Hop blogiem roku 2009?

13 stycznia 2010

Kochani, zakończyło się głosowanie na Blog Roku 2009. W kategorii Podróże i szeroki świat uplasowaliśmy się na 7 miejscu! Bardzo się cieszymy, wszystkim dziękujemy za wysłane SMS-y. Niestety do dalszego etapu Jury nas nie zakwalifikowało, ale cieszymy się bardzo z tego, co wywalczyliśmy wspólnie.

UWAGA! Ten wpis jest przyklejony. Zapraszamy na nasze bieżące relacje poniżej:


Sydney bez dzieci

12 stycznia 2010

Zabawy w Hyde Parku Niestety ten tytuł to tylko marzenie i na wieczorny koncert w parku dzieci z nami poszły. A że spały potem na trawce przy głośnej muzyce dookoła, to już inna sprawa. W krytycznym momencie, gdy towarzystwo wstało i zaczęło się rytmicznie kiwać, Isia do nas dołączyła, a tylko młodszy został na trawce otoczony światełkami ostrzegawczymi (promocyjne wentylatorki z migaczami z banku ANZ) – jak samolot na płycie lotniska. Było tak, jak miało być, czyli super. Do Sydney przyjechaliśmy bowiem w dniu rozpoczęcia corocznego Sydney Festival (coś w rodzaju Dni Wrocławia), gdzie akurat pierwszego dnia i wieczoru odbywa się mnóstwo przedstawień i koncertów na wolnym powietrzu. W Australii zresztą większość rzeczy się dzieje na wolnym powietrzu (o tym pisała już Beata), bo i styl życia taki i czasem inaczej nie można. A jak wiaterek powieje od morza to zawsze człowiekowi przyjemniej. Byle cień był. W dzień z tym cieniem było trudniej, więc w Hyde Parku, gdzie odbywały się występy cyrkowe dla dzieci, rozdawano właśnie migające wentylatorki oraz butelki z wodą. Organizacja pierwsza klasa, bo nawet cała strefa centrum była wyłączona z ruchu, obowiązywał zakaz sprzedaży i wnoszenia alkoholu, a wodzirej ze sceny przypominał wszystkim, aby pili dużo wody i chronili się przed słońcem.

Wieczorny koncert na Domain Wieczorem na Domain, czyli takim tutejszym parku centralnym rozpoczęły się koncerty – najpierw zespołów “ludowych”, czyli aborygeńskich – grających jednak całkiem przyjemną odmianę soul/pop z didgeridoo i gitarą w roli głównej. Przy okazji poszperajcie sobie na YouTube o didgeridoo, bo to jest niezły instrument. To, co grający może z niego wycisnąć, przechodzi ludzkie pojęcie i wyobrażenie. Ogrom dźwięków wydobywających sie na raz z tej długiej rury (przy czym są i basy, i dudnienia, i przyśpiewy, i świsty) przyprawia o ciarki. Wszystko w rytmie i z dzikim, tajemniczym klimatem. Rewelacja! A że w sobotę na scenie był naprawdę wirtuoz (niestety nieznany nam, więc nawet linka tu nie wstawię) – przyjemnie się słuchało!

Al Green zdjęty teleobiektywem z telebimu Po tych atrakcjach pojawiła się główna gwiazda, czyli Al Green. Występował pierwszy raz w życiu w Australii, co było dla mnie nawet lekkim zaskoczeniem, bo jak na amerykańską gwiazdę tej klasy to, że wcześniej nie zawitał do kraju kangurów jest nieco dziwne. Ale w końcu się pojawił i, jak sam powiedział, bardzo mu się Australia podoba. Zrobiło się naprawdę koncertowo, na scenę i na niebo wyszły gwiazdy, a okoliczne wieżowce służyły za ekrany wyświetlające obrazy z wielkiego projektora. Ludzie bawili się świetnie i naprawdę żałowaliśmy, że musieliśmy już wychodzić – do naszego “domku” dotarliśmy przyjemną komunikacją miejską i tak dopiero przez pierwszą w nocy. Dzieci były bardzo dzielne i zarobiły na sporą porcję lodów, prawda?

Wrocław pod śniegiem - obraz z 11 stycznia z kamery internetowej na budynku Kogeneracji A propos dzieci, to obecnie dostają gorączki na myśl o tym, co w Polsce. Czyli o śniegu. Isia dziś dostała maila od koleżanki z opisem półmetrowego puchu na górce we Wrocławiu i stwierdziła “Ale farciarze! Mają tyle śniegu i mogą się w nim tarzać.” Młodszy też potwierdził, że natychmiast chce wracać i wziąć udział w tym śniegowym szaleństwie. Po czym zakończył obowiązkowe codzienne czytanie, Isia w szybkim tempie zrobiła sprawdzian z angielskiego (przysłany emailem przez panią nauczycielkę – bardzo dziękujemy przy okazji) i oboje zgodnie poszli w na basen poskakać nieco na główkę. 🙂 Niby dla odreagowania tego braku śniegu. Tak więc, jak widzicie już im się ciepłe kraje przejadły i chcą unurzać się w mrozie i białym puchu, choć pewnie wielu dzieciakom z Polski chciałoby się rano pochodzić po kempingu w kąpielówkach i poskakać do basenu, prawda? 😉

PS. Pozdrowienia z drugiej strony świata. Nie dajcie się białemu puchowi!


Złoto czy Słońce

30 grudnia 2009

Święty Mikołaj na wakacjach - plakat w sklepie Niektórzy czytelnicy naszego bloga zauważyli zapewne, że jakoś ostatnio mniej się dzieje. My też mamy takie wrażenie, ale to chyba z naszej strony celowe działanie. To znaczy celowym działaniem było spokojniejsze potraktowanie Australii, a nie zaniedbywanie czytelników. 🙂

Gdy w końcu po Zimnej Zelandii dojechaliśmy do przyjemnego, ciepłego kraju grzechem byłoby nie odpocząć trochę i nie skorzystać z plaż i wody. W końcu są wakacje, prawda? Tutaj w Australii wakacje trwają w pełni, choć w Polsce też chyba okres świąteczny dobrze się ułożył i wiele osób zrobiło sobie dłuższe wolne od pracy. My w każdym razie korzystając z lokalnych wakacji, słońca i dobrego samopoczucia przemieszczamy się w trybie nieco zwolnionym. Z tego też powodu odwiedziliśmy zachwalane we wszystkich przewodnikach oba wybrzeża wokół Brisbane: Gold Coast i Sunshine Coast. Oba zwiedziliśmy najpierw wraz z naszym niezmordowanym przewodnikiem i gospodarzem Andrzejem (jeszcze raz dziękujemy – na pewno nas czyta), a potem zaszyliśmy się na wybrzeżu słonecznym w Noosa, gdzie spędziliśmy (jak już wiecie) Boże Narodzenie. Zbyt długie siedzenie w jednym miejscu jednak nam nie pasowało, więc zaraz po weekendzie wypożyczyliśmy auto i objechaliśmy trochę okolicę. Mamy więc pełen obraz obu wybrzeży, choć nieco spaczony dłuższym pobytem na północnym – nie da się ukryć, że tutaj nam się bardziej podobało.

Ratownicy Aby było jasne o czym piszemy, należy się ociupinka wprowadzenia. Oba wybrzeża (Gold Coast kilkadziesiąt kilometrów na południe od Brisbane, a Sunshine Coast kilkadziesiąt kilometrów na północ) to nadmorski pas miasteczek wypoczynkowych lub letniskowych ciągnący się przez kilkanaście kilometrów, przy czym Gold Coast na południu skupiony jest bardziej w jednym miejscu, a Sunshine Coast jest nieco bardziej rozrzucone. Wyjaśnijmy po pierwsze klimat: w okolicach Brisbane jest ciepło i przyjemnie. Nie jest aż tak wilgotno, jak na północy stanu Queensland – temperatura w okolicach 30 stopni, słońce w ciągu dnia praży mocno, ale woda w morzu chłodzi akurat tak, jak trzeba. Bajka! Druga sprawa to krokodyle: nie ma ich tutaj. Trzecia rzecz to meduzy-stingery: nie występują. Jedyne zagrożenie ze strony morza to fale i prąd wciągający, więc warto korzystać z plaż strzeżonych (a jest tu ich całe mnóstwo) i po prostu uważać. Teoretycznie są jeszcze rekiny, które się tu czasem pojawiają, ale przypadku ataku nie odnotowano od wielu lat, więc też i strachu nie ma. Wybrzeże jest monitorowane i gdyby się taki pojawił plaża byłaby zamknięta. Słowem: jest jak trzeba.

Słynne Metermaids Gold Coast to druga Floryda – nazwy miejscowości takie same (jest więc Miami Beach), zabudowania też (wieżowce z apartamentami) oraz mnóstwo parków rozrywki. Jest również ciągnąca się wzdłuż morza rzeka robiąca za kanał żeglowny – zupełnie tak, jak na Florydzie. Z jednej strony jest więc morze i wspaniałe plaże, a z drugiej kanał pełen motorówek i innego pływającego sprzętu. Po środku miasteczko Surfers Paradise – o nieco mylącej nazwie, bo tak naprawdę wygląda kubek w kubek jak Miami: gigantyczne wieżowce nad samym morzem. Na wystawie widzieliśmy zdjęcie zabudowy Surfers Paradise sprzed kilkudziesięciu lat – wtedy to może był raj dla surferów, ale teraz jest to śliczny przykład komercyjnego kurortu. Ze starych czasów został deptak nad morzem, ratownicy oraz instytucja Metermaids, czyli pań zachęcających do płacenia za parkowanie. Obecnie to już bardziej chyba atrakcja dla turystów, niż służba publiczna, ale początki takie właśnie były. No i oczywiście zostali surferzy, których nadal jest tutaj sporo.

Plaże na Sunshine CoastSunshine Coast jest spokojniejsze, mniej komercyjne i pełne romantycznych zakątków. Jest park narodowy w Noosa, mnóstwo ślicznych plaż, campingi, słynne targowisko w Eumundi, Australia Zoo oraz wszelakie atrakcje: motorówki do wypożyczenia, kajaki, rowery, wycieczki, lekcje surfingu, centra handlowe i nawet bardzo ciekawe góry (Glass House Mountains), które udało nam się zdobyć. Ale najfajniejsze są oczywiście plaże i wspaniałe, silne fale. Zabawa oczywiście dla całej rodziny doskonała, czego nie muszę nikomu, kto lubi morze wyjaśniać. Tyle, że tutaj fale są mocniejsze niż nad Bałtykiem. Nawet nie tyle większe, co właśnie mocniejsze. Uderzają tak, że czasami ciężko ustać i szorowanie tyłkiem po piasku nie należy do rzadkości. Jest też dużo cieplej zarówno w wodzie, jak i na powietrzu. Korzystamy więc ile możemy, a i Sylwestra chcemy spędzić na plaży – w Nowy Rok już wracamy do Brisbane, aby planować dalszy ciąg naszej wyprawy przez Australię.

Wkrótce zaprosimy Zapraszamy do galerii z Sunshine Coast oraz z z Gold Coast.


Wigilia w tropikach

24 grudnia 2009

Wigilijny stół na kempingu w Noosa prawie gotowy Pierwsza gwiazdka  pokazała się na niebie dziewięć godzin wcześniej niż w Polsce (a tak naprawdę był to Jowisz). My już więc jesteśmy po kolacji wigilijnej, a wy dopiero nakrywacie do stołu. Nad wami Wielka Niedźwiedzica, a tutaj Krzyż południa i znajomy Orion choć do góry nogami.

Wigilia w tropikach ma swoje uroki – można zasiąść do stołu w klapkach i krótkich spodenkach, a wiatr od morza wesoło powiewa po stole usiłując zgasić świece i strącając co rusz ozdobne serwetki. Do tego kolędy lecą z laptopa, czasami zawiewa piaskiem, a na kuchni obok rozkosznie bulgocze barszcz. Cóż – było skromnie, prosto, ale jakże swojsko i domowo. Udało się nabyć stosowne półprodukty i słodkości (u Chińczyka były nawet polskie pierniczki, a u Niemca keks) oraz drobne prezenty dla każdego (przy okazji bardzo dziękujemy Broni i Andrzejowi za ciepłe przyjecie i świąteczne paczki). Mama z ojczyzny przysłała nam pocztą lotniczą opłatek, który znalazł się koło zaaranżowanej ozdoby choinkowej. Nawet talerz dla niespodziewanego gościa mieliśmy, choć zapasowy i zrobiony z pokrywki (na zdjęciu powyżej go jeszcze nie ma). No i sianka nie było pod obrusem. 😦 Obok siedziało towarzystwo australijskie przy piwku i steku (pewnie z kangura) wesoło rozprawiając o zwyczajach europejskich. Dzieci z kempingu przyszły popatrzeć na zimne ognie, którymi sobie umilaliśmy czas. Kolędy na plaży śpiewaliśmy tylko my. Sąsiedzi z Chile też próbowali świętować w czapeczkach mikołajowych na głowie, ale tylko my tak naprawdę mieliśmy prawdziwą, polską wigilię na plaży w Noosa.

Niedługo pojawi się trochę nowych zdjęć, ale na razie wypoczywamy, więc prosimy o odrobinę cierpliwości

Zdjęcia z Brisbane oraz Gold Coast już są, wigilijno-plażowe w przygotowaniu…


Jak Tomek Wilmowski

20 grudnia 2009

Proszę wsiadać drzwi zamykać W podróżowaniu najciekawsze jest przemieszczanie się. Przy najmniej dla mnie. Fascynujące jest to naprawdę jedziemy przez wszystkie dalekie kraje znane z mapy, podczas gdy siedząc na kanapie można się tylko przesuwać po niej palcem (a przed komputerem po zdjęciu satelitarnym). I fascynujące jest to, że można się przemieszczać różnymi sposobami: samochodem, autobusem, chickenbusem, pickupem na pace, pieszo, taksówką, stopem, promem, łodzią, samolotem, czy też wreszcie pociągiem. W Australii bowiem naszą pierwszą większą trasę pokonujemy pociągiem The Sunlander, który jedzie z Cairns na północy do Brisbane na południu stanu Queensland. Cała trasa ma ponad 1600 km, a pociąg pokonuje ją w 31 godzin (od 9 rano w czwartek do 16 w piątek). Dla zobrazowania, to taka mniej więcej odległość (w linii prostej), jak z Wrocławia do Barcelony. Sporo!

Krajobraz widziany z SunlanderaDlaczego właśnie pociągiem? Po pierwsze chcieliśmy odmiany, a jeżdżenie autem troszeczkę niektórym zbrzydło (wyobraźcie sobie być zamkniętym wiele dni niemal non stop z dziećmi w aucie?), po drugie chcieliśmy odpocząć, a po trzecie chcieliśmy przygody, jaką przeżywał Tomek Wilmowski. Książki Alfreda Szklarskiego znamy bowiem od dziecka, a nasza Isia wręcz na pamięć – Tomka w krainie kangurów czytała od początku wyjazdu już chyba 10 razy (polskich książek mamy bowiem ze sobą bardzo niewiele). Tomek po przyjeździe do Australii na swoje pierwsze polowanie jechał właśnie w głąb kontynentu pociągiem. My jedziemy wzdłuż wybrzeża (choć oceanu nie widać ani ciut, ciut), jest więc trochę inaczej, ale wszyscy uznaliśmy, że się liczy i jesteśmy jak Tomek Wilmowski.

W wagonie klubowym Podobnie jak tamta ekipa mamy koszyk z zapasami (niknącymi dość szybko), podobnie opowiadamy sobie historie i czytamy (no dobra oglądaliśmy wieczorem też Bonda na notebooku, a w tamtych czasach tego nie było :-)) i podobnie obserwujemy przesuwające się za oknem krajobrazy (sawanna, wioska, busz, miasto, busz, wioska, busz, busz, busz, busz). W samym pociągu natomiast kwitnie życie społeczne. Biegają całe bandy dzieciaków (widocznie z okazji promocji głównie rodziny z dziećmi jeżdżą pociągiem), towarzystwo przesiaduje w wagonie barowym (zwanym tutaj Club Car) sącząc drinki i prowadząc długie dysputy. Jadą różni ludzie: sporo turystów czytających przewodniki jak my, sporo Aborygenów jadących do miasta, sporo różnej maści Australijczyków od sympatycznych staruszków pytających skąd jesteśmy po szukających okazji do rozmowy trampów. Ruch w okolicy toalet i pryszniców spory, a każdy postój na stacji pośredniej daje okazję do rozprostowania kości i połażenia po peronie. Tu wychodzi na wierzch przewaga pociągu nad samolotem, gdzie lecąc przez ocean jesteś kilkanaście godzin zamknięty w jednym miejscu. Zresztą również miejsca na nogi jest więcej niż w klasie ekonomicznej samolotu. Widoki ciekawe, w miarę wygodnie, dzieci jakoś się nie nudzą (Isia z krzywą miną dzielnie rozwiązuje kolejne zadania z matematyki) i czas płynie wesoło.

A! Właśnie podali, że mamy 1,5h opóźnienia, więc jest jak w domu! 😉


Raj z krokodylem w tle

14 grudnia 2009

Prom przez rzekę Daintree 160 kilometrów na północ od Cairns znajduje się park narodowy Daintree oraz przylądek Cape Tribulation – popularny cel różnych tropikalnych wycieczek. My wybraliśmy się tam samodzielne wypożyczonym samochodzikiem. Zostawiliśmy większość bagaży w przechowalni, wzięliśmy tylko niezbędny sprzęt i zapasy jedzenia, a klimatyzację w aucie włączyliśmy na full. Krajobraz przeważał plantacyjno-plażowy, aż dojechaliśmy do promu przez rzekę Daintree. Tam zaczęło się już naprawdę czuć odludzie i prawdziwą dżunglę. Jak piszą w przewodniku, jest to najstarszy las tropikalny na świecie (ponad 20 razy starszy od lasów Amazonii) – i to się rzeczywiście czuje. Spacerować można tylko po wyznaczonych i wyłożonych deskami ścieżkach – reszta jest tak gęsto zarośnięta, że bez solidnej maczety człowiek nie ma szans. Zapachy i odgłosy jak to w dżungli – rejwach i tysiące cykad. Głębiej w lesie można spotkać kazuary, a w rzece krokodyle. W morzu też krokodyle (z rzek wpływają skubańce do morza, aby się najeść do syta) oraz meduzy-stingery. Kąpiel nie jest wiec wskazana. Mimo bajkowych plaży – jak z raju – nikt nie zanurza nawet stopy.

Tu żyją krokodyle Słowem jest pięknie, dziko i wakacyjnie. Lato w pełni (grudzień przecież) i choć to pora deszczowa w tych rejonach, to deszcz sobie od czasu popada i przechodzi. Jest zresztą ciepły i zaraz paruje. Nie przeszkadza to nam zupełnie (szczególnie po zimnych siekących deszczach fiordlandu)! Przeszkadzają nam tylko krokodyle zwane tu z sympatią crocs. Właścicielka kempingu przy plaży, gdzie jesteśmy rozbici mówi: “Nie, tu na plażę nie wyłażą, bo nie lubią skał przy brzegu, ale kąpać się nie radzę. Wieczorem po plaży spacerować też raczej nie. Lepiej ich nie kusić.” Pierwszą noc spędziliśmy więc lekko z duszą na ramieniu zastawiając się, czy taki croc wyniucha nas przez namiot i przyjdzie schrupać na kolację (a jesteśmy 20 metrów od plaży, więc daleko by nie miał) . A jak przyjdzie, to czy schrupie w całości, czy też zadowoli się na przykład nogą? Znów wróciły wspomnienia kalifornijskich niedźwiedzi włamujących się nad ranem do metalowych szaf na jedzenie. 🙂 Na szczęście krokodyl aż tak sprytny nie jest i do auta się nie włamie – zapasy przetrwały więc bezpieczne. My też, nie martwcie się!

Galeria w przygotowaniu już gotowa. Zapraszamy! Przy okazji zapraszamy też do zaległej galerii z Cairns oraz do kolejnej – tym razem z naszej wycieczki w outback.