Taniec plemienny

15 września 2009

TaniecDo Window Rock, stolicy rezerwatu Nawajów, dojechaliśmy wczesnym popołudniem. Kupiliśmy bilety wstępu nie bardzo wiedząc zresztą, jak będzie wyglądać cała impreza. Na rękach wbito nam czarnym tuszem okrągłe pieczątki. Wszyscy byli trochę jakby jeszcze zaspani, słońce świeciło, karuzele na wesołym miasteczku kręciły się ospale, a wzdłuż drogi dojazdowej stały samochody i porozbijane były tu i ówdzie zwykłe namioty turystyczne – w tak zaimprowizowanych, niezliczonych budkach można było kupić przekąski i napoje gazowane. W kilku barakach nieopodal porozkładane były stoiska szkół, przychodni, instytucji rządowych i grup muzycznych, a zaraz obok prowadzono też akcje uświadamiające dotyczące AIDS i narkotyków. Niedaleko odbywały się przesłuchania do wieczornego konkursu, goście w dżinsach i koszulach z niewielkimi ozdobami z piór tańczyli w rytm podawany przez śpiewających. O pierwszej zaczęło się rodeo – jedno z kilku w czasie trwania targów – zwycięzcy mieli wziąć udział w finałowym rodeo następnego dnia. Na trybunach siedziały dzieciaki z rodzicami podgryzając watę cukrową w syntetycznych kolorach, pijąc coca-colę, zajadając smażoną cebulę, corndogi (smażone parówki w cieście kukurydzianym) i osłaniając się od słońca zwykłymi parasolkami. Dało się zauważyć, że taki tryb życia nie sprzyjał zdrowiu – ilość osób ze sporą nadwagą był zaskakujący, szczególnie porównując obecny stan do magicznych w wyrazie zdjęć sprzed kilkudziesięciu lat. Konie szalały, indiańscy kowboje z szybkością błyskawicy wiązali cielaki i uciekali spod kopyt byków albo obijali sobie kręgosłupy z imponującym uporem usiłując utrzymać się na wierzgających ogierach. Rodeo było fascynujące, ale później znów zrobiło się sennie – doroczny zjazd Nawahów rozkręcał się powoli. Stwierdziliśmy, że wrócimy wieczorem, już na właściwe powwow.

Kolorowe niebo kolorowy strój Wieczorem samochodów było dużo więcej, a miejsc na parkingu prawie wcale. Święto już trwało. Na arenie między metalowymi rozkładanymi trybunami tańczyło rytmicznie, ponad 100 osób – kobiet, mężczyzn, dzieci z numerami uczestników przypiętymi do przepięknych strojów. Stroje zrobione z piór, koralików i barwnych tkanin, w wielu miejscach były obwieszone metalowymi grzechotkami. Niektórzy z tancerzy mieli twarze wymalowane białą farbą. Całość jednak zupełnie nie wyglądała jak konkurs, raczej jak wydarzenie towarzyskie – dookoła poustawiane były stoliki przy których siedzieli w swoich pięknych strojach występujący, zaraz obok kolegów w dżinsach. Można byłoby przysiąc, że niektórzy wybrali się na spacer albo na ploteczki. Panowała przyjazna atmosfera, uczestnicy imprezy witali się, rozmawiali i uśmiechali się do siebie. Ubrany w strój w brązowej tonacji Indianin podszedł do Błażeja i Bernasia i zaprosił ich do tańca międzyplemiennego – mieli w rytmiczny sposób przestępując z nogi na nogę okrążyć plac obowiązkowo zakreślając pełne koło. 2B wniebowzięci pokiwali się trochę we wszystkie strony i kazali robić sobie zdjęcia (z tym to już ciężko było,  bo na arenie tłum). Śpiewacy recytowali, (może śpiewali?) tradycyjne pieśni indiańskie. Znaleźliśmy się w trochę innym świecie, wyobraźnia nam pracowała niezwykle intensywnie i przypominały się wszystkie książki o Indianach czytane w dzieciństwie (pomijam tu współczesne akcenty, bo przecież o ogólny wydźwięk, a nie o szczegóły tu chodzi).

Nie mogłam jednak nie pomyśleć o relacji jednego ze świadków tańca ducha w Wounded Knee Creek ponad 100 lat temu. Tańca, który budził paniczny strach białych, chociaż Siuksowie zamknięci w rezerwacie byli zdziesiątkowani i niedożywieni. Tańca pełnego tęsknoty za prerią pełną bizonów i nieskrępowaną wolnością. I nie mogłam nie pomyśleć o tym, co się wtedy stało. Czy podczas plemiennych powwow ktoś jeszcze pamięta o Wounded Knee Creek?

Pełna, poruszająca relacja z wydarzeń w Wounded Knee Creek w książce “American Indians Myths and Legends” (redakcja: Richard Erdoes).

Streszczenie wydarzeń w języku polskim tu.

Galeria z Annual Navajo Nation Fair tutaj.

Zapraszamy również na filmki:


Dzika natura dzikiego zachodu

11 września 2009

Jeździliśmy po różnych krajach Ameryki między innymi szukając natury i dzikich zwierząt. Trochę znaleźliśmy, choć bardziej chyba jednak były widoczne ruinki, niż zwierzaki. Tapira, na którego bezskutecznie zasadzaliśmy się w parku narodowym w Kostaryce, widzieliśmy co prawda tylko w Mexico City w ZOO, ale za to widzieliśmy na wolności krokodyle, aligatory, koati, wielkie żuki, małpy, papugi i wiele innych zwierzaków. Takiego jednak nagromadzenia, jak tutaj nie spotyka się chyba nigdzie tak blisko cywilizacji. Praktycznie w każdym z parków narodowych w USA, który odwiedzaliśmy (mowa o okolicach Gór Skalistych oraz kraju Indian) sarny przechadzały się przy drodze, a wiewiórki (takie jak tutaj), pręgowce (ang. chipmunk) i kotofretki (ang. ringtail) łaziły po campingu lub okolicach w poszukiwaniu odpadków (jako rodzice kilkakrotnych Junior Rangerów wiemy – podobnie jak nasi Junior Rangerzy – że dzikich zwierząt absolutnie karmić nie należy, a zostawianie na kempingu jedzenia lub odpadków jest bardzo niemile widziane). Dziś jednak dzika natura sprawiła nam swego rodzaju prezent w postaci olbrzymiego jelenia wapiti (ang. elk) jedzącego sobie spokojnie listki niemal tuż przy naszym namiocie.

Pan Elk czyli jeleń A było tak: Dzieciaki robią lekcje, jest środek dnia, siedzimy na campingu w parku narodowym Grand Canyon w Arizonie (jakiś kilometr od krawędzi samego kanionu, wysokość 2200 m n.p.m., okolice dość przypominające górskie regiony podnóża Tatr). Mamy niedaleko do toalety (50 m), więc tam podłączyłem notebooka, aby się podładował i zerkam od czasu do czasu, aby mi ktoś tam nie wlazł (choć kraj uczciwy, ale strzeżonego…wiadomo). Na kempingu pustki – wszyscy zwiedzają, ale my akurat mamy czas szkolny i dlatego wróciliśmy po porannych zajęciach z rangerem (było o skamieniałościach). Upał, choć camping ocieniony więc nie jest tak źle. Przyjeżdża pani sprzątająca kibelki – ja zerkam, wchodzi jakiś zagubiony gość za potrzebą – ja zerkam, przejeżdża leniwe auto – zerkam czujnie wciąż. W pewnym momencie jakiś hałas jakby dochodzi z okolic z drugiej strony – zerkam nieśpiesznie: “Ranger przyjechał na koniu, sprzątać drugi kibel, czy co? Albo może wyrywać z ziemi znaki drogowe, bo taki hałas.” Koń jakiś dziwny – patrzę przez krzaki – jakby ogona nie miał, choć rozmiarowo zad jak trzeba. Zaciekawiony wstaję i wychodzę parę metrów dalej na drogę. O kurcze! W krzakach u sąsiada jakieś 20 m ode mnie stoi naprawdę ogromny jeleń (tak naprawdę to wapiti) i szarpiąc się z drzewkiem wyrywa gałęzie rogami, a następnie sobie spokojnie wcina. Hałas robił spory, zerkał na nas ukradkiem (od razu zawołałem rodzinkę, a że jesteśmy jak już mówiłem weteranami to wiemy, że do elka podchodzić nie należy na bliżej niż 15 m – szczególnie teraz jak mają okres godowy i chodzą po parku nieco wkurzone), ale nic sobie z naszej obecności nie robił. Jadł lunch. Akurat jak narobiliśmy mnóstwo zdjęć, nakręciliśmy filmik (poniżej) i nacieszyliśmy się widokiem, to sobie po prostu poszedł w las.

Grzechotniczek malutki Kolejną niespodzianką był grzechotnik przełażący sobie przez ścieżkę na dole Wielkiego Kanionu Kolorado. A było tak: zeszliśmy do miejsca zwanego Indian Garden (w sumie w dół i w górę 15 km – zajęło nam to 11 godzin ze sporymi przerwami) i tam odpoczywaliśmy. Ja oglądałem tablice informacyjne o szlakach, a Bernaś buszował niedaleko na ścieżce. Nagle woła podekscytowany: “Tato, tato, tu jest wąż! Taki byczy!’” Mając pewność, że po zajęciach o wężach wie jak się zachować (stać spokojnie, bo tutejszy wąż nas nie tknie – nie pachniemy jak jedzenie) nie przejąłem się zbytnio – tym bardziej, że węży widzieliśmy już razem kilka. Skierowałem się w stronę wołania, a Bernaś już mówił “Chodź! On jest coraz bliżej.” Rzeczywiście, kilka metrów od Bernasia przez środek ścieżki przełaził sobie spokojnie sporej wielkości (jak dla mnie sporej) grzechotnik. Przeczekaliśmy go obaj i zawołaliśmy dziewczyny (węże są głuche więc wołać można spokojnie) – zostało zrobione trochę rasowych zdjęć. Dla mnie spotkanie z grzechotnikiem – bomba! Podobnie jeleń (nawiasem mówiąc w sumie w Grand Canyon National Park widzieliśmy potem jeszcze dwa). Nie jakaś tam wiewiórka, czy inny robal, tylko prawdziwie spory zwierz!

Kondor Kalifornijski nad Wielkim Kanionem Kolorado Wcześniej były jeszcze kondory kalifornijskie, które udało się tutaj uratować przed wyginięciem (nawiasem mówiąc naprawdę ciekawa historia, jak im się udało tego dokonać) i teraz latają sobie na terenie Wielkiego Kanionu i okolic (wszystkie oznakowane i z nadajnikami przy skrzydłach). Jednego widzieliśmy już w Zion National Park (siedział na drzewie na Angels Landing), a pozostałe właśnie w Grand Canyon National Park. Tam zresztą codziennie o 15:30 odbywa się spotkanie z rangerem połączone z ciekawymi opowieściami o kondorach. Kondory przylatują w te okolice i przelatują rangerowi nad głową praktycznie zawsze. Po prostu lubią sobie szybować nad kanionem akurat tam lub siedząc na skale oglądać widoki. A może ludzi podziwiających je z dołu? Kto wie? W końcu to padlinożercy, a niektórzy turyści po wyjściu z kanionu w godzinach po południowych wyglądają niewesoło. 🙂 Nie było może tak spektakularnie jak przy Cruz del Condor w Peru, ale ptaki tak majestatyczne wyglądają zawsze pięknie – nie zależnie, czy widzimy na raz 10, czy 2.

Zapraszamy na filmik, który skleciłem z ujęć zwierzaków. Galeria ze zdjęciami w przygotowaniu (prosimy o jeszcze odrobinę cierpliwości).

Zapraszamy do najnowszych galerii z parku Zion, Bryce oraz Grand Canyon.


Nareszcie jabłka

5 września 2009

Mniej więcej w połowie osiemnastokilometrowego spaceru po Needles w Canyonlands Każdy z parków narodowych, które odwiedzamy, nas zaskakuje. Najpierw było Canyonlands, w którym spodziewaliśmy się kanionów, a były przepiękne, dzikie i pustynne pustkowia z przepięknie rzeźbionymi wiatrem i wodą pomarańczowymi skałami – w środku dnia cisza była taka, że dźwięczało w uszach. Wymarzone, chwytające za serce miejsce na przemyślenia – dzikie, odludne i niezwykle piękne. Niezwykłe są tu przestrzenie – tego się nie spotyka w parkach w Polsce, które są raczej niewielkie i zazwyczaj na ich terenie są wioski albo miasteczka – dużo trudniejsza jest ucieczka od cywilizacji.  W Stanach dzikie odludzia bez jednej osady ciągną się czasem przez kilkadziesiąt, niekiedy kilkaset kilometrów. Jeśli jeszcze do tego mamy do czynienia z parkiem trochę dzikim, bez udogodnień dla niedzielnych turystów (autobusy, prysznice, prąd, klimatyzowane centrum) i to jeszcze o takiej urodzie jak Canyonlands, to można uznać, że znaleźliśmy perłę.

Capitol ReefPotem przyszedł czas na Capitol Reef National Park, do którego mieliśmy zajechać tylko na jeden dzień i niejako przy okazji. Wiedzieliśmy, że to olbrzymi monolit, ale spodziewaliśmy się podobnych wrażeń, co w Canyonlands. A tu widoki może zbliżone gdzieniegdzie nieco do the Arches (Parku Narodowego Łuków Skalnych), ale the Capitol Gorge – wąwóz, przez który przejechaliśmy, miał gigantyczne, gładkie ściany wymalowane przez naturę w odcieniach pomarańczu, szarości i bieli – wcześniej nie widzieliśmy takich nigdzie. Ten park miał też zupełnie inny charakter, bo oprócz pięknych krajobrazów chronił także miejsca historycznych wydarzeń. Najpierw dawno, dawno temu, jak wszędzie w Ameryce, żyli tu Indianie. Później z niewiadomych powodów przenieśli się gdzieindziej, a kilkaset po nich przybili mormoni.

A dla nas mandatOsadnicy tak samo jak współcześni bazgrolili po ścianach kanionu – napisów w serduszku “Józek+Ewa=LOVE” co prawda nie znaleźliśmy, ale na tak zwanym “Spisie Pionierów” gryzmołów było sporo. Różnica taka, że te napisy są teraz chronione, a my za malowanie po ścianach możemy oberwać 250$ mandatu. Etos etosem i legendy legendami, ale dzieci mormonów były zupełnie zwyczajne. Podczas lekcji, które odbywały się w maleńkim, ogrzewanym kozą budyneczku szkoły (zachowany do dziś) łobuzowali podobno na potęgę. Gdy nauczycielka wychodziła na lunch zapychali komin gazetą tak, że pokoik cały wypełniał się dymem, rzucali w sufit gumkami do mazania, dokazywali i płatali figle. Niełatwe życie miała z nimi świeżo upieczona, młodziutka nauczycielka, bo mali urwipołcie zakładali się, który z nich pierwszy doprowadzi ją do płaczu.

Ogrodniczka Mormoni posadzili we Fruicie (centralna osada Mormonów – dziś centrum parku) sady: brzoskwinie, grusze, jabłonie, wiśnie, pekany… Sady zostały do dziś – opiekuje się nimi służba parków narodowych. Odwiedzający są zapraszani do wizyt w sadach i własnoręcznego zbierania owoców. Przed wejściem do sadu stoi eleganckie pudełeczko z torebkami, ustawiona jest waga i skrzyneczka na pieniądze, a na trawie leżą drabiny oraz zbieraczki w kształcie koszyczków. Wszystko opatrzone precyzyjnymi instrukcjami obejmującymi bezpieczeństwo zbierających i zasady działania sadów. Za owoce wyniesione z sadu pobiera się opłatę w wysokości 1$ za funt, zaś tymi, które zje się w sadzie, można się delektować bez żadnych opłat. Więc się delektowaliśmy ;-), starannie najpierw wybrawszy odmianę. Z prawdziwą radością, bo nareszcie mogliśmy zjeść pyszne jabłka, zrywane z drzewa, tak soczyste, że sok nam ściekał po palcach. Wcześniej kupowane w supermarketach Granny Smith czy Red Delicious, choć bardzo smaczne, to jednak wszystkie były w tym samym kolorze, rozmiarze i każde z naklejeczką. Piękne, smaczne, ale jakoś nie zachwycały. Co innego jabłka z sadu. Zapakowaliśmy sobie jeszcze jabłuszek na wynos i po uiszczeniu opłaty szczęśliwi opuściliśmy sady, aby nazajutrz powtórzyć manewr raz jeszcze – raz w gruszach, raz w jabłoniach. Frajda była nie z tej ziemi.

Zapraszamy do galerii


Kącik łasucha – Navajoland

3 września 2009

Na południu Stanów Zjednoczonych widać wyraźnie wpływy meksykańskie -  w nazwach (Mesa Verde, San Diego, Los Angeles etc.), w sztuce (Nawahowie, o których pisałam wcześniej, uczyli się wyrobu biżuterii właśnie od Meksykanów – piękne srebrne ozdoby z turkusami zaczęły powstawać dopiero pod koniec XIXw.) i w kuchni. Zanim zachwycimy się jednak zielonym i czerwonym chile (Meksykanie nie nazywają chili “chili”, lecz właśnie “chile”),  burritos etc. – mała przystawka. Dziś o potrawie indiańsko – meksykańskiej czyli o Navajo Taco. Nawahowie to bardzo ciekawy szczep – ich języka używano do szyfrowania wiadomości w czasie II wojny światowej, a Japończykom nigdy nie udało się go złamać. Wielu z nich zostało później odznaczonych za zasługi wojenne. Stanowią największą mniejszość indiańską w Stanach Zjednoczonych. Przejeżdżaliśmy przez gigantyczny rezerwat Nawahów, który obejmuje część Nowego Meksyku, Utah i Arizony.

Meksykańskie taco al pastorW budkach w Santa Fe, przy drodze i na indiańskim rodeo królem przekąsek jest tradycyjny smażony chleb nawaski, podawany bardzo często bez żadnych dodatków, na gorąco, z chrupiącą skórką, na brzegach mocniej wypieczony, z dużymi pęcherzykami powietrza, w środku bardziej płaski. Pamiętacie być może, jak pisałam o tacos, których podstawą jest w Meksyku niewielka kukurydziana tortilla, na którą nakłada się pomidory, wieprzowinę, i różnego typu sosy takie jak np. guacamole (zdjęcie obok). Navajo taco wygląda nieco inaczej. To gigantyczne taco złożone z tradycyjnego smażonego chleba Nawahów ze sporą ilością dodatków. Zamówiłam sobie ten smakołyk po raz drugi w tej samej knajpce, w której jadłam go dwa lata temu, i którą udało nam się odnaleźć i tym razem.

Navajo Taco Wiedziałam, czego mogę się spodziewać, ale i tak porcja była olbrzymia. Spory (o średnicy około 25cm) placek z ciasta drożdżowego usmażony został w głębokim tłuszczu. Na gorącym, chrupiącym spodzie umieszczono sporą  ilość dodatków. Bazę stanowi mięciutka biała fasolka w pikantnym sosie z wyraźnie meksykańską nutą. Na niej, już nieco bardziej w tonie tacos, cieszyły oko świeżo pokrojone w drobną kostkę pomidory, (ale bez kolendry), następnie spore ilości białej cebuli, delikatnej sałaty i czarnych oliwek (tak, tak, nie pytajcie mnie skąd oliwki w daniu Nawahów 😉 – zrobiło się fusion na całego). Na wierzchu całość posypana startym serem. Ukoronowaniem tego dania były sosy – po pierwsze salsa (czyli po hiszpańsku właśnie sos) z pomidorów, papryki, papryczek jalapenos i cebuli. Jak dla mnie to taka salsa mogłaby stanowić danie samo w sobie. Jeśli to tylko możliwe, to chętnie będę zajadać w ilościach nieograniczonych… Znakomitym uzupełnieniem ostrej salsy była bardzo gęsta, zimna, kwaśna śmietana. Gorący chrupiący placek, zimna śmietana, ostra salsa i do tego mnóstwo warzyw. Nie trzeba więcej.

Kanapeczka pasterza W wersji dziecięcej chlebek smażony Nawahów został użyty do “kanapki pasterza” przyrządzonej na ciepło, przytrzymanej wykałaczką i przełożonej pięknym plastrem pachnącej ogniskiem, pieczonej (?) wieprzowiny. Pyszności. Do tego jeszcze porcja grubo krojonych frytek. Za frytkami to nie przepadam, ale z dwojga złego grubo krojone są zdecydowanie lepsze. Kanapeczka zaś była pyszna. Bernaś ledwo dał radę, ale łagodny sos (zbliżony do sosu tysiąca wysp ;-)) motywował go bardzo skutecznie.


Parki Narodowe USA

2 września 2009

Park Narodowy Canyonlands Trzeba przyznać, że Stany Zjednoczone wiedzą, jak utrzymywać parki narodowe. Nie pierwszy raz korzystamy z tych usług będąc w USA i za każdym razem pojawia się to samo miłe zaskoczenie. Może najpierw dla nie wiedzących należałoby wyjaśnić o co chodzi? Otóż, jak łatwo się domyślić, w USA – kraju na wskroś kapitalistycznym – zdecydowana większość ziemi jest w rękach prywatnych. Pozostała należy albo do Indian (rezerwaty), albo do państwa – przy czym warto rozróżnić teren federalny i stanowy (zarządzany na poziomie jednego stanu). Na terenach federalnych utworzono sporo parków narodowych działających podobnie jak te u nas – z pewnymi jednak istotnymi różnicami. Po pierwsze infrastruktura jest świetnie przygotowana – czasem jest to prosta infrastruktura, ale zawsze dobrze przemyślana. Po drugie parki są olbrzymie. Naprawdę! Po trzecie są to często jedne z nielicznych terenów, gdzie można rzeczywiście zażyć dzikości kraju (pomijając tereny stanowe) – jak już pisałem pozostałe tereny są prywatne. W Polsce, jeśli jedziemy przez las, to praktycznie wiadomo, że jest to las państwowy, więc możemy się zatrzymać i pójść pozbierać grzybki lub jagódki. Tu możemy tak zrobić tylko w lesie stanowym lub federalnym (nie wiem do końca jak z tym zbieraniem grzybków w lesie stanowym, ale na spacer na pewno możemy pójść). Ewentualnie możemy pójść do lasu prywatnego, jeśli jest to ośrodek turystyczny. Jeśli nie – i po prostu łazimy po czyimś terenie, możemy się spodziewać spotkania z szeryfem wezwanym przez właściciela (w większości stanów) lub ewentualnie kulki między oczy bez ostrzeżenia (to w Teksasie ;-)).

Capitol Reef National Park Visitor Center Oczywiście wszędzie (łącznie z parkami stanowymi i federalnymi) musimy zapłacić za wstęp (to znaczy za wjazd, bo w USA pojęcie opłaty często dotyczy po prostu samochodu sztuk jeden – nie ważne ilu pasażerów). Im teren bardziej prywatny, tym jest drożej. Tylko czasem jest bezpłatnie, ale naprawdę opłaty występują prawie wszędzie. Przy czym nie są wygórowane – to trzeba przyznać. Do szczytów niewygórowania należy dożywotnia przepustka do wszystkich parków narodowych USA dostępna dla seniorów zameldowanych w USA w cenie 10 USD (jednorazowo, dożywotnio). Zwykli turyści płacą 80 USD na rok na jeden samochód (karta America the Beautiful) i mogą wjeżdżać do wszystkich parków narodowych z rodziną (jednorazowa, tygodniowa przepustka do jednego parku to opłata rzędu 10-20 USD). Łatwo więc wydedukować, że dla takich jak my roczna przepustka do wszystkich parków narodowych jest bardzo dobrym interesem (my jesteśmy po 6 parkach narodowych, więc już jesteśmy do przodu 🙂 ).

Bernaś jako żuk tygrysi w czasie wykładu RangeraCo do infrastruktury, to jest tak: wszędzie da się dojechać autem i są porobione parkingi. Bez auta zresztą zwiedzać się nie da (za duże odległości i za tanie paliwo). Drogi w większości są asfaltowe (naprawdę porządne), a jeśli nie – jest to dobrze oznaczone. Każdy wjeżdżający dostaje dokładną mapę z zaznaczonymi atrakcjami. W każdym parku jest co najmniej jedno Visitor Center, gdzie uprzejmi pracownicy (najczęściej strażnicy parku, czyli Park Rangerzy – nie mylić z Power Rangerami ;-)) mogą wyjaśnić do delikwent może zobaczyć w ciągu godziny, pół dnia, czy też kilku dni. Tam też jest najczęściej muzeum, wyświetlany jest film poglądowy o danym parku i dostępne są wszelkie informacje dla naprawdę ciekawskich. Jest też oczywiście sklep z pamiątkami. Istnieje też bardzo fajny zwyczaj zajęć, czy wykładów prowadzonych przez Rangerów na temat mieszkających w parku zwierząt lub występujących tu roślin. Wykłady bardzo profesjonalne, ilustrowane często slajdami lub rekwizytami – prawie zawsze tak prowadzone, że dzieci też mają niezły ubaw. Na wykładzie w Great Sand Dunes Bernaś (jako ochotnik z widowni) został “przebrany” za żuka tygrysiego (rodzaj występujący tylko na terenie parku) i ze śmiesznymi, rozszczepiającymi okularami na oczach próbował gonić swoją ofiarę (znaczy się, swoją siostrę udającą smaczny kąsek). Chodziło o demonstrację sposobu widzenia żuka (generalnie żuk tygrysi widzi słabo :-)).

Nasz site na campingu w Parku Narodowym CanyonlandsW większości parków są wygodne, choć najczęściej proste campingi (z których korzystamy). Camping w parku narodowym w USA (to niezmiernie ważna definicja!) oznacza spory teren podzielony na miejsca (ang. site), które turyści zajmują albo przez wcześniejszą rezerwację przez Internet (tylko niektóre campingi mają taką usługę) lub poprzez zasadę kto pierwszy ten lepszy. Poza site obozować nie wolno (chyba, że ze specjalnym pozwoleniem w terenie, ale to też nie na dziko, tylko na specjalnie wyznaczonych miejscach). Ważne jest też, że taki przykładowy site na campingu w parku narodowym w USA jest takiej wielkości, że zmieściłby się średniej wielkości obóz harcerski. 😉 Najczęściej może tu jednak spać powiedzmy 8 osób. Dozwolone są najczęściej dwa samochody i dwa namioty. Są specjalnie przygotowane miejsca na namioty (i tylko tam można je stawiać), stoliczek piknikowy oraz miejsce do grillowania (i tylko tam można palić ogień lub grillować). Zawsze są toalety, często woda do picia (choć są niektóre odległe campingi pustynne bez tej ważnej cieczy), rzadko prąd (na pozostałych campingach  USA prąd w słupkach jest praktycznie oczywistością) i bardzo rzadko Internet (na pozostałych campingach wifi jest prawie zawsze na całym terenie). Trzeba pamiętać bowiem, że wielu turystów porusza sie tutaj swoimi RV (recreational vehicle, czyli po naszemu camper, dom na kółkach lub z niemieckiego wohnmobil), więc dla nich taki camping jest wyraźnie gorzej wyposażony (nie mają gdzie się podłączyć). Natomiast dla turystów z namiotem jest to najczęściej całkiem przyjemne miejsce.

Ot i całe biuro campingu Ciekawie też wygląda procedura rejestracji wieczorem, gdy rangerzy poszli już spać (albo na piwo, mleko, czy co tam piją rangerzy). Na teren parku narodowego można wjechać bez przeszkód – szlaban jest podniesiony, a turystę wita tabliczka, że stacja jest już zamknięta, a zapłacić można przy wyjeździe. Jest też pudełeczko z mapkami. Po przyjechaniu na camping procedura jest prosta: wybierz sobie wolne miejsce i zajmij je (np. kładąc coś na stoliku), zapamiętaj numer, wróć do budki rejestracyjnej campingu, wypełnij nadruk na kopercie, oderwij kupon, w kopercie umieść gotówkę lub czek (płatność kartą możliwa rano w Visitor Center), kopertkę wrzuć do urny, zaś kupon powieś przy swoim site (jest specjalny słupek i zaczep) – gotowe. Rano ranger przyjeżdża sowim pickupem i sprawdza kupony. Proste, bezobsługowe i skuteczne. Dla ciekawskich: przykładowy koszt takiego campingu to w okolicach od 10 USD (tylko WC) do 20 USD (z prysznicami i Internetem) za noc za site.

Odznaki Junior Park Rangera Kolejnym miłym zwyczajem jest instytucja Junior Park Rangera (niestety poznaliśmy ją dopiero 2 parki temu). Dzieciaki w wieku od 4 do 12 lat mogą w każdym parku zdobywać odznakę Młodego Strażnika. W centralnym Visitor Center dostają bardzo przemyślaną książeczkę z zadaniami dla różnych grup wiekowych. Są proste zagadki, malowanki, czy labirynty, jest rozpoznawanie śladów zwierząt (dzięki temu Bernaś będzie na pewno długo pamiętał, jak odróżnić ślad kojota od śladu psa), są zagadki słowne, krzyżówki i zadania na myślenie. Aby je rozwiązać naprawdę trzeba trochę o parku poczytać, pochodzić po ścieżkach i dowiedzieć cię tego, czy owego (np. z plansz informacyjnych umieszczonych w ważnych punktach lub z muzeum). Jest to bardzo sprytnie – to musze przyznać – wymyślone. Dzieci łykają trochę wiedzy i mają zabawę. Dużo chętniej też zwiedzają – chcą przecież zdobyć odznakę. Dla nas dodatkowo jest to okazja, aby poćwiczyły język. 🙂 Po wypełnieniu wszelkich zadań jest egzamin u Rangera, którzy pyta o niektóre rozwiązania (tu trochę pomagamy jako tłumacze). Dziecko musi się wykazać znajomością tematu. Potem następuje przysięga Junior Rangera z podniesioną prawą dłonią (z obietnicą, że będzie się oszczędzać wodę, zbierać śmieci i szerzyć wiedzę na temat parku itp.) oraz uścisk ręki egzaminatora i wręczenie odznaki. Bardzo elegancko, prawda?!

Zapraszamy do kolejnej galerii, tym razem z parku Canyonlands w Utah i z trasy do niego.


Wielka kupa piachu

29 sierpnia 2009

Wielka kupa piachu Great Sand Dunes National Park – nieco zagubiony kawałek dziwnego świata niemal pośrodku Gór Skalistych. Z jednej strony krajobrazy alpejskie, z drugiej wielkie, podmokłe łąki, a pośrodku wielka kupa piachu. W końcu to największe wydmy w Ameryce Północnej! Ciągnące się na wiele kilometrów morze piasku i wydm powstało na skutek procesu erozji i działania wiatru – bardzo ciekawe zjawisko recyklingu piasku i chyba jedyne miejsce na świecie, gdzie takie piaszczyste cudo można spotkać w górach na wysokości 2500 m n.p.m. Tu w zimie przecież normalnie pada śnieg, a wydmy pokrywają się białym puchem! Widok piasku na tle gór świetny, bo z daleka wydmy zdają się być małe – na tle potężnych szczytów za nimi. Dopiero, jak się podjedzie bliżej, to okazuje się, że są naprawdę spore.

Biegamy w dół Wiosną i wczesnym latem park przemienia się w wielki plac zabaw dla dzieci, gdyż wzdłuż wydm płynie szeroki i płytki strumień z gór (topniejące śniegi) – mamy wielką piaskownicę i kupę płynącej, płytkiej wody. Niestety w sierpniu woda nie płynie, za to świeci mocne słońce i wieje wiatr. Na szczęście trafiliśmy na koniec kilkudniowego załamania pogody (które przepłoszyło nas wcześniej z Santa Fe), więc niebo pokryte chmurami dawało komfort – dało się łazić po wydmach na bosaka. Komfort był – przynajmniej jeśli chodzi o upał – natomiast jeśli chodzi o zmęczenie, to wydmy dały nam popalić. Oj oj! Chyba kondycja nam spadła od czasu, gdy jeździmy autem 🙂 W każdym razie na Wysoką Wydmę (High Dune, 650ft/198m wysokości) weszliśmy ze sporą zadyszką. Na górze okazało się, że stromizna jest spora, więc można było biegać turlać się i zjeżdżać na tyłku do woli. Spora część 4B tak właśnie spędziła pozostały czas na wydmach!

Zapraszamy do nowej galerii!


Targ indiański, wersja amerykańska

28 sierpnia 2009

Zapinka Pędziliśmy przez Stany z zamiarem zobaczenia dorocznego, słynnego na cały świat Indian Market, który odbywa się w Santa Fe w trzeci weekend sierpnia. Do Santa Fe dojechaliśmy wczesnym popołudniem w sobotę i szybciutko zameldowaliśmy się na kempingu. Właścicielka od razu zapytała nas, czy wiemy, że w mieście odbywa się wielkie wydarzenie i poinformowała nas o ograniczonych możliwościach parkingu w centrum. Wręczyła też przepiękne foldery, które dały nam mocno do myślenia. Kolorowe, z cudnymi, artystycznymi zdjęciami tradycyjnych wyrobów indiańskich: biżuterii, plecionych talerzy i dywanów sugerowały bardzo artystyczny charakter imprezy. Stwierdziliśmy, że płacenie 10 dolarów za parking w samym centrum miasta nie do końca nam odpowiada, a jako że dla nas po wszelakich kanionach i różnych innych eskapadach maszerowanie pieszo nie stanowi żadnego problemu, porzuciliśmy nasz samochód jakieś 2 km od centrum i dalej poszliśmy już piechotą. Z tego entuzjazmu po drodze wpadliśmy prawie na jakiegoś pana, który niósł wyplatany talerz o średnicy około jednego metra manewrując nim z taką delikatnością, jak robiłby to kelner z Rosenthalem. Wkrótce miało się wyjaśnić dlaczego.

DrzemkaPierwsza sekcja targu, w którą weszliśmy, była sekcją kulinarną – wszędzie sprzedawano tradycyjny i bardzo smaczny zresztą, smażony chleb Nawajów. Całość wyglądała swojsko i przyjaźnie, udaliśmy się więc na zwiedzanie reszty. Części targu były podzielone na stoiska artystów uznanych, oraz dopiero zdobywających sławę. Dookoła głównego placu i okalających ulic rozłożonych było 5000 stoisk z ceramiką, biżuterią, malarstwem, dywanikami i serwetkami, figurkami, ale też nożami i tomahawkami z obsydianu i innych kamieni półszlachetnych, które wyglądały jak żywcem wzięte z powieści o Indianach.  Jakość wyrobów była niezwykle wysoka, a ilość przedmiotów prezentowanych produktów umiarkowana. Przy każdym stoisku stał artysta, który to wykonał, można było z nim porozmawiać o wykonanych przez niego wyrobach. Niektórzy z nich z dumą nosili odznaczenia wskazujące na otrzymane w czasie targu nagrody. No i jeszcze te twarze… Indiańskie ostre rysy, zdecydowanie kojarzące się z bohaterami prerii i pobudzające wyobraźnię. Niestety większość osób odziana była w dżinsy, a niektórzy z wyraźną satysfakcją popijali Pepsi Max.

CeramikaMnie osobiście zachwyciła niezwykle delikatna ceramika zdobiona misternymi, cienkimi jak włos wzorami. Nie wspomnę nawet o charakterystycznej biżuterii Nawajów – turkusy oprawiane w masywne, srebrne zdobienia. Nie było prawie wcale sztuki popularnej powielanej w wielu egzemplarzach – w zasadzie na każdym stoisku można było obejrzeć prawdziwe, unikalne arcydzieła. Można było obejrzeć, ponieważ ceny przekraczały nasze możliwości nabywcze. Przepięknie wyplatany kolorowy talerzyk wielkości spodka do herbaty kosztował 250 dolarów, a taki, jaki niósł spotkany przez nas wcześniej pan – 1500 dolarów. Wszystko więc stało się jasne – cena odzwierciedlała nie tylko znakomitą jakość wyrobów, ale także markę artysty, a za nią, jak wiadomo, płaci się słono.

Zapinki w ilości i rozmaitości większej Cały targ jest gratką dla kolekcjonerów, niezwykłym wydarzeniem, któremu towarzyszą konkursy na najlepszy strój indiański, koncerty i spotkania ze znanymi osobistościami świata Indian. Od razu nasunęły mi się skojarzenia z targami podobnych (choć nieco gorszej – niewątpliwie – jakości) wyrobów w Ameryce Łacińskiej z ich gwarem, tłokiem i olbrzymią ilością często podobnych do siebie towarów. Różnice krótko można podsumować to w następujący sposób: targi artesanias, jakie widzieliśmy w Ameryce Łacińskiej to dla nas wydarzenie przede wszystkim kulturowe, Annual Indian Market w Santa Fe – kulturalne. Możecie wybrać, co podoba Wam się bardziej, ale jestem pewna, że takiego nagromadzenia dzieł sztuki indiańskiej nie da się zobaczyć nigdzie indziej.

Zapraszamy do galerii z Nowego Meksyku.