Kącik łasucha – Kambodża

2 kwietnia 2010

Ponieważ trwa Wielki Tydzień, dzisiaj trochę o jedzeniu, a trochę o nie-jedzeniu. Zacznijmy od nie-jedzenia. Troszkę pójdziemy pod prąd wpisów ogólnie uznanych za odpowiednie na tę okazję (mazurkowych, babkowych, cytrynowych, jajecznych, słodkich i rodzinnych), ale mówi się trudno.

Azor na rożnie W Azji jada się wszystko. Niebieskie meduzy, robaczki, pająki, chrząszcze, szczury i tym podobne specjały. Niestety także specjały nieco kontrowersyjne. Spacerując leniwie  po Phnom Penh w trzydziestoparostopniowym upale, ujrzeliśmy kształt znajomy nadziany na rożno i przypieczony z lekka. Chociaż nieszczęsne zwierzę pozbawione było łba, o pomyłce nie było mowy. Dopiero co upieczony, najwyraźniej czymś nafaszerowany (zaszyte rozcięcie po patroszeniu) na łakomych nabywców czekał towarzysz dziecięcych zabaw, nasz najlepszy przyjaciel, Reksio, Azor i ten, który jeździł koleją – uosobienie wierności i najbardziej zantropomorfizowane zwierzę świata, czyli pies. O psach w takiej roli słyszeliśmy już w Wietnamie, ale myszy z delty Mekongu podawane w charakterze miejscowego smakołyku wyparły je z naszej świadomości bardzo skutecznie („Bardzo czyste myszy! Wyłącznie ryż jedzą! A te z Sajgonu są do niczego!” – tak nas zapewniano w czasie wycieczki po delcie). Tym bardziej, że w Wietnamie pies ukryty był pod dwoma tajemniczymi sylabami, których zapamiętać nie można było wcale. A tu pornograficznie i bezwstydnie sprowadzono nas na ziemię. Nawiasem mówiąc, Internet nam później pomógł: pies to po wietnamsku thit cho – podają go tylko w wybranych restauracjach; po khmersku najwyraźniej wystarczy pokazać palcem…

Obrońców zwierząt, miłośników psów i tych, którzy delektowanie się mięsem tego czworonoga uważają za rzecz karygodną, pragniemy uspokoić: rumiana skórka nie skusiła nas wcale, chyba by nam stanęło w gardle, a biedny Abas przewrócił by się w grobie. Jednak na obronę (a może wręcz odwrotnie) Azjatów można dodać, że psy hodowane na mięso nie są niczyimi domownikami, nie mają imion i są hodowane na farmach. Brzmi to okropnie, ale żadne z nas nie jest bez skazy i tylko wegetarianie mogą tutaj wyrazić głośno swoje oburzenie. Jak to bowiem mawia moja przyjaciółka, której wierzę w 1000%:  „Jeśli wychowałaś się na wsi, to wiesz, że świnki są równie inteligentne co psy”. A przecież hodujemy je w taki sam sposób bez najmniejszych skrupułów i cienia refleksji. Faktem jest, że nie biegają po naszych pokojach radośnie kwicząc. Ale skoro i Azjaci tego z psami tego nie robią (przynajmniej nie z tymi, które zabijają), to niech mi ktoś tu logicznie wyklaruje, jaką to robi różnicę. To tyle a propos świątecznej szynki.

ŻółwieKontynuując nieco masochistycznie wątek świąteczny, pragnę donieść kochanym czytelnikom, że tutejsze jaja mają bieluśką i grubszą niż nasze skorupkę, a żółtka koloru dojrzałego słonecznika, gotowane na półtwardo rozpływają się aksamitnie w ustach. Miałam teorię (chyba po tych myszach z delty), że to na pewno dlatego, że ryżem je karmią to i skorupka bieluchna i jajeczko żółte. A może to kacze jaja były? Mam chyba braki łasuchowe, bo kaczych nie jadłam… Tak się te jaja jakoś zbiegły z oburzeniem polskich rolników, że im trzy lata temu (czy jakoś tak) Unia nakazała powiększenie klatek dla kur niosek i że to takie wstrętne, doprawdy, że Unia o tym nie zapomniała. O kurach nioskach wolę nie pisać wcale, bo już całkiem nie będziecie mieli co jeść na te święta. A mi chyba przyjdzie na weganizm przejść po powrocie. Dość, że jajeczka tutaj najwyraźniej nie od niosek i smaczne bardzo. Ze zwierząt, co do których jeszcze mieliśmy w Kambodży wątpliwości – jeść, czy nie jeść – należy wymienić jeszcze żółwie. Upieczone, położone na skorupkach i przystrojone warzywkiem wylegiwały się w metalowej misce gdzieś na drodze a Phnom Penh do Siem Reap. Żółwie były niewielkie – trochę większe od greckich, hodowanych w Polsce w terrariach. Nie pytajcie, dlaczego nie zjedliśmy, skoro spróbowaliśmy krokodyla. Jakoś chyba to się wymyka racjonalizacji, choć bardzo byśmy chcieli, by tak nie było.

Garnuszek z węgielkiem Są jednak w kambodżańskiej kuchni akcenty dużo przyjemniejsze od powyższych. Dla mnie numerem jeden jest curry. Curry lubię we wszelkich postaciach i o różnym stopniu ostrości, jednak w Kambodży smakowało mi zdecydowanie najbardziej. W Kambodży, podobnie jak w Tajlandii przyrządza się je z dodatkiem mleka kokosowego, które dodaje słodyczy i cudownego aromatu. W Tajlandii nie mogliśmy curry zjeść bez ryżu, bo od razu nam łzy z oczu leciały, co wytłumaczyła szefowa baru: “A tak!, jakieś nowe chili mamy, trochę bardziej ostre, niż poprzednie!”. W Kambodży w curry dominuje smak słodki, ostrości jest tylko szczypta, a sos jest tak smaczny, że jest mi wszystko jedno, co w nim pływa (może za wyjątkiem stworzeń z pierwszej części wpisu). Czy to nie jest syndrom niektórych piwoszy ;-)? I jeszcze podają niekiedy to curry w garnuszku, pośrodku którego wetknięty jest żarzący się węgielek. Można sobie dokładać, a curry wciąż gorące.

Amok Innym smakołykiem jest amok (cóż za adekwatna nazwa!) – ryba w sosie na mleku kokosowym, cudownie słodka z chrupiącymi warzywami, prażonymi orzeszkami ziemnymi. Mięciutka, słodkawa, apetyczna i ozdobiona łyżeczką jogurtu. I pięknie opakowana w miseczce z liści bananowca dyskretnie acz pewnie połączonym zszywaczem (pewnie kiedyś były to bambusowe wykałaczki). Całość wygląda jak przepiękny kwiat. W amoku czuć setki lat tradycji, harmonię Angkor i łagodny uśmiech Khmerów. Czerwoni Khmerzy, czas Apokalipsy, bieda – nic nie zdołało zniszczyć piękna z najprostszych i najbardziej dostępnych składników: słodkowodnej ryby, kokosa, orzeszków ziemnych i ciemnozielonego bananowca.

Lotos Jako przekąskę można sobie pochrupać nasionka  lotosu – okrąglutkie jak beczułki, wielkości sporego podłużnego koralika przypominają nieco świeże nasiona słonecznika. Smaczne, pożywne i na pewno zdrowe. Będziemy chrupać zamiast rzeżuchy. Ale jajek to sobie na Święta nakupimy! A co! Raz się żyje!


Hop! przez kolejny rok

1 kwietnia 2010

World HOP 2 Z wielką radością informujemy, że udało nam się uzyskać dodatkowe fundusze od amerykańskiej organizacji wspierającej niezależną turystykę – North American Globtrotter Association. Dzięki tłumaczeniom naszego bloga, jakie zrobiliśmy za pomocą Google Translatora oraz zdjęciom (głównie Beaty) jury przyznało nam nagrodę do wykorzystania na bilety lotnicze i hotele. Jedziemy więc dalej! Hurra, kącik łasucha będzie nadal istniał, a wszyscy pozostający w domu będą mogli jeszcze przez rok cieszyć się naszymi relacjami. Mamy już wstępną rezerwację biletów lotniczych: prosto z Bangkoku lecimy do Hongkongu, potem do Pekinu i dalej do Japonii (akurat będzie lato), potem Alaska i cała Kanada, a następnie pozostała część Ameryki Południowej łącznie z Galapagos i Wyspa Wielkanocna. Bądźcie z nami i czytajcie nas nadal. Do zobaczenia we Wrocławiu w okolicach marca 2011!