Kochamy tropiki

7 grudnia 2009

Straż czuwa Już w czasie międzylądowania w Sydney dopisywał nam dobry humor. Było w końcu ciepło, ani jednej chmurki na niebie i leciutki wietrzyk. W Cairns lądowaliśmy o 21.45 czasu lokalnego, wg naszego “biologicznego” czasu była już za piętnaście pierwsza w nocy. Specjalnie nie zwróciliśmy na to uwagi, rozentuzjazmowani upałem i wilgotnością. Nie wszyscy niestety. Siński oznajmił z drżeniem głosu, że on Australii nie chce zwiedzać, bo tu tak gorąco. Ale był zmęczony i śpiący, więc go tatuś wziął na ręce i marudzenie ustało. Następnego dnia siedział cały czas w basenie, więc tropiki też mu już raczej odpowiadają. Komu zresztą nie.

Rozbiliśmy się po omacku, wrzuciliśmy nasze bagaże bezwładnie do środka i zalegliśmy na karimatkach bez ciepłych śpiworów, w cieniutkich piżamkach i bawełnianych prześcieradełkach. Niewiarygodna odmiana. Pierwszego dnia obudziliśmy się o piątej rano. Coś furczało, gulgotało, skrzeczało, chrypiało i zachłystywało się własnym trelem w kilku miejscach na raz, z niemałym zdumieniem stwierdziliśmy  też, że kilka bliżej niezidentyfikowanych, choć znanych nam już z Tahiti ptaszków tłukło się zawzięcie przed naszym namiotem. Na dworze wychodziło słońce, było dwadzieścia parę stopni i w powietrzu unosił się słodki zapach kwiatów. Skrzeczały kolorowe papugi, przelatujące z drzewa na drzewo w sobie znanym celu. Co tu dużo kryć, było cudownie.

Na deptaku miejskim W czasie wstępnego rekonesansu odkryłam targ owocowo-warzywny. Papaje, mango i czarne zapote leżały obok nektaryn, arbuzów i śliwek, samych rodzajów sałaty naliczyłam chyba piętnaście, świeże zioła i mieszanki przyprawowe do curry cieszyły oko zaraz obok świeżo wysmażonych sajgonek i szaszłyków z kalmarów. Wyglądało jednak na to, że Cairns ma do zaoferowania także inne rozrywki – gabinety kosmetyczne oferujące woskowanie panom i paniom, po którym od razu można spryskać ciało brązującym balsamem, setki pubów i klubów z rozrywkami mniej lub bardziej dla dorosłych, biura turystyczne reklamujące nurkowanie na rafie i skydiving (skoki z samolotu z dużej wysokości, spadochron otwiera się nisko nad ziemią), plac zabaw i uroczy deptaczek w centrum. Tak więc grzejemy się ile wlezie (2B się głównie moczą).


Atrakcyjna stolica

11 listopada 2009

Kolega Gollum Siedzimy już drugi dzień w Wellington (stolica w końcu) i zwiedzamy (w zasadzie spacerujemy). Już samo chodzenie po mieście dostarcza miłych wrażeń, bo sympatycznie jest otrzeć się o kulturę przez duże K (teatrów tu bez liku), mniejsze K (jakieś nowe tytuły w kinach się pojawiły) oraz jeszcze mniejsze K (puby i życie wieczorne w centrum kwitnie – tym bardziej, że młodych turystów wielu). Nam nie jest dane zakosztować którejkolwiek z kultur główne z racji obecnych tu z nami dzieci – tu przewaga podróżowania bez nich wychodzi łatwo na jaw. Ale za to mogliśmy spokojnie razem podążyć szlakiem Froda, gdyż w Wellington miejsc filmowych jest bez liku. Nie dość, że kręcili tu sporo scen z tolkienowskiej trylogii, mieszka tu Peter Jackson (reżyser), organizowanych jest mnóstwo wycieczek do różnych lokalizacji, znajduje się tu firma Weta odpowiedzialna za efekty specjalne, to jeszcze w muzeum można zakupić sobie złotą replikę jedynego pierścienia za … bagatela 585 NZD (około 1100 zł) lub elfi płaszcz z broszą za ponad 400 NZD.

Malutki hobbit i wielki człowiek Skupiliśmy się na bardziej wirtualnych rozrywkach najpierw ucząc się od przewodnika jak robione były filmowe efekty wizualne z małymi hobbitami i dużymi ludźmi, czego efekt można zobaczyć obok (zdjęcie robione na Mount Victoria gdzie kręcone było kilka ze scen – ale o tym jeszcze będzie więcej mam nadzieję). Przy okazji dowiedzieliśmy się, że podobne sposoby są wykorzystywane w czasie transmisji z meczów między Nową Zelandią i Australią – oczywiście w rugby (niemal święty tutaj sport narodowy, jak nożna u nas … no może jak nożna u nas w 1982). Otóż gdy na boisko wbiega drużyna All Blacks (drużyna narodowa, bardzo poważna sprawa, duma każdego nowozelandczyka – nie próbuj nigdy naśmiewać się z All Blacks) kamera ustawiona jest na dole i filmuje do góry. Zawodnicy są więc duzi i jeszcze bardziej groźni. Gdy zaś na boisko wbiega drużyna z Australii (tfu, tfu, wrogowie i generalnie – rozumiecie – straszne fajtłapy) kamera patrzy na nich z góry przez co wydają się tacy malutcy. Tymi właśnie prostymi sposobami osiągnięto wiele w filmie “Władca Pierścieni”, gdzie obok małych hobbitów występują duzi ludzie – a to przecież byli wszyscy takiego samego wzrostu normalni aktorzy.

Multimedialna ściana w akcji Inną wirtualną rozrywkę odwiedziliśmy (w sumie już niejednokrotnie) w bardzo interaktywnym i nowoczesnym muzeum Te Papa. Prócz licznych eksponatów i wystaw pokazujących przeróżne aspekty życia w tym pięknym kraju w muzeum znajduje się wielka instalacja multimedialna OurSpace. Nie wchodząc w szczegóły techniczne (na szczegóły ciekawskich zapraszam tutaj) dość powiedzieć, że jest to wielka komputerowa ściana sterowana pilotami, gdzie w prosty sposób można umieścić swoje zdjęcie (lub krótki filmik) zrobione na jednym z ustawionych w pomieszczeniu komputerów. Obsługa jest niezmiernie prosta i nasze dzieci opanowały tą sztukę w minutę. Zabawa w umieszczanie i animowanie swoich wielkich zdjęć trwała godzinami. Szybko zorientowałem się też, że zdjęcia można przynieść do punktu obsługi na karcie z aparatu cyfrowego i po chwili ściana wypełniła się naszymi zdjęciami z podróży. Pierwszy raz mogliśmy zobaczyć te fotografie w takim formacie, bo ściana ma ze 2 metry wysokości i kilkanaście długości. Wrażenie było zniewalające. Do tego stopnia, że rodzina przylgnęła do ściany i nie chciała wyjść (głównie młodsza część rodziny). Z głośników sączyła się miła muzyczka, a na ścianie przewijały się nasze powiększone “gęby” – od starych zdjęć sprzed 6 miesięcy do najnowszych. Co ciekawe ścianę (i to, co się na niej dzieje) można również oglądać przez Internet, więc zapraszamy do rzucenia okiem.


God bless Fiji

21 października 2009

Lokalny środek transportu Nurkowanie nurkowaniem, ale jest przecież i stały ląd. Bardzo zielony, z mnóstwem palm, kwiatów i innej wszelakiej roślinności i ananasami tak słodkimi, jak w Nikaragui. Już po wylądowaniu stwierdziłam z radością, że znowu pojawiają się tak lubiane przeze mnie elementy kulturowe, na które natknęliśmy się także w Ameryce Łacińskiej. Autobusy lokalne jeżdżą z niewielką prędkością, więc można podziwiać sobie świat za oknem do woli. “Za oknem” to nie do końca precyzyjne określenie, bo choć okno jest, to szyb nie ma. Trzeba więc uważać, co się za to okno wystawia i kiedy. Aby się zatrzymać, należy pociągnąć za zachęcająco dyndający na wszystkie strony sznureczek przeprowadzony wzdłuż okien przez całą długość autobusu. Urocze i uniwersalne w swej prostocie rozwiązanie – podobne klaksony widzieliśmy w Ameryce Łacińskiej. Ruch jest lewostronny (scheda po Brytyjczykach) więc cały czas ma się wrażenie, że pojazdem kieruje jakiś pirat drogowy i adrenalina skacze błyskawicznie. Hymn zresztą też trochę jakby brytyjski, bo pierwsze słowa to “God bless Fiji” zamiast “God save the Queen”, a na fladze Fidżi bije w oczy charakterystyczny brytyjski krzyż. Czy oznacza to, że wpływ Brytyjczyków jest postrzegany jako pozytywny – kto to wie?.  W usługach obowiązuje “Fiji time” co oznacza punktualność z wahnięciem pół godziny w każdą stronę. Jakoś tak się składa, że z takim podejściem w parze idzie uśmiech, spokój i życzliwość do świata i ludzi, jaką promieniują tutejsi mieszkańcy.

Zdobienia na świątyni hinduskiej w Nadi

Nie jest to jednak kraj czysto polinezyjski. Spora jest mniejszość hinduska (w niektórych miastach jest to raczej większość hinduska). Hinduskie są świątynie (choć są także i meczety), sklepy z sari, curry no i handel. W handlu szczególnie skutecznie jest stosowana taktyka małych kroków okraszona konwenansami. Rozpoczyna się zwykle uprzejmą rozmową na temat kraju pochodzenia rzeczonego turysty, długości jego pobytu oraz ogólnych wrażeń z Fidżi. Następnym etapem jest zaproszenie potencjalnego klienta do obejrzenia stoiska, bo przecież chodzi tylko o obejrzenie, a to przecież nic nie kosztuje. Dalej sprzedawca zaczyna zachwalać swój towar (“znakomite czarne drewno”, “świetna jakość”, “dostawcy z wiosek” etc.) i albo proponuje wybranie jednej lub kilku rzeczy za niewielką cenę, albo wręcza jakąś pamiątkę (na której zawiesiło się na chwilę wzrok) podając jej cenę o połowę niższą niż na naklejce (ale odpowiednio wyższą od sklepu obok, o czym turysta nie musi wiedzieć ;- )). Jak turysta jeszcze się waha, następuje ostateczne zamknięcie sprawy krótkim i powiedzianym z życzliwym uśmiechem: “A nie podoba Ci się?” i w ten sposób ostatecznie dobija się turystę. Jak turysta bezgłośnie próbuje łapać powietrze, to wiadomo, że za moment dobije się i targu. Jest to tak subtelne, że za pierwszym razem wyszłam ze sklepu lekko oszołomiona z pamiątką w eleganckiej torebeczce – wprawdzie ładną, ale niekoniecznie taką, jaką chciałam kupić.

Handel kwitnie Taktyki sprzedażowe są zresztą rozmaite. Po Suvie, stolicy Fidżi, grasuje podobno szajka ulicznych sprzedawców dzid. Dzidy, podobnie jak wymyślne widelce kanibali służące do zręcznego wyjadania mózgu uśmierconych delikwentów, są bowiem popularną pamiątką z Fidżi. Podchodzi taki z dzidą do nieszczęsnego turysty i zaczyna miłą konwersację, w której pada pytanie o imię. Rzecz dość powszechna w cywilizowanych relacjach międzyludzkich. Ale na tym się nie kończy, bo w międzyczasie nasz rozmówca cichcem wyrzyna (scyzorykiem?) nasze imię na  jednym z egzemplarzy i oto po chwili odchodzimy z miejsca zbrodni z wielką dzidą, która pasuje do nas jak pięść do nosa, ale za to ma gdzieś z boku niezdarnie wyryte nasze imię z literówką w środku. Cena pięć razy wyższa niż w sklepie. Co za interes!


Amerykańskie podsumowanie drogowe

2 października 2009

Trasa przez USA No i dojechaliśmy! Nieco inaczej, niż było planowane, ale prawie, prawie tak. Niektóre miejsca zwiedziliśmy bardziej, niektóre odpuściliśmy całkiem. Parę rzeczy odwiedziliśmy bez wcześniejszego planowania. Słowem: było lekko chaotycznie, ale wyszło nam to na dobre. Pokonaliśmy ponad 14 tysięcy kilometrów dróg i autostrad USA. Po naszych podróżach samochodowych w Kostaryce pisałem podsumowanie drogowe to i teraz wypada, prawda? Tyle, że tu będzie oczywiście inaczej. 🙂 W USA wszystko jest wielkie więc i drogi też. I choć międzystanowe autostrady na odcinkach poza miastami są najczęściej tylko dwupasmowe (a nie tak jak na przykład w Niemczech), to tutaj to w zupełności wystarcza. Dlaczego?

Pacific Coast Highway czyli PCF lub po prostu Route 1 Ograniczenia prędkości są nieco niższe. Na autostradzie najczęściej obowiązuje 75 mil, co daje 120 km/h. Na zwykłych drogach jest najczęściej 55 lub 65 (odpowiednio ok. 90 i 105). Poza tym są dwie widoczne różnice: a) wszyscy przestrzegają ograniczeń i b) wszyscy jadą równo tyle, ile można. Daje o ciekawy efekt niespotykany w Europie. Cała droga porusza się z sensowną, równą prędkością. Nie ma ciężarówek-zawalidróg, ani tym bardziej traktorów/kombajnów. Nie ma kierowców w pyrkających maluchach obładowanych po dach tobołami. Jeśli na drodze występuje ograniczenie 65, to wszyscy jadą 65 (ew. wszyscy nieco szybciej). Sześćdziesiąt pięć jedzie więc zarówno samochód osobowy, wielka ciężarówka, kamper lub lekko rozklekotany pickup. Dlaczego? Cóż. Wszyscy mają mocne silniki, a paliwo jest tanie. Przykładowo “nasze” wypożyczone auto w Polsce u dealera będzie dostępne z najmniejszym silnikiem 1,8 litra, potem 2,0 a największym 2,4 lub może 2,5. Przy niektórych markach dostępne przy tej klasie nadwozia będą też oszczędniejsze wersje 1,6 litra. Tutaj zaś najmniejszą (oszczędną właśnie) opcją Hondy Accord jest silnik 2,4 litra! Drugą opcją jest silnik trzylitrowy. Mniejszych nie ma.

Każdy pickup ma czterolitrowy silnik. Każda ciężarówka wygląda jak dwa polskie tiry, a silnik jest kilkakrotnie większy. Nie ma więc problemu wyprzedzania powolnego auta przed tobą. Anegdotycznie nieco powiem, że w ciągu jednego weekendowego wyjazdu do Polanicy wykonuję zwykle ten manewr więcej razy, niż tutaj zrobiłem to w ciągu całych niemal 2 miesięcy. W USA nie ma też problemu hamowania za autem skręcającym w bok  – tu wszędzie są osobne pasy ruchu do skrętów w prawo i lewo). Wszyscy jadą więc równo i w sumie podróżuje się dość dobrze.

Asfaltu jest wszędzie dużo Kolejna rzecz to autostrady w okolicach miast. Arterie szerokości 8 pasów należą tu do normy, ale skrzyżowania autostrad to często wielka plątanina ślimakowatego betonu. Teoretycznie wygląda na to łatwo się tu zgubić, ale amerykanie mają w sumie łatwy sposób oznaczania – inny niż w Europie. Mianowice posługują się dużo bardziej numerami dróg oraz kierunkami świata. Jeśli więc jadę na północ w kierunku San Francisco, to jadę autostradą I-5 N (Interstate 5 North) i wiem, że muszę potem skręcić w 580 W. Przypadkiem nie w 580 E. Dojeżdżając do zjazdu będę miał przypomnienie, że to chodzi o San Francisco, ale więcej będzie oznaczeń numeru drogi. Jeśli też ktoś nie orientuje się w kierunkach świata i nie wie, czy ma skręcić w drogę prowadzącą na wschód, czy zachód – może mieć problem. 🙂 Oczywiście teoretycznie takie sprawy załatwia za nas GPS, ale jak wiadomo maszynie ufać nie należy i czasem trzeba dokonać decyzji samemu. Szczególnie w pobliżu dużych miast plątanina dróg jest czasem potworna.

Autostrada w Los Angeles Kolejnym ciekawy wynalazkiem jest carpooling, co oznacza jeżdżenie w wiele osób dużych miastach. Stosuje się to tylko przy większych miastach i najczęściej w godzinach szczytu. Jeśli więc jedziesz do miasta do pracy z kimś drugim w aucie, możesz korzystać z ekspresowego toru ruchu (toretycznie dotyczy to tylko mieszkańców, anie przyjezdnych – nie będąc pewnym stosowałem pasy carpool z pewną ostrożnością). Jak sami zaobserwowaliśmy nie raz niestety niewielu z tego wynalazku korzysta (choć reklam i zachęt widać przy drodze sporo) i wybiera podróżowanie samemu. Amerykańskie autostrady w okolicach miast są bowiem pełne pędzących w nieznane, niemal pustych samochodów – siedzi tylko samotny kierowca.

Pacific Coast Highway czyli PCF lub Route 1 Następna sprawa to asfalt. Nie jest on najczęściej najlepszej jakości, czasami dziurawy czasami dość chropowaty (co słychać pod kołami), ale doprowadzony jest wszędzie. Przed każdym kościołem są parkingi, pod każdą pralnię jedziesz autem, znajdziesz tu kina samochodowe (wjeżdżasz do na parking i na wielkim ekranie oglądasz film nie wysiadając z auta), samochodowe banki (czyli bankomat lub okienko z pracownikiem banku, do którego podjeżdżasz autem), fastfoody (to już w Polsce znamy z niektórych sieci) oraz restauracje (gdzie są specjalne stanowiska samochodowe, a przy każdym automat do zamawiania i kubeł na odpadki – podjeżdżasz, zamawiasz, płacisz kartą w automacie, kelnerka przynosi ci tacę, a po zjedzeniu odjeżdżasz). Pomysł płatnego parkingu przy sklepie lub galerii handlowej każdy Amerykanin powitałby pukaniem się w czoło. Chodników nie znajdziesz wszędzie, ale asfalt doprowadzi cię do każdej zapadłej dziury (poza celowo zostawionymi szlakami w górach, i niektórych parkach narodowych).

Kraj ten po prostu jest zbudowany na szkielecie dróg. Tutaj bez samochodu życie jest niewyobrażalnie trudne – szczególnie poza większymi miastami, gdzie jeszcze czasami pojawia się transport publiczny, a do sklepu w sąsiedztwie można pójść. Z jednej strony budzi to pewną nostalgię, bo jazda pusta autostradą przez bezdroża Nowego Meksyku to niezapomniane wrażenie. Ale z drugiej strony czasami można by ten samochód zostawić i się przejść.


If you’re going to San Francisco…

28 września 2009

Mgła nad oceanem… jednym z pierwszych zdań, jakie usłyszysz będzie: “Jutro będzie mgła”. Choć to Kalifornia, to jednak mieszkańcy narzekają na pogodę i, prawdopodobnie, mają ku temu powód. Kilkukrotnie natknęliśmy się w różnych sytuacjach i źródłach na przytaczane stwierdzenie Marka Twaina, że najchłodniejsza zima, jaką przeżył, to lato w San Francisco.

Mgła, jak mieliśmy się okazję przekonać, przynosi zimno oraz znaczące pogorszenie widoczności i nastroju. Przynosi także niespotykane widoki. Szczególnie, gdy się podnosi lub rozwiewa. Mieliśmy szczęście, bo w czasie naszego pobytu mgła pojawiała się rano i wieczorem, pozostawiając słońcu pozostałe pory dnia.

Płetwy w słoikach Kiedy dotarliśmy do chińskiej dzielnicy, świeciło słońce, było gwarno i handel trwał w najlepsze. W tajemniczym sklepie (wszystko po chińsku) sprzedawano suszone grzybki (nie wnikaliśmy, czy halucynogenne), suszone ślimaki i żeńszeń, w różnych rozmiarach i w różnych cenach, tak średnio 700 dolarów za funta, ale bywały i takie za 2400 dolarów za funta. Wyciąg z żeńszenia jest składnikiem  lekarstw i herbatek, ale do czego używa się tego za 2400$ funt? – oto jest zagadka dla prawdziwego detektywa. W wielkich słojach na kupców oczekiwały też płetwy rekina, ogórek morski (sea cucumber – rodzaj gąbki morskiej nazywanej także oślą kupą, bo jako żywo tak właśnie wygląda) i tysiące innych tajemniczych i niezidentyfikowanych specyfików medycznych, których nazwy były wypisane ręcznie na karteczkach chińskim alfabetem. Niestety w sklepie nie można było robić zdjęć, może ze względu na konkurencję, a może na obrońców praw zwierząt. Płetwy rekinów uzyskiwane są bowiem w niezwykle okrutny sposób – rekin jest chwytany w sieć, odcina się mu płetwy i okaleczone zwierzę wrzuca do morza – ranne i pozbawione płetw opada na dno i ginie. Sprawa jest więc jasna i potencjalny bojkot Greenpeace w zupełności zrozumiały. Kilka ulic dalej sklep z mięsem i rybami od razu nam przypomniał Amerykę Łacińską, bo zapachy podobne, nieład podobny i ogólny klimacik zbliżony. Mrożone ryby porozkładane w wielkich plastikowych pojemnikach, a świeże, sporawe rybki jeszcze ruszające skrzelami leżały na drewnianych deskach przy wąskich wyjściach. Jedna z nich w ostatecznej próbie uwolnienia się machnęła ogonem i z plaskiem (nie pluskiem) wylądowała mi pod nogami. Niestety zaczęłam wrzeszczeć zupełnie odruchowo, co przyciągnęło spojrzenia kilkunastu par skośnych oczu, bo kto by tam wrzeszczał w takiej sytuacji. Na pocieszenie kupiliśmy sobie fioletowych śliwek (przypominały nam polskie) i świeżych daktyli – potem pomaszerowaliśmy dalej, na nabrzeże.

Nabrzeże Tam dla odmiany skomercjaizowane było wszystko, choć trzeba przyznać, że zachowano jednak urok tego miejsca. Wzdłuż nabrzeża ciągnęły się sklepy, a na samym końcu czekała niespodzianka – częściowo ucywilizowana kolonia lwów morskich. Ucywilizowanie oznaczało, że zamiast wylegiwać się na skałce, kolonia pływała sobie na kilkunastu tratwach zakotwiczonych w regularnych odstępach przy molo. Foczy (lwi?) tłumek znajdował się w stanie równowagi chwiejnej – co chwilę jakiś przedstawiciel spadał do wody lub był do niej zrzucany, a inny w tym samym czasie wdrapywał się niezdarnie po ciałach pobratymców szukając choćby odrobiny wolnego miejsca. Trwały kłótnie i przepychanki, gwar był taki, że pewnie docierał do widocznego z nabrzeża Alcatraz.

Haight Następnego dnia pojechaliśmy do Haight, dawnej dzielnicy hippisów. Rzeczywiście hippisi dalej są, ale przedział wiekowy jakby już nie ten. Na samym początku Haight minęliśmy rządek zbierających na piwo z sukcesem poprzednich tego typu działań wypisanym na twarzy, ale zanim jednak na dobre weszliśmy w Haight wciągnęło nas na dobre do sporego sklepu muzycznego z używanymi płytami. Cała dzielnica pełna jest sklepików z hinduskimi artykułami, sprzętem muzycznym i shisho-podobnym, sklepami muzycznymi i knajpkami różnych narodowości. Maszerując po dzielnicy łacińskiej, natknęliśmy się na festiwal Greków odbywający się przed grecką cerkwią, parę metrów dalej wisiało ogłoszenie o Oktober Fest.

Tradycja i nowoczesność Jak widać każdy znajdzie coś w tym mieście coś dla siebie. Widać to także na parkingu koło Golden Gate, gdzie zdjęcia robią Hinduski w sari, Brytyjczycy w sportowych samochodach żywcem wyjętych  z Top Gear, Japończycy z maleńkimi aparatami i mnisi buddyjscy. Z tymi mnichami też bywa zabawnie. Ten, którego spotkaliśmy pod Golden Gate musiał sprawować ważną funkcję, bo miał jednego, młodszego, który się nim wyraźnie opiekował i drugiego w cywilu (mnicha czy “opiekuna” od bratniego narodu chińskiego?) intensywnie kręcącego film. Ulegając być może urokowi chwili, dogadał się z Brytyjczykiem w czerwonej, wypłowiałej bejsbolówce i uśmiechnięty pozował do zdjęć w sportowym roadsterze. W końcu San Francisco ma swoje prawa.

Galeria zdjęć gotowa czeka tutaj


Targ indiański, wersja amerykańska

28 sierpnia 2009

Zapinka Pędziliśmy przez Stany z zamiarem zobaczenia dorocznego, słynnego na cały świat Indian Market, który odbywa się w Santa Fe w trzeci weekend sierpnia. Do Santa Fe dojechaliśmy wczesnym popołudniem w sobotę i szybciutko zameldowaliśmy się na kempingu. Właścicielka od razu zapytała nas, czy wiemy, że w mieście odbywa się wielkie wydarzenie i poinformowała nas o ograniczonych możliwościach parkingu w centrum. Wręczyła też przepiękne foldery, które dały nam mocno do myślenia. Kolorowe, z cudnymi, artystycznymi zdjęciami tradycyjnych wyrobów indiańskich: biżuterii, plecionych talerzy i dywanów sugerowały bardzo artystyczny charakter imprezy. Stwierdziliśmy, że płacenie 10 dolarów za parking w samym centrum miasta nie do końca nam odpowiada, a jako że dla nas po wszelakich kanionach i różnych innych eskapadach maszerowanie pieszo nie stanowi żadnego problemu, porzuciliśmy nasz samochód jakieś 2 km od centrum i dalej poszliśmy już piechotą. Z tego entuzjazmu po drodze wpadliśmy prawie na jakiegoś pana, który niósł wyplatany talerz o średnicy około jednego metra manewrując nim z taką delikatnością, jak robiłby to kelner z Rosenthalem. Wkrótce miało się wyjaśnić dlaczego.

DrzemkaPierwsza sekcja targu, w którą weszliśmy, była sekcją kulinarną – wszędzie sprzedawano tradycyjny i bardzo smaczny zresztą, smażony chleb Nawajów. Całość wyglądała swojsko i przyjaźnie, udaliśmy się więc na zwiedzanie reszty. Części targu były podzielone na stoiska artystów uznanych, oraz dopiero zdobywających sławę. Dookoła głównego placu i okalających ulic rozłożonych było 5000 stoisk z ceramiką, biżuterią, malarstwem, dywanikami i serwetkami, figurkami, ale też nożami i tomahawkami z obsydianu i innych kamieni półszlachetnych, które wyglądały jak żywcem wzięte z powieści o Indianach.  Jakość wyrobów była niezwykle wysoka, a ilość przedmiotów prezentowanych produktów umiarkowana. Przy każdym stoisku stał artysta, który to wykonał, można było z nim porozmawiać o wykonanych przez niego wyrobach. Niektórzy z nich z dumą nosili odznaczenia wskazujące na otrzymane w czasie targu nagrody. No i jeszcze te twarze… Indiańskie ostre rysy, zdecydowanie kojarzące się z bohaterami prerii i pobudzające wyobraźnię. Niestety większość osób odziana była w dżinsy, a niektórzy z wyraźną satysfakcją popijali Pepsi Max.

CeramikaMnie osobiście zachwyciła niezwykle delikatna ceramika zdobiona misternymi, cienkimi jak włos wzorami. Nie wspomnę nawet o charakterystycznej biżuterii Nawajów – turkusy oprawiane w masywne, srebrne zdobienia. Nie było prawie wcale sztuki popularnej powielanej w wielu egzemplarzach – w zasadzie na każdym stoisku można było obejrzeć prawdziwe, unikalne arcydzieła. Można było obejrzeć, ponieważ ceny przekraczały nasze możliwości nabywcze. Przepięknie wyplatany kolorowy talerzyk wielkości spodka do herbaty kosztował 250 dolarów, a taki, jaki niósł spotkany przez nas wcześniej pan – 1500 dolarów. Wszystko więc stało się jasne – cena odzwierciedlała nie tylko znakomitą jakość wyrobów, ale także markę artysty, a za nią, jak wiadomo, płaci się słono.

Zapinki w ilości i rozmaitości większej Cały targ jest gratką dla kolekcjonerów, niezwykłym wydarzeniem, któremu towarzyszą konkursy na najlepszy strój indiański, koncerty i spotkania ze znanymi osobistościami świata Indian. Od razu nasunęły mi się skojarzenia z targami podobnych (choć nieco gorszej – niewątpliwie – jakości) wyrobów w Ameryce Łacińskiej z ich gwarem, tłokiem i olbrzymią ilością często podobnych do siebie towarów. Różnice krótko można podsumować to w następujący sposób: targi artesanias, jakie widzieliśmy w Ameryce Łacińskiej to dla nas wydarzenie przede wszystkim kulturowe, Annual Indian Market w Santa Fe – kulturalne. Możecie wybrać, co podoba Wam się bardziej, ale jestem pewna, że takiego nagromadzenia dzieł sztuki indiańskiej nie da się zobaczyć nigdzie indziej.

Zapraszamy do galerii z Nowego Meksyku.


Texas i nasi

23 sierpnia 2009

Kapitol w Austin Jak wiadomo każdy stan w Stanach Zjednoczonych jest inny, a Teksas – o powierzchni większej niż Francja – wyjątkiem nie jest. Tym bardziej, że niegdyś był niepodległym państwem (nadal we fladze ma pojedynczą gwiazdę – symbol niezależności). To kraj pokryty preriami, pagórkami, polami naftowymi oraz spokojnymi miasteczkami pełnymi Teksańczyków robiących ulubione steki z barbeque i popijających zimne piwo Lone Star. Wszyscy szczycą się, że są właśnie stąd (cała reszta USA jest mniej ważna). Kapitol, siedziba rządu Teksasu w Austin, jest większy niż (podobny wizualnie) Kapitol w Waszyngtonie (generalnie jest największy w USA i parę innych rzeczy w Teksasie też jest największe). Na wschodzie grasują aligatory (znów jednego widzieliśmy), a na zachodzie królują kowboje i rodea (oraz Meksykanie próbujący przemknąć przez granicę). Każdy ma pickupa, bo czymś trzeba przewieźć skrzynkę (czyli tutaj: karton) piwa, a niektórzy jeszcze do tego spluwę (aby im jakiś obcy nie wchodził w prywatę).

Cestohowa - Texas A w tym wszystkim przechował się kawałek naszej ojczyzny (przy okazji Piotrowi serdecznie dziękujemy za wskazanie drogi i linki). I to taki tradycyjny kawałek. W roku 1854 ksiądz Leopold Moczygęba z Płużnicy Wielkiej (niedaleko Strzelec Opolskich) przywiózł do Teksasu kilkuset osadników. Założone wówczas zostały typowo polskie wioski istniejące do dziś: Panna Maria, Cestohowa oraz Pawelekville. Zresztą Panna Maria to podobno najstarsza polska osada w USA, gdzie znajduje sie też kościół z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej (a jakże!). W sąsiedniej Cestohowie również śliczny kościółek z witrażami podpisanymi polskimi nazwiskami. Na chodniku prowadzącym do kościoła mnóstwo cegiełek fundatorów z nazwiskami: Moczygeba, Kolodziejcyk, Watrobka, Sekula, Pawelek. W Panna Maria muzeum i sklepik z pamiątkami: koszulki, czapeczki oraz dżem produkcji lokalnej (wg tradycyjnego, polskiego przepisu). Niestety sklep był już zamknięty (a szkoda, bo Beata zrobiłaby kącik łasucha na temat śląskiego dżemu z Teksasu :-)), ale kustosz muzeum był tak uprzejmy, że tuż przed zamknięciem oprowadził nas jeszcze opowiadając to i owo o eksponatach (stare kufry osadników, listy, zdjęcia i tabliczki do nauki języka polskiego). Dla ułatwienia dodam, że rozmawiał po angielsku. 🙂 – nie mówił bowiem w naszej ojczystej mowie i również nie za bardzo wiedział co oznacza jego typowo polskie nazwisko – nazwa małego ptaszka. Beata dokonała oświecenia – ku jego (kustosza, nie ptaszka) uciesze. Miło jednak, że mimo braku znajomości języka polskie tradycje stara się podtrzymywać, a malutkie muzeum to wyraźnie jego pasja. Fajnie tez było jest zobaczyć ojczyźniane pamiątki i wyroby oraz poczytać o historii osadników – łatwego życia tu jak się zapewne domyślacie nie mieli. Cóż, zapraszamy do galerii – sami zobaczcie.