycznych, kilka słów wstępu dla tych, którzy tortilli jeszcze nie jedli. Nie przypomina ona zupełnie naszych naleśników.  Kukurydziana lub pszenna (pełnoziarnista lub biała) jest podstawowym artykułem spożywczym w Ameryce Łacińskiej często zastępującym chleb. Najmniejsze tortille jakie jedliśmy miały 10 cm średnicy, największe – 30-35cm. Tortille wyrabiane ręcznie z ciasta o konsystencji podobnej do ciasta kruchego, ale pozbawionego tłuszczu opiekane są na rozgrzanej metalowej blasze. Można je kupić na każdym targu Ameryki Łacińskiej i w wielu sklepach w Stanach, ale najlepsze są te wyrabiane ręcznie i opiekane tuż przed posiłkiem. W smaku są lekko twardawe, białawe w środku i dość neutralne w smaku, przez co stanowią znakomite tło różnych pikantnych pyszności. Tak było i tym razem. W samochodzie po pierwszym kęsie przeżywamy prawdziwe objawienie. Owinięte dość niestarannie burritos pastor wypełnione są wieprzowiną ze sporą ilością przypraw (dominuje czerwone chili) upieczoną na specjalnym quasi-rożnie, tak jak kebab. Mięso przygotowane tak jak do tacos al pastor, ale ostrzejsze, bardziej aromatyczne i bez ananasa. Pikantne, wilgotne w środku w pszennej pełnoziarnistej chyba tortilli smakuje jak niebo w gębie. Moje burrito oprócz mięsa ma sos z zielonych papryczek – konsystencja podobna do duszonych warzyw (cukini, papryki), ale kolor zielony, całość bardzo soczysta, sos przyjemnie piecze w usta, wyraźnie czuję smak zielonej kolendry, który tak bardzo lubię w kuchni meksykańskiej. Porcja spora, w zupełności wystarczająca na lunch. Co za radość dla podniebienia!

8 Responses to Kącik łasucha – (dygresje niekontrolowane) – pogranicze Meksyku i USA

  1. Aldek pisze:

    Jak Ty pięknie i z pasją potrafisz pisać o jedzeniu.
    Pozdrawiam wygrzaną gromadkę.

  2. rysioM. pisze:

    „Taka myśl”. Z kącika łasucha widać, ze jedzenie nie jest dla Was tylko pozywieniem 😉 ale – w odróznieniu, niestety, ode mnie – zupełnie po Was tego nie widac. Tak Wam zazdroszczę – jak to robicie?

    Pozdrawiam, rozdarty-nad-talerzykiem-szarlotki

  3. Jola-mama pisze:

    Oh, Beata-„poruszasz się” po tych meksykańskich kulinarnych specjałach jak W.Cejrowski po bezdrozach Ameryki Łacińskiej. Ślinka cieknie – pędzę po jakąś papryczkę do warzywniaka. Bernaś czy Ty jeszcze po powrocie popatrzysz na kluski śląskie lub pierogi ruskie ? Będę musiała nauczyc się piec tortillę!? Całusy

  4. Beata Kotełko pisze:

    Biegamy po kanionach i do łazienki mamy zazwyczaj kilkadziesiąt zamiast kilku metrów – ot i cała recepta…
    A co do klusek, to Siński zje z ochotą…
    A co do tortilli,szczególnie tych kukurydzianych trzeba się przekonać, bo jedzone same i pierwszy raz nie rzucają na kolana.. Za to z dodatkami – mniam! A później to i same bardzo smakują albo z pastą z fasolki, serkiem, warzywami, jajkiem, tabasco etc. Lekkie, pożywne smaczne i szybkie…
    Ale szarlotkę to bym zjadła…

    • Aldek pisze:

      I znowu tak pięknie. Smacznego. Akurat Maryna zrobiła szarlotkę i nie wiem czy Basia zdąży się załapać.
      pozdrawiam tych co mają tak daleko do łazienki.

  5. gabi pisze:

    A propos ,,wyraźnie czuję smak zielonej kolendry, który tak bardzo lubię w kuchni meksykańskiej…” Scientists are currently studying the theory that a genetic trait in some people causes a soapy taste(niestety ja jestem jedna z tych…). Among them is Charles J. Wysocki, an olfactory scientist at the Monell Chemical Center in Philadelphia
    czytaj dalej http://online.wsj.com/article/SB123446387388578461.html
    XOXO:-)abi

  6. gabi pisze:

    Kolendra: Niektorzy(niestety takze ja:-()kojarza smak z….mydlem, ponoc genetyczmna cecha???? Jedni uwielbiaja inni nie znosza. …
    Wiec Beatko, burritos pastor bez kolendry prosze, ale za to baaaaardzo duza porcje sosu z zielonych papryczek.GH

  7. rysioM. pisze:

    Taka reminiscencja z Arizony własnie. Dwa sklepiki obok siebie: w jednym oszałamiajaca ilośc róznych sosów, które mozna bylo sobie degustowac do woli, a obok – przypadkiem 😉 zapewne – sklepik z napojami (juz tylko za pieniadze).

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: