Kącik łasucha – zalety biwakowania w Stanach

30 września 2009

Pewnego dnia podszedł do nas chłopiec z rodziny biwakującej obok i zapytał, czy mamy ochotę na s’more. Zrobiłam dość głupią minę, bo nie miałam pojęcia czego się można spodziewać. Z opisu jednak wynikało, że może być to rzecz smaczna, więc się zbrataliśmy z amerykańską rodziną do tego stopnia, że nie dość, że zjedliśmy po s’morsie, to jeszcze zostaliśmy fachowo przeszkoleni, jak się go przyrządza. Ponieważ w Polsce powoli zaczynają się jesienne chłody, a więc sezon na ogniska i grillowanie w pełni, podajemy łatwy i szybki przepis na smakołyk, którym zajadają się tu dzieciaki.

S'morsy się robią Na s’morsy w wydaniu klasycznym składają się trzy podstawowe składniki: Po pierwsze: marshmallows (do kupienia także w Polsce, są to białe gumowate pianki z syropu fruktozowego, bardzo lubiane przez dzieci) – wypróbowaliśmy je już w Gwatemali na wulkanie Pacaya. Po drugie: mleczna czekolada w podzielona na kostki. I po trzecie: prostokątne ciasteczka rozmiaru naszego chlebka chrupkiego, zrobione z ciemnej mąki i najlepiej z dodatkiem miodu, z charakterystycznym nacięciem w połowie ciasteczka. Mam wrażenie, że takich ciasteczek w Polsce nie ma, ale moim zdaniem śmiało można użyć ciasteczek owsianych z drobno zmielonej mąki o średnicy około 5-7cm. Przygotowanie jest niezwykle proste: ciasteczko kładziemy na grillu, a na ciasteczku kładziemy kostkę czekolady.

Produkt gotowyOdczekujemy chwilę, aż czekolada będzie miała konsystencję półpłynną, a ciasteczko będzie zrumienione od spodu – nabierze wtedy boskiego lekko orzechowego smaku. W międzyczasie na patyk nadziewamy (tak jak kiełbaskę) marshmallowa i pieczemy nad żarem.  Ma zmięknąć i lekko się przyrumienić – będzie się wtedy lekko ciągnął i lepił do palców. Jak się zapali, to nie szkodzi – należy szybko płomień zdmuchnąć i jeśli konsystencja jest dobra, to marshmallow jest gotowy (niektórzy z ekipy 4B to nawet palą marshmallowy celowo :-)). Ściągamy więc z grilla nasze gorące ciasteczko z roztopioną (ale nie rozlaną) czekoladą i na czekoladzie kładziemy upieczoną piankę, przykrywamy drugim ciasteczkiem (lub przełamujemy, jeśli mamy klasyczne s’morsowe ciasteczka), lekko zaciskamy i obracając delikatnie wyciągamy kijek. Jemy od razu, na gorąco i w dowolnych ilościach ;-). Może kaloryczne, ale jaka pychaaaa!

I jeszcze na koniec rada: najważniejsze  w smorsach jest ciasteczko – ze zwykłych herbatników nie wyjdzie taki sam rarytas. Ciasteczko koniecznie musi być z ciemnej mąki, i musi być zarumienione od gorąca (może odcisnąć się na nim kratka grilla – będzie jeszcze smaczniejsze…). Jak dla mnie smorsy mogłyby być też bez marshmallows – prażone ciasteczko z mleczną czekoladą satysfakcjonuje mnie w zupełności.


Kącik łasucha – (dygresje niekontrolowane) – pogranicze Meksyku i USA

20 września 2009

Green chile wersja testowaKiedy jechaliśmy do Stanów cieszyliśmy się niezmiernie, że oprócz lokalnych specjałów znów zjemy coś meksykańskiego. Kilka razy spróbowaliśmy różnych specjałów: a to enchilady, a to empanady, a to quesadille. Jednak wciąż nie było to to, o co nam chodziło. W wielu przypadkach dania były podawane z dużą ilością topionego żółtego sera, bardzo często był to cheddar – pomarańczowy, pełnotłusty ser amerykański, pyszny prosto z lodówki, jednak na gorąco choć smaczny – to jednak tłusty. Burritos, tortille zawijane z różnymi nadzieniami, były zdecydowanie najlepsze, więc popróbowaliśmy różnych odmian i w Nowym Meksyku i w Utah. I jeszcze na dodatek robiliśmy je też własnoręcznie z kurczakiem i jajkiem sadzonym w środku (Błażej tu robił za mistrza). Właśnie w Nowym Meksyku spróbowaliśmy sosu z zielonych papryczek chile (green chile stew), podawanego właśnie do enchilad, tym razem nadziewanych duszonym bakłażanem i wołowiną. Zasmakowało bardzo, więc tylko kwestią czasu było kiedy spróbujemy tego specjału znów.

Misja św. KsaweregoPędząc po pustyniach południowej Arizony i Kalifornii (pamiętacie 15.10 do Yumy lub jego remake z Rusellem Crowe?), niezmienionych od czasu, gdy rewolwerowcy tacy jak Billy the Kid robili tu, co chcieli, nabraliśmy ochoty na meksykańskie jedzenie, szczególnie po pysznej kolacji z tacos, jaką ugoszczono nas w Phoenix (bardzo dziękujemy!:-)). Meksykańskie klimaty to coś, co nam pasuje bardzo, a w Arizonie jest tego sporo. Bardzo nam zapadła w pamięć wizyta w misji Św. Ksawerego niedaleko Tucson – choć oficjalnie Stany, to jednak to już był Meksyk. Zajechaliśmy na wyprażony słońcem parking w rezerwacie Indian Tohono. Wokół kompletna pustka, ale jakaś muzyczka pogrywa z bliżej nieokreślonego miejsca. Wg przewodnika miały być stragany z pamiątkami, ale jest zupełnie pusto, sklecone z gałązek stragany stoją samotne, po handlujących nie ma śladu, więc jest jeszcze fajniej, a na placyku, w tej kompletnej pustce stoi kościółek, bardzo swojski zresztą, drzwi otwarte, w środku pomalowane ściany, święci w ubrankach, jak to było w Ameryce Łacińskiej, jakiś chłopak o indiańskich rysach przyszedł się pomodlić. Dookoła pustynia, słońce praży bez litości, kaktusy wokół kościelnego murku… Dla mnie bajka…

Ta pustynia ma jeszcze drzewka ale nic poza nimiWracając do tematu (prawie)… Jechaliśmy drogą numer 8 (Highway 8), która w południowo-wschodnim rogu Kalifornii  biegnie wzdłuż granicy z Meksykiem. Po obu stronach mijaliśmy pustkowia i pustynie – piaszczyste, pozbawione jakiejkolwiek roślinności, z olbrzymimi wydmami oraz kamieniste porośnięte kłującymi zaroślami, w których zapewne roi się od grzechotników i małych gryzoni zwanych pustynnymi szczurami. Nawiasem (kolejnym) mówiąc, w filmie “Wieża Babel” jest scena, która mi zapadła głęboko w pamięć, kiedy meksykańska niania zostawia dwoje amerykańskich dzieci pod jakimś krzaczkiem na pustyni i sama idzie szukać pomocy – jeśli ktoś chce wiedzieć jak wyglądają tu pustynie, to tam dość dobrze jest to pokazane. I to tak, że się całkiem zimno ze zgrozy robi… Czulibyśmy się zupełnie jak w westernie, gdyby nie liczne kontrole drogowe. Zatrzymywano samochody, niekiedy sprawdzano nasze paszporty lub pytano o obywatelstwo. Widać, że granica jest tuż tuż, a częste patrole wskazują, że jednak jacyś szaleńcy decydują się na jej nielegalne przekraczanie nawet w tak nieprzyjaznych warunkach jak setki kilometrów kwadratowych piachu i czterdzieści parę stopni Celsjusza w cieniu.

Burrito pastor W każdym razie pędzimy sobie autostradą, pędzimy, aż w końcu zajeżdżamy do miasteczka Holville. I przykuwa naszą uwagę szyld ogłaszający, że pod zadanym adresem podawane są dania meksykańskie. W sumie dziwić się nie należy, bo angielskiego to tu już prawie nie widać. Wchodzę. Miejsce jakoś średnio zachęcające, bo wygląda na zwykły fast food, trochę śmierdzi smażonym olejem, wystrój nieco zużyty i mocno barowy, menu lekko odrapane. Ale nic to. Nie takie rzeczy już widzieliśmy. Przede mną dystrybutor z horchatą i jamaicą, od razu kojarzonych z Meksykiem. Tablica ogłoszeń po hiszpańsku, klienci przy stolikach nawijają po hiszpańsku, już z tego wszystkiego mój mózg lekko zwariował i angielskiego zapomniałam przy zamawianiu, bo mi się włączyło, że po hiszpańsku trzeba.  Nic to po raz drugi. Zamawiam burritos pastor i, wyczekane tak bardzo burritos chile verde (czyli zielone chili), chwilę czekam dość sceptycznie obserwując wysiłki pani, która niespiesznie przygotowuje mi nasz posiłek. Biorę na wynos, bo droga jeszcze przed nami daleka. Chwytam woreczek z zawiniętymi folię burritos, proszę o dodatkową salsę i już mnie nie ma.

Burrito chile verdeZanim jednak o doznaniach niemalże metafizycznych, kilka słów wstępu dla tych, którzy tortilli jeszcze nie jedli. Nie przypomina ona zupełnie naszych naleśników.  Kukurydziana lub pszenna (pełnoziarnista lub biała) jest podstawowym artykułem spożywczym w Ameryce Łacińskiej często zastępującym chleb. Najmniejsze tortille jakie jedliśmy miały 10 cm średnicy, największe – 30-35cm. Tortille wyrabiane ręcznie z ciasta o konsystencji podobnej do ciasta kruchego, ale pozbawionego tłuszczu opiekane są na rozgrzanej metalowej blasze. Można je kupić na każdym targu Ameryki Łacińskiej i w wielu sklepach w Stanach, ale najlepsze są te wyrabiane ręcznie i opiekane tuż przed posiłkiem. W smaku są lekko twardawe, białawe w środku i dość neutralne w smaku, przez co stanowią znakomite tło różnych pikantnych pyszności. Tak było i tym razem. W samochodzie po pierwszym kęsie przeżywamy prawdziwe objawienie. Owinięte dość niestarannie burritos pastor wypełnione są wieprzowiną ze sporą ilością przypraw (dominuje czerwone chili) upieczoną na specjalnym quasi-rożnie, tak jak kebab. Mięso przygotowane tak jak do tacos al pastor, ale ostrzejsze, bardziej aromatyczne i bez ananasa. Pikantne, wilgotne w środku w pszennej pełnoziarnistej chyba tortilli smakuje jak niebo w gębie. Moje burrito oprócz mięsa ma sos z zielonych papryczek – konsystencja podobna do duszonych warzyw (cukini, papryki), ale kolor zielony, całość bardzo soczysta, sos przyjemnie piecze w usta, wyraźnie czuję smak zielonej kolendry, który tak bardzo lubię w kuchni meksykańskiej. Porcja spora, w zupełności wystarczająca na lunch. Co za radość dla podniebienia!


Kącik łasucha – Navajoland

3 września 2009

Na południu Stanów Zjednoczonych widać wyraźnie wpływy meksykańskie -  w nazwach (Mesa Verde, San Diego, Los Angeles etc.), w sztuce (Nawahowie, o których pisałam wcześniej, uczyli się wyrobu biżuterii właśnie od Meksykanów – piękne srebrne ozdoby z turkusami zaczęły powstawać dopiero pod koniec XIXw.) i w kuchni. Zanim zachwycimy się jednak zielonym i czerwonym chile (Meksykanie nie nazywają chili “chili”, lecz właśnie “chile”),  burritos etc. – mała przystawka. Dziś o potrawie indiańsko – meksykańskiej czyli o Navajo Taco. Nawahowie to bardzo ciekawy szczep – ich języka używano do szyfrowania wiadomości w czasie II wojny światowej, a Japończykom nigdy nie udało się go złamać. Wielu z nich zostało później odznaczonych za zasługi wojenne. Stanowią największą mniejszość indiańską w Stanach Zjednoczonych. Przejeżdżaliśmy przez gigantyczny rezerwat Nawahów, który obejmuje część Nowego Meksyku, Utah i Arizony.

Meksykańskie taco al pastorW budkach w Santa Fe, przy drodze i na indiańskim rodeo królem przekąsek jest tradycyjny smażony chleb nawaski, podawany bardzo często bez żadnych dodatków, na gorąco, z chrupiącą skórką, na brzegach mocniej wypieczony, z dużymi pęcherzykami powietrza, w środku bardziej płaski. Pamiętacie być może, jak pisałam o tacos, których podstawą jest w Meksyku niewielka kukurydziana tortilla, na którą nakłada się pomidory, wieprzowinę, i różnego typu sosy takie jak np. guacamole (zdjęcie obok). Navajo taco wygląda nieco inaczej. To gigantyczne taco złożone z tradycyjnego smażonego chleba Nawahów ze sporą ilością dodatków. Zamówiłam sobie ten smakołyk po raz drugi w tej samej knajpce, w której jadłam go dwa lata temu, i którą udało nam się odnaleźć i tym razem.

Navajo Taco Wiedziałam, czego mogę się spodziewać, ale i tak porcja była olbrzymia. Spory (o średnicy około 25cm) placek z ciasta drożdżowego usmażony został w głębokim tłuszczu. Na gorącym, chrupiącym spodzie umieszczono sporą  ilość dodatków. Bazę stanowi mięciutka biała fasolka w pikantnym sosie z wyraźnie meksykańską nutą. Na niej, już nieco bardziej w tonie tacos, cieszyły oko świeżo pokrojone w drobną kostkę pomidory, (ale bez kolendry), następnie spore ilości białej cebuli, delikatnej sałaty i czarnych oliwek (tak, tak, nie pytajcie mnie skąd oliwki w daniu Nawahów 😉 – zrobiło się fusion na całego). Na wierzchu całość posypana startym serem. Ukoronowaniem tego dania były sosy – po pierwsze salsa (czyli po hiszpańsku właśnie sos) z pomidorów, papryki, papryczek jalapenos i cebuli. Jak dla mnie to taka salsa mogłaby stanowić danie samo w sobie. Jeśli to tylko możliwe, to chętnie będę zajadać w ilościach nieograniczonych… Znakomitym uzupełnieniem ostrej salsy była bardzo gęsta, zimna, kwaśna śmietana. Gorący chrupiący placek, zimna śmietana, ostra salsa i do tego mnóstwo warzyw. Nie trzeba więcej.

Kanapeczka pasterza W wersji dziecięcej chlebek smażony Nawahów został użyty do “kanapki pasterza” przyrządzonej na ciepło, przytrzymanej wykałaczką i przełożonej pięknym plastrem pachnącej ogniskiem, pieczonej (?) wieprzowiny. Pyszności. Do tego jeszcze porcja grubo krojonych frytek. Za frytkami to nie przepadam, ale z dwojga złego grubo krojone są zdecydowanie lepsze. Kanapeczka zaś była pyszna. Bernaś ledwo dał radę, ale łagodny sos (zbliżony do sosu tysiąca wysp ;-)) motywował go bardzo skutecznie.


Kącik łasucha – Luizjana

21 sierpnia 2009

Wszystko się zaczęło jeszcze na Florydzie, kiedy kupiliśmy pierwsze masło orzechowe. Konkretnie mówiąc wersję podstawową masła orzechowego – orzechy ziemne z dodatkiem oleju roślinnego. Kupujemy je jako zdrowszy i łatwiejszy do przechowywania zamiennik tradycyjnego masła także w Polsce, a w podróży sprawdza się szczególnie dobrze. Dowód: zawartość słoiczka znikła szybko, a co poniektórzy skrobali go tak, że prawie dziura została ;-). Drugi słoiczek kupiliśmy w poleconej przez Gabi sieci supermarketów z żywnością organiczną Whole Foods Market. Jak żywność organiczna, to żywność organiczna – masło nie zawierało dodatku oleju. Same orzeszki i sól – kremowe z  chrupiącymi kawałkami orzechów (odmiana “crunchy”, czyli chrupiąca; wersja “smooth” jest kremowa i gładka) stanowi solidną porcję białka (i, niestety, kalorii). Tak pyszną, że powiedziałam sobie: “Masło orzechowe z dodatkiem oleju? Nigdy więcej! Tylko orzeszki i sól!”

Gotowane orzeszki ziemne - specjalność południaTak więc jeszcze zanim wjechaliśmy na dobre na wybrzeże Zatoki Meksykańskiej, rozgrzewkę mieliśmy za sobą i nastawieni byliśmy bardzo orzechowo. Nic więc dziwnego, że kiedy trafiliśmy na niedzielny targ w Tallahassee i zobaczyliśmy wielki napis “Green Boiled Peanuts” (“gotowane zielone orzeszki ziemne”) nie wahaliśmy się długo i kupiliśmy wielki kubek w celu degustacji orzechowych specjałów spodziewając się wariacji boskiego masła orzechowego. A tu niespodzianka! Łupinki były dość  miękkie, w środku orzeszki wyglądały bardzo klasycznie tyle, że były mokre, bo właśnie wyciągnięto je z wielkiego gara pełnego brązowawej słonej wody. Za to smak…  hmm… smakowały jak gotowana fasolka. Pyszna, biała, delikatna i lekko twarda fasolka o cieniutkiej skórce. Z lekko orzechową nutą ujawniającą się pod koniec degustacji. Słona woda sprawiała, że całość rozpływała się w ustach. Gdy w Luizjanie zobaczyliśmy wersję cajun, to nie trzeba nas było długo namawiać. Kupiliśmy cały worek i kolektywnie pochłonęliśmy orzeszki w mgnieniu oka pokrzykując “Ale ostre! Uh! Uh! Ale smaczne! Ho, ho!” Wersja cajun była jeszcze lepsza od wersji podstawowej – mocno pikantna z nutkami imbiru i ostrej papryki, ale tak samo delikatna i – co dziwne – zupełnie nie tłusta. Być może olej pojawia się dopiero w fazie dojrzewania orzechów?

New Orlean's beignets W Nowym Orleanie, idąc za radą Gabi, pomaszerowałam karnie do Cafe de Monde, aby spróbować słynnych beignetsów z kawą. Beignetsy podawane są tu w sporej ilości – trzy sztuki na porcję. Czworokątne, podobne odrobinę do tradycyjnych pączków, posypane są obficie cukrem pudrem i ułożone na niewielkim talerzyku. Nie wiem, czy ktoś z Was jadł kiedyś chleb tak świeży, że miękki miąższ parzył w palce i parował? Miąższ jest wtedy bardzo wilgotny, miękki i obłędnie pachnie. Takie właśnie jest wnętrze beignetsów. Dodać należy, że ciasto jest świeżutkie i ma sporo dziur środku – ktoś najwyraźniej pozwolił drożdżom wykonać ich zadanie. Zaskoczyło mnie to, że  same w sobie nie są słodkie – ciasto ma delikatny smak, i jest bielsze niż w naszych pączkach, miłym uzupełnieniem jest chrupiąca i słodka od cukru pudru skórka. Na śniadanie dla prawdziwych łasuchów w sam raz ;-).

Gumbo Jak szaleć to szaleć – następne na liście było gumbo – lokalny specjał przygotowywany z owoców morza, ryżu i mięsa.  Sposobów przygotowania gumbo jest chyba sporo, bo co fotografia, to inny – przepisów i wariacji widziałam chyba ze dwadzieścia – niestety próbowałam tylko jednej. Gumbo mogą być przyrządzane z krewetkami, małżami, wieprzowiną, kaczką, kurczakiem, ostrygami, etc.. Mogą mieć pomidory, albo nie. Mogą być w postaci gulaszu lub zupy. Jednak istnieje parę punktów wspólnych, które wszystkie gumbo powinny spełniać, choć trudno się w tym zamieszaniu połapać.  Po pierwsze, wygląda na to, że gumbo powinno mieć jako składnik ryż. Co nie zawęża grupy potraw w sposób znaczący, trzeba przyznać. Po drugie, gumbo jest gęste – do zagęszczenia używa się albo okry (niewielkich zielonych warzywek wyglądających jak małe, zielone, podłużne papryczki), albo zasmażki albo file, czyli zmielonych liści sassafras, drzew z rodziny wawrzynowatych. Wszystko wskazuje także na to, że gumbo powinno mieć lekko korzenny aromat, który uzyskuje się przez dodatek wędzonej szynki (tasso ham), kiełbasy (andouille) lub, w wersjach mocno uproszczonych, sosu Worcestershire. W moim gumbo pływały małże, krewetki i kawałki bliżej niezidentyfikowanego mięsa – być może była to właśnie wędzona szynka. Całość miała przyjemnie jałowcowy zapach i smak, była gęsta i pożywna. Znakomitym, chociaż chyba niezbyt klasycznym dodatkiem była gałka chłodnej, klasycznej i łagodnej sałatki ziemniaczanej  – zestawienie palce lizać.

Tabasco World Na koniec coś na deser. Luizjana szczyci się tym, że to właśnie tu, na Avery Island produkowany jest sos Tabasco. Mieliśmy okazję odwiedzić fabrykę i sklep i dokonać olbrzymiej ilości degustacji zakończonych zakupami. Próbowaliśmy sosów tabasco w kilku odmianach (najbardziej smakowała nam odmiana chipotle, ciemnobrązowa pachnąca ogniskiem odmiana sosu z ostrych papryczek), tabascowych pikli (lekko słodkie ogóreczki), potrawek mięsnych, tabascowej Coli i dżemów o smaku tabasco (tak!, tak!). I wiecie co? Okazuje się, że można z powodzeniem połączyć ogień z wodą, pikantne ze słodkim. Na deser możemy polecić znakomite lody z tabasco o smaku papryczek habanero. Pochłonęliśmy po dwie porcje. Zimne i słodkie, a palą :-).


Kącik łasucha – Lima

8 sierpnia 2009

Pisco sourTak wypadło, że na naszą rocznicę ślubu byliśmy w Limie, postanowiliśmy więc uczcić ją czymś bardziej wykwintnym niż jugo de rana ;-). Udaliśmy się więc do poleconej nam restauracji Pescados Capitales zamierzając zamówić ceviche i tradycyjne peruwiańskie desery. Restauracja nazwą nawiązuje do grzechów głównych, które przewijają się  w nazwach potraw i wystroju wnętrza. Knajpka jest popularna wśród Peruwiańczyków – w porze lunchu wszystkie stoliki były zajęte, ale uprzedzeni mieliśmy już zarezerwowany stolik.

Zaczęliśmy od soków owocowych i pisco sour – klasycznego koktajlu na bazie pisco brandy i soku z limonek ze smakowitą pianką z białek efektownie wykończoną kroplą goryczy. Na przystawkę zamówiliśmy grilowane kalmarki (baby squids) z cukinią – bardzo trafny wybór, ułożone w kształcie gwiazdy były niewielkie, sprężyste i lekko twarde – mocno przyprawione marynatą z oliwy z oliwek z ziołami, pieprzem i czosnkiem – pachniały i smakowały nieziemsko, więc zniknęły z talerza bardzo szybko. Naszym daniem głównym miało być ceviche w dwóch wersjach – wersji klasycznej i wersji a la Gandhi z hinduskimi akcentami – dzieci zamówiły potrawy bardziej typowe – Bernaś fettuchine z sosem maślanym, a Isia grilowane szaszłyki z owoców morza.

Ceviche Gandhi Wyznam jednak szczerze, że po pierwszym kęsie mojego ceviche Gandhi wpadłam w taką nirvanę, że spróbowałam jedynie kąsek Błażejowego ceviche mixto, a reszty poniechałam zupełnie koncentrując się wyłącznie na swoim daniu. Musicie mi wybaczyć, że dzisiejszy kącik będzie nieco bardziej wybiórczy. 🙂 Ceviche Gandhi to najlepsze ceviche, jakie dotychczas jadłam. Po pierwsze, ryba (chita) i langostinos (megakrewetki) i kalmary były mięciutke, rozpływały się niemal w ustach. Po drugie, finezja połączenia smaków wprowadziła mnie w stan absolutnej ekscytacji. Głównym składnikiem marynaty było mango z dodatkiem brzoskwiń i prawdopodobnie odrobiną soku pomarańczowego. Odrobina kolendry i curry sprawiały, że sos, chociaż słodkoowocowy, był jednocześnie cudownie pikantny, a delikatne w smaku ziarna białej kukurydzy i słodka marchewka peruwiańska (może to były słodkie ziemniaki) podkreślały wrażenia smakowe.

Suspiro limeno Na deser zamówiłam suspiro limeño – klasyczny polecany deser mieszkańców Limy, w wersji trochę mniej klasycznej, a mianowicie z dodatkiem lúcumy – peruwiańskiego owocu egzotycznego o dużej zawartości skrobi, lekko orzechowym smaku oraz pięknych, błyszczących pestkach podobnych do naszych kasztanów. W wersji klasycznej suspiro limeño to rodzaj kremu karmelowego podawanego z pianą z białek. Kiedy czytałam o tym deserze wcześniej byłam pewna, że na wierzchu będą zapieczone bezy – tymczasem, piana z białek była idealnie sztywna, lekko ciepła (nie wiem, czy było to celowe) ale surowa. Przyznać muszę, że za karmelem przepadam, jednak niewątpliwie jest to smakołyk niezwykle słodki. Dodatek lúcumy nadał mu orzechowego aromatu i wysubtelnił smak.

Fantastyczna kuchnia, fantastyczne, zaskakujące wrażenia smakowe. Polecamy z całego serca.


Kącik łasucha – Arequipa

4 sierpnia 2009

Jugo de rana Miało być o rocoto relleno, ale będzie o czymś zupełnie innym, co skłania trochę ku refleksji, czy ten akurat kącik łasucha nie powinien nazywać się trochę inaczej np. kącik kulinarnych szaleńców. 🙂 No, ale do rzeczy. Jakoś tak już pierwszego dnia będąc na targu w Arequipie (barwnym, gwarnym  i, co rzadkie, przestronnym i dość czystym) rzucił mi się oczy napis jugo de rana. Niestety to słówko wcześniej nie utkwiło mi w pamięci, a nazwa skojarzyła mi się ze sprzedawanym w Ekwadorze jugo de cana, czyli z sokiem z trzciny cukrowej – napojem popularnym, słodkim i niezbyt atrakcyjnym w porównaniu z boskimi sokami owocowymi sprzedawanymi na każdym rogu i w Peru i w Ekwadorze. Zignorowałam więc owo ogłoszenie smakując z lubością sok z guanabany z mlekiem (z dodatkiem soku z pomarańczy i mandarynek) – bananowogruszkowe cudo z nutką cytrusową. Siedząc jednak z Bernasińskim w Arequipie w pokoiku z Internetem i czytając rozmaite informacje na temat Peru natrafiłam na magiczny jugo de rana ponownie. I już wiedziałam, że niekoniecznie dla przyjemności, ale dla ciekawości i frajdy eksperymentowania spróbować by wypadało. Specyfik, jaki miałam testować należy do lokalnych i popularnych tu wynalazków medycyny, nie wiem, czy tradycyjnej, ludowej czy kreatywnej, ale podobno pomaga na pamięć, astmę, anemię i potencję :-). Zawiera dużo składników odżywczych: macę, algarrobinę (syrop z rośliny peruwiańskiej bogatej w białko), pyłek pszczeli, miód i jajko przepiórcze, a na życzenie może być przyrządzana wersja bardziej lub mniej skondensowana. Jest jeden problem. Decydując się na skosztowanie tego specyfiku, na własne oczy widzi się bezpośredni związek między swoimi decyzjami a uśmiercaniem istot żywych (polecamy nieprzekonanym do wegetarianizmu).

Nie ma co ukrywać tego dłużej. Jugo de rana to w tłumaczeniu bezpośrednim sok z żaby… Brzmi okropnie i okropne budzi skojarzenia, ale, żeby uprzedzić spekulacje, nie jest on uzyskiwany za pomocą wyciskania wierzgających żabek przez maszynkę do cytrusów. Choć w sumie proces i tak jest dość drastyczny. Mianowicie wyciągniętą ze stojącego na stoisku akwarium żywą żabkę pozbawia się (szybko) życia uderzając jej łebkiem kilka razy o kant stołu. Auuu! Z uśmierconej żabki zręcznym ruchem ściąga się skórkę – równie sprawnie i szybko jak skarpetkę z nogi – i resztę wrzuca się na kilka minut do wrzątku celem usunięcia wszystkich “nieczystości” (błagam, nie spekulujmy, na ile jest to skuteczne). Im bardziej skoncentrowana wersja soczku, tym więcej żabek idzie pod nóż. Standardowo dwie, a w wersji ekstra mocnej – nawet pięć. Następnie wrzuca się podgotowaną żabkę lub żabki w całości do blendera, w którym czekają już pozostałe składniki: miód, sporo sproszkowanej macy, algarrobina, pyłek pszczeli i jajo przepiórcze all inclusive czyli razem ze skorupką. Całość miksuje się przez chwilę i gotowe. Należy podkreślić, że miksuje się żabki w całości. Razem z kośćmi, głową, nóżkami i co tam jeszcze dana żabka ma. Za wyjątkiem skóry.

Żabki przed rzezią W czasie, gdy nasza pani pastwiła sie nad żabkami, ucinałam sobie pogawędkę z  panem, który przyszedł z plastikową półlitrową buteleczką w celu napełnienia jej soczkiem dwużabkowym. Zachwalał soczek pod niebiosa zarówno za jego walory smakowe jak i zdrowotne. Kiedy żabki zostały już ostatecznie zhomogenizowane i napój był gotowy czekała mnie trudna próba. Mając o pół metra od siebie wlepione w siebie z wyczekiwaniem oczy wielbiciela jugo de rana, musiałam dobrze zapanować nad mimiką twarzy, ostrożnie próbując tego smakołyku. Na szczęście nie było tak źle, jak się tego spodziewałam. Koktajl smakował jak kakao na wodzie, był ciepły, słodki i lekkocynamonowy, wyczuwało się tylko drobinki niezmielonych żabich kostek. Tylko przy dnie smakował nieco jeziorkiem ;-). Isia też spróbowała, ale siła wyrazu oczek przedstawicielek siedzących jeszcze w akwarium okazała się zbyt wielka i werdykt był negatywny – soczek niedobry!

Po południu, zachęceni stopniem ekstremalności doznań (a pod pretekstem zrobienia filmiku i zdjęć), na dwużabkowy soczek wybrali się Błażej z Bernasiem. Soczek im raczej smakował, chociaż po niektórych twarzach w trakcie snucia opowieści wciąż błąkał się wyraz lekkiego obrzydzenia. Podobno głównie z powodu konsystencji i niedomielonych kostek. Ciekawe, co by było, jakby wzięli soczek pięciożabkowy? 😉

Jedno jest pewne. Jugo de rana na pewno działa na pamięć. Nikt mi już nigdy nie będzie musiał przypominać, co znaczy rana po hiszpańsku. Efekt murowany. I jak tu nie wierzyć medycynie ludowej?