Kącik łasucha – Bagan

15 lutego 2010

Herbaciarnia jakich wiele Jakoś tak dotychczas się plotło, że w Birmie jedliśmy więcej potraw hinduskich niż birmańskich. Jak wiadomo, Indie graniczą z Birmą, a wpływy hinduskie wyraźnie widać w dostępnych miejscowych smakołykach. Instytucja hinduskich knajpek spodobała nam się niezwykle, na początku ze względu na pewną nieprzewidywalność, a później z uwagi na prostotę i urozmaicenie posiłków. Na początku nie mogliśmy się zorientować, o co właściwie w tym wszystkim chodzi, bo zamawialiśmy jedną rzecz, a dostawaliśmy kilka i zupełnie nie wiedzieliśmy dlaczego i czy o to właśnie poprosiliśmy. Łatwo nie było bo nazwy potraw były podane po birmańsku (alfabet malowniczy i zaokrąglony tu i ówdzie, ale poza tym zupełnie nieprzydatny) i angielsku (hindusku?), ale co by wam powiedział napis thali, paratha albo parni roti? Pewnie niewiele tak, jak i nam… Z konieczności więc skazani byliśmy na pokazywanie palcem (zajęcie dość ryzykowne szczególnie, jeśli nie ma się specjalnie ochoty na curry z mózgu kozy) albo na knajpki z menu obrazkowym lub z obsługą anglojęzyczną. Z tym zresztą też były problemy. W głowie mi się zakodowało wsparte doświadczeniem przekonanie, że Hindusi na ogół po angielsku mówią znakomicie (pomijając trudny do zrozumienia na początku akcent), a tu się okazało, że w Birmie to raczej niekoniecznie. Jeszcze w Yangoon w czasie wizyty w teashopie (czyli herbaciarni, które stanowią niezmienny element krajobrazu Birmy) poprosiłam o kawę bez mleka i bez cukru. Sympatyczny pan z obsługi przyniósł mi – pyszną zresztą – herbatę parzoną tu na sposób hinduski, czyli z dużą ilością mleka, dużą ilością cukru i czymś jeszcze – może kardamonem? – fantastycznie pachnącą, przy której bawarka to zwyczajna lura. Na moje skonfudowane, ale muszę przyznać dość głupawe w tej sytuacji, pytanie “No sugar, no milk?” (“bez mleka? bez cukru?”) otrzymałam uprzejmą odpowiedź wspartą uśmiechem i potakiwaniem głową “No sugar, no milk, ok!”. Uratował mnie inny kelner, który upewnił się, że chciałabym “black tea” (herbatę bez mleka) i przyniósł mi herbatę rzeczywiście bez mleka… ale za to ze sporą ilością cukru.

Thali wersja klasyczna Eksploracja jednak robi swoje. Po kilku wizytach udało nam się zaobserwować pewne podobieństwa. Po pierwsze, w zasadzie zupełnie niezależnie od tego, co zamówiliśmy, zawsze na początku wjeżdżał dhal, czyli grochówka po hindusku, o której pisałam przy okazji kącika łasucha z Fidżi. Dhal zresztą już dawno jest na liście naszych ulubionych dań, które zamierzamy wprowadzić do domowego menu. Po czarce takiej zupki, czasem z nutkami kminku, czasem anyżku nieśmiało wychylających się zza kurkumy, od razu do reszty byliśmy nastawieni nadzwyczaj pozytywnie. A potem było jeszcze lepiej, bo Hindusi cichcem wprowadzili kombinację systemu zestawów i “all-you-can-eat” (czyli “jedz aż pękniesz”). Najpierw serwowane jest danie główne, czyli curry różnego typu – dokładnie takie, jakie zamówiłeś. A następnie ku radości ogólnej, podawane są albo pieczone na blasze beztłuszczowe placki (nazwa lokalna to ciabaty, ale nie przypomina to  niczym ciabat, które można kupić w polskich sklepach) albo ryż albo rozdęte smażone chlebki w towarzystwie sosów. I w tych sosach właśnie cały urok… Zazwyczaj całość jest podawana na metalowych talerzach, ale mieliśmy okazję także jeść sosy i ryż wprost z bananowego liścia, który służył za podkładkę. Ryż, ciabatki, dhal i sosy są nakładane do upadłego – obsługa sprawdza co chwilę, czy nie trzeba niczego dołożyć i czy aby klient jest szczęśliwy i najedzony.

Thali wersja ekologiczna z curry wegetariańskim Najlepsze sosy to zresztą wcale nie sosy, ale  gęste konfituropodobne mazidła, którymi można ciabatki smarować mieszając w dowolnych konfiguracjach. Po pierwsze z tamarindu – fasolopodobnych owoców o brązowawym miąższu stosowane w kuchni tropikalnej w postaci soków, dżemów i sosów, które przypominają w smaku powidła z odrobiną suszonych śliwek dla zaostrzenia wrażeń. Na bazie sosu tamaryndowego można stworzyć sporo różnych odmian smakowych – na przykład tamarynd z miętą i czosnkiem – delikatnie pikantne powidełko ze świeżą nutka. Albo starty świeży imbir z tamaryndem – ostry, piekący w język z odrobiną słodyczy. Albo jogurt z miętą. Albo marchewki pocięte w cieniutkie półksiężyce w pomidorowym sosie mocno przyprawionym curry. Sztuka polega na tym, aby ponakładać na ciabatkę wszystkiego po trochu, aż osiągnie się doskonałą harmonię smaków ostrego, słodkiego, kwaśnego i słonego. Istna gratka dla łasuchów.

Na deser jeszcze można zamówić sobie lassi – kefiropodobny jogurt miksowany z owocami. Miksowany zresztą często ręcznie (czyżby dojrzałe owoce rozgniatane były widelcem?)  tak, że kawałki owoców można szybko odnaleźć – widać od razu, że napój był przygotowany przed chwilą. Czasem też widać najpierw chłopca, który wybiega z kuchni do sklepu i wraca zaraz z papają albo kiścią bananów. Taki urok. O ileż milszy i zdrowszy od bananowego mleka w proszku, aromatyzowanych jogurtów owocowych oraz przetworzonych płatków śniadaniowych z kolorowymi obrazkami z kreskówek na pudełkach.


Z samego serca Birmy

10 lutego 2010

Pozostawiając nieco na boku dyskusje o szczurach, ruinach, świątyniach i zabytkach, warto napisać parę słów o tym ciekawym kraju i ludziach tu żyjących. O stronie praktyczniej (wizy, pieniądze, transport, unikanie armii) jeszcze napiszemy, ale to w którejś z następnych relacji.

A propos armii, to już drugiego dnia w Mandalay byliśmy świadkami niezłej propagandowej “ustawki”. Taksówkarz wynajęty do wożenia nas przez cały dzień po okolicach skierował się najpierw do znanego klasztoru uczącego medytacji i buddyzmu. Tam mieliśmy obserwować posiłek mnichów, który jest podobno bardzo fotogeniczny. I rzeczywiście mnisi ciągnęli długim dwuszeregiem do tzw. garkuchni, gdzie każdy dostawał miskę ryżu i mandarynkę. Pomijając wątpliwe urozmaicenie tego posiłku oraz nieco kwaśne miny stojących w kolejce mnichów warto jednak zauważyć, kto wydawał posiłki. Oczywiście żołnierze w pięknie odprasowanych mundurach oraz panie wyglądające kubek w kubek, jak nasze urzędniczki partyjne. Dookoła zgromadziło się ze dwie setki turystów robiących zdjęcia. Przyjeżdżali autokarami i taksówkami, jak my. Część być może pojęła, że to było na pokaz (a my widzieliśmy jeszcze wcześniej, jak jeden z “generałów” ustawiał swoich podwładnych przed posiłkiem i wydawał polecenia – wyraźnie po to, aby całe przedstawienie wyglądało lepiej), ale część przywiezie po prostu do domu zdjęcia na których widać, jak wielkoduszna armia wspiera biednych mnichów, którzy pewnie bez pomocy rządu pomarliby z głodu.

Propaganda leci również w TV, którą mamy w pokoju hotelowym. Dwie lokalne stacje nadają w kółko przemówienia generałów, relacje z uroczystości ludowych lub otwarcia wielkiego mostu (już chyba ze 3 mosty otwierali, gdy tu jesteśmy, a może to w kółko ten sam?), smętne romansidła obyczajowe oraz prognozę pogody. Zupełnie, jak u nas za komuny, naprawdę. Sposób montażu video, wygląd prezenterki telewizyjnej oraz tempo akcji jako żywo przypomina te nasze minione czasy. W autobusie puścili jakiś lokalny hit z DVD (Myanmarczycy się śmiali, więc musiało być niezłe), a już nasza 11-letnia Isia obserwując zmagania głównego bohatera próbującego poderwać dziewczynę sama stwierdziła, że ten film jest chyba sprzed 20 lat. A i jeszcze jedno! Wczoraj wieczorem w TV (na drugim, wyraźnie bardziej nowoczesnym programie) leciały “International news” (to był 8 luty 2010, możecie porównać, bo my dostępu do prawdziwych wiadomości nie mamy). Ułożyliśmy się wygodniej w łóżku czekając na ciekawe relacje (na przykład co tam słychać w konflikcie USA-Chiny lub na Haiti), a tu szło z grubej rury, że w Waszyngtonie straszliwy śnieg, a w Kalifornii potworne lawiny błota. Zgroza i zgnilizna w tym szerokim świecie (a u nas kolejny most, rozumiecie). Zaraz potem już leciał sport. Nic więcej się na świecie nie dzieje! Były też przebitki z jakiejś amerykańskiej stacji telewizyjnej (ale nic znanego, broń Boże żaden CNN) z dziwnie przesuniętym dźwiękiem i obciętą górną częścią obrazu. Dzięki temu przynajmniej wiemy, jak wygląda śnieg w USA (i że zgniły kapitalizm ma za swoje, bo ich zasypało) oraz kto strzelił gola w brytyjskiej lidze.

Kilka rozmów z lokalnymi mieszkańcami utwierdza nas w przekonaniu, że generałów nie lubią i że prędzej czy później łupnie. Wydarzenia sprzed 2,5 roku można było spokojnie komentować z mnichami na wzgórzu w Mandalay, którzy co niedzielę przychodzą tam porozmawiać z turystami i podszlifować angielski. Również to, że w areszcie domowym przetrzymywana jest sama-wiecie-jaka opozycjonistka (nazwiska teraz nie podam, bo jeszcze mi jakiś filtr przechwyci i całego posta nie wrzuci, ale potem uzupełnimy). Rykszarz wiozący nas po mieście otwarcie narzekał na generałów i ich nową stolicę, gdzie prąd jest 24h/dobę, nie to co tutaj (jak już mówiliśmy wszystko chodzi na generatorach). Przy okazji takich rozmów opowiadamy o polskiej historii i demokracji, która w końcu nadejdzie. Tym bardziej, że kawałki tej demokracji po troszeczku przywozi ze sobą zachód (w sensie cywilizacji). Są dostępne telefony komórkowe (niestety tylko rządowego operatora, więc na zewnątrz SMS nie wyślesz), odtwarzacze MP3, wszelka elektronika audio-video, odkurzacze, pirackie filmy DVD z tłoczni w Chinach, Coca-Cola (dużo lepsza mimo wszystko od lokalnej StarMax wyglądającej kubek w kubek jak nasza Pepsi Cola), telewizja satelitarna z Indii lub Chin, a najbardziej pożądanym produktem są chyba lodówki (po przenośnych generatorach prądotwórczych oczywiście), których całe sterty ustawione są w kartonach w sklepach zaraz koło naszego hoteliku. Dla mnie jest to wyraźny znak (nie same lodówki tylko całokształt), że łupnie, bo jak ludzie mogą uprawiać prywatny biznes (a tutaj uprawiają non stop i to nad wyraz skutecznie) i mają dostęp do produktów cywilizacji, to coraz bardziej, coraz bardziej będą chcieli i mogli z nich korzystać. Prędzej więc, czy później reżim padnie pod własnym ciężarem, bo te wyłączenia prądu i blokowanie Internetu jest tak sztuczne, że aż w pewnym sensie śmieszne.

My z tej cywilizacji dodatkowo przywieźliśmy do Birmy nasze dzieci, które są tutaj oczywiście lokalną sensacją (nie to, żeby nasze dzieciaki to lubiły – Bernaś ma już dość bycia “How cute!”). Śpiewaliśmy już piosenki myanmarskie, uczyliśmy dzieci “Szła dzieweczka” no i ucinaliśmy nie raz pogawędki, skąd jesteśmy i czy u nas rzeczywiście tak zimno. Uważamy wciąż, że wspierając lokalny biznes i pokazując myanmarczykom, że na zewnątrz jest fajny świat, trzeba tu przyjeżdżać. Loty z Bangkoku za pomocą AirAsia nie kosztują wiele, a cała zabawa z wizami i walutą jest w sumie mało kłopotliwa. Ludzie generalnie posługują się jakoś angielskim, więc z aktualnym przewodnikiem LonelyPlanet w ręku czas ruszać na wycieczkę (koniecznie niezależną, bo wycieczki zorganizowane wspierają rząd).

No ale na tyle może wystarczy już o życiu, a trochę trzeba o zabytkach i okolicach. Mandalay i przyległe miasteczka zwiedzaliśmy pieszo, trikszą (wynalazek z rowerem w środku) oraz taksówkami (takimi lokalnymi małymi pickupami marki Mazda) – a jest co zwiedzać. Olbrzymia ilość świątyń, pagod, ogrodów i wzgórz miejscami aż przytłacza. Trzeba wybrać tylko niektóre z nich, bo wszystkiego w parę dni (i z dzieciakami) się nie da zwiedzić. Nam najbardziej przypadło do gustu starożytne miasto Inwa obecnie na wyspie, gdzie wioseczki, pola ryżowe i drogi pełne kurzu sąsiadują z imponującymi ruinami, starymi drewnianymi klasztorami i nadal działającymi świątyniami pokrytymi złotem popołudniowego słońca. Tam czuło się ten spokój zwykłego życia, z dala od gwaru miasta, wyłączeń prądu i kolejnych betonowych mostów. Na Inwa trzeba się bowiem dostać promem i mamy nadzieję, że tak pozostanie, a turyści będą nadal poruszać się po ruinach dorożką. Na drugim miejscu postawilibyśmy chyba urocze Mandalay Hill, gdzie zachodzące słońce, przytłumione przez kurz unoszący się nad miastem, wyglądało jakby było zmęczone ciężarem życia mieszkańców, których całymi dniami oświetla.

Zdjęcia (galeria) z Mandalay są tutaj.


Uśmiech po birmańsku

6 lutego 2010

Już na pierwszy rzut oka widać, że infrastruktura Yangoon umiera. Wiele przestronnych kolonialnych budynków rządowych i kamienic zbudowanych przez Brytyjczyków jest w ruinie – nie mają szyb, zieją pustką i świetnie nadawałyby się jako dekoracja planu filmowego horrorów – dyndające na wietrze folie, przerażające i ciemne wnętrza nie wymagałyby żadnych poprawek. Chodniki są nierówne – płyty chybocą się przy każdym kroku, gdzieniegdzie widać przepływające pod nimi kanały ściekowe. To właśnie tam biegają szczury. Tu i ówdzie płyt nie ma wcale, więc trzeba się patrzeć pod nogi, żeby jedną nogą nie wpaść w jakąś dziurę. Przerwy w dostawach prądu są przynajmniej kilkanaście razy dziennie, więc przed każdym sklepikiem, hotelikiem i jadłodajnią warczą włączone generatory. Generałowie porzucili dawną stolicę i zbudowali sobie nową Naypyidaw, gdzieś głęboko w dżungli i tam pewnie prąd jest na okrągło. Oni napawają się władzą i luksusem, a my nie możemy powstrzymać się od myśli, że tak jak Yangoon pewnie wyglądałaby Polska, gdyby nie 1989.

Jednocześnie życie biegnie swoim torem. Handluje się na chodnikach owocami, kablami elektronicznymi, ktoś gotuje coś w garkuchni. Na chodniku od czasu do czasu stoi plastikowy stoliczek, a na nim kilka zużytych aparatów telefonicznych, przez które rozmawiają Birmańczycy. Taka lokalna odmiana budki telefonicznej. Sterty pirackich CD-ków i kaset magnetofonowych (tak! kaset magnetofonowych!) leżą na foliach położonych bezpośrednio na ziemi i czekają na nabywców. Nie istnieją państwowe biblioteki, ale książki można kupić – sporo jest używanych, ale sporo też skserowanych pirackich wersji. Sporo mnichów i mniszek w pomarańczowych, purpurowych lub różowawych strojach zbiera jałmużnę. Na każdym rogu są teashopy, czyli herbaciarnie, gdzie można się napić herbaty parzonej na sposób hinduski – ze skondensowanym mlekiem i cukrem – sama w sobie stanowi świetny deser, a jeszcze do tego można sobie wybrać ciasteczka po niewielkich cenach. Mężczyźni chodzą w longyi – (bawełnianych kawałkach materiału obwiązanego wokół bioder) i plują betelem – rośliną żutą tutaj dla przyjemności, która zostawia na dziąsłach czerwono-czarne ślady. Nie widziałam ani jednej kobiety (mężczyzny także) z odsłoniętymi kolanami, więc nasze krótkie spodenki od razu powędrowały na dno szafy. Turystów jest mało – spotkaliśmy kilkoro Polaków, Rosjan, kogoś z Niemiec i z Singapuru. Sporo krajów bojkotuje Birmę także turystycznie, my jednak pamiętamy, jak bardzo odizolowana była Polska i jak bardzo jako dzieci ciekawi byliśmy przybyszów zza żelaznej kurtyny. Wierzymy, że taka izolacja (nie mówimy tu o sankcjach, ale o bojkocie turystycznym) przynosi więcej szkody niż pożytku.

Wszystko to nie wygląda dobrze, ale jak na razie jesteśmy zachwyceni ludźmi żyjącymi w tej trudnej rzeczywistości. Niektórzy nas zagadują, pytają skąd jesteśmy. Wszyscy są pogodni i chcą pomóc, opowiadają swoje historie, pytają Bernasia, jak ma na imię. Nie narzucają swych usług, choć widać, że prawie każdy tu próbuje jakiegoś własnego małego biznesu. Birmańczycy są delikatni w obejściu – jeśli ktoś nam coś proponuje, robi to w sposób niezobowiązujący i subtelny i uśmiecha się nawet jeśli do transakcji nie dojdzie. Czujemy się tu bardzo dobrze. Uśmiech – ciepły i życzliwy jest wszechobecny. Dlaczego takiego uśmiechu tak mało na polskich ulicach?

Zapraszamy do galerii…


Pocztówki z Bangkoku

3 lutego 2010

Zamarliśmy w podziwie mieszanym z niedowierzaniem. Spodziewaliśmy się tropików i tropiki zastaliśmy, ale cała reszta przechodzi nasze wyobrażenie. Nie ma reguł, nie ma schematów. Grubo się mylił ten, kto kiedyś stwierdził, że “miejska dżungla” jest w Londynie lub innym europejskim mieście. Jest tu, w Bangkoku.

Pałac królewski Bajecznie piękny pałac królewski – cały w złocie i drogich kamieniach, pokryty złoconymi malowidłami i strzeżony przez kilkumetrowe giganty odwiedzany jest przez tysiące turystów. Próbują z tego skorzystać spryciarze w tuk – tukach gotowi obwieźć swoje ofiary po sklepach z tajską modą lub biżuterią, (inkasując za to oczywiście odpowiednią prowizję), sprzedawcy sarongów (a w środku można je przecież pożyczyć za darmo – wstęp w krótkich spodenkach jest wzbroniony i egzekwowany przez uzbrojonych panów w mundurach) i wszechobecni samozwańczy przewodnicy oferujący swoje usługi milionom zafascynowanych przybyszów z innych kultur. Pałac odgrodzony jest od hałasu i smrodu ulic śnieżnobiałym murem.

Typowy Tuk-tuk i w dodatku jeden z czystszychPodstawy wielopiętrowych, brudnych i odrapanych budynków w Chinatown giną w kłębach spalin. Podobnie zresztą wiele innych miejsc w Bangkoku – wiele osób nosi tu maseczki, (nie sądzimy, że przyczyną jest świńska grypa, która jest już chyba bardzo passe) -podobno co drugi mieszkaniec Bangkoku ma kłopoty z układem oddechowym. Chinatown nie przypomina żadnego z amerykańskich czy europejskich, jakie widzieliśmy, ale przytłacza ilością maleńkich sklepików. Ani ślicznych, ani oryginalnych, ale usmolonych i hałaśliwych sklepów ze śrubami mechanicznymi, przyborami do szycia, toporną elektroniką. Przed sklepikami na wąziutkich chodnikach rozłożyły się bezwstydnie kramy i stoiska z tysiącami potrzebnych drobiazgów tak, że trzeba się między nimi przepychać, aby przedostać się w żądanym kierunku.

Markowe sklepy w Siam Paragon W nowoczesnym centrum handlowym Siam Paragon na drugim piętrze Armani, Chanel i Chloe, gigantyczna księgarnia z książkami po tajsku i po angielsku (wybór jak w Australii, a może i lepiej), na trzecim salony Porsche i Maserati. Nikt się nawet nie trudzi podawaniem cen. Bo jeśli tam wchodzisz, to znaczy, że cię stać. Do Siam Paragon może cię zawieźć klimatyzowany SkyTrain – pociąg pędzący nad ulicami miasta – podniebne metro. Wtedy nie musisz bratać się z tłumem w autobusach gruchotach z naturalną klimatyzacją, ale od razu wchodzisz do oazy luksusu wyrosłej, jak orchidea na gnojówce. Dwa światy – codzienny, brudny i głośny oraz błyszczący, z sączącą się z głośników spokojną muzyką – koegzystują na dwóch poziomach. Czy nie znamy tego z jakiś filmów science fiction?

Kupujemy wszystko No i jeszcze turystyczne “getto” czyli Khao San Road. Tutaj zrobią wszystko, żeby zadowolić zachodniego turystę. Proponowano nam (razem lub osobno) “tuk-tuk” (a więc motorykszę – smrodliwe skrzyżowanie motoru z dorożką), “bum-bum!” (to Błażejowi wraz z katalogiem obiektów do tegoż), sex show, masaż stóp wykonywany przez Tajki (łóżeczko postawione wprost na ulicy – cóż za oszczędność na kosztach stałych!), masaż stóp wykonywany przez rybki (nóżki hop! do akwarium, a rybek koło tysiąca), pedicure, manicure i tysiące innych zabiegów kosmetycznych i tak dalej i tak dalej. Wszędzie miliony knajpek i knajpeczek, barów i jadłodajni oferujących proste, ale znakomite tajskie potrawy za grosze. Wiele z nich bezpośrednio z wózeczka z zainstalowaną butlą gazową i wokiem lub  klasycznym grillem. Wszystko skwierczy i pachnie, sprzedawcy migają kolorowymi latarkami, rzucają w powietrze kolorowe świecące bączki, zachwalają drewniane grające żabki, w każdym barze leci muzyka, tłumy turystów zwiedzają straganiki.

Budda dekorowany I do tego jeszcze galimatiasu należy dodać piękne świątynie buddyjskie, wszechobecne ołtarzyki stawiane królowi Tajlandii, smród naftaliny, zapach smażonego tajskiego makaronu, nieśmiałe uśmiechy mieszkańców, hałas taki, że trzeba krzyczeć do siebie i wyjdzie Bangkok. Prawie. Jedno z piękniejszych miast Azji.

Pozdrawiamy z Miasta Aniołów*

4B

*takie znaczenie ma tajska nazwa Bangkoku, której tutaj się nie odważę przytoczyć, bo się ciągnie przez 3 linijki

Galeria z Bangkoku tutaj…


Australijskie drogi i bezdroża

31 stycznia 2010

Jedziesz jedziesz i nic Od wczoraj jesteśmy już co prawda w Bangkoku w Tajlandii, ale ten kawałek będzie jeszcze o drogowych przygodach w kraju skaczących torbaczy. Przez Australię jechaliśmy częściowo pociągiem, a częściowo samochodami (różnymi, bo wypożyczaliśmy w sumie 4 razy), więc aż tak pełnego obrazu jak w USA, czy Nowej Zelandii nie mamy, ale i tak należy się wam drogowe podsumowanie tego odległego kontynentu. 

Po pierwsze w Australii bez auta jest naturalnie trudniej (choć komunikacji publicznej sporo), bo odległości – jak w USA – są olbrzymie. Po drugie niektóre odległości są olbrzymie i jednocześnie bardzo niezagospodarowane, więc jedziesz i jedziesz i nic. My takich odludzi zwiedzaliśmy niewiele, bo uznaliśmy, że kilkudniowa jazda z dziećmi do centrum kontynentu nie wchodzi w grę. Kto oglądał Shreka 2 i pamięta scenę “Daleko jeszcze?” wie, o czym mówię. 🙂

Na Harbour Bridge w Sydney Po trzecie pewne odległości są olbrzymie (mam wrażenie, że już o tym mówiłem ;-)) więc Australijczycy proponują kierowcom szereg udogodnień. Po pierwsze mnóstwo parkingów i miejsc odpoczynku (określanych jako Rest Area) koniecznie z toaletami, stoliczkami, trawką, placami zabaw dla dzieci i bardzo często z elektrycznymi barbeque – które, jak należy zauważyć przy okazji są wszędzie zupełnie darmowe. Ma to wg mnie (prócz tego, że Australii jest bardzo socjalnym państwem) najprawdopodobniej związek z ochroną przeciwpożarową, bo zachęca ludzi do korzystania z nich, a nie rozpalania ognia lub grilla węglowego (dla porównania: w USA wszędzie w sklepach są dostępne pakiety drewna ogniskowego i węgiel do grilla, natomiast w Nowej Zelandii były też elektryczne barbeque, ale płatne). W połączeniu z dobrą, słoneczną pogodą oraz występującymi wszędzie supermarketami pełnymi lodówek z produktami, które można usmażyć (na przykład steki z kangura), Australia jest rajem dla ludzi lubiących niezobowiązująco podróżować samochodem i zażywać świeżego powietrza.

Punkt Driver Reviver A! Kolejnym ciekawym udogodnieniem jest instytucja “Driver reviver” (po naszemu “Odżywacz kierowców”). Widzieliśmy ją w Nowej Południowej Walii, gdzie głównie podróżowaliśmy autem więc nie mamy porównania z innymi stanami (ale mam wrażenie, że w Wiktorii tego nie ma). Co to jest? W niektórych miasteczkach lub przy parkingach na autostradzie można spotkać budki Driver Reviver serwujące darmową kawę, herbatkę i ciasteczka. Hasła głoszą zatrzymaj się, odżyj, przeżyj. Z drugiej strony są instytucje hamujące kierowcę, czyli ograniczenia prędkości (normalnie w mieście 50, na drogach 80 lub 100, a na autostradach 110) mnóstwo rond (tu króluje miasteczko Noosa, gdzie spędzaliśmy Święta) hasła przydrożne typu “Drinking kills driving skills” (czyli w skrócie “Picie zabija”) oraz patrole policyjne i mnóstwo fotoradarów. Nadużywać prędkości nie jest więc łatwo – i naprawdę mało kto to robi. Suma sumarum jeździ się bezpiecznie i – choć nadal po lewej stronie – udało się nam dotrzeć do celu bez przygód.

Jeździliśmy po tytułowych drogach i bezdrożach, pokonywaliśmy góry, doliny, rzeki (promem) oraz brody (na kołach). W sumie przejechaliśmy około 5000 km, co jak na taki kraj nie jest dużym wynikiem. Pełnej galerii z tego nie będzie, ale poniżej jeszcze kilka zdjęć dla rozrywki:

Widoczek niemal jak z Nowej Zelandii Przez dżunglę na północ
Promem przez rzekę Nasza przeprawa przez bród
Droga w prawdziwym outbacku Droga przez góry
Czasami naprawdę trzeba tu mieć prawdziwą terenówkę Autostrady niemal jak w USA

Piwne przygody w kraju kangurów, czyli kącik drinkownika

27 stycznia 2010

Schooner czyli większa szklaneczka Po prawie dwumiesięcznym pobycie w Australii, mogłem się przekonać, że tytułowy złoty napój odgrywa tu dużą rolę. Roczne spożycie piwa na mieszkańca jest bardzo duże i jedne z większych na świecie (Australia była czwarta w 2004 roku, podczas gdy Polska osiemnasta). Co ciekawe odbywa się to wszystko bez znanej z Europy ikony Australii, czyli piwa Foster’s, które – dostępne wszędzie w Polsce – jednoznacznie kojarzy się z Australią. Przyjeżdżając tu myślałem więc, że Fostersa będę pił w każdym pubie. Tymczasem okazało się, że jest to piwo produkowane niemal wyłącznie na eksport i prawie niedostępne w kraju. Nic straconego, bo naprawdę dobrych marek jest tutaj bez liku.

Rozpoczęcie sezonu nastąpiło z pomocą mało mi znanego, aczkolwiek słynnego w Australii piwa James Squire. Jest to produkcja z nazwy i tradycji pochodząca od jednego ze skazańców przywiezionych z Wielkiej Brytanii w początkach historii Australii. Ten zaradny człowiek nie poddał się losowi, założył mały browar i od tego czasu jego imię i nazwisko przeszło do historii. Przynajmniej do historii piwa. Browar ten należy obecnie pośrednio do japońskiej grupy Kirin (Ot globalizacja) i produkuje oczywiście wiele gatunków piwa w tym historyczne Original Amber Ale na wzór produkcji Jamesa. Mi najbardziej przypadła do gustu odmiana lekka, jednak z posmakiem tradycji, czyli Golden Ale.

Typowy hotel z pubem na dole W Australii nie można kupić piwa w supermarkecie tak, jak na przykład w Nowej Zelandii, czy w Stanach. Do kupowania alkoholu są specjalne sklepy – na południu kraju nawet połączone niemal z supermarketem, więc jest to wygodne, ale na północy i wewnątrz kraju trudniej dostępne. Spotkaliśmy takie miejsca (na przykład w Cairns), gdzie sklep występował wyłącznie w formie drive-in, czyli trzeba do niego wjechać samochodem. Nie wiem, czy jeśli nie masz samochodu, to w ogóle nie kupisz, ale na pewno jest to trudniejsze. Chodzi oczywiście o wychowanie w trzeźwości i utrudnianie dostępu do alkoholu biedniejszej części społeczeństwa, czyli chyba głównie Aborygenom. Co ciekawe piwa w sklepie nie kupisz, ale zestawy domowy browar do robienia tego trunku wieczorową porą jak najbardziej. 🙂 W każdym mieście i miasteczku jest też hotel (hotel, to Australii pub z hotelem i często restauracją na dole), gdzie można napić się zimnego płynu. Prosto z beczki lub z butelki. Australijczycy dbają bardzo, aby zarówno piwo, jak i kufel (zwany tu schooner – jest to taka większa szklaneczka) były bardzo schłodzone – co mi niezmiernie odpowiada. Picie więc w hotelu jest najprzyjemniejsze. Na teren hotelu (często łącznie z tzw. ogródkiem) nie mają wstępu osoby poniżej 18 roku życia – co bywa korzystne, jeśli wiecie o co mi chodzi. 😉

Ciekawe w smaku piwo przeniczne z TasmaniiGatunków piwa jest w Australii niezmierzona ilość łącznie z małymi, lokalnymi browarami. Prócz typowo angielskich pale ale przeważającą większość stanowią różnego rodzaju odmiany lagera oraz (szczególnie na gorącej północy) sporo lekkich lagerów – tu najbardziej przypadł mi do gustu delikatny, letni XXXX Summer, który piłem w Queensland (wytwórnia XXXX z Brisbane jest kultowym browarem Queensland i nie próbuj Queenslandczykowi proponować czegoś z innego stanu – przywiązanie do lokalnego patriotyzmu jest tu duże). Generalnie najbardziej znane marki lagerów (które oczywiście próbowałem) to VB, XXXX Gold oraz Carlton Draught, ale jest jeszcze Coopers, Resch’s, Toohey’s (w odmianie Old i New), wspomniany James Squire, Boag’s, Tasmania Bitter i bardzo smaczny, lekko słodkawy Fat Yak. Mniam!