Kącik łasucha – Birma

27 lutego 2010

Może szaszłyczka O curry już było, więc dziś gwoli uzupełnienia kilka słów na temat birmańskich ulicznych specjałów. Zacznijmy od wszechobecnych garkuchni ulicznych. Na każdym rogu w improwizowanych, metalowych, wypełnionych gorącymi węglami paleniskach uliczni sprzedawcy pichcą miejscowe smakołyki. A tam niespodzianka za niespodzianką. Placuszki z nadzieniem niewiadomym, naleśnik z mięsem (ale z czego?), sadzone przepiórcze jajeczka smażone w maleńkich wgłębieniach w blasze, kawałki łodyg lotosu do chrupania i tysiące innych lokalnych pyszności, które często trudno rozpoznać. Wszystko dla nas było na początku zagadką, chociaż trzeba przyznać, że niektórych przekąsek nie chcieliśmy próbować i omijaliśmy je łukiem. Z tych należy wymienić świńskie ryjki i fragmenty jelit smażone w głębokim tłuszczu i chyba czymś jeszcze przyprawione, bo żółciutkie jak kurczaczek. Bardzo dużo robimy dla czytelników “Kącika”, ale te ryjki nas troszkę przerosły. Już wolimy żabki z Arequipy :-).

Sałatka z mangoNa targach można kupić także nieco zdrowsze potrawy. Na przykład sałatkę z zielonego, twardego mango obficie doprawioną chili i pastą z orzeszków ziemnych.  To tylko dla wielbicieli naprawdę ostrych rozwiązań. Ale są też łagodniejsze. Do naszych ulubionych potraw kuchni birmańskiej należy mohinga serwowana tu często na śniadanie. Jest to gęsta, pikantna zupa o bardzo subtelnym rybnym posmaku doprawiona sporą ilością imbiru, z makaronem i jajkiem. Makaron to zazwyczaj vermicelli – cienki makaron ryżowy. Osobno podaje się limonki i pokrojoną świeżą kolendrę (tak, tak!) i rodzaj sporego, chrupkiego i ostrego placka. Tutaj idę na całość – kolendra w ilościach niemalże nieograniczonych i tyle limonki, ile się da… Po takim śniadaniu energii starcza na bardzo długo.

Bananowy pudding Słodkości nie ma za dużo, ale są smaczne. Dostępne są puddingo-leguminy przypominające odrobinę turecką baklavę – soczyste, wilgotne i słodkie sprzedawane są w metalowych formach do ciasta. Ponieważ lodówek w większości miejsc nie ma, można mieć trochę wątpliwości dotyczących warunków przechowywania, ale jak się tylko spróbuje, wszystkie wahania natychmiast znikają. Istnieją wersje bananowe (galaretowata, słodka masa koloru gorzkiej czekolady z ziarenkami maku), orzechowe (pełnoziarniste – jakby z płatkami zbożowymi namoczonymi w miodzie i zmielonymi nerkowcami), kokosowe… Udało mi się znaleźć kilka linków do przepisów (niestety tylko po angielsku), więc możecie spróbować zrobić te smakołyki w domu sami. Ja niestety z ich wypróbowaniem muszę jeszcze poczekać, aż wrócimy do Polski. Jak ktoś nie ma cierpliwości i chęci do gotowania to można też ewentualnie objeść się baklavą w Turcji…. albo w Warszawie (pewnie się znajdzie jakaś turecka cukierenka).

Durian na sprzedaż Dla zwolenników smaków (i zapachów) ekstremalnych jest jeszcze durian – najbardziej śmierdzący owoc świata –zapach mieści się gdzieś między zjełczałym masłem, a zepsutym mięsem. Próbowaliśmy pasty durianowej (yyyyhhh…) i ciasteczek (myśleliśmy, że zepsute, zanim się zorientowaliśmy, że to durianowe) i może jeszcze się zdecydujemy na eksperymenty ze świeżym, ale jak nie pałamy do tego owocu sympatią. Niektórzy go podobno lubią, ale to chyba tylko ci z katarem siennym ;-). Po pierwszych naszych doznaniach znaleźliśmy w Internecie informację, że durian nazywany jest zbuczkowcem właściwym. Zaiste, trudno o bardziej trafną nazwę.

BetelZ napojami też jest ciekawie. Birmańska herbata jest prawdziwym arcydziełem, ale wielbiciele napojów gazowanych też coś znajdą dla siebie. Istnieją lokalne odmiany naśladujące do. I tak: jest podróbka, która Sprite’a udaje etykietą, kolorem butelki i smakiem – zdradza ją tylko jakość opakowania. Jest wersja lokalna (czyli Cruncher) chwaląca się myanmarskim pochodzeniem. I jest sam Sprite we własnej osobie – czarnorynkowy sprowadzany z Tajladii lub Chin. Coca-Cola także występuje w podobnej gamie. Zamawiając zresztą zimny napój w sklepiku otrzymuje się go w seksownym foliowym woreczku z rurką – w ten oto sposób unika się zbędnych kombinacji z kaucjami na butelki. Alkoholu w Birmie pije się niewiele. Jest co prawda i piwo i whisky, ale picie alkoholu w nadmiarze jest uważane przez buddystów za niewskazane. Za to jest betel. Liście tej rośliny są żute dość powszechnie. Betel usuwa zmęczenie, odkaża, zabija pasożyty (podobno) i jeszcze do tego jest afrodyzjakiem. Jeśli Twój rozmówca ma czarne zęby, usta czymś wypchane i spluwa co jakiś czas krwiopodobnym płynem na ziemię, to ani chybi jest to betel. Zazwyczaj jest sprzedawany wraz orzechami areca i zasadową substancją wspomagającą działanie alkaloidów. Dokonaliśmy testowania tego specyfiku, ale testujący szybko się poddał (nie smakowało), więc nie jesteśmy w stanie potwierdzić żadnej z przypisywanych mu właściwości. Pozostaje wiara w naukowców i wielosetletnią  tradycję.


Kącik łasucha – Bagan

15 lutego 2010

Herbaciarnia jakich wiele Jakoś tak dotychczas się plotło, że w Birmie jedliśmy więcej potraw hinduskich niż birmańskich. Jak wiadomo, Indie graniczą z Birmą, a wpływy hinduskie wyraźnie widać w dostępnych miejscowych smakołykach. Instytucja hinduskich knajpek spodobała nam się niezwykle, na początku ze względu na pewną nieprzewidywalność, a później z uwagi na prostotę i urozmaicenie posiłków. Na początku nie mogliśmy się zorientować, o co właściwie w tym wszystkim chodzi, bo zamawialiśmy jedną rzecz, a dostawaliśmy kilka i zupełnie nie wiedzieliśmy dlaczego i czy o to właśnie poprosiliśmy. Łatwo nie było bo nazwy potraw były podane po birmańsku (alfabet malowniczy i zaokrąglony tu i ówdzie, ale poza tym zupełnie nieprzydatny) i angielsku (hindusku?), ale co by wam powiedział napis thali, paratha albo parni roti? Pewnie niewiele tak, jak i nam… Z konieczności więc skazani byliśmy na pokazywanie palcem (zajęcie dość ryzykowne szczególnie, jeśli nie ma się specjalnie ochoty na curry z mózgu kozy) albo na knajpki z menu obrazkowym lub z obsługą anglojęzyczną. Z tym zresztą też były problemy. W głowie mi się zakodowało wsparte doświadczeniem przekonanie, że Hindusi na ogół po angielsku mówią znakomicie (pomijając trudny do zrozumienia na początku akcent), a tu się okazało, że w Birmie to raczej niekoniecznie. Jeszcze w Yangoon w czasie wizyty w teashopie (czyli herbaciarni, które stanowią niezmienny element krajobrazu Birmy) poprosiłam o kawę bez mleka i bez cukru. Sympatyczny pan z obsługi przyniósł mi – pyszną zresztą – herbatę parzoną tu na sposób hinduski, czyli z dużą ilością mleka, dużą ilością cukru i czymś jeszcze – może kardamonem? – fantastycznie pachnącą, przy której bawarka to zwyczajna lura. Na moje skonfudowane, ale muszę przyznać dość głupawe w tej sytuacji, pytanie “No sugar, no milk?” (“bez mleka? bez cukru?”) otrzymałam uprzejmą odpowiedź wspartą uśmiechem i potakiwaniem głową “No sugar, no milk, ok!”. Uratował mnie inny kelner, który upewnił się, że chciałabym “black tea” (herbatę bez mleka) i przyniósł mi herbatę rzeczywiście bez mleka… ale za to ze sporą ilością cukru.

Thali wersja klasyczna Eksploracja jednak robi swoje. Po kilku wizytach udało nam się zaobserwować pewne podobieństwa. Po pierwsze, w zasadzie zupełnie niezależnie od tego, co zamówiliśmy, zawsze na początku wjeżdżał dhal, czyli grochówka po hindusku, o której pisałam przy okazji kącika łasucha z Fidżi. Dhal zresztą już dawno jest na liście naszych ulubionych dań, które zamierzamy wprowadzić do domowego menu. Po czarce takiej zupki, czasem z nutkami kminku, czasem anyżku nieśmiało wychylających się zza kurkumy, od razu do reszty byliśmy nastawieni nadzwyczaj pozytywnie. A potem było jeszcze lepiej, bo Hindusi cichcem wprowadzili kombinację systemu zestawów i “all-you-can-eat” (czyli “jedz aż pękniesz”). Najpierw serwowane jest danie główne, czyli curry różnego typu – dokładnie takie, jakie zamówiłeś. A następnie ku radości ogólnej, podawane są albo pieczone na blasze beztłuszczowe placki (nazwa lokalna to ciabaty, ale nie przypomina to  niczym ciabat, które można kupić w polskich sklepach) albo ryż albo rozdęte smażone chlebki w towarzystwie sosów. I w tych sosach właśnie cały urok… Zazwyczaj całość jest podawana na metalowych talerzach, ale mieliśmy okazję także jeść sosy i ryż wprost z bananowego liścia, który służył za podkładkę. Ryż, ciabatki, dhal i sosy są nakładane do upadłego – obsługa sprawdza co chwilę, czy nie trzeba niczego dołożyć i czy aby klient jest szczęśliwy i najedzony.

Thali wersja ekologiczna z curry wegetariańskim Najlepsze sosy to zresztą wcale nie sosy, ale  gęste konfituropodobne mazidła, którymi można ciabatki smarować mieszając w dowolnych konfiguracjach. Po pierwsze z tamarindu – fasolopodobnych owoców o brązowawym miąższu stosowane w kuchni tropikalnej w postaci soków, dżemów i sosów, które przypominają w smaku powidła z odrobiną suszonych śliwek dla zaostrzenia wrażeń. Na bazie sosu tamaryndowego można stworzyć sporo różnych odmian smakowych – na przykład tamarynd z miętą i czosnkiem – delikatnie pikantne powidełko ze świeżą nutka. Albo starty świeży imbir z tamaryndem – ostry, piekący w język z odrobiną słodyczy. Albo jogurt z miętą. Albo marchewki pocięte w cieniutkie półksiężyce w pomidorowym sosie mocno przyprawionym curry. Sztuka polega na tym, aby ponakładać na ciabatkę wszystkiego po trochu, aż osiągnie się doskonałą harmonię smaków ostrego, słodkiego, kwaśnego i słonego. Istna gratka dla łasuchów.

Na deser jeszcze można zamówić sobie lassi – kefiropodobny jogurt miksowany z owocami. Miksowany zresztą często ręcznie (czyżby dojrzałe owoce rozgniatane były widelcem?)  tak, że kawałki owoców można szybko odnaleźć – widać od razu, że napój był przygotowany przed chwilą. Czasem też widać najpierw chłopca, który wybiega z kuchni do sklepu i wraca zaraz z papają albo kiścią bananów. Taki urok. O ileż milszy i zdrowszy od bananowego mleka w proszku, aromatyzowanych jogurtów owocowych oraz przetworzonych płatków śniadaniowych z kolorowymi obrazkami z kreskówek na pudełkach.


Piwne przygody w kraju kangurów, czyli kącik drinkownika

27 stycznia 2010

Schooner czyli większa szklaneczka Po prawie dwumiesięcznym pobycie w Australii, mogłem się przekonać, że tytułowy złoty napój odgrywa tu dużą rolę. Roczne spożycie piwa na mieszkańca jest bardzo duże i jedne z większych na świecie (Australia była czwarta w 2004 roku, podczas gdy Polska osiemnasta). Co ciekawe odbywa się to wszystko bez znanej z Europy ikony Australii, czyli piwa Foster’s, które – dostępne wszędzie w Polsce – jednoznacznie kojarzy się z Australią. Przyjeżdżając tu myślałem więc, że Fostersa będę pił w każdym pubie. Tymczasem okazało się, że jest to piwo produkowane niemal wyłącznie na eksport i prawie niedostępne w kraju. Nic straconego, bo naprawdę dobrych marek jest tutaj bez liku.

Rozpoczęcie sezonu nastąpiło z pomocą mało mi znanego, aczkolwiek słynnego w Australii piwa James Squire. Jest to produkcja z nazwy i tradycji pochodząca od jednego ze skazańców przywiezionych z Wielkiej Brytanii w początkach historii Australii. Ten zaradny człowiek nie poddał się losowi, założył mały browar i od tego czasu jego imię i nazwisko przeszło do historii. Przynajmniej do historii piwa. Browar ten należy obecnie pośrednio do japońskiej grupy Kirin (Ot globalizacja) i produkuje oczywiście wiele gatunków piwa w tym historyczne Original Amber Ale na wzór produkcji Jamesa. Mi najbardziej przypadła do gustu odmiana lekka, jednak z posmakiem tradycji, czyli Golden Ale.

Typowy hotel z pubem na dole W Australii nie można kupić piwa w supermarkecie tak, jak na przykład w Nowej Zelandii, czy w Stanach. Do kupowania alkoholu są specjalne sklepy – na południu kraju nawet połączone niemal z supermarketem, więc jest to wygodne, ale na północy i wewnątrz kraju trudniej dostępne. Spotkaliśmy takie miejsca (na przykład w Cairns), gdzie sklep występował wyłącznie w formie drive-in, czyli trzeba do niego wjechać samochodem. Nie wiem, czy jeśli nie masz samochodu, to w ogóle nie kupisz, ale na pewno jest to trudniejsze. Chodzi oczywiście o wychowanie w trzeźwości i utrudnianie dostępu do alkoholu biedniejszej części społeczeństwa, czyli chyba głównie Aborygenom. Co ciekawe piwa w sklepie nie kupisz, ale zestawy domowy browar do robienia tego trunku wieczorową porą jak najbardziej. 🙂 W każdym mieście i miasteczku jest też hotel (hotel, to Australii pub z hotelem i często restauracją na dole), gdzie można napić się zimnego płynu. Prosto z beczki lub z butelki. Australijczycy dbają bardzo, aby zarówno piwo, jak i kufel (zwany tu schooner – jest to taka większa szklaneczka) były bardzo schłodzone – co mi niezmiernie odpowiada. Picie więc w hotelu jest najprzyjemniejsze. Na teren hotelu (często łącznie z tzw. ogródkiem) nie mają wstępu osoby poniżej 18 roku życia – co bywa korzystne, jeśli wiecie o co mi chodzi. 😉

Ciekawe w smaku piwo przeniczne z TasmaniiGatunków piwa jest w Australii niezmierzona ilość łącznie z małymi, lokalnymi browarami. Prócz typowo angielskich pale ale przeważającą większość stanowią różnego rodzaju odmiany lagera oraz (szczególnie na gorącej północy) sporo lekkich lagerów – tu najbardziej przypadł mi do gustu delikatny, letni XXXX Summer, który piłem w Queensland (wytwórnia XXXX z Brisbane jest kultowym browarem Queensland i nie próbuj Queenslandczykowi proponować czegoś z innego stanu – przywiązanie do lokalnego patriotyzmu jest tu duże). Generalnie najbardziej znane marki lagerów (które oczywiście próbowałem) to VB, XXXX Gold oraz Carlton Draught, ale jest jeszcze Coopers, Resch’s, Toohey’s (w odmianie Old i New), wspomniany James Squire, Boag’s, Tasmania Bitter i bardzo smaczny, lekko słodkawy Fat Yak. Mniam!


Kącik łasucha – Sydney

20 stycznia 2010

Sydney Fish Market Prawdziwe łasuchy zawsze znajdą sposób na łasuchowanie. Tym razem pretekstem była wizyta na targu rybnym w Sydney. Przed wizytą wyobrażałam go sobie na kształt skrzyżowania targu sycylijskiego  (kamienna hala bez ścian, aby zapewnić wentylację) z środkowoamerykańskim – czyli wszystko leży na kamiennych blatach i nikt się specjalnie chłodzeniem nie przejmuje, bo towar schodzi jak gorące bułeczki. Tymczasem targ w Sydney okazał się wydarzeniem niemalże kulturalnym. Kamienna hala może przecież istnieć w wioskach Sycylii, ale nie w centrum Sydney, gdzie nawet rybki na sprzedaż muszą zyskać dodatkową oprawę. Stoiska ze wszystkim, co przynosi morze znajdują się w kilku pawilonach rozrzuconych na niewielkim placu.

Błotne kraby Rozmaitość ryb, jakie można tam nabyć jest zadziwiająca: łososie, snappery, tuńczyki, mieczniki, płaszczki (tak, tak! :-)) i tysiące innych, których nie rozpoznaję i nazw nie udało mi się zapamiętać – wszystkie złowione tego samego dnia i chłodzone rozsypywanym co jakiś czas lodem. Na rybach zresztą wcale się nie kończy. Zza szyb swoje patyczakowate odnóża wyciągają langusty, homary i inne skorupiaki słodkowodne i morskie. Żywe kraby z powiązanymi szczypcami łypią groźnie ze skrzyń swoimi małymi oczkami zastanawiając się, co zrobią, jak dorwą w końcu jednego z przechodniów. Czerwienią się stosy krewetek. Na stoisku obok ktoś kupuje świeży, pachnący chleb, parę metrów dalej pysznią się ułożone w symetryczne piramidki owoce, o jakich się tylko zamarzy. Jeśli ktoś czuje się przytłoczony różnorodnością morskich stworzeń i zupełnie nie wie, jak się za nie zabrać, może zapisać się na warsztaty kulinarne, odbywające się kilka razy w miesiącu. Przykładowe tematy warsztatów: zupy z ryb i owoców morza, barbaque z owoców morza, owoce morza po tajsku etc. Prawdziwe łasuchy czasem jednak muszą zjeść coś tu i teraz, i dla nich właśnie przygotowano wiele kafejek z gotowymi daniami z morskich smakołyków. Pewnie łatwo zgadniecie, że nie oparłam się pokusie i musiałam spróbować czegoś smacznego.

Ostrygi Kilpatrick czyli mortadela Wybrałam wariacje na temat ostryg: świeże ostrygi pacyficzne (na surowo), ostrygi Kilpatrick i ostrygi mornay. Sam sos mornay, czyli upraszczając nieco sos beszamelowy z dodatkiem bulionu rybnego i żółtego sera, choć delikatny i tak zabija rewelacyjny smak mięczaka. Mówiąc krótko głównie czuć sos ładnie nalany do skorupki małża. To, że gdzieś na dole jest w nim zatopiona ostryga czekająca na odkrycie umyka z pewnością większości smakoszy. Jeszcze gorzej sprawa się ma z ostrygą Kilpatrick, którą przygotowuje się z bekonem i sosem Worcestershire. Tak pozornie wytworne składniki, a całość smakuje jak smażona mortadela ze skwarkami (czy ktoś w ogóle je takie paskudztwo?), nawet nie jak ostryga z mortadelą. Ostryga gnie w tym smaku bezpowrotnie. Niestety.

Ostrygi w swojej ostatniej kąpieli Niestety, bo świeże ostrygi… Świeże ostrygi przywodzą na myśl egzotyczne owoce. Wilgotne, śliskie i mięciutkie, choć bardzo delikatne, mają także i bardziej pikantne tony. Obficie skropione cytryną pławią się bezwstydnie w perłowych wannach w swojej ostatniej, luksusowej kąpieli. Mistrzynie kamuflażu, udają, że nie mają nic wspólnego z morzem, lecz że ich subtelność zrodziła się w niedostępnych dla zwykłych śmiertelników miejscach. Taki smak broni się sam! Co tam mówię, broni. Jaśnieje dostojeństwem. I kto wpadł na pomysł, żeby do tego dodać bekon? Pewnie ten sam wielbiciel bekonu, który zaliczył ostrygę pacyficzną do organizmów inwazyjnych. Ja tam chętnie zrobię dla niej i jej koleżanek specjalną sadzawkę w łazience, byleby zechciała jakimś cudem osiąść u nas na stałe.


Kącik łasucha – Nowa Południowa Walia

8 stycznia 2010

Budka z pajami W czasie naszej podróży z Brisbane w kierunku Sydney (niemalże 1000 km) Bernaś coraz częściej z uciechą wykrzykiwał: “Pies!, pies!” odnajdując znajome słowo na mijanych reklamach. Pies są w Australii najwyraźniej bardzo lubianą przekąską. Wiedzieliśmy, że prędzej czy później trzeba będzie ich spróbować, choć nie jest to potrawa polecana przez dietetyków – jeden niewielki pie (czyli paj – dalej będę używać spolszczonej wersji pisowni) dorównuje liczbą kalorii i zawartością tłuszczu fastfoodowym hamburgerom. No ale w końcu to gdzie będziemy jeść te paje? Przecież nie w Polsce. Ani nie w Azji.  Co prawda po drodze jeszcze Wielka Brytania została, ale kto by tyle czekał :-)… Aż w końcu nadszedł ten właściwy moment i zatrzymaliśmy się przy przydrożnym punkcie oferującym paje w rozmaitości wszelakiej.

Pies na wystawce Paje (ang. pies, liczba pojedyncza to “a pie”) to rodzaj babeczek z nadzieniem (albo raczej babek, bo rozmiar czasem mają słuszny) charakterystycznych dla kuchni brytyjskiej, ale obecnych także w kuchni amerykańskiej i australijskiej (tu uważane są za danie narodowe).  Dalekimi krewnymi pajów są nasza szarlotka, francuskie tarty i włoskie calzone (tu uporządkowane w kolejności osobistych preferencji). Tak, jak w przypadku wszystkich nadziewanych zawijasów – są tacy, którzy wolą ciasto i są tacy, którzy wolą zawartość. Jestem zwolenniczką dużej ilości nadzienia oraz małej ilości ciasta. W końcu wnętrze przecież ważniejsze jest niż opakowanie, prawda? ;-). Na przeciwnym biegunie upodobań umościł się wygodnie Siński, który lubi czystość formy: makaron bez sosu (choć i z sosem nie pogardzi), ciasto bez żadnych dodatków (szczególnie bez rodzynków) i pączki z wyjątkiem nadzienia. (A tak na marginesie: kto ma niekłamaną przyjemność wyjadania dżemu?).

Rózne rodzaje pajów Wybór był olbrzymi: były paje z kangura, z emu, z jagnięciny z sosem miętowym (znów te wpływy z Wysp – niektórzy z pewnością pamiętają groszek miętowy w puszce), z rozmaitymi kombinacjami owoców morza, nie mówię już nawet o pajach na słodko. Te akurat odpadły w przedbiegach. Ostatecznie zamówiliśmy dla dzieci wersje tradycyjne: z wołowiną i z kiełbaska, a dla siebie eksperymentalne: czyli paj z krokodyla i paj z krewetkowym curry. Choć nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że tradycyjnie paje przygotowywane są z ciasta kruchego  – (może to daleki wpływ naszych szarlotek i babeczek) – to te, które jedliśmy w Australii były z ciasta francuskiego (podobnie jak spód do napoleonek). Jak wiadomo, ciasto francuskie to niemalże sam tłuszcz, więc patrząc sceptycznie na zarumienione paje i zatłuszczone torebeczki zaczęłam się zastanawiać ile będzie w tym jedzeniu przyjemności, a ile obowiązku. Okazało się jednak, że nie było najgorzej.

Paj z krokodyla Wierzch ciasteczek był kruchy, chrupiący, lekko brązowe płatki francuskiego ciasta z klasą i elegancją oddzielały się jeden od drugiego nie pozostawiając żadnych tłustych śladów. Każdy listek domagał się uwagi i kontemplacji swojej delikatności. Wierzch był wdzięcznie kruchy i zarumieniony, za to spód był miękki, ale na tyle solidny, aby utrzymać ciężar nadzienia. Paj krokodylowy krył w sobie puddingową masę, w której pławiły się kawałki białego, delikatnego mięsa, na tyle smacznego, że się zaczęłam dziwić, że krokodyle nie są powszechniej hodowane. Masa niewątpliwie pachniała morzem, ale jakoś tak delikatnie, trochę krewetkowo. Jak by ktoś powiedział, że zajadam właśnie jakiegoś gruboskórnego gada, nigdy bym nie uwierzyła. Smak pasował raczej do jakiejś ryby co najmniej tak ładnej, jak pstrąg. To? Krokodyl? Ależ skąd!

Pie z krewetkami w środku Paj krewetkowy za to nie smakował krewetkami nic a nic, ale warzywne (gdzie te krewetki?) nadzienie było żółciutkie od kurkumy, kolorowe za sprawą groszku i marchewki, i łagodne przyjemnie harmonizowało z ciastem. Po zjedzeniu tak obfitego śniadania spodziewałam się ciężkości na żołądku, a tym czasem nic. Na kilka godzin wypełniło nas błogie uczucie sytości.

Czyli te paje to wcale nie najgorsza przekąska dla łasuchów. Paje zjemy, a dietetykom pozostawimy sałatę. Bez dressingu.


Kącika łasucha – Cairns

18 grudnia 2009

A jednak w Australii nie było tak trudno o “kącikowy” temat. Pierwsze dni w Cairns i od razu: Bingo! -trafiliśmy w dwa australijskie smakołyki.

Stek z kangura jeszcze w wersji surowej Pierwszego namierzyliśmy kangura. Postanowiliśmy wykorzystać okazję i upiec sobie coś smacznego na BBQ, które mieliśmy na kempingu Cairns. Z ciekawości, ale też biorąc pod uwagę korzystną cenę i rady Kasi, kupiliśmy sobie elegancki stek, wysmarowaliśmy go mieszanką ziół i kangurek hop! – na blachę. Trzeba Wam bowiem wiedzieć, że tutejsze BBQ to kwadratowa blacha o średnicy metr na metr wyprofilowana w taki sposób, aby nadmiar tłuszczu spływał do otworu umieszczonego pośrodku. Tłuszczu nie ma więc dużo, a jeszcze do tego żadne cykliczne i aromatyczne paskudztwa nie osadzają się na naszym posiłku – w przeciwieństwie do tradycyjnego grillowania. Tutaj grill jest elektryczny – wystarczy wcisnąć guzik i za moment płyta jest już mocno nagrzana. Upiekliśmy (usmażyliśmy?) więc nasze steki bardzo sprawnie i po polsku dorobiliśmy na grillu ziemniaczki wraz z zarumienioną cebulką. Upieczony kangurek okazał się wyjątkowo smakowity. Po pierwsze, stek sam w sobie jest chudy – ma około 2% tłuszczu, a więc tyle, co chudy jogurt – spore osiągnięcie, bo to jednak mięso… (Nawiasem mówiąc, w czasie naszej wycieczki w eukaliptusowe pustkowia mieliśmy okazję zaobserwować, jak szybko, sprawnie i na jakie odległości skaczą kangury. Nic dziwnego, że to same mięśnie…) Po drugie, średnio wypieczony jest mięciutki i apetyczny, w smaku podobny odrobinę do wołowiny, ale bardzo soczysty, świetnie współgra z ziołami – tymianek i rozmaryn podkreślają jego niewymuszony urok. A ziemniaczki z cebulką do tego? Mmmm…  Brakuje tylko mizerii…Od tej pory jadamy kangura z upodobaniem. Pozwolę tu sobie zacytować stwierdzenie jednego z 4B (bez pokazywania paluchem), który po wielokrotnych mlaśnięciach pełnych ukontentowania stwierdził: “Wszystkie kangury przerobić na steki!”. Ten sam łasuch stwierdził także, że steki z kangura są co najmniej tak dobre, jak amerykańskie steki z wołowiny, których smak jest między innymi efektem zmodyfikowanej paszy, jaką podaje się zwierzętom. A tu się takie pyszności spasły się na trawce (? – niewiele jej, oj niewiele!) eukaliptusach (? – to chyba misie koala), zaroślach kolczastych (?). Mamy dziwne przekonanie, że istnieją farmy kangurze, gdzie się je dobrze karmi, bo kangura w buszu złapać niełatwo. Jak zobaczymy taką farmę to ich zapytamy, czym te kangurki karmią, że takie pyszne.

Wspaniałe orzeszki macadamia Drugim objawieniem okazały się orzechy macadamia. Chociaż osobiście nie jestem zwolenniczką orzechów prażonych z tłuszczem, to wcześniej zdarzało mi się jadać macadamie z puszki – choć to towar trudno dostępny i kosztowny (ale za to smaczny!). Z puszki jednak to zupełnie nie to samo. Orzechy macadamia rosną w Queensland, można je kupić już gotowe do chrupania (obrane) i w postaci różnych słodyczy – ciasteczka z macadamią, czekoladki z macadamią, lody z macadamią i mango (absolutnie boskie!) itp.. Nie ma to jednak, jak dobrać się do takiego orzeszka własnoręcznie, tym bardziej, że taki śliczny. Orzechy macadamia w skorupkach wyglądają jak czekoladowe kulki – skorupka jest gładka, równa, połyskuje w słońcu i kolor ma dokładnie taki jak trzeba – kolor mlecznej czekolady. I jest twarda. Ponieważ nie posiadamy na wyposażeniu dziadka do orzechów i nie chce nam się go dokładać do naszego ekwipunku, sprawę załatwiamy zazwyczaj jakimś większym kamieniem. Kilka uderzeń (bo skorupka twarda) i można wyłuskać i wydłubać delikatnie gładkie i okrąglutkie jądro – chrupiące, kruche i przepyszne. Przepyszne zapewne za sprawą tych siedemdziesięciu paru procent tłuszczu, jakie zawiera. W końcu jednak nie będziemy w Queenslandzie wiecznie, więc póki co zajadamy orzeszki bez specjalnych wyrzutów sumienia…