Zielone wzgórza Hunter Valley

10 stycznia 2010

Winnice Hunter ValleyMiało być pomarańczowo. Zanim tu przyjechaliśmy cała Australia kojarzyła nam się z soczystym oranżem, ochrą z chlapniętymi gdzieniegdzie plamami brązu, czerni i zabrudzonej kremowej bieli jak na twarzach Aborygenów. Z popękaną ziemią i groźną czerwienią Uluru. Tymczasem na wschodnim wybrzeżu Australii jest zielono, chociaż w każdym mieście czytaliśmy porozwieszane apele o oszczędzanie wody, bo w Australii susza aż strach.  A jednak tam, gdzie jechaliśmy, widzieliśmy lasy deszczowe, mgły z których wychylają się paprocie i eukaliptusy, bujne trawy mokradeł, ciemną, butelkową zieleń lasów namorzynowych… I jeszcze tutaj, w Hunter Valley, zieleń winorośli. Wszędzie zielono.

Już zaczyna się sezonOutdoorowy styl życia Australijczyków bardzo nam się spodobał, więc postanowiliśmy pójść za ich przykładem także w Hunter Valley. Zajechaliśmy do centrum informacji, wypytaliśmy, jak to wszystko działa i zostaliśmy zaopatrzeni w mapkę okolic oraz dobre rady. Instrukcje, jakie dostaliśmy, były rozkosznie proste. “Jedziesz, parkujesz, wchodzisz, próbujesz.” – poradził nam sympatyczny Australijczyk. Próbujesz win, rzecz jasna, z których ta dolina słynie. Ruszyliśmy więc w drogę zaciekawieni, bo to dla nas zupełnie nowy typ rozrywki. Jakże przyjemnej zresztą. Winnic w dolinie jest kilkadziesiąt, więc jest z czego wybierać. Wiele z nich ma 150-letnią tradycję, a to jak na Australię już niemalże antyk. Odwiedziliśmy kilka z nich przestrzegając tego samego rytuału. Najpierw otrzymywaliśmy kartę z opisem win, ich bukietu oraz ceny (bo przecież ostatecznie chodzi o to, aby klient wybrał i kupił dla siebie wino, które mu zasmakuje). Następnie padało pytanie o upodobania i można już było niespiesznie popijając dyskutować na temat walorów trunku. Wszystko przebiegało w sympatycznej, niewymuszonej atmosferze. Co bardziej utalentowani sprzedawcy byli w stanie zabawiać opowieściami grupy nawet pięcioosobowe nalewając im kolejne porcje boskiego trunku. Jak łatwo się domyśleć, degustujący byli coraz szczęśliwsi, rozluźnieni, coraz mniej skłonni do oddalenia się w kierunku konkurencji, i coraz bardziej przekonani do zakupu wybranego wina w tej właśnie winnicy. I oto przecież chodziło. Jakby przyjemności było mało, w dolinie znajdują się także fabryka sera (również z możliwością smakowania próbek produktów) i czekolady, a sporo winnic oferuje także lokalne przetwory o ciekawych smakach (na przykład sos z daktyli i chilli albo oliwa z oliwek z imbirem i cytryną). Słowem także raj dla tych smakoszy i łasuchów, którzy winach nie gustują. Wyjechaliśmy bardzo zadowoleni z Tulloch Late Picked Verdelho.

Smakołyki na sprzedaż Żeby nie postało wrażenie, że w dolinie odbywają się w kółko bachanalia, muszę dodać jeszcze kilka słów o zasadach jakimi wszyscy się kierują. Także tutaj obowiązuje zasada “Don’t drive drunk” (“Nie prowadź po alkoholu”), którą upowszechniają wymowne hasła na autostradach: “Drinking kills driving skills” (“Picie zabija umiejętności kierowcy”). Ponieważ o jednak komfort turysty dba się na każdym kroku, istnieją możliwości wynajęcia kierowcy, który obwozi po winnicach tych turystów, którzy pragną przekroczyć dozwolony wskaźnik alkoholu we krwi próbując co najmniej 10 rodzajów win (czyli wypijają co najmniej 20ml *10 = 200ml wina – równowartość dwóch drinków). O tym wszystkim informuje poradnik podając również średnie ilości alkoholu dla obu płci, które można wypić nie przekraczając dozwolonego prawem stężenia we krwi. W lokalnym radiu puszczane są reklamy społeczne ostrzegające o częstych kontrolach kierowców w tym rejonie, żeby nikt nie miał złudzeń, że mu cokolwiek ujdzie na sucho.W winnicach i w centrum informacyjnym jasno jest powiedziane, że osobom będącym pod (widocznym :-)) wpływem alkoholu (ang. intoxicated), wina nie podaje się.  Wszystko więc pozostaje w gronie koneserów.

Czy ktoś już wymyślił Hunter Valley dla czekolady? Pojadę natychmiast.


Kącik łasucha – Nowa Południowa Walia

8 stycznia 2010

Budka z pajami W czasie naszej podróży z Brisbane w kierunku Sydney (niemalże 1000 km) Bernaś coraz częściej z uciechą wykrzykiwał: “Pies!, pies!” odnajdując znajome słowo na mijanych reklamach. Pies są w Australii najwyraźniej bardzo lubianą przekąską. Wiedzieliśmy, że prędzej czy później trzeba będzie ich spróbować, choć nie jest to potrawa polecana przez dietetyków – jeden niewielki pie (czyli paj – dalej będę używać spolszczonej wersji pisowni) dorównuje liczbą kalorii i zawartością tłuszczu fastfoodowym hamburgerom. No ale w końcu to gdzie będziemy jeść te paje? Przecież nie w Polsce. Ani nie w Azji.  Co prawda po drodze jeszcze Wielka Brytania została, ale kto by tyle czekał :-)… Aż w końcu nadszedł ten właściwy moment i zatrzymaliśmy się przy przydrożnym punkcie oferującym paje w rozmaitości wszelakiej.

Pies na wystawce Paje (ang. pies, liczba pojedyncza to “a pie”) to rodzaj babeczek z nadzieniem (albo raczej babek, bo rozmiar czasem mają słuszny) charakterystycznych dla kuchni brytyjskiej, ale obecnych także w kuchni amerykańskiej i australijskiej (tu uważane są za danie narodowe).  Dalekimi krewnymi pajów są nasza szarlotka, francuskie tarty i włoskie calzone (tu uporządkowane w kolejności osobistych preferencji). Tak, jak w przypadku wszystkich nadziewanych zawijasów – są tacy, którzy wolą ciasto i są tacy, którzy wolą zawartość. Jestem zwolenniczką dużej ilości nadzienia oraz małej ilości ciasta. W końcu wnętrze przecież ważniejsze jest niż opakowanie, prawda? ;-). Na przeciwnym biegunie upodobań umościł się wygodnie Siński, który lubi czystość formy: makaron bez sosu (choć i z sosem nie pogardzi), ciasto bez żadnych dodatków (szczególnie bez rodzynków) i pączki z wyjątkiem nadzienia. (A tak na marginesie: kto ma niekłamaną przyjemność wyjadania dżemu?).

Rózne rodzaje pajów Wybór był olbrzymi: były paje z kangura, z emu, z jagnięciny z sosem miętowym (znów te wpływy z Wysp – niektórzy z pewnością pamiętają groszek miętowy w puszce), z rozmaitymi kombinacjami owoców morza, nie mówię już nawet o pajach na słodko. Te akurat odpadły w przedbiegach. Ostatecznie zamówiliśmy dla dzieci wersje tradycyjne: z wołowiną i z kiełbaska, a dla siebie eksperymentalne: czyli paj z krokodyla i paj z krewetkowym curry. Choć nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że tradycyjnie paje przygotowywane są z ciasta kruchego  – (może to daleki wpływ naszych szarlotek i babeczek) – to te, które jedliśmy w Australii były z ciasta francuskiego (podobnie jak spód do napoleonek). Jak wiadomo, ciasto francuskie to niemalże sam tłuszcz, więc patrząc sceptycznie na zarumienione paje i zatłuszczone torebeczki zaczęłam się zastanawiać ile będzie w tym jedzeniu przyjemności, a ile obowiązku. Okazało się jednak, że nie było najgorzej.

Paj z krokodyla Wierzch ciasteczek był kruchy, chrupiący, lekko brązowe płatki francuskiego ciasta z klasą i elegancją oddzielały się jeden od drugiego nie pozostawiając żadnych tłustych śladów. Każdy listek domagał się uwagi i kontemplacji swojej delikatności. Wierzch był wdzięcznie kruchy i zarumieniony, za to spód był miękki, ale na tyle solidny, aby utrzymać ciężar nadzienia. Paj krokodylowy krył w sobie puddingową masę, w której pławiły się kawałki białego, delikatnego mięsa, na tyle smacznego, że się zaczęłam dziwić, że krokodyle nie są powszechniej hodowane. Masa niewątpliwie pachniała morzem, ale jakoś tak delikatnie, trochę krewetkowo. Jak by ktoś powiedział, że zajadam właśnie jakiegoś gruboskórnego gada, nigdy bym nie uwierzyła. Smak pasował raczej do jakiejś ryby co najmniej tak ładnej, jak pstrąg. To? Krokodyl? Ależ skąd!

Pie z krewetkami w środku Paj krewetkowy za to nie smakował krewetkami nic a nic, ale warzywne (gdzie te krewetki?) nadzienie było żółciutkie od kurkumy, kolorowe za sprawą groszku i marchewki, i łagodne przyjemnie harmonizowało z ciastem. Po zjedzeniu tak obfitego śniadania spodziewałam się ciężkości na żołądku, a tym czasem nic. Na kilka godzin wypełniło nas błogie uczucie sytości.

Czyli te paje to wcale nie najgorsza przekąska dla łasuchów. Paje zjemy, a dietetykom pozostawimy sałatę. Bez dressingu.


Australijskie puchatki

6 stycznia 2010

Dżungla Stałam w środku buszu. Słońce świeciło jasno. Jego promienie prześlizgiwały się między liśćmi drzew eukaliptusowych. Z ich gałęzi zwieszały się liany na kształt węży gotowych w każdej chwili zacisnąć swe mordercze sploty wokół nieostrożnego przechodnia. Ciszę buszu przerywała tylko szemrząca muzyka pobliskiego źródełka i szum wiatru w koronach drzew. Do najpiękniejszej muzyki świata dołączył się teraz szum skrzydeł jakiegoś ptaka przelatującego właśnie nad koronami drzew i wypatrującego swymi bystrymi oczami zwierzęcia, w którym mógłby zatopić szpony.

Nagle coś się nade mną poruszyło. Na wysłaną suchymi liśćmi ziemię spadło kilka liści, jakby kolorowe motyle nad świeżo zaoranym polem. Podniosłam głowę. Nade mną ktoś siedział. A raczej coś. Tylko co to jest?

Koala na jaguarka  – Isia, patrz, jest!!! – busz zniknął, ale drzewo eukaliptusowe zostało. Zwierzę na nim też. Stałam na drewnianej ścieżce w środku ZOO, a mój brat ciągnął mnie za rękaw wskazując na drzewo. Na gałęzi, w pozycji “na jaguarka” spał sobie najprawdziwszy miś koala. Był słodziutki, szary, puchaty i naprawdę prześliczny. Trochę poniżej pierwszego puchatka siedzieli dwaj jego koledzy.

– Chodźcie, mamy dla was niespodziankę! – głos mamy dotarł do mnie jakby przez mgłę. Odeszliśmy od koali. Nic nie widziałam – w oczach miałam wciąż obraz tego przesłodkiego puchatka z tymi jego futrzastymi uszami i takim samym futerkiem. Stanęliśmy w kolejce do fotografii. Rodzice kupili bilety. Byłam pierwsza. Pani rangerka kazała mi złożyć ręce “w krzesełko” i posadziła na nich koalę. Jego futerko przypominało owczą wełnę. Był absolutnie słodki. Pani fotograf zrobiła zdjęcie swoim aparatem, a mama kilka naszym. Potem odebraliśmy zdjęcia z puchatkiem. Byłam wniebowzięta!

Rodzice prosili, abym przy okazji zaprosiła do galerii z wybrzeża słonecznego oraz do uzupełnionej z Brisbane (gdzie są właśnie zdjęcia futrzastych puchatków).


W potokach łez

2 stycznia 2010

Malownicze skałki Góry Glass House Mountains czyli (w wolnym tłumaczeniu Szklane Domy ;-)) usadowiły się na płaskowyżu nie wiedzieć dlaczego. Dookoła płasko, niedaleko ocean i dwa jeziorka, a one wyrastają w górę zupełnie niespodziewanie. W dodatku wcale nie jestem przekonana, czy nazwalibyśmy je górami. To bardziej gigantyczne głazy, które ktoś kiedyś porozrzucał pozornie bez ładu i składu. Tak naprawdę góry te mają także nazwy aborygeńskie, ale nie istnieje tu zwyczaj podwójnego nazewnictwa (anglosaskiego i miejscowego) znany nam z Nowej Zelandii, więc ich nazwa geograficzna wciąż przypomina, że Cookowi kojarzyły się z hutami (?) szkła znanymi mu z Yorkshire. Jak wszędzie na świecie tam gdzie są góry, tam są legendy. My mamy swój Giewont i rycerzy, Inkowie niezliczone mity o zamienianych w kamień członkach klanu, a Aborygeni mają także legendę o jednym z wierzchołków z charakterystyczną linią wierzchołka zbliżoną do przesuniętego nieco  jedną stronę wielbłądziego garbu.  To Coonowrin, który nie pomógł swojej ciężarnej z kolejnym dzieckiem matce w ucieczce przed wzbierającymi wodami oceanu, za co rozgniewany ojciec przetrącił mu kark. Strumienie spływające z gór mają symbolizować łzy żalu i wstydu ukaranego syna.

Nadchodzi gniew My mieliśmy wspiąć się na Mt. Ngungun, świętą podobno górę Aborygenów. Choć na Uluru (też świętą) raczej byśmy się nie wspinali z szacunku dla przekonań religijnych, to jednak musimy przyznać, ż Mt. Ngungun nie tchnął aż takim majestatem. Szlak opisany był jako dość trudny, dość stromy i śliski w czasie deszczu, zasięgnęliśmy więc języka u schodzącej właśnie z góry rodziny z dziećmi, która potwierdziła, że mimo to jest wart wysiłku. Rozpoczęliśmy więc wędrówkę po lesie deszczowym wypatrując (już to prawie dwa tygodnie robimy) misiów koala, które podobno można w tym miejscu zobaczyć. Wspięliśmy się wzdłuż imponującego monolitu, który wyglądał, jakby ktoś w maśle dłubał łyżeczką – miał nieregularne wgłębienia na całej powierzchni. Niewątpliwie wyżłobiła je woda choć  jaki sposób – trudno jest mi sobie wyobrazić. Weszliśmy na samą górę – odsłonięty szczyt z przepiękną panoramą nieszczęśnika z przetrąconym grzbietem.  W pobliżu nas na skałki wspinało się kilka osób, jakaś para odpoczywała w cieniu drzew podziwiając widoki. Radość jednak nie trwała długo, bo z oddali nadchodził deszcz. Nie jakaś mżawka, ale prawdziwa ulewa. Wiedzieliśmy, że musimy zejść z nieosłoniętej części szlaku jak najszybciej, co udało nam się zrobić zanim lunęło na dobre. Ale w lesie też nie było łatwo. Posiadaliśmy dwa poncha więc dzieciaki się w nie poubierały, a my (starsze 2B) próbowaliśmy się zmieścić pod nimi jak pod pałatkami. Ja z Isią to jeszcze pół biedy, ale Błażej próbujący się wepchnąć pod poncho Bernasia to dopiero był widok! :-).  Staliśmy przycupnięci i czekaliśmy aż deszcz odrobinę zelżeje, a w tym czasie naszym szlakiem spływał wartki strumyczek jak z dziesięciu sikawek.  Zeszliśmy więc potoczkiem na sam dół ostrożnie, delikatnie i krok za krokiem ciesząc się, że nam się upiekło i nikt nas gorzej nie potraktował. Dziesięć minut po tym, jak ustał deszcz wszystko było już suche.

Koali znów nie było. Pewnie uciekły przed rozgniewanym niebem. Co było robić… Pocieszyliśmy się orzeszkami macadamia.


Złoto czy Słońce

30 grudnia 2009

Święty Mikołaj na wakacjach - plakat w sklepie Niektórzy czytelnicy naszego bloga zauważyli zapewne, że jakoś ostatnio mniej się dzieje. My też mamy takie wrażenie, ale to chyba z naszej strony celowe działanie. To znaczy celowym działaniem było spokojniejsze potraktowanie Australii, a nie zaniedbywanie czytelników. 🙂

Gdy w końcu po Zimnej Zelandii dojechaliśmy do przyjemnego, ciepłego kraju grzechem byłoby nie odpocząć trochę i nie skorzystać z plaż i wody. W końcu są wakacje, prawda? Tutaj w Australii wakacje trwają w pełni, choć w Polsce też chyba okres świąteczny dobrze się ułożył i wiele osób zrobiło sobie dłuższe wolne od pracy. My w każdym razie korzystając z lokalnych wakacji, słońca i dobrego samopoczucia przemieszczamy się w trybie nieco zwolnionym. Z tego też powodu odwiedziliśmy zachwalane we wszystkich przewodnikach oba wybrzeża wokół Brisbane: Gold Coast i Sunshine Coast. Oba zwiedziliśmy najpierw wraz z naszym niezmordowanym przewodnikiem i gospodarzem Andrzejem (jeszcze raz dziękujemy – na pewno nas czyta), a potem zaszyliśmy się na wybrzeżu słonecznym w Noosa, gdzie spędziliśmy (jak już wiecie) Boże Narodzenie. Zbyt długie siedzenie w jednym miejscu jednak nam nie pasowało, więc zaraz po weekendzie wypożyczyliśmy auto i objechaliśmy trochę okolicę. Mamy więc pełen obraz obu wybrzeży, choć nieco spaczony dłuższym pobytem na północnym – nie da się ukryć, że tutaj nam się bardziej podobało.

Ratownicy Aby było jasne o czym piszemy, należy się ociupinka wprowadzenia. Oba wybrzeża (Gold Coast kilkadziesiąt kilometrów na południe od Brisbane, a Sunshine Coast kilkadziesiąt kilometrów na północ) to nadmorski pas miasteczek wypoczynkowych lub letniskowych ciągnący się przez kilkanaście kilometrów, przy czym Gold Coast na południu skupiony jest bardziej w jednym miejscu, a Sunshine Coast jest nieco bardziej rozrzucone. Wyjaśnijmy po pierwsze klimat: w okolicach Brisbane jest ciepło i przyjemnie. Nie jest aż tak wilgotno, jak na północy stanu Queensland – temperatura w okolicach 30 stopni, słońce w ciągu dnia praży mocno, ale woda w morzu chłodzi akurat tak, jak trzeba. Bajka! Druga sprawa to krokodyle: nie ma ich tutaj. Trzecia rzecz to meduzy-stingery: nie występują. Jedyne zagrożenie ze strony morza to fale i prąd wciągający, więc warto korzystać z plaż strzeżonych (a jest tu ich całe mnóstwo) i po prostu uważać. Teoretycznie są jeszcze rekiny, które się tu czasem pojawiają, ale przypadku ataku nie odnotowano od wielu lat, więc też i strachu nie ma. Wybrzeże jest monitorowane i gdyby się taki pojawił plaża byłaby zamknięta. Słowem: jest jak trzeba.

Słynne Metermaids Gold Coast to druga Floryda – nazwy miejscowości takie same (jest więc Miami Beach), zabudowania też (wieżowce z apartamentami) oraz mnóstwo parków rozrywki. Jest również ciągnąca się wzdłuż morza rzeka robiąca za kanał żeglowny – zupełnie tak, jak na Florydzie. Z jednej strony jest więc morze i wspaniałe plaże, a z drugiej kanał pełen motorówek i innego pływającego sprzętu. Po środku miasteczko Surfers Paradise – o nieco mylącej nazwie, bo tak naprawdę wygląda kubek w kubek jak Miami: gigantyczne wieżowce nad samym morzem. Na wystawie widzieliśmy zdjęcie zabudowy Surfers Paradise sprzed kilkudziesięciu lat – wtedy to może był raj dla surferów, ale teraz jest to śliczny przykład komercyjnego kurortu. Ze starych czasów został deptak nad morzem, ratownicy oraz instytucja Metermaids, czyli pań zachęcających do płacenia za parkowanie. Obecnie to już bardziej chyba atrakcja dla turystów, niż służba publiczna, ale początki takie właśnie były. No i oczywiście zostali surferzy, których nadal jest tutaj sporo.

Plaże na Sunshine CoastSunshine Coast jest spokojniejsze, mniej komercyjne i pełne romantycznych zakątków. Jest park narodowy w Noosa, mnóstwo ślicznych plaż, campingi, słynne targowisko w Eumundi, Australia Zoo oraz wszelakie atrakcje: motorówki do wypożyczenia, kajaki, rowery, wycieczki, lekcje surfingu, centra handlowe i nawet bardzo ciekawe góry (Glass House Mountains), które udało nam się zdobyć. Ale najfajniejsze są oczywiście plaże i wspaniałe, silne fale. Zabawa oczywiście dla całej rodziny doskonała, czego nie muszę nikomu, kto lubi morze wyjaśniać. Tyle, że tutaj fale są mocniejsze niż nad Bałtykiem. Nawet nie tyle większe, co właśnie mocniejsze. Uderzają tak, że czasami ciężko ustać i szorowanie tyłkiem po piasku nie należy do rzadkości. Jest też dużo cieplej zarówno w wodzie, jak i na powietrzu. Korzystamy więc ile możemy, a i Sylwestra chcemy spędzić na plaży – w Nowy Rok już wracamy do Brisbane, aby planować dalszy ciąg naszej wyprawy przez Australię.

Wkrótce zaprosimy Zapraszamy do galerii z Sunshine Coast oraz z z Gold Coast.


Wigilia w tropikach

24 grudnia 2009

Wigilijny stół na kempingu w Noosa prawie gotowy Pierwsza gwiazdka  pokazała się na niebie dziewięć godzin wcześniej niż w Polsce (a tak naprawdę był to Jowisz). My już więc jesteśmy po kolacji wigilijnej, a wy dopiero nakrywacie do stołu. Nad wami Wielka Niedźwiedzica, a tutaj Krzyż południa i znajomy Orion choć do góry nogami.

Wigilia w tropikach ma swoje uroki – można zasiąść do stołu w klapkach i krótkich spodenkach, a wiatr od morza wesoło powiewa po stole usiłując zgasić świece i strącając co rusz ozdobne serwetki. Do tego kolędy lecą z laptopa, czasami zawiewa piaskiem, a na kuchni obok rozkosznie bulgocze barszcz. Cóż – było skromnie, prosto, ale jakże swojsko i domowo. Udało się nabyć stosowne półprodukty i słodkości (u Chińczyka były nawet polskie pierniczki, a u Niemca keks) oraz drobne prezenty dla każdego (przy okazji bardzo dziękujemy Broni i Andrzejowi za ciepłe przyjecie i świąteczne paczki). Mama z ojczyzny przysłała nam pocztą lotniczą opłatek, który znalazł się koło zaaranżowanej ozdoby choinkowej. Nawet talerz dla niespodziewanego gościa mieliśmy, choć zapasowy i zrobiony z pokrywki (na zdjęciu powyżej go jeszcze nie ma). No i sianka nie było pod obrusem. 😦 Obok siedziało towarzystwo australijskie przy piwku i steku (pewnie z kangura) wesoło rozprawiając o zwyczajach europejskich. Dzieci z kempingu przyszły popatrzeć na zimne ognie, którymi sobie umilaliśmy czas. Kolędy na plaży śpiewaliśmy tylko my. Sąsiedzi z Chile też próbowali świętować w czapeczkach mikołajowych na głowie, ale tylko my tak naprawdę mieliśmy prawdziwą, polską wigilię na plaży w Noosa.

Niedługo pojawi się trochę nowych zdjęć, ale na razie wypoczywamy, więc prosimy o odrobinę cierpliwości

Zdjęcia z Brisbane oraz Gold Coast już są, wigilijno-plażowe w przygotowaniu…


A na Święta….

22 grudnia 2009

 

Boże Narodzenie Wesołych Świątrodzinnych kolęd, skrzypiącego śniegu iskrzącego się za oknem, bezchmurnego nieba z pierwszą gwiazdką,  pachnącego sianka pod wykrochmalonym obrusem, życzeń szczerych i gorących, wspólnych spacerów na pasterkę…

zaś łasuchom życzymy:

najpiękniejszych pierniczków na choinkę, plastrów pomarańczy pachnących goździkami, łagodnego barszczu z jabłkowo-grzybową nutą, aksamitnego serniczka z chrupiąco-maślanym spodem, makowca makowego do bólu z lukrem i skórką pomarańczową, makówek z pierniczkami miętowymi niesłodkich, a pysznych, kutii ze słodkim zagęszczonym mlekiem rozlewającym się po ziarenkach maku, aromatycznego kompotu z suszu, nieśmiertelnych orzechowych babeczek, wyjątkowego i wyrośniętego tortu orzechowego, i tego wszystkiego, co Wam się ze Świętami kojarzy…

i co najważniejsze opłatka z bliskimi, aby Święta przeżywać i smakować z radością 🙂