Sydney bez dzieci

Zabawy w Hyde Parku Niestety ten tytuł to tylko marzenie i na wieczorny koncert w parku dzieci z nami poszły. A że spały potem na trawce przy głośnej muzyce dookoła, to już inna sprawa. W krytycznym momencie, gdy towarzystwo wstało i zaczęło się rytmicznie kiwać, Isia do nas dołączyła, a tylko młodszy został na trawce otoczony światełkami ostrzegawczymi (promocyjne wentylatorki z migaczami z banku ANZ) – jak samolot na płycie lotniska. Było tak, jak miało być, czyli super. Do Sydney przyjechaliśmy bowiem w dniu rozpoczęcia corocznego Sydney Festival (coś w rodzaju Dni Wrocławia), gdzie akurat pierwszego dnia i wieczoru odbywa się mnóstwo przedstawień i koncertów na wolnym powietrzu. W Australii zresztą większość rzeczy się dzieje na wolnym powietrzu (o tym pisała już Beata), bo i styl życia taki i czasem inaczej nie można. A jak wiaterek powieje od morza to zawsze człowiekowi przyjemniej. Byle cień był. W dzień z tym cieniem było trudniej, więc w Hyde Parku, gdzie odbywały się występy cyrkowe dla dzieci, rozdawano właśnie migające wentylatorki oraz butelki z wodą. Organizacja pierwsza klasa, bo nawet cała strefa centrum była wyłączona z ruchu, obowiązywał zakaz sprzedaży i wnoszenia alkoholu, a wodzirej ze sceny przypominał wszystkim, aby pili dużo wody i chronili się przed słońcem.

Wieczorny koncert na Domain Wieczorem na Domain, czyli takim tutejszym parku centralnym rozpoczęły się koncerty – najpierw zespołów “ludowych”, czyli aborygeńskich – grających jednak całkiem przyjemną odmianę soul/pop z didgeridoo i gitarą w roli głównej. Przy okazji poszperajcie sobie na YouTube o didgeridoo, bo to jest niezły instrument. To, co grający może z niego wycisnąć, przechodzi ludzkie pojęcie i wyobrażenie. Ogrom dźwięków wydobywających sie na raz z tej długiej rury (przy czym są i basy, i dudnienia, i przyśpiewy, i świsty) przyprawia o ciarki. Wszystko w rytmie i z dzikim, tajemniczym klimatem. Rewelacja! A że w sobotę na scenie był naprawdę wirtuoz (niestety nieznany nam, więc nawet linka tu nie wstawię) – przyjemnie się słuchało!

Al Green zdjęty teleobiektywem z telebimu Po tych atrakcjach pojawiła się główna gwiazda, czyli Al Green. Występował pierwszy raz w życiu w Australii, co było dla mnie nawet lekkim zaskoczeniem, bo jak na amerykańską gwiazdę tej klasy to, że wcześniej nie zawitał do kraju kangurów jest nieco dziwne. Ale w końcu się pojawił i, jak sam powiedział, bardzo mu się Australia podoba. Zrobiło się naprawdę koncertowo, na scenę i na niebo wyszły gwiazdy, a okoliczne wieżowce służyły za ekrany wyświetlające obrazy z wielkiego projektora. Ludzie bawili się świetnie i naprawdę żałowaliśmy, że musieliśmy już wychodzić – do naszego “domku” dotarliśmy przyjemną komunikacją miejską i tak dopiero przez pierwszą w nocy. Dzieci były bardzo dzielne i zarobiły na sporą porcję lodów, prawda?

Wrocław pod śniegiem - obraz z 11 stycznia z kamery internetowej na budynku Kogeneracji A propos dzieci, to obecnie dostają gorączki na myśl o tym, co w Polsce. Czyli o śniegu. Isia dziś dostała maila od koleżanki z opisem półmetrowego puchu na górce we Wrocławiu i stwierdziła “Ale farciarze! Mają tyle śniegu i mogą się w nim tarzać.” Młodszy też potwierdził, że natychmiast chce wracać i wziąć udział w tym śniegowym szaleństwie. Po czym zakończył obowiązkowe codzienne czytanie, Isia w szybkim tempie zrobiła sprawdzian z angielskiego (przysłany emailem przez panią nauczycielkę – bardzo dziękujemy przy okazji) i oboje zgodnie poszli w na basen poskakać nieco na główkę. 🙂 Niby dla odreagowania tego braku śniegu. Tak więc, jak widzicie już im się ciepłe kraje przejadły i chcą unurzać się w mrozie i białym puchu, choć pewnie wielu dzieciakom z Polski chciałoby się rano pochodzić po kempingu w kąpielówkach i poskakać do basenu, prawda? 😉

PS. Pozdrowienia z drugiej strony świata. Nie dajcie się białemu puchowi!

4 Responses to Sydney bez dzieci

  1. Aldek pisze:

    Fajnie, że trochę się bawicie i to w takim wspaniałym miejscu. Wczoraj pierwszy raz musiałem usunąć z dachu grubą warstwę ubitego śniegu, miejscami nawiało ponad metr.
    Pozdrawiam z zimnego i zasypanego Ostrzeszowa.

  2. Ania Dziuba pisze:

    Ja się przyłączam życzeniami do dzieciaków z Polski … ogólnie lubię śnieg, ale dziś jak pchałam wózek z Alex’em to mi kółka troche buksowały, więc myślałam o was. Tak że korzystajcie, kochani, ze słońca i basenu a my będziemy wam tradycyjnie zazdrościć!!!
    Pozdrowienia z zimnego i zasypanego Rudelzhausen 🙂

  3. Jola-mama pisze:

    Aniu! A zimowe oponki nie założone? Na Sochaczewskiej wózki nie jeżdżą -chyba,że na sankach. Samochody też głownie poprzez ręczny napęd ruszają z osiedlowych uliczek i parkingów. 🙂

    • Ania Dziuba pisze:

      Ojej, to chodniki i parkingi nie są odśnieżane?!?! Ja chyba muszę przestać narzekać że u nas na wsi gdzienigdzie na chodniku leży śnieg …

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: