God bless Fiji

Lokalny środek transportu Nurkowanie nurkowaniem, ale jest przecież i stały ląd. Bardzo zielony, z mnóstwem palm, kwiatów i innej wszelakiej roślinności i ananasami tak słodkimi, jak w Nikaragui. Już po wylądowaniu stwierdziłam z radością, że znowu pojawiają się tak lubiane przeze mnie elementy kulturowe, na które natknęliśmy się także w Ameryce Łacińskiej. Autobusy lokalne jeżdżą z niewielką prędkością, więc można podziwiać sobie świat za oknem do woli. “Za oknem” to nie do końca precyzyjne określenie, bo choć okno jest, to szyb nie ma. Trzeba więc uważać, co się za to okno wystawia i kiedy. Aby się zatrzymać, należy pociągnąć za zachęcająco dyndający na wszystkie strony sznureczek przeprowadzony wzdłuż okien przez całą długość autobusu. Urocze i uniwersalne w swej prostocie rozwiązanie – podobne klaksony widzieliśmy w Ameryce Łacińskiej. Ruch jest lewostronny (scheda po Brytyjczykach) więc cały czas ma się wrażenie, że pojazdem kieruje jakiś pirat drogowy i adrenalina skacze błyskawicznie. Hymn zresztą też trochę jakby brytyjski, bo pierwsze słowa to “God bless Fiji” zamiast “God save the Queen”, a na fladze Fidżi bije w oczy charakterystyczny brytyjski krzyż. Czy oznacza to, że wpływ Brytyjczyków jest postrzegany jako pozytywny – kto to wie?.  W usługach obowiązuje “Fiji time” co oznacza punktualność z wahnięciem pół godziny w każdą stronę. Jakoś tak się składa, że z takim podejściem w parze idzie uśmiech, spokój i życzliwość do świata i ludzi, jaką promieniują tutejsi mieszkańcy.

Zdobienia na świątyni hinduskiej w Nadi

Nie jest to jednak kraj czysto polinezyjski. Spora jest mniejszość hinduska (w niektórych miastach jest to raczej większość hinduska). Hinduskie są świątynie (choć są także i meczety), sklepy z sari, curry no i handel. W handlu szczególnie skutecznie jest stosowana taktyka małych kroków okraszona konwenansami. Rozpoczyna się zwykle uprzejmą rozmową na temat kraju pochodzenia rzeczonego turysty, długości jego pobytu oraz ogólnych wrażeń z Fidżi. Następnym etapem jest zaproszenie potencjalnego klienta do obejrzenia stoiska, bo przecież chodzi tylko o obejrzenie, a to przecież nic nie kosztuje. Dalej sprzedawca zaczyna zachwalać swój towar (“znakomite czarne drewno”, “świetna jakość”, “dostawcy z wiosek” etc.) i albo proponuje wybranie jednej lub kilku rzeczy za niewielką cenę, albo wręcza jakąś pamiątkę (na której zawiesiło się na chwilę wzrok) podając jej cenę o połowę niższą niż na naklejce (ale odpowiednio wyższą od sklepu obok, o czym turysta nie musi wiedzieć ;- )). Jak turysta jeszcze się waha, następuje ostateczne zamknięcie sprawy krótkim i powiedzianym z życzliwym uśmiechem: “A nie podoba Ci się?” i w ten sposób ostatecznie dobija się turystę. Jak turysta bezgłośnie próbuje łapać powietrze, to wiadomo, że za moment dobije się i targu. Jest to tak subtelne, że za pierwszym razem wyszłam ze sklepu lekko oszołomiona z pamiątką w eleganckiej torebeczce – wprawdzie ładną, ale niekoniecznie taką, jaką chciałam kupić.

Handel kwitnie Taktyki sprzedażowe są zresztą rozmaite. Po Suvie, stolicy Fidżi, grasuje podobno szajka ulicznych sprzedawców dzid. Dzidy, podobnie jak wymyślne widelce kanibali służące do zręcznego wyjadania mózgu uśmierconych delikwentów, są bowiem popularną pamiątką z Fidżi. Podchodzi taki z dzidą do nieszczęsnego turysty i zaczyna miłą konwersację, w której pada pytanie o imię. Rzecz dość powszechna w cywilizowanych relacjach międzyludzkich. Ale na tym się nie kończy, bo w międzyczasie nasz rozmówca cichcem wyrzyna (scyzorykiem?) nasze imię na  jednym z egzemplarzy i oto po chwili odchodzimy z miejsca zbrodni z wielką dzidą, która pasuje do nas jak pięść do nosa, ale za to ma gdzieś z boku niezdarnie wyryte nasze imię z literówką w środku. Cena pięć razy wyższa niż w sklepie. Co za interes!

11 Responses to God bless Fiji

  1. Aldek pisze:

    „wyszłam ze sklepu lekko oszołomiona z pamiątką w eleganckiej torebeczce”
    „odchodzimy z miejsca zbrodni z wielką dzidą, która pasuje do nas jak pięść do nosa”
    Mam nadzieję na zdjęcie z torebeczką i wielką dzidą.
    A tak przy okazji, ten zakup dzidy do zręcznego wyjadania mózgu to w jakim celu?
    Już mnie ciarki przechodzą.

  2. kasia pisze:

    Uwazajcie na te szajke lobuzow, my prawie padlismy ofiara takich naciagaczy ulicznych, jako ze nasza czujnosc w Australii zostala calkowicie uspiona. Dopadli nas w Suvie na parkingu jak tylko wyszlismy z samochodu, mieli pecha oprocz uspionej czujnosci w Australii nauczylismy sie jeszcze jednego, nie nosimy gotowki przy sobie, za wszystko placimy karta, a oni nie przyjmowali visy :), jeszcze jedno jesli bedziecie kupowac pamiatki typy maski lub owe widelce mozecie miec problemy, zeby je przywiesc do Australii, musicie zglosic wyszystko na lotnisku, to samo dotyczy martwych kawalkow korali,

  3. Tomek pisze:

    A może by tak zdjęcie dzidy albo z dzidą (tylko poza własnym ciałem 😉 ). Opis był bardzo ciekawy!

  4. Teresa pisze:

    Helloł!
    Auckland oznacza, że juz pożegnaliście Fidżi na dobre?
    Jeśli tak, to teraz będziecie tropić kiwi i dziobaki? 🙂
    Napiszcie proszę jakie są wasze pierwsze wrażenia z Nowej Zelandii.

    • Na razie zwiedzamy miasto, muzea i uczymy się jeździć po drogiej stronie drogi. 😉

      Auckland bardzo sympatyczne – trochę przypomina Wrocław, tylko mają dużo większą przystań dla jachtów 😉

      Napiszemy więcej, napiszemy.

      Kibicujcie!

  5. aga pisze:

    Halo 4B! W Karpaczu śnieg po pas, co prawda już topnieje, ale pięknie jest.

  6. aga pisze:

    No to mamy „prawie” tak samo, tylko do oceanu trochę dalej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: