Kącik łasucha – Dunedin

1 grudnia 2009

UWAGA: Poniższy post powstał pod wpływem substancji działających na układ nerwowy, wywołujących potężny wzrost poziomu endorfin we krwi, błogi uśmiech i nieuchronne uzależnienie …

Zbliża się koniec naszej podróży po Nowej Zelandii, więc czas na małe podsumowania. W charakterze wstępu do “kącika” podajemy naszą subiektywną i gorącą czołówkę notowania “Za co należy podziwiać Nowozelandczyków?”

  1. Hillary po pierwsze, za Aoraki, Przewiercającą Chmury (czyli Górę Cooka 3754m n.p.m.);
  2. po drugie, za Sir Edmunda Hillarego (po 5 tygodniach rock&rolla pogodowego przestaliśmy się dziwić, dlaczego to właśnie Nowozelandczyk zdobył Mount Everest);
  3. po trzecie, za najwyższy wskaźnik rozjechanych oposów na kilometr drogi (godna podziwu konsekwencja, a mimo to oposów podobno wciąż 60 mln);
  4. po czwarte, za szczęśliwe, brykające po zielonych pastwiskach owce i znakomitą jagnięcinę;
  5. po piąte, za imponujące ignorowanie warunków atmosferycznych przejawiające się:
    a) skakaniem do zatoki morskiej w ramach świętowania końca roku szkolnego (zaobserwowane w Wellington – temperatura powietrza 13 stopni Celsjusza);
    b) udzielaniem lekcji surfingu przy mroźnym wietrze (zaobserwowane w rejonie Southland –  temperatura powietrza jakieś 10 stopni Celsjusza);
    c) bieganiem w mundurkach szkolnych ale boso po ulicach, bynajmniej nie w rejonach z aktywnością geotermiczną (zaobserwowane na Wyspie Północnej i Południowej, temperatury powietrza około 13-15 stopni Celsjusza);
  6. no i po szóste, za odwrotnie proporcjonalną zależność między temperaturą odczuwalną powietrza, a ilością zjadanych lodów.

Hokey PokeyTwardzi Nowozelandczycy produkują bowiem najwięcej lodów na jednego mieszkańca i jedzą ich prawie tyle ile Amerykanie. Co więcej, oprócz tradycyjnych lodów na patyku trudno jest znaleźć w sklepie opakowania jednolitrowe lub mniejsze, które odpowiadałyby naszym potrzebom i trybowi życia (brak zamrażarki). Standardowym opakowaniem jest opakowanie dwulitrowe. Myśleliśmy, że w Nowej Zelandii będziemy objadać się lodami, ale na spróbowaniu znakomitych Hokey Pokey (lody śmietankowe z kawałkami chrupiącego toffi) właściwie się skończyło.  Bez specjalnych dyskusji i jednogłośnie z lodów przerzuciliśmy się na czekoladę … Jakoś nam bardziej pasowała biorąc pod uwagę aurę…

Mała dygresja: Podobno zresztą istnieje Hokey Pokey w odmianie czystej, czyli toffi w formie plastra miodu, ale takiego nie widzieliśmy nigdzie. Podobnie jak deseru pavlova (bezy z owocami), co do którego nikt zresztą nie jest pewien, czy pochodzi on z Nowej Zelandii, czy z Australii… Może w takim razie w Australii nas jednak przekonają, że to ich…

Świat Cadbury W Nowej Zelandii marką dominującą jest Cadbury (w końcu to kraj o silnych wpływach brytyjskich). Lindt, Whitt & Whittaker i pralinki belgijskie również są na rynku, ale sądząc po asortymencie, nie stanowią dla Cadbury poważnej konkurencji. Rozmaitość czekolad brytyjskiej firmy jest doprawdy imponująca, więc z zapałem zabraliśmy się do testowania. Zaczęliśmy od Rocky Road stanowiącej szlachetną wersję czekolady Studenckiej – kultowego niegdyś czeskiego wyrobu ze sporą ilością galaretki, orzeszków ziemnych i rodzynków. Rocky Road to pachnąca wanilią czekolada z orzeszkami ziemnymi, zabawnymi wiśniowymi żelkami i anglosasko wzbogacona różowymi kawałeczkami kleistego marshmallowa. Próbowaliśmy jeszcze Turkish Delight (wiśniowa galaretka w rozpływającej się w ustach mlecznej czekoladzie), Pannacotty (śmietankowo-wiśniowe nadzienie, mniam), Fruit&Nuts (bardziej klasyczna wersja z rodzynkami i migdałami), ale nasze serce zdobył Creme Brulee ze śmietankowo-karmelowym nadzieniem i lekko chrupiącymi cukrowymi drobinkami dokładnie takimi, jakie powstają, gdy powierzchnię przygotowanego tradycyjną metodą creme brulee opala się palnikiem. Czekolada, którą  było oblane nadzienie była bajkowo gładka i aksamitna, więc zjadaliśmy ją w ilościach potężnych. Co ciekawe, czekolada we Fruits&Nuts nie była już aż taka dobra, ciekawe, czy stosują różne receptury…

Wjazd do fabryki Nic więc dziwnego, że w Dunedin z prawdziwą radością wybraliśmy się na wycieczkę po fabryce czekolady. Zbierając i zajadając rozdawane co krok czekoladki (żeby zdobyć niektóre z nich trzeba było odpowiadać na zadawane w czasie wycieczki pytania) zwiedziliśmy fabrykę i centrum informacji o czekoladzie. Próbowaliśmy prażonych ziaren kakaowych (bardzo intensywne, gorzkawe), testowaliśmy płynną czekoladę (ciepłą, pachnącą, mleczną, gęstą – co to był za smak!) i podziwialiśmy kilkumetrowy czekoladowy wodospad przygotowany dla przyjemności odwiedzających (ach, chciało się tam podstawić kubeczki po dokładkę, ale nie można było 😦 ). Wzmocnieni solidną porcją czekoladowych przyjemności z błogim uśmiechem szczęścia na twarzy rasowych chocoholików wyruszyliśmy w dalszą drogę…

Tym, którzy też by tak chcieli uprzejmie donoszę, że fabryka Cadbury jest także pod Wrocławiem… Takich atrakcji chyba nie oferują, ale kto wie, może niedługo….

Galeria z Southland, południowej części Wyspy Południowej już za kilka godzin już jest gotowa. Zapraszamy!


Kącik łasucha – Kaikoura

28 listopada 2009

Zanim przejdę do rzeczy, czytelnikom z takim utęsknieniem domagających się “Kącika łasucha” winna jestem kilka słów wyjaśnienia. Menu w Nowej Zelandii mamy zupełnie pomieszane. Na trekach i na terenach parków narodowych jemy to, co jest lekkie, szybkie w przygotowaniu i pożywne. Pożywne przynajmniej jeśli chodzi o kalorie, bo witaminowo to raczej tutaj podupadamy – dominują zupki instant (w Polsce popularnie nazywane “chińskimi” niezależnie od kraju pochodzenia), owsianka, makaron i muesli. Jak mamy dostęp do prawdziwej kuchni, to gotujemy obiadki prawie domowe ze smaczną jagnięciną (bo owiec na zielonych pastwiskach Nowej Zelandii pasie się tysiące) i owocami morza w roli głównej. Gorzej jest już z jedzeniem typowo “nowozelandzkim”. Sporo tu wpływów brytyjskich: puddingi, miętowy groszek, pies – (zapiekane kruche lub francuskie ciasteczka z nadzieniem na słodko lub na słono) i klasyczne fish&chips. W maleńkich miasteczkach nowozelandzkich nie brakuje restauracji tajskich, hinduskich lub chińskich – i na ogół, jeśli nie gotujemy sami, to jemy właśnie tam. Jedzenie wspaniałe, szczególnie tajskie (mmmm….),  ale na opisy specjałów tajskich przecież też przyjdzie czas…

Langusta przytula się do dorsza Są jednak potrawy, których będąc w Nowej Zelandii trzeba spróbować. Będąc w Kaikourze zdecydowaliśmy się na niebieskiego dorsza i langustę. Po maorysku Kaikoura oznacza podobno “jedz langustę”, nie mogliśmy się więc oprzeć tym bardziej, że jeszcze wtedy nie bardzo wiedzieliśmy, co zamawiamy (“co to właściwie jest ten crayfish?”) a to zawsze ciekawiej. (Nawiasem mówiąc niecierpliwie czekamy na Wietnam – to dopiero będzie rozrywka!). Zamówiliśmy więc skorupiaka, jako żywo przypominającego gigantyczną krewetkę. Odczekaliśmy 15 minut wraz z kilkoma innymi amatorami tego typu specjałów, aż nam ją przygotują. Zapachy obezwładniały wolę i zmysły, więc cieszyliśmy się, że dzieci zostały w samochodzie, bo pytanie “Ile jeszcze?” byłoby zadane pewnie ze sto razy. W końcu jednak przyszła i nasza kolej i mogliśmy przyjrzeć się bliżej tajemniczemu zwierzątku. Langusta ładnie rozcięta na połowę wdzięcznie i wyzywająco prezentowała pokryty czerwonym pancerzykiem odwłoczek pełen śnieżnobiałego mięsa.  Bardzo delikatnego, zwartego, w smaku niepodobnego do krewetek. Ani śladu rybnego zapachu. Nowozelandzki odpowiednik peruwiańskiej Inca KoliDo tego majonezowy sos i listki pietruszki. Zupełnie nie wiem dlaczego, ale mięso wraz z sosem miało subtelne porzeczkowe nuty, a pietruszka, choć to dekoracja, komponowała się z całością znakomicie. Karmili ją czerwonymi porzeczkami o tej porze roku (wiosną), czy też mam omamy smakowe? Raczej to drugie, bo porzeczek tu nie widziałam. W każdym razie już miałam podejrzenia, że nas karmią słodkowodnym stworzeniem, ale jednak nie: zjedzony przez nas z ukontentowaniem delikates pochodził z kamienistego dna zatoki.  Jak więc widać, morskie specjały mogą pachnąć porzeczkami, a futerkowe morzem… (patrz: Kącik Łasucha – Cuzco). Dorsz smakował za to rybką bardzo przyjemnie – panierka wysmażona w bardzo gorącym oleju, więc chrupka i parząca usta, a za to w środku ryba soczysta  podana z grubo krojonymi (koniecznie!) frytkami. Wpływy brytyjskich fish&chips widać jak na dłoni. Popić takie morskie pyszności w Nowej Zelandii wypada lokalnym napojem narodowym czyli Lemon & Paeroa od kilkudziesięciu lat rozlewanym na Wyspie Północnej. Jest to rodzaj oranżady (cytrynady) produkowanej z wody mineralnej ze źródeł koło miasteczka Paeroa i soku cytrynowego. Lekka, kwaskowata, gazowana – do ryby jak znalazł…

W następnym Kąciku Łasucha słodkości z Nowej Zelandii.


Kącik łasucha – Fidżi

24 października 2009

Widelczyk Na Fidżi kanibale byli jeszcze zupełnie nie tak dawno, bo 150 lat temu. Kanibalizm jakimś trafem szerzył się na Polinezji ze sporą szkodą dla Europejczyków. Europejczycy, jak to Europejczycy, panoszyli się butnie w Nowym Świecie, pozbawieni wyczucia i szacunku dla miejscowych kultur. Prym wiedli pozbawieni skrupułów i wyobraźni misjonarze. Wielebny Baker wykazał się kompletnym brakiem wyczucia wyszarpując miejscowemu kacykowi jego ulubiony kościany grzebyk z bujnej (i świętej!) czupryny, co napełniło tubylców takim oburzeniem i niesmakiem, że wielebnego schrupali co do kosteczki. Z tego niesmaku właśnie. Ich praprawnukom odbijał się jednak czkawką tak bardzo, że w 2003 zorganizowali ceremonię przebłagalną z udziałem potomków zjedzonego i jedzących. Polecam wiadomości BBC dotyczące tego wydarzenia, a szczególnie zdjęcie przedstawiające pojednanie. Widać wyraźnie, że krewni wielebnego nie do końca są przekonani, że ujdą z życiem… Oprócz wyrzutów sumienia po kanibalach zostały na Fidżi urocze widelczyki do wyciągania kawałków mózgu. Nie udało mi się ustalić, czy przez oko czy też może, jak w Indianie Jonesie, z otwartej mocnym uderzeniem maczugi czaszki. Skoro jednak takie widelczyki wymyślono, to znaczy, że musiano ich używać dość intensywnie. Po kanibalizmie, jak twierdzą tutejsi przedstawiciele branży turystycznej, śladu nie ma, bo go inni wielebni skutecznie wyplewili razem z wielobarwnym makijażem i paroma innymi “pogańskimi” zwyczajami.

Taro Z innych fidżijskich specjalności warto wspomnieć o lovo, czyli piecu ziemnym z rozgrzanych kamieni, w którym przygotowuje się wiele potraw świątecznych – nabierają one wtedy delikatnego aromatu dymu z ogniska. Często piecze się w nich trzy podstawowe źródła skrobii: słodkie ziemniaki (smakują, jakby rzeczywiście ktoś do gotowania zamiast cukru dodał soli), manioku (tutaj nazywanego cassavą) i taro – warzywa podobnego kształtem do sporego selera. Nam ze wszystkich trzech najbardziej smakują nasze ziemniaki :-), bo słodkie wprawdzie pyszne, ale trochę za słodkie… O manioku już pisałam, a taro z lovo smak ma lekko ziemniaczany (tak smakuje zresztą wszystko, co ma sporo skrobii), ale jest dość wysuszone i na tym zdecydowanie traci.

Pączek, oops, chleb po fidżijskuZa to na śniadanie można przegryźć tradycyjny chleb fidżijski – czyli usmażone ciasto drożdżowe z dodatkiem wody z kokosa, czyli prostokątne pączki z nutą kokosową i chrupiącą, lekko spieczoną skórką.  Co ciekawe, podobnie jak w chlebie lub bułeczkach kokosowych, smak kokosa jest ledwie uchwytny, bardzo subtelny (zupełnie niepodobny do “ciasteczek kokosowych” z naszych sklepów) – do tego stopnia, że nie wszyscy go wyczuwają. Dodatek wody z kokosa powoduje jednak, że ciasto jest bardziej wilgotne i bardziej aksamitne. A skórka jest zupełnie podobna do naszych pączków  – tych zrobionych piętnaście minut wcześniej… Połączenie idealne…

Mniam!

Dhal z dodatkami W XIX w. na Fidżi do pracy na plantacjach zostali sprowadzeni Hindusi, którzy przynieśli ze sobą indyjskie specjały. I te głównie dominują teraz w Nadi i Suvie, w których byliśmy. Dhal, (przepis tu) czyli krem z soczewicy to podstawowa zupa w knajpkach hinduskich, zupełnie tak jak wantan w knajpkach chińskich. Smakuje bosko. Wyobraźcie sobie gęstą grochówkę o kolorze żółtym, o smaku delikatnym, acz pikantnym, podkreślonym szczyptą curry. Do tego często podaje się rodzaj przepysznych domowych chipsów ziemniaczanych smażonych w głębokim tłuszczu – bardzo delikatnych, niemal przezroczystych, chrupiących, kruchych i lekko słodkich. Oczywiście zwolenników tradycyjnej grochówki od razu uprzedzam, że o majeranku ani skwarkach nie ma mowy :-).

Szpinak w sosie jak marzenieJedzenie hinduskie można by zajadać w sporych ilościach (co też, w większości przypadków zrobiliśmy). Szczególnie przypadły mi do gustu liście szpinaku zawijane w gęstym sosie curry – marzenie – jak ktoś twierdzi, że szpinaku nie lubi, to niech spróbuje, bo od razu zmieni zdanie…

Kavę, o której pisał Błażej pije się przed jedzeniem, a nie po. Zupełnie odwrotnie niż u nas :-).


Kącik {łasucha | drinkownika} – Fidżi

16 października 2009

Drink z obowiązkową palemkąŻeby nie było, że tylko jemy, to niech będzie znane wszem że też pijemy. A pijemy siedząc i urlopując się (bo tak to należy określić: 3 smaczne posiłki dzienne, plaża, laguna, rafa, słonce) na uroczej fidżijskiej wysepce Mana, gdzie (jak już wiecie) najpierw przez 2 dni lało więc nie było co robić. Trzeba było sączyć drinki. 🙂 Na tarasie, za foliową zasłoną od deszczu – ale z palemkami. Drink tropikalny bez rzeczonej parasoleczki, palemki, ananaska lub innej sterczącej ozdoby – nie uchodzi. Chyba, że jest to piwo lub kava. Dziś będzie więc głównie o drinkach, kavie i o piwie, choć o drinkach z palemką pisać się wiele nie da. Są smaczne, słodkie i rozluźniające. No i mają wesołe nazwy jak Slow screw (ciemny rum, biały rum, sok pomarańczowy, krem kokosowy), Wanna taki (biały rum, kahlua, mleko i gałka lodów), Sex on Mana beach (wódka, triple sec, sok pomarańczowy, krem z kokosa), Mana blue (gin, triple sec, niebieski likier, sprite i gałka lodów), Duatale (biały rum, białe curacao, sok z ananasa i krem z kokosa), czy bardziej tradycyjna pinacolada (biały rum, likier kokosowy, sok z ananasa i krem kokosowy). Receptury do wyboru i koloru (dla barmana samouka) oraz przykładową fotografię poglądową (aby wiedzieć co zrobić z wybraną przez siebie ozdobą) podajemy bo może ktoś w domowym zaciszu chciałby sobie zrobić odrobinkę fidżijsko-pacyficznej atmosfery. Należy (a) sporządzić drinka, (b) przebrać się w strój kąpielowy lub bokserki, (c) zapalić pod sufitem mocną żarówę (najlepiej tak ze dwusetkę), (d) położyć się na leżaczku lub fotelu i (e) sącząc drinka zupełnie, ale to zupełnie wyluzować. Punkty (a) i (e) można powtarzać do oporu. Pamiętaj – tylko bez pośpiechu. You are on Fiji time – jak nam tutaj co chwilę mówią.

Mistrz ceremonii z pomocnikiem przygotowują kavę No ale wracając do meritum, zaczęliśmy od kavy. Jest to tradycyjny lokalny napój przyrządzany z wysuszonych i sproszkowanych korzeni rośliny o nazwie yaqona (łac. piper methisticum), która ma tą cechę, że rośnie długo. Im dłużej korzeń tkwi w ziemi, tym mocniejsza kava z niego wychodzi. Generalnie 5 letnie korzenie to minimum, a najlepsze są podobno 10 letnie. Im dłużej tym lepiej, jak mówią tubylcy. Możecie się zatem spodziewać co się z tymi korzeniami może się dziać przez 5 czy 10 lat. Napój jest podobno lekko narkotyczny (uzależnienia nie stwierdziłem), a smakuje jak niezbyt mocna gorzka, zimna kawa. Ma działanie uspakajające i dobrze robi na sen. Na serce też – tak twierdzą lokalni. Przyrządzane jest to cudo w tradycyjnej “ceremonii”, gdzie obecny jest wódz wioski, jego mówca/rzecznik oraz mistrz ceremonii i pomocnik. Mistrz (w naszym wypadku był to szef kuchni) miesza proszek z wodą w specjalnej drewnianej misie (tanoa). Potem miseczką (bilo) nabiera każdemu porcję i podaje. Najpierw swoją dawkę otrzymuje wódz i jego mówca i razem decydują, czy kavę mogą wypić pozostali siedzący w okręgu na macie (kobiety z nogami “na syrenę”, mężczyźni “po turecku” – nigdy stopami w stronę tanoa). Przed otrzymaniem swojego bilo (połówka skorupy kokosa) należy ceremonialnie klasnąć (tylko raz). Pijemy oburącz, jednym chluśnięciem lub kilkoma łykami (jest “fidżi time” więc spieszyć się nie trzeba) i gdy skończymy wszyscy mają zawołać głośno matha (co oznacza: wypito do dna) i klasnąć trzykrotnie. Przed wypiciem swojej porcji kavy można też przełamać lody tradycyjnym fidżijskim okrzykiem “Bula!” (co oznacza zarówno “cześć”, “jak się masz”, “na zdrowie”, jak i “jest fajowo”). Nasze dzieci też próbowały kavy i mówią, że smakuje jak gorzka woda. W każdym razie specjalnie smaczne to to nie jest. Piwo lepsze.

Kolekcja piw i nasza barmanka A właśnie, wracając do tematu, czyli do piwa właśnie, to tutaj zaobserwowałem dotychczas trzy gatunki. Najpopularniejszy jest Fiji Bitter, czyli tradycyjne jasne piwo o smaku podobnym do Pilsnera (choć goryczki ma mniej). Fiji Gold, które jest bardziej słodkie i podobno lubiane przez kobiety. Daleko mu jednak słodyczą i kobiecością do naszych Reddsów. Bardziej przypomina lekko rozwodnione Tyskie. Trzecim gatunkiem, najbardziej wykwintnym i najdroższym jest Fiji Premium, które smakuje kropka w kropkę jak Miller Light. Wszystkie piwa są produkowane lokalnie na głównym lądzie (jak tutaj nazywają największą wyspę Fidżi, czyli Viti Levu). Globalizacja jednak pokazała i tutaj pazurki, bo wszystkie te marki należą do australijskiego koncernu Foster. Pewną ciekawostką jest pojemność. Otóż marki Bitter i Gold sprzedawane są jako małe i duże, przy czym małe ma 355 ml, a duże 750 ml. Duże jest więc naprawdę duże, a gdy jest mocno zimne (z porządnej lodówki) i podane przez uśmiechniętą barmankę wraz z wyjętym prosto z zamrażarki kufelkiem – smakuje naprawdę dobrze orzeźwiająco. I o to właśnie chodzi! Bula!


Kącik łasucha – Polinezja Francuska

9 października 2009

Hotel Hilton Mo'orea Drinki z palemkami?  Tropikalne owoce? Topy z wyjedzonych pospiesznie połówek kokosa zamiast tradycyjnego bikini? To tylko częściowa prawda. I to zapewne realizowana głównie w luksusowych resortach z chatkami na palach wbitych w błękitną lagunę, tak jak w Hiltonie na Mo’orei  – tego akurat nie mieliśmy szansy sprawdzić, bo to nie nasz styl i kłóci się z założeniami wyprawy. Z kolei na kempingu takich drinków nie podają. Tak naprawdę codziennym kulinarnym krajobrazem Polinezji Francuskiej jest krucha i świeża francuska bagietka, croissanty i serki pleśniowe. Na Mo’orei, na której spędziliśmy większość czasu, z owoców uprawia się jedynie ananasy (pyszne!), no i oczywiście palmy kokosowe, a na innych wyspach poza Tahiti i Mo’oreą, zdobycie świeżych warzyw podobno graniczy z cudem (oczywiście nie dotyczy to luksusowych hoteli). Może to też takie nasze szczęście, bo na drzewach widzieliśmy zielone guanabany, więc prawdopodobnie owoców będzie więcej za kilka miesięcy. Nabiał jest importowany z Francji, kurczaki ze Stanów Zjednoczonych, a jagnięcina z Nowej Zelandii.

Poisson cru Za to są dostępne świeże ryby, powszechnie przygotowywane w formie poisson cru, czyli sałatki z surowej ryby z warzywami podawanej z mlekiem kokosowym i limonką z dodanym niekiedy imbirem – przekąska smaczna, ale nie dorównująca smakiem ceviche. Przede wszystkim dlatego, że aromat mleka kokosowego jest bardzo delikatny, a warzywa przytłaczają go tak bardzo, że można by pomyśleć że jest to tylko słodka śmietanka. Co innego chleb kokosowy (jedliśmy także bardzo podobny w Nikaragui) – jest to biała, wilgotna, miękka i lekko pachnąca kokosem chałka – znakomita z mlekiem lub masłem.

Mahi mahi w sosie waniliowym Tahiti słynie z tak często malowanych przez Gauguina pięknych kobiet z kwiatami wpiętymi we włosy, czarnych pereł i wanilii. Trzeba przyznać, że trójca to wyjątkowo udana i świetnie budująca wizerunek Tahiti. Pamiętnego wieczoru, jeszcze zanim polinezyjscy tancerze (i tancerki) zaczęli tańczyć tak, że nie można było oderwać od nich oczu, zamówiliśmy mahi mahi w sosie waniliowym i mako w słodkawym sosie z brązowego cukru. Mahi mahi to ryba, którą je się także na Florydzie, na Mo’orei podano mi plaster ryby grubości około 1,5 cm w białym sosie z estetycznie podanymi przekąskami.  Ryba była biała, zwarta i dość sucha, podobnie jak grillowany tuńczyk, ale bardzo smaczna. Mogła być śmiało jedzona saute, ale sos waniliowy (a nie: wanilinowy) dodawał jej jeszcze delikatności i aromatu. Ryba mogłaby się wydawać nieco mdła, ale uzupełniały ją znakomicie francuskie akcenty: maleńki słony omlet i garść ugotowanych ciemnozielonych strąków fasolki polanych masłem z odrobiną czosnku. Mako Błażeja okazało się, ku jego niepomiernej radości, rybą o smaku wieprzowiny podaną w miseczce ze słodko-ostrym sosem. Jak widać są świnki o smaku ryby (patrz Kącik Łasucha Cuzco) i są ryby o smaku świnki. Równowaga ta w jawny sposób przeczy twierdzeniu niektórych fizyków, że im większy bałagan (entropia) tym naturze lepiej.

Zupełnie jak figa W ramach testowania owoców egzotycznych na straganie kupiliśmy tajemnicze pomme de… (no właśnie, jesteśmy w trakcie wyjaśniania nazwy tego owocu/ uaktualnienie: jest to milk fruit – owoc mleczny, lub estrella, więcej informacji w języku angielskim pod podanym linkiem)- fioletowy owoc wielkości jabłka, który można łatwo przepołowić palcami lekko naciskając skórkę. W środku jest koloru barszczu ze śmietaną, i ma spore, otoczone słodkim, przezroczystym miąższem pestki. Smak zaskakująco przypomina świeże figi. Biały sok wyciekający z owoców również kleił się do palców i warg zupełnie jak sok z niedojrzałych fig. Musieliśmy potem strzępki tego mazidła zdejmować sobie z ust. Tyle dobrze, że nie powodował takiego okropnego swędzenia, jak ten z figowca. Ten kto próbował zrywać figi, ten wie, o czym mówię, bo tego uczucia się nie zapomina. ;-).

Roulettes Ciekawym zjawiskiem w drogim Papeete są roulottes, czyli nic innego tylko przenośna kuchnia polowa. Wraz z zapadnięciem zmroku na skwerek, normalnie pusty i uporządkowany, ściągają przyczepy z gorącym jedzeniem. Właściciele rozkładają plastikowe krzesełka i stoliki, zapalają wesołe szyldy i zbierają zamówienia od klientów. Co ciekawe, większość z tych garkuchni jest prowadzona przez Chińczyków, w rezultacie można więc wybierać spośród kuchni Hongkongu, kantońskiej, ale także na deser można zamówić sobie klasyczne francuskie crepes lub gofry z dowolnymi dodatkami. Wszystko w cenach, jak na Polinezję, nie aż tak wysokich. Zjawisko o tyle interesujące, że jakoś nie do końca pasuje do widoku luksusowej Polinezji, jednak bardzo barwne i przyjemne, bo przygotowywane potrawy są bardzo smaczne i świeże.


Kącik łasucha – pożegnanie USA

4 października 2009

Odpoczywamy pod palmami po całonocnym locie do Papeete (Tahiti) i robimy jeszcze podsumowania naszej dwumiesięcznej  podróży po USA.

Pobyt w Los Angeles kończył nasze przygody w Stanach Zjednoczonych. Rozciągnięte na sporej powierzchni i poprzecinane siecią wielopasmowych (ale wiecznie zakorkowanych) autostrad nie zdobyło naszej szczególnej sympatii, choć trzeba przyznać, że restauracji do wyboru było mnóstwo. Razem z Gabi odwiedziliśmy dwie knajpki o zupełnie różnym charakterze.

Turkeyburger i rootbeer I tu wyznanie: w ciągu całego naszego pobytu w Stanach nie tknęliśmy ani jednego burgeropodobnego produktu, a w razie nagłej potrzeby wybieraliśmy na ogół kanapki Subwaya – z dużą ilością warzyw i chudym mięsem. Stąd też wybór pierwszej restauracji – Pie‘n Burger. W końcu nie mogliśmy opuścić Ameryki nie jedząc ani jednego, tak charakterystycznego dla tego kraju specjału. I oto już przy zamawianiu pojawiły się pewne niespodzianki.  O dziwo, okazało się, że sam fakt, że poprosiłam o ser jako dodatek do burgera z mięsem z indyka, automatycznie klasyfikuje mojego burgera jako CHEESEburgera z indykiem, a nie TURKEYburgera z serem.  Jak widać co kraj to obyczaj i ser ma tu większą moc kategoryzującą :-). Nie mam bladego pojęcia, jak sprawa cheeseburgera względem turkeyburgera wygląda w fastfoodach zwyczajowo kojarzonych z USA (McDonalds, Burger King) lub w lokalnych knajpkach podających burgery, ale może ktoś z Was będzie wiedział. Jak wiadomo, hamburgery, cheeseburgery i tym podobne mają fatalną sławę bomb kalorycznych i produktów ociekających wręcz tłuszczem. Jednak mięso do mojego burgera było upieczone na blasze, a nie usmażone, co powodowało, że tłuszczu nie było w nim czuć w ogóle. Za to pachniało dymem z ogniska. Oprócz pachnącego kotleta (?) burger zawierał dużą ilość sałaty lodowej, chrupiącą czerwoną cebulkę, lekko pikantne ogóreczki konserwowe (pikle to nasz przebój kanapkowy w Stanach, praktycznie nie do przebicia) oraz sos tysiąca wysp (gdzieś te kalorie być muszą) i odrobinę pieprzu. Całość komponowała się znakomicie – pachnące grillowane mięso z indyka i świeże warzywa stanowiły zestaw wyjątkowo smaczny i pożywny. Do kanapki piłam rootbeer – piwo, które nie jest piwem, ale napojem bezalkoholowym o ciemnobrązowej barwie i o dziwnym karmelowo-korzennym smaku – przyjemnie orzeźwiające z lodem, aczkolwiek intrygujące nieodgadnionymi reminiscencjami kulinarnymi.

Ciasto marchewkowe Desery (czyli druga specjalność restauracji Pie’n Burger) przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Ciasto marchewkowe przełożone i udekorowane białym kremem wyglądało bardzo apetyczne. Zdarza mi się robić ciasto marchewkowe w domu, ale z marchewki gotowanej (przepis chyba jeszcze z czasów bardzo wczesnego dzieciństwa naszych pociech), a tym czasem okazuje się, że klasyczne ciasto marchewkowe przygotowuje się z dodatkiem marchewki surowej no i olbrzymich ilości orzechów i rodzynek. Ciasto pięknie orzechowo pachnie, jest miękkie, ale elastyczne, a urody dodaje mu słodki krem śmietankowy, którym jest przełożone i udekorowane. No i jeszcze tym, którzy twierdzą, że rozmiar nie ma znaczenia, oznajmiam stanowczo, że ma! 🙂 Kawałkiem ciasta, jaki dostaliśmy można było obdarzyć dwójkę albo trójkę łasuchów… Gabi, liczymy na przepis!

Pecan pie Drugim deserem, który bardzo nam przypadł do gustu był pecan pie na ciepło z lodami. Pekany to orzechy bardzo podobne do naszych włoskich, ale pozbawionej tak charakterystycznej dla nich ostrzejszej nuty. Pecan pie to klasyczny deser amerykańskiego południa, ale najlepszy jedliśmy jednak tu w Los Angeles. Jest to tarta na chrupiącym, kruchym cieście z warstwą aromatycznej i słodkiej konfitury, na której zapieczone są orzechy pekan. Ciasto było lekko brązowe – chrupiące i pachnące, wyprażone orzechy nabrały wyraźnego aromatu, a konfitura dyskretnie trzymała się na uboczu, ustępując miejsca rozpływającym się w ustach lodom waniliowym. Jest to kolejny dowód na to, że nie tylko kontrastujące ze sobą smaki potrafią stworzyć prawdziwą harmonię, ale także zimne podkreśla aromat ciepłego, bo w końcu najlepsze lody to te dopiero roztopione obok ciepłego ciasta, a najlepszy kawałek ciasta to ten schłodzony lekko lodami. Wszyscy, którzy jedli szarlotkę albo brownie z lodami, na pewno się ze mną zgodzą.

Cowboy Steak Na drugi dzień poszliśmy do restauracji oferującej kuchnię fusion, czyli łączącą wpływy różnych narodowości. Fusion zaczęło się już na etapie obsługi, bo kelner o urodzie żywcem wziętej z filmów typu Bruce Lee i spółka, mówił płynnie po angielsku ale z z wyraźnym twardym akcentem, a w kuchni i na sali były głównie osoby o wschodnich rysach. W menu sporo można było znaleźć potraw rodem z Włoch urozmaiconych wpływami azjatyckimi. I tutaj nasze preferencje poszły dwoma torami, bo Błażej cierpiąc już z powodu rozstania z USA, zamówił stek. A konkretnie mówiąc cowboy steak. I znów się okazało właśnie przy zamawianiu, o co właściwie z tymi stekami chodzi. Jak się dowiedział Błażej, obserwując reakcję Gabi i kelnera na swoją prośbę o stek “well done”, czyli dobrze wypieczony (co tu kryć – była to konsternacja), cowboy steak zrobiony na well done to jedzą tylko profani urodzeni poza Stanami ;-), bo Amerykanin poprosiłby co najwyżej o medium rare. Wszystko to z powodu wysokiej jakości mięsa, które spieczone na krążek od hokeja traci kompletnie swój aromat. Co ciekawe, bardzo podobne uwagi słyszałam próbując kawy w Kostaryce – wg tej klasyfikacji 99% kawy sprzedawanej w naszych sklepach ma niewielkie walory smakowe z powodu zbyt długiego prażenia ziaren. W przypadku wołowiny rzeczywiście taki stek był przepyszny, bo miękki i soczysty w środku, a pachnący i lekko przypieczony z wierzchu.

orange roughy Moja ryba o intrygującej nazwie orange roughly (gardłosz atlantycki) stanowiła zaś danie proste, ale urocze w tej prostocie. Podstawę stanowiło delikatne, gładkie i aksamitne puree ziemniaczane. Na nim kucharz gustownie ułożył kawałek białej ryby, a na niej odrobinę kiełków słonecznika i całość posypał świeżo i grubo zmielonym pieprzem. Dookoła na pozór chaotycznie porozrzucane zieleniły się ziarna nie znanej mi fasolki, twardawej i lekko chrupiącej, i ziarna kukurydzy odłączone bezpośrednio od kolby kukurydzy. Harmonii, aromatu i pikanterii dodawał sos szafranowy. Oto przykład jak z prostego dania można wyczarować prawdziwe cacko.

Po daniach głównych na deser zjedliśmy bardzo klasyczne, ale jak zwykle pyszne tiramisu i szczęśliwi i najedzeni udaliśmy się na przejażdżkę po Hollywood.