4B i 8O, czyli czteroosobowa rodzinka na ośmiu kółkach

16 lutego 2010

Bagan o zachodzie słońca Autobus z Mandalay trzęsąc się, trąbiąc, kurząc niemiłosiernie (droga w wielu miejscach po prostu polna) wiózł nas ponad pół dnia i pod koniec nasze cztery litery zaczynały mieć już dość. A przed nimi było jeszcze, jak się okazało kilka dni sporego (tytułowego) wysiłku. Bagan, jedna z większych atrakcji turystycznych Birmy, to naprawdę niesamowite miejsce. Wiejski i niepozorny teren o powierzchni kilkunastu kilometrów kwadratowych kryje w sobie takie nagromadzenie pagod (buddyjskich świątyń), ruin oraz klasztorów, że aż niewiadomo dokładnie ile ich jest. W każdym razie ponad 2 tysiące. Cała dolina rzeki (Bagan leży nad rzeką Ayeyarwady) jest po prostu usłana wieżami. Niektóre wręcz stoją oddalone od siebie o kilka dosłownie metrów, ale pośród niezliczonego mrowia kapliczek i świątynek rozmiaru powiedzmy … małego wyłaniają się co chwilę kilkudziesięciometrowe kolosy pełne przepychu, rzeźb oraz malowideł. Do tego trzeba dołożyć bardzo przyjemne miasteczko Nyaung U, które okazało się rajem dla niezależnego turysty – pełne hotelików, sklepików, restauracji, kafejek internetowych (niestety z koszmarnie powolnym i poblokowanym łączem) oraz nawet jedna knajpa mogąca robić za pub (sprzedawali tam piwo beczkowe, co jest tu niezmierną rzadkością). Dla nas jak na razie numer jeden, jeśli chodzi o całokształt wygody dla oszczędnego, niezależnego turysty w Birmie.

Jeden ze środków transportuJest kilka opcji zwiedzania Bagan, od wygodnego, klimatyzowanego autobusu, który cię zabierze wprost z lotniska, przez różnej klasy taksówki, a skończywszy na konnych powozach i trikszach (fotka obok). Najfajniejsze i jednocześnie najwygodniejsze dla nas było jednak wypożyczenie rowerów (bardzo popularna tutaj opcja, jak się okazało). Rowery model miejsko-holenderski (ale produkcji chyba chińskiej) czekają w wypożyczalniach każdego poranka na tłumy turystów. Tłumy to może przesada, bo w całym miasteczku było może jednocześnie jakieś 50-100 turystów. Dużo więcej widziało się “lokali”. Kraków z Wawelem to nie jest (choć pod względem skali zabytków w tym kraju, to chyba trafne porównanie) i mieliśmy stosunkowo dużo pustych przestrzeni. Zaraz po przyjeździe zamówiłem więc nam rowery w hotelu, w którym mieszkaliśmy (w zasadzie trzeba powiedzieć jasno, że przekładając na polskie to był taki mały ośrodek wczasowy z pokojami wychodzącymi na wesołe podwórko z huśtawkami i leżakami – bardzo przyjemne miejsce zarówno dla nas, jak i dla dzieci). Miały być 4 rowery w tym jeden mniejszy, dla Bernasia.

Wypożyczalnia rowerówRano okazało się, że są tylko dwa dorosłe. Więcej już nie mieli, a o małych to w ogóle zapomnij. Udaliśmy się więc z dziećmi na poszukiwanie małego roweru, co okazało się pewnym wyzwaniem. Po odwiedzeniu wielu wypożyczalni i kilku próbach obniżania siodełka w dostępnych “damkach” stwierdziliśmy, że nie ma co, ale musi nastąpić jakiś cud, bo będzie kłopot. Bernaś miał już nos na kwintę, bo czuł, że z roweru dla niego nici. Jedna z mniejszych wypożyczalni stanęła jednak na wysokości zadania i po półgodzinie “załatwiła” mały rower – chyba od jakiegoś wioskowego dzieciaka. Rozmiar się mniej więcej zgadzał (był za mały, ale dawał radę), ale były dwa problemy. Rower miał przymocowane boczne kółka oraz – o zgrozo – różowe siodełko. Bernaś stwierdził więc szybko, że on na takim jeździć nie będzie, bo to wstyd. I miał chłop słuszność, bo skoro w domu śmiga na swojej 16-calowej rakiecie, to nie będzie wsiadał na jakąś maliznę z kółkami i to jeszcze wyraźnie po jakiejś lokalnej miss przedszkola. Wyboru wielkiego jednak nie było, więc poprosiliśmy o odkręcenie bocznych kółek i regulację do wzrostu, a już samo różowe siodełko jakoś przeszło. Uff.

Bernaś startuje Jeździliśmy w sumie na tych rowerach 4 dni i to zarówno na targ, do sklepu, na obiad, na Internet, czy na zwiedzanie. Zaliczyliśmy dwie przebite dętki, kilka zrzuconych łańcuchów i dwie regulacje hamulców. Nic takiego. Mogło być gorzej. Frajda była nieziemska, szczególnie dla dzieci po tak długim nieużywaniu roweru (w domu jeżdżą prawie codziennie), a wyprawy do coraz to innych świątyń dostarczały wrażeń folklorystycznych (krowa na polu, wieśniak z koszem przy drodze), przygodowych (przebijanie się przez piachy pustyni, nagły brak wody do picia) oraz kulturowych (różne style architektoniczne pagod, różne rodzaje wizerunków Buddy). Pod koniec już nikomu się nie chciało i średnia spadła nam do 2 świątyń na dzień. Przy takiej prędkości musielibyśmy w Bagan być pewnie z rok, aby zobaczyć wszystkie miejsca, więc poddaliśmy się i nasyceni widokami oraz z obolałymi czterema literami ruszyliśmy jeszcze bardziej rozklekotanym autobusem nad Inle Lake, gdzie właśnie jesteśmy.

Zapraszamy do galerii z Bagan…


Z samego serca Birmy

10 lutego 2010

Pozostawiając nieco na boku dyskusje o szczurach, ruinach, świątyniach i zabytkach, warto napisać parę słów o tym ciekawym kraju i ludziach tu żyjących. O stronie praktyczniej (wizy, pieniądze, transport, unikanie armii) jeszcze napiszemy, ale to w którejś z następnych relacji.

A propos armii, to już drugiego dnia w Mandalay byliśmy świadkami niezłej propagandowej “ustawki”. Taksówkarz wynajęty do wożenia nas przez cały dzień po okolicach skierował się najpierw do znanego klasztoru uczącego medytacji i buddyzmu. Tam mieliśmy obserwować posiłek mnichów, który jest podobno bardzo fotogeniczny. I rzeczywiście mnisi ciągnęli długim dwuszeregiem do tzw. garkuchni, gdzie każdy dostawał miskę ryżu i mandarynkę. Pomijając wątpliwe urozmaicenie tego posiłku oraz nieco kwaśne miny stojących w kolejce mnichów warto jednak zauważyć, kto wydawał posiłki. Oczywiście żołnierze w pięknie odprasowanych mundurach oraz panie wyglądające kubek w kubek, jak nasze urzędniczki partyjne. Dookoła zgromadziło się ze dwie setki turystów robiących zdjęcia. Przyjeżdżali autokarami i taksówkami, jak my. Część być może pojęła, że to było na pokaz (a my widzieliśmy jeszcze wcześniej, jak jeden z “generałów” ustawiał swoich podwładnych przed posiłkiem i wydawał polecenia – wyraźnie po to, aby całe przedstawienie wyglądało lepiej), ale część przywiezie po prostu do domu zdjęcia na których widać, jak wielkoduszna armia wspiera biednych mnichów, którzy pewnie bez pomocy rządu pomarliby z głodu.

Propaganda leci również w TV, którą mamy w pokoju hotelowym. Dwie lokalne stacje nadają w kółko przemówienia generałów, relacje z uroczystości ludowych lub otwarcia wielkiego mostu (już chyba ze 3 mosty otwierali, gdy tu jesteśmy, a może to w kółko ten sam?), smętne romansidła obyczajowe oraz prognozę pogody. Zupełnie, jak u nas za komuny, naprawdę. Sposób montażu video, wygląd prezenterki telewizyjnej oraz tempo akcji jako żywo przypomina te nasze minione czasy. W autobusie puścili jakiś lokalny hit z DVD (Myanmarczycy się śmiali, więc musiało być niezłe), a już nasza 11-letnia Isia obserwując zmagania głównego bohatera próbującego poderwać dziewczynę sama stwierdziła, że ten film jest chyba sprzed 20 lat. A i jeszcze jedno! Wczoraj wieczorem w TV (na drugim, wyraźnie bardziej nowoczesnym programie) leciały “International news” (to był 8 luty 2010, możecie porównać, bo my dostępu do prawdziwych wiadomości nie mamy). Ułożyliśmy się wygodniej w łóżku czekając na ciekawe relacje (na przykład co tam słychać w konflikcie USA-Chiny lub na Haiti), a tu szło z grubej rury, że w Waszyngtonie straszliwy śnieg, a w Kalifornii potworne lawiny błota. Zgroza i zgnilizna w tym szerokim świecie (a u nas kolejny most, rozumiecie). Zaraz potem już leciał sport. Nic więcej się na świecie nie dzieje! Były też przebitki z jakiejś amerykańskiej stacji telewizyjnej (ale nic znanego, broń Boże żaden CNN) z dziwnie przesuniętym dźwiękiem i obciętą górną częścią obrazu. Dzięki temu przynajmniej wiemy, jak wygląda śnieg w USA (i że zgniły kapitalizm ma za swoje, bo ich zasypało) oraz kto strzelił gola w brytyjskiej lidze.

Kilka rozmów z lokalnymi mieszkańcami utwierdza nas w przekonaniu, że generałów nie lubią i że prędzej czy później łupnie. Wydarzenia sprzed 2,5 roku można było spokojnie komentować z mnichami na wzgórzu w Mandalay, którzy co niedzielę przychodzą tam porozmawiać z turystami i podszlifować angielski. Również to, że w areszcie domowym przetrzymywana jest sama-wiecie-jaka opozycjonistka (nazwiska teraz nie podam, bo jeszcze mi jakiś filtr przechwyci i całego posta nie wrzuci, ale potem uzupełnimy). Rykszarz wiozący nas po mieście otwarcie narzekał na generałów i ich nową stolicę, gdzie prąd jest 24h/dobę, nie to co tutaj (jak już mówiliśmy wszystko chodzi na generatorach). Przy okazji takich rozmów opowiadamy o polskiej historii i demokracji, która w końcu nadejdzie. Tym bardziej, że kawałki tej demokracji po troszeczku przywozi ze sobą zachód (w sensie cywilizacji). Są dostępne telefony komórkowe (niestety tylko rządowego operatora, więc na zewnątrz SMS nie wyślesz), odtwarzacze MP3, wszelka elektronika audio-video, odkurzacze, pirackie filmy DVD z tłoczni w Chinach, Coca-Cola (dużo lepsza mimo wszystko od lokalnej StarMax wyglądającej kubek w kubek jak nasza Pepsi Cola), telewizja satelitarna z Indii lub Chin, a najbardziej pożądanym produktem są chyba lodówki (po przenośnych generatorach prądotwórczych oczywiście), których całe sterty ustawione są w kartonach w sklepach zaraz koło naszego hoteliku. Dla mnie jest to wyraźny znak (nie same lodówki tylko całokształt), że łupnie, bo jak ludzie mogą uprawiać prywatny biznes (a tutaj uprawiają non stop i to nad wyraz skutecznie) i mają dostęp do produktów cywilizacji, to coraz bardziej, coraz bardziej będą chcieli i mogli z nich korzystać. Prędzej więc, czy później reżim padnie pod własnym ciężarem, bo te wyłączenia prądu i blokowanie Internetu jest tak sztuczne, że aż w pewnym sensie śmieszne.

My z tej cywilizacji dodatkowo przywieźliśmy do Birmy nasze dzieci, które są tutaj oczywiście lokalną sensacją (nie to, żeby nasze dzieciaki to lubiły – Bernaś ma już dość bycia “How cute!”). Śpiewaliśmy już piosenki myanmarskie, uczyliśmy dzieci “Szła dzieweczka” no i ucinaliśmy nie raz pogawędki, skąd jesteśmy i czy u nas rzeczywiście tak zimno. Uważamy wciąż, że wspierając lokalny biznes i pokazując myanmarczykom, że na zewnątrz jest fajny świat, trzeba tu przyjeżdżać. Loty z Bangkoku za pomocą AirAsia nie kosztują wiele, a cała zabawa z wizami i walutą jest w sumie mało kłopotliwa. Ludzie generalnie posługują się jakoś angielskim, więc z aktualnym przewodnikiem LonelyPlanet w ręku czas ruszać na wycieczkę (koniecznie niezależną, bo wycieczki zorganizowane wspierają rząd).

No ale na tyle może wystarczy już o życiu, a trochę trzeba o zabytkach i okolicach. Mandalay i przyległe miasteczka zwiedzaliśmy pieszo, trikszą (wynalazek z rowerem w środku) oraz taksówkami (takimi lokalnymi małymi pickupami marki Mazda) – a jest co zwiedzać. Olbrzymia ilość świątyń, pagod, ogrodów i wzgórz miejscami aż przytłacza. Trzeba wybrać tylko niektóre z nich, bo wszystkiego w parę dni (i z dzieciakami) się nie da zwiedzić. Nam najbardziej przypadło do gustu starożytne miasto Inwa obecnie na wyspie, gdzie wioseczki, pola ryżowe i drogi pełne kurzu sąsiadują z imponującymi ruinami, starymi drewnianymi klasztorami i nadal działającymi świątyniami pokrytymi złotem popołudniowego słońca. Tam czuło się ten spokój zwykłego życia, z dala od gwaru miasta, wyłączeń prądu i kolejnych betonowych mostów. Na Inwa trzeba się bowiem dostać promem i mamy nadzieję, że tak pozostanie, a turyści będą nadal poruszać się po ruinach dorożką. Na drugim miejscu postawilibyśmy chyba urocze Mandalay Hill, gdzie zachodzące słońce, przytłumione przez kurz unoszący się nad miastem, wyglądało jakby było zmęczone ciężarem życia mieszkańców, których całymi dniami oświetla.

Zdjęcia (galeria) z Mandalay są tutaj.


Australijskie drogi i bezdroża

31 stycznia 2010

Jedziesz jedziesz i nic Od wczoraj jesteśmy już co prawda w Bangkoku w Tajlandii, ale ten kawałek będzie jeszcze o drogowych przygodach w kraju skaczących torbaczy. Przez Australię jechaliśmy częściowo pociągiem, a częściowo samochodami (różnymi, bo wypożyczaliśmy w sumie 4 razy), więc aż tak pełnego obrazu jak w USA, czy Nowej Zelandii nie mamy, ale i tak należy się wam drogowe podsumowanie tego odległego kontynentu. 

Po pierwsze w Australii bez auta jest naturalnie trudniej (choć komunikacji publicznej sporo), bo odległości – jak w USA – są olbrzymie. Po drugie niektóre odległości są olbrzymie i jednocześnie bardzo niezagospodarowane, więc jedziesz i jedziesz i nic. My takich odludzi zwiedzaliśmy niewiele, bo uznaliśmy, że kilkudniowa jazda z dziećmi do centrum kontynentu nie wchodzi w grę. Kto oglądał Shreka 2 i pamięta scenę “Daleko jeszcze?” wie, o czym mówię. 🙂

Na Harbour Bridge w Sydney Po trzecie pewne odległości są olbrzymie (mam wrażenie, że już o tym mówiłem ;-)) więc Australijczycy proponują kierowcom szereg udogodnień. Po pierwsze mnóstwo parkingów i miejsc odpoczynku (określanych jako Rest Area) koniecznie z toaletami, stoliczkami, trawką, placami zabaw dla dzieci i bardzo często z elektrycznymi barbeque – które, jak należy zauważyć przy okazji są wszędzie zupełnie darmowe. Ma to wg mnie (prócz tego, że Australii jest bardzo socjalnym państwem) najprawdopodobniej związek z ochroną przeciwpożarową, bo zachęca ludzi do korzystania z nich, a nie rozpalania ognia lub grilla węglowego (dla porównania: w USA wszędzie w sklepach są dostępne pakiety drewna ogniskowego i węgiel do grilla, natomiast w Nowej Zelandii były też elektryczne barbeque, ale płatne). W połączeniu z dobrą, słoneczną pogodą oraz występującymi wszędzie supermarketami pełnymi lodówek z produktami, które można usmażyć (na przykład steki z kangura), Australia jest rajem dla ludzi lubiących niezobowiązująco podróżować samochodem i zażywać świeżego powietrza.

Punkt Driver Reviver A! Kolejnym ciekawym udogodnieniem jest instytucja “Driver reviver” (po naszemu “Odżywacz kierowców”). Widzieliśmy ją w Nowej Południowej Walii, gdzie głównie podróżowaliśmy autem więc nie mamy porównania z innymi stanami (ale mam wrażenie, że w Wiktorii tego nie ma). Co to jest? W niektórych miasteczkach lub przy parkingach na autostradzie można spotkać budki Driver Reviver serwujące darmową kawę, herbatkę i ciasteczka. Hasła głoszą zatrzymaj się, odżyj, przeżyj. Z drugiej strony są instytucje hamujące kierowcę, czyli ograniczenia prędkości (normalnie w mieście 50, na drogach 80 lub 100, a na autostradach 110) mnóstwo rond (tu króluje miasteczko Noosa, gdzie spędzaliśmy Święta) hasła przydrożne typu “Drinking kills driving skills” (czyli w skrócie “Picie zabija”) oraz patrole policyjne i mnóstwo fotoradarów. Nadużywać prędkości nie jest więc łatwo – i naprawdę mało kto to robi. Suma sumarum jeździ się bezpiecznie i – choć nadal po lewej stronie – udało się nam dotrzeć do celu bez przygód.

Jeździliśmy po tytułowych drogach i bezdrożach, pokonywaliśmy góry, doliny, rzeki (promem) oraz brody (na kołach). W sumie przejechaliśmy około 5000 km, co jak na taki kraj nie jest dużym wynikiem. Pełnej galerii z tego nie będzie, ale poniżej jeszcze kilka zdjęć dla rozrywki:

Widoczek niemal jak z Nowej Zelandii Przez dżunglę na północ
Promem przez rzekę Nasza przeprawa przez bród
Droga w prawdziwym outbacku Droga przez góry
Czasami naprawdę trzeba tu mieć prawdziwą terenówkę Autostrady niemal jak w USA

Piwne przygody w kraju kangurów, czyli kącik drinkownika

27 stycznia 2010

Schooner czyli większa szklaneczka Po prawie dwumiesięcznym pobycie w Australii, mogłem się przekonać, że tytułowy złoty napój odgrywa tu dużą rolę. Roczne spożycie piwa na mieszkańca jest bardzo duże i jedne z większych na świecie (Australia była czwarta w 2004 roku, podczas gdy Polska osiemnasta). Co ciekawe odbywa się to wszystko bez znanej z Europy ikony Australii, czyli piwa Foster’s, które – dostępne wszędzie w Polsce – jednoznacznie kojarzy się z Australią. Przyjeżdżając tu myślałem więc, że Fostersa będę pił w każdym pubie. Tymczasem okazało się, że jest to piwo produkowane niemal wyłącznie na eksport i prawie niedostępne w kraju. Nic straconego, bo naprawdę dobrych marek jest tutaj bez liku.

Rozpoczęcie sezonu nastąpiło z pomocą mało mi znanego, aczkolwiek słynnego w Australii piwa James Squire. Jest to produkcja z nazwy i tradycji pochodząca od jednego ze skazańców przywiezionych z Wielkiej Brytanii w początkach historii Australii. Ten zaradny człowiek nie poddał się losowi, założył mały browar i od tego czasu jego imię i nazwisko przeszło do historii. Przynajmniej do historii piwa. Browar ten należy obecnie pośrednio do japońskiej grupy Kirin (Ot globalizacja) i produkuje oczywiście wiele gatunków piwa w tym historyczne Original Amber Ale na wzór produkcji Jamesa. Mi najbardziej przypadła do gustu odmiana lekka, jednak z posmakiem tradycji, czyli Golden Ale.

Typowy hotel z pubem na dole W Australii nie można kupić piwa w supermarkecie tak, jak na przykład w Nowej Zelandii, czy w Stanach. Do kupowania alkoholu są specjalne sklepy – na południu kraju nawet połączone niemal z supermarketem, więc jest to wygodne, ale na północy i wewnątrz kraju trudniej dostępne. Spotkaliśmy takie miejsca (na przykład w Cairns), gdzie sklep występował wyłącznie w formie drive-in, czyli trzeba do niego wjechać samochodem. Nie wiem, czy jeśli nie masz samochodu, to w ogóle nie kupisz, ale na pewno jest to trudniejsze. Chodzi oczywiście o wychowanie w trzeźwości i utrudnianie dostępu do alkoholu biedniejszej części społeczeństwa, czyli chyba głównie Aborygenom. Co ciekawe piwa w sklepie nie kupisz, ale zestawy domowy browar do robienia tego trunku wieczorową porą jak najbardziej. 🙂 W każdym mieście i miasteczku jest też hotel (hotel, to Australii pub z hotelem i często restauracją na dole), gdzie można napić się zimnego płynu. Prosto z beczki lub z butelki. Australijczycy dbają bardzo, aby zarówno piwo, jak i kufel (zwany tu schooner – jest to taka większa szklaneczka) były bardzo schłodzone – co mi niezmiernie odpowiada. Picie więc w hotelu jest najprzyjemniejsze. Na teren hotelu (często łącznie z tzw. ogródkiem) nie mają wstępu osoby poniżej 18 roku życia – co bywa korzystne, jeśli wiecie o co mi chodzi. 😉

Ciekawe w smaku piwo przeniczne z TasmaniiGatunków piwa jest w Australii niezmierzona ilość łącznie z małymi, lokalnymi browarami. Prócz typowo angielskich pale ale przeważającą większość stanowią różnego rodzaju odmiany lagera oraz (szczególnie na gorącej północy) sporo lekkich lagerów – tu najbardziej przypadł mi do gustu delikatny, letni XXXX Summer, który piłem w Queensland (wytwórnia XXXX z Brisbane jest kultowym browarem Queensland i nie próbuj Queenslandczykowi proponować czegoś z innego stanu – przywiązanie do lokalnego patriotyzmu jest tu duże). Generalnie najbardziej znane marki lagerów (które oczywiście próbowałem) to VB, XXXX Gold oraz Carlton Draught, ale jest jeszcze Coopers, Resch’s, Toohey’s (w odmianie Old i New), wspomniany James Squire, Boag’s, Tasmania Bitter i bardzo smaczny, lekko słodkawy Fat Yak. Mniam!


Kolejne polskie wejście na Górę Kościuszki

25 stycznia 2010

Sprzęt wyszykowany był już z rana. Liny, raki ;-), kurtki, krem na słońce, krem na muchy, satelitarne telefony komórkowe, plecaki, woda i fura żarcia. Szczególnie czekoladowe batoniki dla dzieci. Dzieci bowiem, jak powszechnie wiadomo, napędzane są batonikami czekoladowymi, czekoladą, lodami oraz innymi tego typu paliwami stałymi. 🙂 A! I jeszcze nieśmiertelnymi zupkami chińskimi oczywiście.

Polska baza wspinaczkowa w GeehiDo polskiej bazy wspinaczkowej w krainie wiecznego śniegu i lodu, czyli w Alpach Australijskich, dotarliśmy poprzedniego wieczoru i po kąpieli w górskim strumieniu (A co! Marines jesteśmy wszak!) oraz spędzeniu miłej nocy w chacie schroniskowej byliśmy gotowi na zdobycie szczytu – szlakiem Pawła Strzeleckiego (cały czas z “Tomek w krainie Kangurów” w ręku). Kangury zresztą łaziły (przepraszam, kicały) koło schroniska cały wieczór, a jedna szczególnie ciekawska (naprawdę olbrzymia) Mama Kangurzyca przypatrywała się nam z kilku metrów, gdy rano pakowaliśmy sprzęt do samochodu. A może był to tata kangur? Diabli go wiedzą.

Góra Kościuszki widziana z Geehi Należy wyjaśnić, że polska baza wspinaczkowa w Geehi (na wysokości 450 m n.p.m) u stóp Góry Kościuszki (najwyższa góra Australii, wysokość 2220 m n.p.m.) założona została parę godzin przed naszym przyjazdem przez Iwonę i Huberta z Londynu (a niedługo już znów z Poznania), których poznaliśmy jeszcze w Sydney na campingu. Po otrzymaniu koło południa SMS z koordynatami “bazy” włączyliśmy nasz pokładowy GPS i pognaliśmy tam przez góry, pola i doliny prosto z Canberry (gdzie nawiasem mówiąc udało nam się uzyskać niezmiernie sprawnie wizę do Birmy, do której lecimy już za 2 tygodnie). Wcześniej zakupiliśmy wspomniane wyżej zapasy spożywcze oraz stosowne trunki. Nastąpiło więc kolejne spotkanie Polaków na obczyźnie. Po sprawnym (komary cięły, cholera!) opiciu naszego wyniku w pierwszym etapie konkursu Blog Roku 2009 cała polska ekipa była gotowa z rana (to jest koło 10 z rana) do ataku na szczyt.

Polska ekipa poZ parkingu na przełęczy było 23 kilometry na Górę Kościuszki i z powrotem. Dzieci (napędzane batonikami i opowieściami o psach chodzących po piwo i elfach pływających po morzach) pokonały ten dystans w tempie ekspresowym i o dziwo bez specjalnego marudzenia po drodze. Cieszyły się, że pobiły kolejny swój rekord długości dziennego przejścia. W sumie zajęło nam to 9 godzin. Raki i liny 😉 okazały się niepotrzebne, gdyż śniegu oczywiście nie było. Nawet gdyby był, to droga była przygotowana rewelacyjnie. Było gorąco (gdy nie wiało). Widoki przepiękne, gdyż przebijaliśmy się przez lasy skarłowaciałych śnieżnych eukaliptusów, a potem skalne krajobrazy przypominające nieco wyższe partie naszych Karkonoszy. Wiało i to nieźle. Kurtki i bluzy się przydały. Przypomniało nam się niby niepozorne wejście na najwyższy szczyt Sardynii kilka lat temu, gdzie wiatr wycisnął z nas resztki energii.

Delikatna korekta Na szczycie nastąpiła sesja fotograficzna, tradycyjne ugotowanie i zjedzenie zupki chińskiej i odczytanie pamiątkowej tablicy na cześć Strzeleckiego. Przy okazji uczyliśmy sympatyczną panią strażniczkę parku oraz okolicznych Australijczyków, jak się powinno wymawiać Kościuszko i Strzelecki. Oni bowiem kaleczą oba te nazwiska koszmarnie. Nie powtórzę nawet jak to wypowiadają, ale generalnie czytają jak leci z wymową angielską. Zrobiło się jakoś tak patriotycznie i domowo. Ja nawet popełniłem ten wandalizm, że na punkcie widokowym pod szczytem poprawiłem flamastrem pisownię Strzelecki (bo napisali Stzelecki) – choć muszę dodać na swoje usprawiedliwienie, że nie byłem pierwszy. Jacyś inni rodacy najwyraźniej robili to już długopisem wcześniej, tylko napis się starł. Na szczęście na tablicy na szczycie, cytującej słowa Strzeleckiego, pisownia była już poprawna, bowiem Strzelecki po wejściu na szczyt w 1840 roku napisał tak:

Szczyt skalisty i nagi, przewyższający kilka innych wywarł na mnie tak wielkie wrażenie przez podobieństwo do kopca wzniesionego w Krakowie nad grobem patrioty Kościuszki, że choć w obcym kraju, na obcej ziemi, lecz wśród wolnego ludu, który cenił wolność i jej atrybuty, nie mogłem powstrzymać się od nadania górze nazwy Góra Kościuszki.

Zapraszamy do galerii z Gór Błękitnych (gdzie byliśmy na wycieczce niedaleko Sydney) oraz z Góry Kościuszki.


Świat w wielkim mieście

17 stycznia 2010

Uliczny sprzedawca CD prezentuje umiejętności gry na didgeridooAustralijczyków z dziada pradziada w Sydney niemal nie uświadczysz. Są gdzieś bardziej na północy lub w głębi kontynentu. I nie mówię nawet o rdzennych mieszkańcach tego kraju. Tych to nawet śladu nie ma. OK, pojawiają się tylko czasem muzykujący na didgeridoo i sprzedający swoje CD. Ale wygląda na to, że w Sydney nie mieszka żaden Aborygen, a i tych Australijczyków pochodzenia europejskiego jakoś tak mało. Ilu z chodzących po ulicach ludzi to potomkowie pierwszych kolonistów, a ilu to pierwsze lub drugie pokolenie nowych imigrantów? Kilka spacerów przez miasto i rozmów ulicznych pokazuje jak bardzo multikulturowe i w sumie młode jest Sydney. Największy biznes kwitnie bowiem jak zawsze u podstaw – to małe lokalne biznesy prowadzone przez świeżo przybyłych imigrantów dają siłę temu młodemu kontynentowi.

Na Paddys markat kupisz wszystko Tutaj w Sydney wydawane są gazety po chińsku, koreańsku i diabli wiedzą w jakim jeszcze języku, są sklepy z jedzeniem z Tajlandii, Chin, Indii i każdego kraju, jaki sobie wymarzysz, są lokalne, narodowe kanały radiowe (w tym polski), telewizyjne a nawet takie dzielnice, gdzie wszystkie tabliczki są dwujęzyczne (oczywiście są też dzielnice wyraźnie “białe”, pełne turystów z Europy i USA). Na ulicach wyraźnie widać charakterystyczne rysy skośnookie lub hinduskie. W sklepach w kasach pracują prawie wyłącznie imigranci z Azji mówiący z bardzo mocnym akcentem. Stragany i sklepiki z pamiątkami zalane są pluszaczkami i bumerangami “Made in China” i trzeba się nieźle postarać, aby znaleźć coś autentycznego, zrobionego ręką Aborygena. Pod tym względem na północy w Cairns było dużo lepiej bo i Aborygenów w mieście można było spotkać (co prawda najczęściej snujących się wyraźnie bez celu po parku), i galerie z lokalną sztuką się pojawiały.

Jest i Paulaner - po 11 dolarów za kufel W Sydney zaś jest dzielnica chińska, koreańska, kącik hiszpański, kubańska knajpka, sklep z produktami francuskimi, oczywiście sklep polski, mnóstwo pizzerii, stoiska z kebabami, bawarska piwiarnia sprzedająca weissbier oraz oczywiście irlandzkie puby sprzedające Guinnessa i zatrzęsienie barów z sushi. Wczoraj przed olbrzymim chińskim centrum handlowym (MarketCity – Where East meets West) na skraju Chinatown mieszczącym również przebogate targowisko Paddy’s (tam można kupić pamiątki z Sydney oraz niezawodne australijskie drizabony) występowali Indianie (wyglądający na północnoamerykańskich) i na inkaskich fletach grali “El Condor Pasa”. Totalny supermix!

Nie dziwimy się, że tak dużo imigrantów tu właśnie się osiedla. Klimat bardzo łagodny (choć podobno zimą chłodnawo), gospodarka stabilna (kryzys Australii nie dotknął), życie wygodne i proste, potrzeb odzieżowych nie ma (można w klapkach niemal cały rok), a okolica piękna. Aby popodziwiać okolicę, zapraszamy do naszej galerii z Sydney oraz przy okazji do obiecanej wcześniejszej.