Kącik łasucha – Cuzco

PrzedKontynuując tak emocjonujący wątek “jeść czy nie jeść – oto jest pytanie” pragniemy donieść, że skuszeni egzotyką i, przyznajemy, rozochoceni potencjalnymi reakcjami 😉 zaplanowaliśmy i z premedytacją dokonaliśmy degustacji andyjskiego specjału, czyli świnki morskiej. Jak już szaleć, to szaleć więc postanowiliśmy spróbować jeszcze alpaki, co wydało nam się już troszkę mniej kontrowersyjne, choć wciąż wystarczająco pociągające. Od razu aby ustawić całość we właściwych barwach informujemy, że świnka morska była udomowiona w Andach kilka tysięcy lat temu właśnie ze względu na mięso. W Ekwadorze i w Peru kilkukrotnie widzieliśmy świnki morskie biegające wokół wiejskich chatek, podobnie jak u nas biegają kurczaki – należy je więc uważać za gatunek udomowiony, nie zagrożony oraz stanowiący ciekawy element andyjskiej kultury.

Ostatnia wieczerza - wersja peruwiańskaMamy też niezbite dowody z nieco mniej przyziemnych sfer: W Cuzco oraz  w Limie znajdują się dwa podobne nieco do siebie obrazy namalowane w XVII w. przez miejscowych artystów. Oba to “Ostatnia Wieczerza” – w roli pierwszoplanowej pieczona świnka morska ułożona na talerzu z bezbronnie sterczącymi ku niebo nóżkami. Obok na stole znajdują się inne podstawowe produkty kuchni andyjskiej czyli ostra papryka i andyjski ser.  Funkcja kulinarna była więc funkcją pierwotną i dopiero po podboju Ameryki przywieziono świnki do Europy, gdzie rozpoczęły swoją karierę jako przytulanki i ulubienice elegantek. To chyba tyle gwoli wyjaśnień i usprawiedliwień.

Świnki jada się i w Ekwadorze i w Peru w różnych formach: potrawek, zupek i saute, a także jako dodatek do pizzy (to jest dopiero fusion przez duże F :-)) ale to właśnie w Cuzco zrobiono ze świnki danie sztandarowe. Konkretnie mówiąc ze świnki pieczonej. Grzecznie więc czekaliśmy aż do Cuzco, żeby tego smakołyku spróbować, choć nasłuchaliśmy się o nim już w Ekwadorze.

Kuchnia fusion ;-)Nasze drogie dzieci okazały się być elastyczne kulturowo i szykowały się już do tego wydarzenia z zapałem ćwicząc okrzyki “cuy! cuy!” (tak tutaj mówi się na świnkę morską) za każdym razem, kiedy mijaliśmy restaurację z tym sympatycznym ssakiem figurującym w menu. Nie pozostawiały żadnych wątpliwości, czego szukamy. W końcu wybraliśmy restaurację i zamówiliśmy świnkę z klasycznym dodatkiem – z nadziewaną papryką chili i pieczonymi ziemniakami. Jakoś nie doczytałam i z rozpędu zamówiłam suflet z papryki także na przystawkę, ale na szczęście jest to jedno z moich ulubionych dań i do tego okazało się rewelacyjne.

Na przystawki czekaliśmy dość długo i już zaczęliśmy żartować, że kucharz na pewno biega po podwórku za nieszczęsnym gryzoniem, a z resztą czeka dla niepoznaki, kiedy dzieciaki otrzymały swoje nadziewane ziemniaczki (uaktualnienie: nazwa hiszpańska: papa rellena), a ja suflet, a właściwie paprykę z sufletem. Suflet był delikatny, puszysty i lekko słodki  – przed zapieczeniem oblano nim żółtą paprykę wypełnioną mięsem wołowym z dodatkiem słodkich, ciemnobrązowych, rodzynków królewskich, co podkreślało wyrazisty smak chili (uaktualnienie: nazwa hiszpańska nadziewanej w ten sposób papryki to aji amarillo). Jednym słowem pycha. Dzieciakowe ziemniaczki też były smakowite i do tego jeszcze tak słusznych rozmiarów, że mogły by uznane za danie samodzielne. W dobrych humorach więc oczekiwaliśmy na kolejne rozkosze podniebienia, którymi miały być alpaka, kurczak w sosie z orzeszków ziemnych (uaktualnienie: nazwa hiszpańska: aji de gallina, sos z orzechów pekan, nie ziemnych) oraz gwóźdź programu, czyli pieczona świnka morska. Następne wjechały dwa wielkie kawałki alpaki z grilla z dodatkami. Błażej pochłonął je w całości nam pozostawiając jedynie małe kawałeczki do spróbowania. Mięso było smaczne, twardawe, zbliżone nieco smakiem do schabu, ale ciemniejsze.

Suflet z papryką nadziewaną Papa rellena czyli ziemniak nadziewany
   
Grillowana alpaca Kurczak w sosie z orzeszków ziemnych

Jak się spróbuje takiego specjału i pochodzi nieco po sklepach z pamiątkami, gdzie można kupić wyroby z alpaki – miękkie, ciepłe i praktyczne to nie należy się dziwić, że to zwierzę jest hodowane w Andach właśnie dla wełny i mięsa. Świnie (nie świnki ;-)) są z tego punktu widzenia dużo mniej praktyczne, bo chociaż mięso smaczne, to wełny ani odrobinki. Kurczak w sosie z orzeszków ziemnych nie zaskakiwał, orzeszki wyczuwało się ledwo ledwo, ale smak był bardzo delikatny, mięso mięciutkie, a całość świetnie komponowała się z ryżem. Jednym słowem wybór trafiony i dzieci zajadały z apetytem.

I po...Kiedy kelner wniósł najważniejsze danie tego wieczoru wszyscy byliśmy mile zaskoczeni. Od razu widać było, że to gryzoń słusznych rozmiarów – wrażenie zwiększała jeszcze papryka z odrobiną zielonego wiechcia stercząca mu przekornie z pyszczka. Kelner przewidująco przyniósł nam świnkę w całości, a następnie, jak już nasyciliśmy się jej widokiem, pokroił ją zręcznie na kawałki doradzając jedzenie ręką, nie sztućcami. Poszliśmy więc za jego radą. Mięsa na drobnych kostkach było niewiele, co było błogosławieństwem, bo choć delikatne i miękkie to nie było specjalnie smaczne – nie dane nam będzie sprawdzenie, czy to za przyczyną braku umiejętności szefa kuchni (suflet temu przeczy), czy też z racji swoich naturalnych cech. W wielu źródłach opisuje się smak i aromat świnki jako coś pomiędzy królikiem, a kuropatwą – za królikiem przepadam, smaku kuropatwy nie pamiętam. Jak dla nas, to świnka smakowała trochę podobnie do kurczaka. Wrażenie psuło jednak coś innego. Świnka zalatywała makrelą. I do tego jeszcze wędzoną. Nareszcie więc wyjaśniło się, dlaczego morska. Dlaczego świnka, nawet po skonsumowaniu nie wiemy.

16 Responses to Kącik łasucha – Cuzco

  1. Aldek pisze:

    Mam pewne wątpliwości, czy gryzoń widoczny na talerzu to ten co opisujesz? Mimo wszystko pięknie i smakowicie to wygląda, smacznego. Widelec ot import z czasów
    PRL-u?
    Dalej się upewniam, że nawet w sprawach kulinarnych jesteście po trochę szaleni (w sęsie pozytywnym) czego wam troszeczkę zazdroszczę.
    Pozdrawiam gromadkę poszukujących wrażeń.

    • Beata Kotełko pisze:

      Szaleni? 😉 Obawiam się, że to dopiero kiedy będziemy w Azji będzie to można z całą pewnością powiedzieć 😉
      Ucałowania

  2. Lord Piotr pisze:

    Oj przeginacie, przeginacie z tymi opisami…. Uśliniłem klawiaturę..
    Lord wciągnął alpakę i dobrze. Lordzie jak tam ? Żyjesz ? Świnka wygląda niezwykle uroczo, swojsko nawet, tak przyczajona na tym talerzyku jakby chciała uciec, durna jedna… i ta malownicza papryka .. w ryjku ;).
    Czekam na jakis hard-core, jakieś pasikoniki w cukrze, ogon kijanki zapiekany w gumie, albo inne co ;). Nie mniej, od jakiegoś czasu, obserwuję jakiś dramatyczny zwrot w diecie, przedtem były niezwykle smakowite i ZDROWE /prawda Lordzie;)/ i sycące liście bananów z czymś tam. A teraz…. wieprzowina i do tego wersji mikro i taka wyluzowana na tym talerzu. Mniamy…
    Pozdrawiam.

  3. Ania Dziuba pisze:

    Mniam … ja bym się pisała na nadziewane ziemniaczki i alpakę, wyglądają superowo. Nie dziwię się elastyczności kulturowej dzieci, pewnie po diecie yukowo-pasikonikowej ich dorastające organizmy zapragnęły mięsa w jakiejkolwiek postaci 😀
    Spodziewałabym się, że świnka będzie smakować podobnie do naszej swojskiej nutrii, która duszona w śmietanie smakowała mi BARDZO, no ale nie było nawet śladu posmaku makreli … na waszym miejscu spróbowałabym ponownie, może traficie na zwierzaka karmionego trawką 🙂
    Czekamy na kolejne kulinarne wyczyny!!! Pozdrowionka.

  4. Kasia pisze:

    To moze dla tych co sie wybieraja – ja podam lokalne nazwy tych przysmakow:

    pieczone ziemniaki to „papa rellena” i moze miec w srodku duzo roznosci 🙂
    ten sos z kurczakiem – to „aji de gallina” i to domowy przysmak peruwianskiej kuchni, ale nie ma w nim orzeszkow ziemnych – dodaje sie za to pecans (niestety nie znam polskiej nazwy), ktore przypominaja ksztaltem i smakiem orzechy wloskie.Chyba zle trafiliscie, bo z „aji” to jest tak jak z naszym bigosem – kazdy ma swoj przepis i niektore wersje sa po prostu niebianskie – jak wpadniecie nastepnym razem to przygotujemy nasza domowa – tak dla porownania.
    Zolta papryka to tez peruwianski przysmak – „aji amarillo”,
    a czerwona, piekielnie ostra, to „rocoto”, rowniez pyszna w wersji nadziewanej – „rocoto relleno” – jesli wybieracie sie do Arequipy to koniecznie jej tam sprobujcie bo to miejscowy smakolyk.
    A ten suflet – to tak „na oko” przypomina „papa a la huncaina”, ale tego akurat pewna nie jestem bo to zapieczenie jakos mi nie pasuje.

    Z deserow, koniecznie sprobujcie masamora morada i suspiro de limena – nie bede pisac co to, bo jestem ciekawa wrazen.

    no i na koniec – mnie swinka tez przypominala cos pomiedzy krolikiem a kurczakiem…taki jej juz „swinkowy urok” 🙂 Pozdrawiam z Kostaryki

    • Właśnie jesteśmy w Arequipie i na pewno coś lokalnego tu zjemy, a potem damy znać. Dzięki Kasiu!

    • Beata Kotełko pisze:

      Kasiu,
      Wielkie dzięki za nazwy hiszpańskie! Zaraz uaktualnię posta. Pominęłam je chyba z nadmiaru kulinarnych wrażeń :-), a tych mamy coraz więcej. Dziś na przykład odkryliśmy quinoa pop – co za pyszna alternatywa do płatków śniadaniowych 🙂 – nasze dzieci wsuwają aż miło.
      Co do kurczaka i sosu to menu było dwujęzyczne – angielskie i hiszpańskie i głowę daję, że było napisane, że sos jest z orzeszków ziemnych. Te pekany to by się chyba zgadzało, bo tak jak napisałam, orzeszki ziemne były dość słabo wyczuwalne :-), a pekany są zdecydowanie delikatniejsze. Może w tłumaczeniu był błąd.
      Aji amarillo to dla mnie absolutny przebój, szczególnie jeśli chodzi o zestawienie ostrej papryki ze słodkimi rodzynkami i mięsem, ale w Polsce chyba nie do powtórzenia, bo skąd tu wziąć taką boską paprykę…
      A Tobie też ta świnka pachniała rybą? Może jakąś przyprawą ją posypali i powinniśmy jednak spróbować jeszcze raz…
      Ucałowania dla Was, przyjedźcie na bigos 🙂

  5. Jola-mama pisze:

    Co Wy z tym bigosem? Tęsknią niektórzy czy jak? A może to tzw. „nos”, bo u nas dzisiaj na obiad pyszny bigosik w wersji lekkostrawnej -serio- z jeszcze młodej kapusty. Wolałabym jednak móc spróbowac kiedyś tamtejszych przysmaków. Na bigos zapraszam również.

  6. Bartek pisze:

    Hola,
    Ja swoją świnkę zjadłem w Ekwadorze. Jak ją zobaczyłem na talerzu to pierwsze wrażenie – szczur. I do tego nieogolony :). Ale cóż trzeba walczyć. Więc walczyłem, walczyłem…. Nie wiem jak wy ale nie jestem fanem pieczonych świnek morskich.

  7. aga pisze:

    wasze jedzonko wygląda fantastycznie,chetnie ugryzłabym takiej papryczki. co do świnki, to jakos chyba nie zachęca mnie. pozdrowienia z polskiego wybrzeża.

  8. Karola pisze:

    Morsunia się w grobie przewraca !

  9. cordial pisze:

    Świnka bo kwiczy jak świnka 😉 zwłaszcza jak się cieszy lub o czegoś się doprasza.
    Wolę je jednak hodować niż spożywać 😉 Gratuluję odwagi. Co do pozostałych kącików łasucha to rzeczywiście ślinka cieknie…

    Pozdrawiam i życzę powodzenia w dalszej części trasy.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: