Swojski zapach sosenek i truskawek

21 marca 2010

Młody Easy Rider I znów wietnamskie ścieżki i dróżki zaprowadziły nas do wypożyczalni motorków. W samym Da Lat, założonej przez Francuzów górskiej miejscowości wypoczynkowej ciężko znaleźć klimat gór. Za to zagęszczenie motorowerów na metr ulicy jest takie samo, jak w innym miastach. 🙂 Turysta chcący pooddychać świeżym powietrzem powinien ruszyć więc w teren i pozwiedzać okoliczne atrakcje: szlaki i szczyty górskie porośnięte swojsko pachnącymi sosnami, wodospady mniej lub bardziej turystycznie zorganizowane, zagubione wioseczki i straganiki gdzie góralki sprzedają ręcznie tkane wyroby, truskawki, morwy i arbuzy, doliny pełne romantycznych kwiatów (podobno popularne miejsca na spędzenie miesiąca miodowego), jeziora z romantycznymi stateczkami i setki innych (część kiczowatych) atrakcji. Nie da się bowiem ukryć, że Da Lat jest bardzo popularnym miejscem wypadowym samych Wietnamczyków. Nic dziwnego – kilka godzin jazdy autobusem znad morza, a temperatury zupełnie znośne! 🙂 Wieczorem bez kurtki lub bluzy z polaru nie jest wesoło, a to już o czymś stanowi – szczególnie, jak ktoś popróbował upałów wybrzeża.

Przy przeglądzie okolicznych atrakcji turysta znów stoi przed wyborem: autobusowa wycieczka (bleee, nie lubimy), rowery (oj ciężko, bo górki spore – zresztą wypożyczalni rowerów niemal nie ma), wynajem samochodu z kierowcą (fuj, fuj), wynajem motoru z kierowcą (bardzo tu popularne wycieczki Easy Rider, ale niestety dla naszej czwórki trochę niedostępne) lub najpopularniejsze tu motorowery (czyli środek transportu tubylców). Wybraliśmy mądrze, czyli pożyczyliśmy dwa motorowerki i przez kolejne dwa dni włóczyliśmy się po drogach w okolicach Da Lat. Drogach wijących się ciasnymi zakrętami po górach niemal jak w okolicach Szklarskiej Poręby, drogach pełnych dziur i trąbiących motorków, drogach pnących się czasami ostro w górę (tak “na dwójkę”).

Przedziwne zastosowania motorka nr 2 Nasze kolejne doświadczenia kierowców motorowych nauczyły nas kilku uniwersalnych prawd dotyczących jeżdżenia motorkiem po chyba wszystkich azjatyckich miastach:

  1. należy jechać w miarę szybko (jak jedziesz wolno, to blokujesz ruch i patrzą się na ciebie dziwnie)
  2. należy jechać przewidywalnie (jak robisz dziwny lub nerwowy manewr, to powodujesz zaburzenie swobodnego przepływu uczestników zabawy)
  3. należy trąbić ile wlezie (trąbi się tu przy wyprzedzaniu, wymijaniu, dojeżdżaniu do zakrętu lub dla zabawy)
  4. nie należy specjalnie przejmować się przepisami ruchu drogowego (bo nikt się nie przejmuje)
  5. nie (koniecznie) należy używać kierunkowskazów (bo i tak mało kto używa)
  6. nie należy patrzeć w lusterko (bo i tak często go nie ma)
  7. należy dać się ponieść fali

Przedziwne zastosowania motorka nr 1 W przedziwny sposób bowiem ruch uliczny jest tutaj tworem samoorganizującym się niczym woda w rurach – gdy dwie rury się spotykają, to woda się łączy i dalej płynie bez problemu. Gdy poczuje się ten rytm, to można cieszyć się jazdą i byciem cząstką w niesamowitym przedstawieniu. Wypadków, ani nawet stłuczek nie widzieliśmy ani razu, policji, czy też milicji również nie widać. Światła na skrzyżowaniach są tylko czasami, a i tak nie wszyscy się ich trzymają, na większych za to bardzo dobrze swą rolę odgrywają ronda i wszystko jakoś płynie swobodnie bez przeszkód. O przedziwnym filmiku pisała już wcześniej Beata, więc postanowiłem go dla was odszukać i tutaj można go zobaczyć (filmik nie nasz, niestety), aby uzmysłowić sobie naprawdę wygląda zwariowany ruch uliczny w Wietnamie. 🙂

Górskie drogi i bezdroża W Da Lat udało nam się również (dzięki wielotygodniowej synchronizacji mailowej) “ustawić” nieprzypadkowe spotkanie z podróżującymi Polkami – Dobrochną i Sabiną (córka i matka) przemierzającymi od kilku miesięcy drogi i bezdroża Azji południowo-wschodniej. Ponieważ panie jadą w przeciwną stronę, jesteśmy już dokładnie ustawieni na Kambodże, do której zmierzamy za parę dni (czyli wiemy, gdzie spać, czym jechać i co ile kosztuje – a to bardzo ważne). Odwdzięczyliśmy się namawiając je na motorek – po całym dniu jeżdżenia z nami niemal nie chciały potem zsiąść! 😉 Kolejny też raz udało nam się nawiązać ciekawe przypadkowe znajomości, bowiem na na górskim szlaku poznaliśmy sympatycznych Francuzów (w tym jednego podróżującego z Czeszką z Nachodu). Po pół roku spędzonym w Azji mają niezły, ambitny plan powrotu do Europy drogą lądową z Indii! Zobaczymy, jak im się powiedzie – będziemy śledzić…


Pociągiem do Hue

6 marca 2010

Pociągowe wygłupy Podróż pociągiem przez pół Wietnamu trwała ponad dobę, ale ponieważ mieliśmy miejsca sypialne i swój własny, czteroosobowy przedział to było w sumie rewelacyjnie. Wietnamczycy są dumni ze swojej kolei jadącej wzdłuż wybrzeża od Hanoi do Ho Chi Minh City. Kolei zaprojektowanej nawiasem mówiąc przez Francuzów. Wadą tej ponad 1600-kilometrowej autostrady żelaznej jest to, że ma jeden tor i co jakiś czas pociągi z południa i północy muszą się mijać na stacjach. Ponieważ codziennie jedzie kilka pociągów na północ i kilka na południe i w dodatku są tu różne klasy pociągów, to możecie się spodziewać, że ułożenie planu jazdy i korzystanie z niego nie jest łatwe. Generalna zasad jest taka, że pociągi oznaczone jako S mają pierwszeństwo i jadą szybciej, przez co odcinek z Sajgonu do Hue są w stanie pokonać w 18 godzin. Pociągi wolniejsze (oznaczane jako T) jadą tą samą trasę w 24 godziny, bo na wszelkich stacjach i bocznicach puszczają te klasy S. Tak wygląda to od strony teoretycznej. Biorąc więc pod uwagę godzinę, na którą chcemy dojechać oraz dostępność wagonów i biletów kupujemy bilet na stacji (pani w okienku mówi po angielsku) lub w agencji turystycznej (ze sporą prowizją) i jesteśmy gotowi. Każdy pociąg ma określoną klasę wagonów i biletów, ale generalnie są dostępne soft-sleeper (czyli jak nasz sypialny), hard-sleeper (coś w rodzaju kuszetki), soft-seat (czyli fotel) oraz hard-seat (czyli drewniana ławka). Ta ostatnia klasa to wśród samych Wietnamczyków, ich tobołów oraz w strugach własnego potu, bo w najtańszych wagonach klimatyzacji nie ma.

Grobowce koło Hue W przewodniku wyczytaliśmy też, że z jedzeniem nie ma problemów, bo do pociągu na każdej stacji wchodzą sprzedawcy oferujący różne smakołyki. Okazało się to nieprawdą, bo nasz pociąg był zamknięty na cztery spusty, co dawało owszem pewne poczucie bezpieczeństwa, ale utrudniało zaopatrzenie w smakołyki. Na szczęście 2 razy dziennie wesoły facet z obsługi pociągu sprzedawał kurczaka z ryżem, więc przeżyliśmy jakoś – leniąc się, budując z klocków (to młody), czytając kolejne przygody zakochanego wampira (to starsza) oraz oglądając filmy na notebooku (to my). W wagonie obok przy umywalce był kontakt, więc można było się nawet podładować. W nocy przydał się sznurek do bielizny, który przezornie mam ze sobą, bo okazało się, że przedział owszem ma klamkę, ale nic w rodzaju zamka i trzeba było się jakoś zabarykadować od środka, żeby sobie zapewnić spokojny sen. Przywiązawszy solidnie klamkę usnęliśmy snem błogim, a pociąg turkotał zawzięcie. Tym sposobem dojechaliśmy do Hue, dawnej stolicy cesarskiej, gdzie dziwnym zbiegiem okoliczności spotkaliśmy Kamilę i Agnieszkę – dwie wrocławianki w plecakowej podróży po Wietnamie i Kambodży. Razem przez 2 dni oglądaliśmy stare, cesarskie pałace, grobowce i świątynie oraz jeżdżąc na rowerach raczyliśmy się piwem i sokami owocowymi opowiadając sobie historie z kraju i ze świata. Słowem: wakacyjnie się zrobiło.

Zapraszamy do galerii z Hue!


Good Morning Vietnam

1 marca 2010

Sajgon No i dolecieliśmy. Wietnam. Kolejny kraj, kolejne wrażenia. Nie będziemy ukrywać, że dla nas to już nie pierwszyzna ;-), więc z przewodnikiem Lonely Planet w ręku i z głową na karku musimy sobie jakoś dać radę. Chyba nam jakoś wychodzi, bo cała czwórka jest zadowolona, a dzieciaki już są tak przyzwyczajone do przemieszczania się i spania prawie każdą noc w innym łóżku, że teraz żaden wyjazd im nie straszny. Już rano na lotnisku wykonaliśmy zręczny manewr flankowy (zupełnie jak Jaskier) i omijając taksówki z podrasowanymi licznikami (bijącymi podobno cztery razy szybciej niż powinny) udaliśmy się na miejski autobus do centrum Ho Chi Minh City, czyli dawnego Sajgonu. Autobus przebijał się mozolnie przez chmary motorowerków, skuterków, taksówek, rowerów i ryksz, a my ucinaliśmy sobie pogawędki z francuzami wracającymi właśnie z północy. Zasięgnąwszy wcześniej języka w sieci i wśród turystów wiedzieliśmy mniej więcej jakich cen w hotelach należy się spodziewać i jak się targować. Udało nam się trafić do przyjemnego, rodzinnego hoteliku z dużym TV, gdzie leciało Animal Planet na okrągło. W Bangkoku już próbowaliśmy sajgonek (czyli spring rolls), więc teraz również menu obiadowe wydawało się być ustalone ku kolejnej radości najmłodszych pożeraczy (o tym jednak będzie pisała Beata, więc nie uprzedzam).

Katedra Notre Dame w Sajgonie Ho Chi Minh City (czyli dawniej Sajgon, stolica południowego Wietnamu) zaskoczył nas jednak pozytywnie – jeszcze bardziej, niż się spodziewaliśmy. Miasto jest czyste (jak na warunki azjatyckie), nie aż tak zatłoczone jak taki na przykład Bangkok, ale przede wszystkim daleko lepiej rozplanowane. Aleje pełne drzew przechodzą w szerokie bulwary i spotykają się na rondach, dość kulturalne sklepy nie wychodzą na ulicę, czy chodnik (jak w Birmie), katedra Notre Dame przypomina o Europie, autobusy miejskie są bardzo cywilizowane, wszystko jest oznaczone normalnym alfabetem i bardzo często po francusku i po angielsku. Słowem: widać wpływy europejskie i tą francuską rękę (choć obecnie historycznie już odległą). Nie jest to tak wyraźne, jak w niektórych miastach Ameryki Środkowej, gdzie Hiszpanie zrobili wszystko od podstaw sami dla siebie. Tutaj widać to pomieszanie i ten lekki azjatycki chaos (szczególnie na ulicach pełnych skuterów), ale daleko mniej, niż w takim na przykład Bangkoku. Słowem podoba nam się! Może to też dlatego, że wcześniej spędziliśmy 3 tygodnie w Birmie – kraju co by nie mówić mniej rozwiniętym, a może dlatego, że podświadomie cieszymy się widząc socjalistyczne flagi obok zupełnie normalnych, kapitalistycznych sklepów. 🙂

 

W muzeum wojny w SajgonieOdwiedziliśmy (rotacyjnie, bez dzieci) muzeum Wojny Amerykańskiej. Wojna Wietnamska, albo Północno-Wietnamska jest tu określana dobitnie jako Wojna Amerykańska. Zresztą ślady tej wojny jeszcze można spotkać, choć głównie w postaci wycieczek dla turystów oraz wszelkiego rodzaju pamiątek łącznie z oryginalnym amerykańskim osprzętem żołnierzy (noże, manierki, kompasy, lornetki). Dla wielbicieli militariów rewelacja. Dla pacyfistów – naprawdę ciężkie przeżycie, bo choć muzeum jest nieco propagandowe (w znaczeniu: antyamerykańskie), to pokazuje naprawdę przerażające zdjęcia. Na szczęście na piętrze jest też świetna wystawa fotografii reporterów wojennych – już nie propagandowa, a pokazująca prawdziwy, ludzki obraz wojny. I to na doskonałych zdjęciach. Dla zwolenników militariów polecamy też przejażdżkę rowerem po wioskach i polach ryżowych w okolicy strefy zdemilitaryzowanej. Jest marzec, a my po godzinie byliśmy cali mokrzy od potu i pochłanialiśmy wodę litrami. Naprawdę nie wiem, jak żołnierze sobie tu radzili jeszcze z całym dobytkiem na plecach. Upał niemiłosierny!

Eksponaty przed muzeum wojny Wracając do wojny i tego, co ona robi z losami ludzkimi, to taka historyjka usłyszana jeszcze w Australii od spotkanego w Canberze weterana (Australijczycy też brali aktywny udział w wojnie): Facet stacjonował właśnie w Sajgonie i poznał tam Wietnamkę, z którą się ożenił i która zaszła w ciążę. Pomagał dostarczać materiały na stacjonujący w porcie niemiecki statek-szpital (Niemcy mieli zabronione wysyłanie swoich sił zbrojnych, więc udzielali się w ten sposób) i miał tam zdaje się jakieś dobre układy. Gdy zbliżał się okres porodu Niemcy zaprosili go z żoną, aby rodziła na statku pod opieką lekarzy. Akurat jednak w tych dniach rozpoczęło się bombardowanie Sajgonu i statek jak stał, musiał szybko ewakuować się na wody międzynarodowe. Tam, na Niemieckim statku znajdującym sie na wodach międzynarodowych, wietnamska żona naszego Australijczyka urodziła dziecko, które od razu w papierach dostało obywatelstwo niemieckie. 🙂 Australijczyk, z żoną i dziećmi mieszka w Adelajdzie, a jego syn (formalnie Niemiec) pracuje w Canberze w ambasadzie Wietnamskiej.

Zapraszamy do galerii z Ho Chi Minh City (Sajgonu).


“Birma dla opornych”

25 lutego 2010

Pozostawiając nieco na boku dyskusje o świątyniach i zabytkach warto napisać parę praktycznych słów o tym ciekawym kraju i ludziach tu żyjących. Kwestią otwartą jest również to, czy powinno się w ogóle do Birmy jeździć ze względu łamanie praw człowieka przez juntę oraz na apel przetrzymywanej w areszcie domowym liderki opozycji Aung San Suu Kyi. Pozostawiamy to do rozważenia przez każdego przyszłego turystę, a skupiamy się na spostrzeżeniach praktycznych:

Ulica Khao San w Bangkoku (Tajlandia) Po pierwsze trzeba mieć wizę, która można wyrobić przed wyjazdem w dowolnej ambasadzie Związku Myanmar. Tradycyjny sposób, to robienie tego w Bangkoku, który i tak jest portem przesiadkowym. Taki też był i nasz plan, ale udało się zrobić wizy jeszcze będąc w Australii (ambasada w Canberze okazała się bardzo chętna do pomocy i wizy mieliśmy już na drugi dzień). Zdaje się, że jest też ambasada w Berlinie i podobno można je jakoś zrobić online, ale jak to działa nie jestem pewien. Jeśli jednak decydujesz się na Bangkok, to mając kilka dni zapasu wizę robimy zlecając to dowolnej firmie turystycznej. Na Khao San Road firm takich są dziesiątki. Jeżdżenie bowiem samemu do ambasady nie ma sensu, gdy można popijać piwko w kafejce lub rozkoszować się tajskim masażem. 😉

Ulica Bogyoke w Yangon (Birma)Co do przekraczania granicy, to istniejące przejścia lądowe w praktyce się nie liczą, gdyż turysta często musi i tak dalej przedostać się do Yangon samolotem. Nie wszystkie części kraju są bowiem dostępne dla turystów (a nawet dla mieszkańców). Należy więc przylecieć grzecznie lotem z Bangkoku, gdzie zresztą można bez problemu zakupić bilet lotniczy (oczywiście również na Khao San Road). Bilet można też zakupić online (płacąc karta kredytową) i to najlepiej odpowiednio wcześniej – my skorzystaliśmy z dobrej oferty firmy AirAsia (taniego przewoźnika obsługującego tą część świata). Firmę możemy polecić, gdyż wszystko odbyło się sprawnie i bez problemów, a odbyliśmy już w sumie trzy loty.

.

Eleganckie dolary Dalej istnieje kwestia pieniędzy. W Birmie nie ma bowiem bankomatów. Nie ma i już. Nie ma też kantorów wymiany walut, ani sensownych banków. Jest za to czarny rynek, czyli “change many?” (po naszemu “czeńdżmany?”). 🙂 Jedyną walutą, którą warto wwieźć, to dolary amerykańskie (teoretycznie można gdzieniegdzie też wymienić Euro). Co śmieszniejsze, dolary te muszą być bez skazy i najlepiej w dużych nominałach. Już w Australii próbowałem zakupić dolary amerykańskie na ten cel, ale gdy nieczujnie w banku przyznałem dokąd się wybieramy, to niestety grzecznie przeprosili i powiedzieli, że mi waluty sprzedać nie mogą. Obowiązują ich bowiem sankcje i sama wzmianka o tym, że jadę do Myanmar powoduje, że nie mogę kupić USD. Została nam więc Tajlandia, gdzie sankcjami już się nikt tak nie przejmuje. Przed wyjazdem z Bangkoku do Birmy musieliśmy się więc zaopatrzyć w zapas dolarów amerykańskich w nieskazitelnych setkach. Pierwsze moje kroki skierowałem do banku, gdzie okazało się jednak, że ze względów bezpieczeństwa wszystkie dolary sprzedawane turystom są stemplowane i w Birmie nie przejdą. Trzeba było więc poszukać kantoru wymiany (tych na szczęście na Khao San Road są również setki), który miałby odpowiedni zapas ładnych banknotów. Po kilku nieudanych próbach udało mi się zakupić nowiutką walutę w setkach, które wyglądały jak prosto z drukarni. Opakowaliśmy je starannie aby się nie pogięły i z duszą na ramieniu (dotychczas bowiem posługiwaliśmy się bowiem głównie elektronicznymi formami płatności oraz bankomatami i tak dużej gotówki na raz nie przewoziliśmy) ruszyliśmy na lotnisko.

Kyaty prosto z czarnego rynku W Birmie wszystkie oficjalne miejsca (państwowe banki czy punkty wymiany) wymieniają dolary na kyaty (lokalną walutę) po bardzo niekorzystnym kursie. Należy więc udać się na czarny rynek, czyli na targ Bogyoke w Yangon, gdzie za dolara płacą 1000 kyatów (na lotnisku w kantorze tylko 450 kyatów, a oficjalny, bankowy kurs to podobno coś koło 7 kyatów!). Ponieważ najwyższym występującym banknotem jest właśnie 1000 kyatów (w praktyce równowartość dolara), to możecie sobie wyobrazić ile miejsca zajmuje i ile waży gotówka, z którą musimy potem jeździć po kraju. Zabawne, prawda? My wymieniliśmy tylko część licząc, że w innym miastach też będzie można wymieniać (i rzeczywiście można, choć po nieco gorszym kursie). Dreszczyku emocji dodaje jeszcze to, że wwożąc powyżej 2000 USD na osobę trzeba złożyć deklarację celną, a dolary wymienić na FEC (czyli po naszemu bony walutowe). Niezależnemu turyście rzuca się więc kłody pod nogi, nie ma co. Na szczęście kraj jest tani, więc 2000 USD na osobę starcza naprawdę na długo, a ponieważ wizy dają na maksymalnie 28 dni, to strachu nie ma.

Taksówkarz w swojej Maździnce W całym kraju za usługi płacimy w kyatach, choć można też czasem w dolarach (ale raczej trzeba mieć odpowiednie drobne). Jeśli więc z taksówkarzem stargujesz się na 5 dolarów, możesz mu dać 5000 kyatów lub banknot pięciodolarowy. Najczęściej to tak działa, choć w muzeach już stosują niekorzystne rządowe przeliczniki, więc lepiej zapłacić dolarami (czyli trzeba je też mieć, a nie wymieniać wszystkiego na kyaty od razu). Niestety, bo te dolary oczywiście zasilają państwową kasę junty generalskiej – staraliśmy się więc wybierać takie atrakcje i takie firmy, które są prywatne i nie mają nic wspólnego z generałami. No i dodatkowo należy się targować i targować się można. Trzeba jednak być czujnym na naciągaczy, choć generalnie tylko kilka razy zdarzyło nam się, że ktoś próbował nas jawnie naciągnąć i oferował o dużo za wysoką cenę. Przestępczości specjalnie nie widać, więc mimo sporej gotówki przechowywanej w różnych częściach garderoby i bagażu poruszaliśmy się po kraju pewnie.

Autobus miejski w Mandalay Co do poruszania się, to śledząc nasze relacje można było zauważyć, że autobusy i dziwne taksówki królują. Obowiązuje ruch prawostronny, ale ze względu na bliskość rynku aut z Japonii, Tajlandii i diabli wiedząc skąd, po kraju jeździ mniej więcej 50:50 pojazdów z lewą i prawa kierownicą. Oba rodzaje są legalne i dozwolone! Legalnością i stanem technicznym nikt tu się zresztą nie przejmuje, bo stan techniczny samochodów jest koszmarny. Czasami po prostu trudno mówić o stanie technicznym, bardziej o stanie przerdzewienia i rozwalenia ;-). Taksówki nie mają szyb, tapicerki, i klamek, ale za to dziury w podłodze, gigantyczny zbiornik LPG oraz obowiązkowe parę belek w bagażniku (chyba w charakterze hamulca ręcznego). Za to musowo działa silnik i klakson. To są najważniejsze elementy pojazdu. 🙂

Punkt poboru podatku od zagranicznych turystów Autobusy międzymiastowe są nieco lepsze, ale tylko niektóre firmy mają sensowne autobusy klasy naszych PKS-ów krótkodystansowych. Reszta to ciasne pojazdy, które przypomniały nam czasy Ameryki Środkowej z jej chickenbusami (nie da się ukryć, że bardziej uroczymi). Drogi są w kiepskim stanie i czasami szutrowe, więc jedzie się długo. Istnieją połączenia kolejowe, ale w praktyce mowa tylko o trasie Yangon – Mandalay, bo reszta to czasy jeszcze dłuższe niż autobus. Bilety na autobus kupujemy grzecznie w hotelu, albo na stacji (przy czym w Yangon to oznacza kupowanie w przedstawicielstwach firm, bo sam dworzec jest daleko). Loty są więc na pewno lepszą opcją (choć droższą), a ponieważ jest kilka prywatnych firm, to nie jest źle. A! I jeszcze jedna ciekawostka. Jeżdżąc po kraju autobusem co i rusz napotykamy punkty kontroli “granicznej”. Chyba chodzi o granice stanów, ale sprawa brana jest poważnie. Czasami turyści proszeni są o wysiadkę (nawet  nocy) i muszą przejść przez specjalne bramki (przy czym dla obcokrajowców są osobne stoliczki), czasem oficjel wchodzi do autobusu i rzucając okiem na podróżnych prosi zachodnich turystów o paszporty. Czasami autobus musi powoli przejechać przez szykany z podestami po obu stronach (dla żołnierzy i urzędników), więc każdy pasażer jest dokładnie obserwowany z góry przez okna. Mysz się nie przeciśnie! A no i czasem niestety turyści są proszeni o wniesienie “opłaty turystycznej”, czyli myta za wjazd na dany teren. Tak jest na przykład w Bagan, czy pod Złota Skałą. Nie ma wyjścia – trzeba płacić.

Stoisko z pirackimi płytami DVD z Chin Na koniec refleksja taka: w Birmie blokowany jest Internet, nie ma dostaw prądu przez większą część dnia, a towary z zachodu są niedostępne ze względu na sankcje gospodarcze. Jednak koledzy w kafejkach internetowych robią co mogą (tu więcej na ten temat) i korzystają z zachodniej poczty oraz wyszukiwarek. Birmańczycy radzą sobie również z brakiem prądu – oczywiście generatorami, których ryk dominuje na ulicach, przed sklepami i restauracjami. Trzeba przyznać, że ta jedna drobna przeszkoda naprawdę poważnie zatruwa mieszkańcom życie – i o tym nie raz wspominali (generałowie bowiem prąd mają w swojej nowej stolicy 24h/dobę). Tak jak i u nas, życie bez światła, telewizji, czy wentylatorów jest wieczorami naprawdę trudne. Co do sankcji towarów z zachodu, to na ulicach i w sklepach dostępne jest wszystko: kosmetyki zachodnie, Coca-Cola z Malezji, pirackie DVD z Chin, kserowane książki angielskojęzyczne, ciuchy znanych marek. Część to pewnie podróbki, ale część robiona jest na miejscu na eksport – najbardziej elegancki dowód mieliśmy kupując w sklepie z odzieżą w Rangun nowiutką, zapakowaną koszulę jednej z polskich znanych marek (pominiemy nazwę) z metką po polsku i ceną 69 zł, przy czym koszula kosztowała 5 dolarów. Kapitalizm i demokracja wchodzą do Birmy tylnymi drzwiami: przez stragany, sklepy, odtwarzacze DVD, anteny satelitarne i kafejki internetowe. Wchodzą powoli, powoli, ale jednak. I nic, naszym zdaniem, nie jest w stanie ich powstrzymać.


Relatywizm czasu i nie tylko czasu

21 lutego 2010

Pociąg pierwsza klasaPo raz kolejny przekonaliśmy się, że czas potrafi płatać niespodzianki. Czasem przyjemne. Tym razem spłatał nam taką, że we wtorek 16-go lutego w hoteliku Bright w Nyaugshwe nad jeziorem Inle znaleźliśmy leżący wśród sterty gazet w jadalni nowy numer polskiego Newsweeka z dnia 14-go lutego. My, aby dotrzeć w ten odległy zakamarek Birmy potrzebowaliśmy 10-godzinnej jazdy przez góry turkoczącym pociągiem oraz 8 godzin w autobusie poprzedniego dnia. Z Yangon autobus jedzie tu około 16 godzin. W każdym razie jest to naprawdę trudniej dostępny region Birmy i mimo tego, że cykl wydawniczy kolorowych magazynów jest przesunięty, to i tak niezła prędkość dotarcia prasy do zagubionego w górach czytelnika. Drogim rodakom, którzy najwyraźniej tuż przed nami prosto z kraju przylecieli tutaj (i bardzo możliwe, że samolotem z Yangon do Heho, bo to znacznie skraca czas podróży) bardzo dziękujemy za umożliwienie nam poczytania “Co tam, panie, w polityce”.

Newsweek z czternastego lutegoZ wielką radością rzuciliśmy się wszyscy w czwórkę na kolorowe czasopismo w rodzimym języku. Doznaliśmy jednak pewnego małego szoku (a przynajmniej my, dorośli). Po wielomiesięcznym oderwaniu od ojczyzny oraz kolorowej prasy dowiedzieliśmy się bowiem, że Donald Tusk wybronił się przed komisją (jaką komisją?) afery hazardowej (jakiej afery, o co chodzi?), że na Ukrainie wybory w niedzielę (kto wygrał, bo tego jeszcze nie było?), a jedna z bojowniczek na zdjęciu prezentuje z dumą torebkę od Louis Vuitton (zapewne podróbkę) oraz, że teraz w modzie są iPady i każdy szanujący się gadżeciarz musi takiego mieć. Również że Jeff Bridges śpiewa niezłego bluesa, a Niedźwiecki wrócił do Trójki, że trwa olimpiada zimowa w Vancouver i mamy szanse na medale, że super trendy są teraz telefony komórkowe z baterią słoneczną (bo to ekologiczne), że Sade wydała nową płytę, a Machulski zrobił komedię o wampirach, że na walentynki kupuje się teraz “tiulowe stringi z satynowymi tasiemkami wiązanymi na biodrach, zapakowane w zmysłową czarną torebkę z organzy, ozdobioną sercem z napisem Just for You” (niestety nie podali ceny za ten rarytas) oraz “butelkę porto z jabłkami miłości w ekskluzywnym opakowaniu” (za jedyne 209 zł), że w Warszawie wszędzie śmierdzi kebabem, a we Wrocławiu (a może już w Breslau?) trwa wojna folksdojczów z kołtunami o przywrócenie niemieckich nazw ulic, że kobiety kochają koncepcyjne Volvo YCC (bo łatwo się wsiada), a Renault wprowadza niedługo model z klimatyzacją nawilżająca skórę oraz rozpylającą we wnętrzu auta wonne olejki, żeby paniom było przyjemniej prowadzić w korkach miejskich oraz, że w ostatnich Wysokich Obcasach jest o kobietach wyzwalających się z okowów seksistowskiej męskiej pornografii, za pomocą pornografii kobiecej.

Dzieci zapędzają bawoły do zagrodyZaraz po lekturze zwiedzaliśmy wioski i osiedla nad jeziorem Inle. Najpierw na rowerach, a potem łodzią. Widzieliśmy panie piorące w kanale i myjące się w kanale, widzieliśmy dzieci wracające na dużo za dużych rowerach ze szkoły, ale też dzieci zaganiające bydło do zagrody, oraz pomagające rodzicom w sprzedawaniu owoców. Widzieliśmy panie myjące naczynia w kanale, gdzie obok wielkie bawoły wodne baraszkowały chlupocząc. Widzieliśmy łodzie wyładowane po niebo pomidorami na targ, widzieliśmy mnichów proszących o jałmużnę, widzieliśmy rybaków ręcznie łowiących ryby za pomocą dziwnej siatki i dzidy oraz ich żony ręcznie tkające jedwabne szale dla turystów. Widzieliśmy łodzie przewożące z 15 osób i kupę worków z towarem i takie same łodzie z samotnymi turystkami w jedwabnych chustach na szyi zmierzającymi do swoich eleganckich hoteli.

Legendarny pojazd Mad MaxaDwa światy. Jeden pełen zbytków i tracenia czasu na byle co oraz drugi skoncentrowany na zarobieniu na ryż (dosłownie). Całe szczęście, że Bernard wyczytał w rzeczonym Newsweeku, że zmierza do nas asteroida Apophis i 13 kwietnia 2029 przeleci tylko 30 tys. kilometrów od nas (to naprawdę niedaleko, 10 razy bliżej niż Księżyc). Jak ją coś ociupineczkę wytrąci z toru przez te kolejne lata to istnieje możliwość, że łupnie w nas i cywilizacja cofnie się do epoki znanej z filmu Mad Max. Szanse i poziomy życia zostaną wyrównane, a iPady i pachnące klimatyzacje w samochodach przestaną działać. Pozostanie podążać za wodą. Na szczęście my 4B wiemy (i nie powiemy), w którym muzeum w Australii przechowywany jest samochód Mad Maxa, więc wykradniemy go i będziemy mieli większe szanse od was.

Aby zobaczyć tiulowe stringi z satynowymi tasiemkami, telefon na słońce lub butelkę porto z jabłkami miłości udajcie się do najbliższego centrum handlowego, zaś aby zobaczyć zdjęcia znad Jeziora Inle nie musicie się ruszać z domu!


4B i 8O, czyli czteroosobowa rodzinka na ośmiu kółkach

16 lutego 2010

Bagan o zachodzie słońca Autobus z Mandalay trzęsąc się, trąbiąc, kurząc niemiłosiernie (droga w wielu miejscach po prostu polna) wiózł nas ponad pół dnia i pod koniec nasze cztery litery zaczynały mieć już dość. A przed nimi było jeszcze, jak się okazało kilka dni sporego (tytułowego) wysiłku. Bagan, jedna z większych atrakcji turystycznych Birmy, to naprawdę niesamowite miejsce. Wiejski i niepozorny teren o powierzchni kilkunastu kilometrów kwadratowych kryje w sobie takie nagromadzenie pagod (buddyjskich świątyń), ruin oraz klasztorów, że aż niewiadomo dokładnie ile ich jest. W każdym razie ponad 2 tysiące. Cała dolina rzeki (Bagan leży nad rzeką Ayeyarwady) jest po prostu usłana wieżami. Niektóre wręcz stoją oddalone od siebie o kilka dosłownie metrów, ale pośród niezliczonego mrowia kapliczek i świątynek rozmiaru powiedzmy … małego wyłaniają się co chwilę kilkudziesięciometrowe kolosy pełne przepychu, rzeźb oraz malowideł. Do tego trzeba dołożyć bardzo przyjemne miasteczko Nyaung U, które okazało się rajem dla niezależnego turysty – pełne hotelików, sklepików, restauracji, kafejek internetowych (niestety z koszmarnie powolnym i poblokowanym łączem) oraz nawet jedna knajpa mogąca robić za pub (sprzedawali tam piwo beczkowe, co jest tu niezmierną rzadkością). Dla nas jak na razie numer jeden, jeśli chodzi o całokształt wygody dla oszczędnego, niezależnego turysty w Birmie.

Jeden ze środków transportuJest kilka opcji zwiedzania Bagan, od wygodnego, klimatyzowanego autobusu, który cię zabierze wprost z lotniska, przez różnej klasy taksówki, a skończywszy na konnych powozach i trikszach (fotka obok). Najfajniejsze i jednocześnie najwygodniejsze dla nas było jednak wypożyczenie rowerów (bardzo popularna tutaj opcja, jak się okazało). Rowery model miejsko-holenderski (ale produkcji chyba chińskiej) czekają w wypożyczalniach każdego poranka na tłumy turystów. Tłumy to może przesada, bo w całym miasteczku było może jednocześnie jakieś 50-100 turystów. Dużo więcej widziało się “lokali”. Kraków z Wawelem to nie jest (choć pod względem skali zabytków w tym kraju, to chyba trafne porównanie) i mieliśmy stosunkowo dużo pustych przestrzeni. Zaraz po przyjeździe zamówiłem więc nam rowery w hotelu, w którym mieszkaliśmy (w zasadzie trzeba powiedzieć jasno, że przekładając na polskie to był taki mały ośrodek wczasowy z pokojami wychodzącymi na wesołe podwórko z huśtawkami i leżakami – bardzo przyjemne miejsce zarówno dla nas, jak i dla dzieci). Miały być 4 rowery w tym jeden mniejszy, dla Bernasia.

Wypożyczalnia rowerówRano okazało się, że są tylko dwa dorosłe. Więcej już nie mieli, a o małych to w ogóle zapomnij. Udaliśmy się więc z dziećmi na poszukiwanie małego roweru, co okazało się pewnym wyzwaniem. Po odwiedzeniu wielu wypożyczalni i kilku próbach obniżania siodełka w dostępnych “damkach” stwierdziliśmy, że nie ma co, ale musi nastąpić jakiś cud, bo będzie kłopot. Bernaś miał już nos na kwintę, bo czuł, że z roweru dla niego nici. Jedna z mniejszych wypożyczalni stanęła jednak na wysokości zadania i po półgodzinie “załatwiła” mały rower – chyba od jakiegoś wioskowego dzieciaka. Rozmiar się mniej więcej zgadzał (był za mały, ale dawał radę), ale były dwa problemy. Rower miał przymocowane boczne kółka oraz – o zgrozo – różowe siodełko. Bernaś stwierdził więc szybko, że on na takim jeździć nie będzie, bo to wstyd. I miał chłop słuszność, bo skoro w domu śmiga na swojej 16-calowej rakiecie, to nie będzie wsiadał na jakąś maliznę z kółkami i to jeszcze wyraźnie po jakiejś lokalnej miss przedszkola. Wyboru wielkiego jednak nie było, więc poprosiliśmy o odkręcenie bocznych kółek i regulację do wzrostu, a już samo różowe siodełko jakoś przeszło. Uff.

Bernaś startuje Jeździliśmy w sumie na tych rowerach 4 dni i to zarówno na targ, do sklepu, na obiad, na Internet, czy na zwiedzanie. Zaliczyliśmy dwie przebite dętki, kilka zrzuconych łańcuchów i dwie regulacje hamulców. Nic takiego. Mogło być gorzej. Frajda była nieziemska, szczególnie dla dzieci po tak długim nieużywaniu roweru (w domu jeżdżą prawie codziennie), a wyprawy do coraz to innych świątyń dostarczały wrażeń folklorystycznych (krowa na polu, wieśniak z koszem przy drodze), przygodowych (przebijanie się przez piachy pustyni, nagły brak wody do picia) oraz kulturowych (różne style architektoniczne pagod, różne rodzaje wizerunków Buddy). Pod koniec już nikomu się nie chciało i średnia spadła nam do 2 świątyń na dzień. Przy takiej prędkości musielibyśmy w Bagan być pewnie z rok, aby zobaczyć wszystkie miejsca, więc poddaliśmy się i nasyceni widokami oraz z obolałymi czterema literami ruszyliśmy jeszcze bardziej rozklekotanym autobusem nad Inle Lake, gdzie właśnie jesteśmy.

Zapraszamy do galerii z Bagan…


Z samego serca Birmy

10 lutego 2010

Pozostawiając nieco na boku dyskusje o szczurach, ruinach, świątyniach i zabytkach, warto napisać parę słów o tym ciekawym kraju i ludziach tu żyjących. O stronie praktyczniej (wizy, pieniądze, transport, unikanie armii) jeszcze napiszemy, ale to w którejś z następnych relacji.

A propos armii, to już drugiego dnia w Mandalay byliśmy świadkami niezłej propagandowej “ustawki”. Taksówkarz wynajęty do wożenia nas przez cały dzień po okolicach skierował się najpierw do znanego klasztoru uczącego medytacji i buddyzmu. Tam mieliśmy obserwować posiłek mnichów, który jest podobno bardzo fotogeniczny. I rzeczywiście mnisi ciągnęli długim dwuszeregiem do tzw. garkuchni, gdzie każdy dostawał miskę ryżu i mandarynkę. Pomijając wątpliwe urozmaicenie tego posiłku oraz nieco kwaśne miny stojących w kolejce mnichów warto jednak zauważyć, kto wydawał posiłki. Oczywiście żołnierze w pięknie odprasowanych mundurach oraz panie wyglądające kubek w kubek, jak nasze urzędniczki partyjne. Dookoła zgromadziło się ze dwie setki turystów robiących zdjęcia. Przyjeżdżali autokarami i taksówkami, jak my. Część być może pojęła, że to było na pokaz (a my widzieliśmy jeszcze wcześniej, jak jeden z “generałów” ustawiał swoich podwładnych przed posiłkiem i wydawał polecenia – wyraźnie po to, aby całe przedstawienie wyglądało lepiej), ale część przywiezie po prostu do domu zdjęcia na których widać, jak wielkoduszna armia wspiera biednych mnichów, którzy pewnie bez pomocy rządu pomarliby z głodu.

Propaganda leci również w TV, którą mamy w pokoju hotelowym. Dwie lokalne stacje nadają w kółko przemówienia generałów, relacje z uroczystości ludowych lub otwarcia wielkiego mostu (już chyba ze 3 mosty otwierali, gdy tu jesteśmy, a może to w kółko ten sam?), smętne romansidła obyczajowe oraz prognozę pogody. Zupełnie, jak u nas za komuny, naprawdę. Sposób montażu video, wygląd prezenterki telewizyjnej oraz tempo akcji jako żywo przypomina te nasze minione czasy. W autobusie puścili jakiś lokalny hit z DVD (Myanmarczycy się śmiali, więc musiało być niezłe), a już nasza 11-letnia Isia obserwując zmagania głównego bohatera próbującego poderwać dziewczynę sama stwierdziła, że ten film jest chyba sprzed 20 lat. A i jeszcze jedno! Wczoraj wieczorem w TV (na drugim, wyraźnie bardziej nowoczesnym programie) leciały “International news” (to był 8 luty 2010, możecie porównać, bo my dostępu do prawdziwych wiadomości nie mamy). Ułożyliśmy się wygodniej w łóżku czekając na ciekawe relacje (na przykład co tam słychać w konflikcie USA-Chiny lub na Haiti), a tu szło z grubej rury, że w Waszyngtonie straszliwy śnieg, a w Kalifornii potworne lawiny błota. Zgroza i zgnilizna w tym szerokim świecie (a u nas kolejny most, rozumiecie). Zaraz potem już leciał sport. Nic więcej się na świecie nie dzieje! Były też przebitki z jakiejś amerykańskiej stacji telewizyjnej (ale nic znanego, broń Boże żaden CNN) z dziwnie przesuniętym dźwiękiem i obciętą górną częścią obrazu. Dzięki temu przynajmniej wiemy, jak wygląda śnieg w USA (i że zgniły kapitalizm ma za swoje, bo ich zasypało) oraz kto strzelił gola w brytyjskiej lidze.

Kilka rozmów z lokalnymi mieszkańcami utwierdza nas w przekonaniu, że generałów nie lubią i że prędzej czy później łupnie. Wydarzenia sprzed 2,5 roku można było spokojnie komentować z mnichami na wzgórzu w Mandalay, którzy co niedzielę przychodzą tam porozmawiać z turystami i podszlifować angielski. Również to, że w areszcie domowym przetrzymywana jest sama-wiecie-jaka opozycjonistka (nazwiska teraz nie podam, bo jeszcze mi jakiś filtr przechwyci i całego posta nie wrzuci, ale potem uzupełnimy). Rykszarz wiozący nas po mieście otwarcie narzekał na generałów i ich nową stolicę, gdzie prąd jest 24h/dobę, nie to co tutaj (jak już mówiliśmy wszystko chodzi na generatorach). Przy okazji takich rozmów opowiadamy o polskiej historii i demokracji, która w końcu nadejdzie. Tym bardziej, że kawałki tej demokracji po troszeczku przywozi ze sobą zachód (w sensie cywilizacji). Są dostępne telefony komórkowe (niestety tylko rządowego operatora, więc na zewnątrz SMS nie wyślesz), odtwarzacze MP3, wszelka elektronika audio-video, odkurzacze, pirackie filmy DVD z tłoczni w Chinach, Coca-Cola (dużo lepsza mimo wszystko od lokalnej StarMax wyglądającej kubek w kubek jak nasza Pepsi Cola), telewizja satelitarna z Indii lub Chin, a najbardziej pożądanym produktem są chyba lodówki (po przenośnych generatorach prądotwórczych oczywiście), których całe sterty ustawione są w kartonach w sklepach zaraz koło naszego hoteliku. Dla mnie jest to wyraźny znak (nie same lodówki tylko całokształt), że łupnie, bo jak ludzie mogą uprawiać prywatny biznes (a tutaj uprawiają non stop i to nad wyraz skutecznie) i mają dostęp do produktów cywilizacji, to coraz bardziej, coraz bardziej będą chcieli i mogli z nich korzystać. Prędzej więc, czy później reżim padnie pod własnym ciężarem, bo te wyłączenia prądu i blokowanie Internetu jest tak sztuczne, że aż w pewnym sensie śmieszne.

My z tej cywilizacji dodatkowo przywieźliśmy do Birmy nasze dzieci, które są tutaj oczywiście lokalną sensacją (nie to, żeby nasze dzieciaki to lubiły – Bernaś ma już dość bycia “How cute!”). Śpiewaliśmy już piosenki myanmarskie, uczyliśmy dzieci “Szła dzieweczka” no i ucinaliśmy nie raz pogawędki, skąd jesteśmy i czy u nas rzeczywiście tak zimno. Uważamy wciąż, że wspierając lokalny biznes i pokazując myanmarczykom, że na zewnątrz jest fajny świat, trzeba tu przyjeżdżać. Loty z Bangkoku za pomocą AirAsia nie kosztują wiele, a cała zabawa z wizami i walutą jest w sumie mało kłopotliwa. Ludzie generalnie posługują się jakoś angielskim, więc z aktualnym przewodnikiem LonelyPlanet w ręku czas ruszać na wycieczkę (koniecznie niezależną, bo wycieczki zorganizowane wspierają rząd).

No ale na tyle może wystarczy już o życiu, a trochę trzeba o zabytkach i okolicach. Mandalay i przyległe miasteczka zwiedzaliśmy pieszo, trikszą (wynalazek z rowerem w środku) oraz taksówkami (takimi lokalnymi małymi pickupami marki Mazda) – a jest co zwiedzać. Olbrzymia ilość świątyń, pagod, ogrodów i wzgórz miejscami aż przytłacza. Trzeba wybrać tylko niektóre z nich, bo wszystkiego w parę dni (i z dzieciakami) się nie da zwiedzić. Nam najbardziej przypadło do gustu starożytne miasto Inwa obecnie na wyspie, gdzie wioseczki, pola ryżowe i drogi pełne kurzu sąsiadują z imponującymi ruinami, starymi drewnianymi klasztorami i nadal działającymi świątyniami pokrytymi złotem popołudniowego słońca. Tam czuło się ten spokój zwykłego życia, z dala od gwaru miasta, wyłączeń prądu i kolejnych betonowych mostów. Na Inwa trzeba się bowiem dostać promem i mamy nadzieję, że tak pozostanie, a turyści będą nadal poruszać się po ruinach dorożką. Na drugim miejscu postawilibyśmy chyba urocze Mandalay Hill, gdzie zachodzące słońce, przytłumione przez kurz unoszący się nad miastem, wyglądało jakby było zmęczone ciężarem życia mieszkańców, których całymi dniami oświetla.

Zdjęcia (galeria) z Mandalay są tutaj.