Kącik łasucha – Luizjana

Wszystko się zaczęło jeszcze na Florydzie, kiedy kupiliśmy pierwsze masło orzechowe. Konkretnie mówiąc wersję podstawową masła orzechowego – orzechy ziemne z dodatkiem oleju roślinnego. Kupujemy je jako zdrowszy i łatwiejszy do przechowywania zamiennik tradycyjnego masła także w Polsce, a w podróży sprawdza się szczególnie dobrze. Dowód: zawartość słoiczka znikła szybko, a co poniektórzy skrobali go tak, że prawie dziura została ;-). Drugi słoiczek kupiliśmy w poleconej przez Gabi sieci supermarketów z żywnością organiczną Whole Foods Market. Jak żywność organiczna, to żywność organiczna – masło nie zawierało dodatku oleju. Same orzeszki i sól – kremowe z  chrupiącymi kawałkami orzechów (odmiana “crunchy”, czyli chrupiąca; wersja “smooth” jest kremowa i gładka) stanowi solidną porcję białka (i, niestety, kalorii). Tak pyszną, że powiedziałam sobie: “Masło orzechowe z dodatkiem oleju? Nigdy więcej! Tylko orzeszki i sól!”

Gotowane orzeszki ziemne - specjalność południaTak więc jeszcze zanim wjechaliśmy na dobre na wybrzeże Zatoki Meksykańskiej, rozgrzewkę mieliśmy za sobą i nastawieni byliśmy bardzo orzechowo. Nic więc dziwnego, że kiedy trafiliśmy na niedzielny targ w Tallahassee i zobaczyliśmy wielki napis “Green Boiled Peanuts” (“gotowane zielone orzeszki ziemne”) nie wahaliśmy się długo i kupiliśmy wielki kubek w celu degustacji orzechowych specjałów spodziewając się wariacji boskiego masła orzechowego. A tu niespodzianka! Łupinki były dość  miękkie, w środku orzeszki wyglądały bardzo klasycznie tyle, że były mokre, bo właśnie wyciągnięto je z wielkiego gara pełnego brązowawej słonej wody. Za to smak…  hmm… smakowały jak gotowana fasolka. Pyszna, biała, delikatna i lekko twarda fasolka o cieniutkiej skórce. Z lekko orzechową nutą ujawniającą się pod koniec degustacji. Słona woda sprawiała, że całość rozpływała się w ustach. Gdy w Luizjanie zobaczyliśmy wersję cajun, to nie trzeba nas było długo namawiać. Kupiliśmy cały worek i kolektywnie pochłonęliśmy orzeszki w mgnieniu oka pokrzykując “Ale ostre! Uh! Uh! Ale smaczne! Ho, ho!” Wersja cajun była jeszcze lepsza od wersji podstawowej – mocno pikantna z nutkami imbiru i ostrej papryki, ale tak samo delikatna i – co dziwne – zupełnie nie tłusta. Być może olej pojawia się dopiero w fazie dojrzewania orzechów?

New Orlean's beignets W Nowym Orleanie, idąc za radą Gabi, pomaszerowałam karnie do Cafe de Monde, aby spróbować słynnych beignetsów z kawą. Beignetsy podawane są tu w sporej ilości – trzy sztuki na porcję. Czworokątne, podobne odrobinę do tradycyjnych pączków, posypane są obficie cukrem pudrem i ułożone na niewielkim talerzyku. Nie wiem, czy ktoś z Was jadł kiedyś chleb tak świeży, że miękki miąższ parzył w palce i parował? Miąższ jest wtedy bardzo wilgotny, miękki i obłędnie pachnie. Takie właśnie jest wnętrze beignetsów. Dodać należy, że ciasto jest świeżutkie i ma sporo dziur środku – ktoś najwyraźniej pozwolił drożdżom wykonać ich zadanie. Zaskoczyło mnie to, że  same w sobie nie są słodkie – ciasto ma delikatny smak, i jest bielsze niż w naszych pączkach, miłym uzupełnieniem jest chrupiąca i słodka od cukru pudru skórka. Na śniadanie dla prawdziwych łasuchów w sam raz ;-).

Gumbo Jak szaleć to szaleć – następne na liście było gumbo – lokalny specjał przygotowywany z owoców morza, ryżu i mięsa.  Sposobów przygotowania gumbo jest chyba sporo, bo co fotografia, to inny – przepisów i wariacji widziałam chyba ze dwadzieścia – niestety próbowałam tylko jednej. Gumbo mogą być przyrządzane z krewetkami, małżami, wieprzowiną, kaczką, kurczakiem, ostrygami, etc.. Mogą mieć pomidory, albo nie. Mogą być w postaci gulaszu lub zupy. Jednak istnieje parę punktów wspólnych, które wszystkie gumbo powinny spełniać, choć trudno się w tym zamieszaniu połapać.  Po pierwsze, wygląda na to, że gumbo powinno mieć jako składnik ryż. Co nie zawęża grupy potraw w sposób znaczący, trzeba przyznać. Po drugie, gumbo jest gęste – do zagęszczenia używa się albo okry (niewielkich zielonych warzywek wyglądających jak małe, zielone, podłużne papryczki), albo zasmażki albo file, czyli zmielonych liści sassafras, drzew z rodziny wawrzynowatych. Wszystko wskazuje także na to, że gumbo powinno mieć lekko korzenny aromat, który uzyskuje się przez dodatek wędzonej szynki (tasso ham), kiełbasy (andouille) lub, w wersjach mocno uproszczonych, sosu Worcestershire. W moim gumbo pływały małże, krewetki i kawałki bliżej niezidentyfikowanego mięsa – być może była to właśnie wędzona szynka. Całość miała przyjemnie jałowcowy zapach i smak, była gęsta i pożywna. Znakomitym, chociaż chyba niezbyt klasycznym dodatkiem była gałka chłodnej, klasycznej i łagodnej sałatki ziemniaczanej  – zestawienie palce lizać.

Tabasco World Na koniec coś na deser. Luizjana szczyci się tym, że to właśnie tu, na Avery Island produkowany jest sos Tabasco. Mieliśmy okazję odwiedzić fabrykę i sklep i dokonać olbrzymiej ilości degustacji zakończonych zakupami. Próbowaliśmy sosów tabasco w kilku odmianach (najbardziej smakowała nam odmiana chipotle, ciemnobrązowa pachnąca ogniskiem odmiana sosu z ostrych papryczek), tabascowych pikli (lekko słodkie ogóreczki), potrawek mięsnych, tabascowej Coli i dżemów o smaku tabasco (tak!, tak!). I wiecie co? Okazuje się, że można z powodzeniem połączyć ogień z wodą, pikantne ze słodkim. Na deser możemy polecić znakomite lody z tabasco o smaku papryczek habanero. Pochłonęliśmy po dwie porcje. Zimne i słodkie, a palą :-).

7 Responses to Kącik łasucha – Luizjana

  1. rysioM. pisze:

    Sygestywny opis wypedzil mnie od lektury do (niestety, bo 105kg 😉 do lodowki – ale tam nie znalazlem nic rownie dobrego … ach, przydalyby sie strony z transmisja smakową 😉

  2. aga pisze:

    a ja chociaż złapałam ukraińskie cukierki dla zatrzymania języka, bo ucieka.

  3. MartaW pisze:

    masło orzechowe…. hmmmmm, dla niego mogłabym się zmienić w kubusia puchatka, który potrafi śnić o pełnym brzuszku 🙂 pozdrowienia dla Całej rodzinki od cięzarówki

  4. gabi pisze:

    Santa Fe i Taos…mam nadzieje, ze zaplanowaliscie tutaj troche czasu. Wszystko co indianskie, Opera, Miedzynarodowe Muzeum Sztuki Ludowej, Canyon Rd, Georgia O’Keeffe
    Muzeum(!!!!), Southwestern cuisine (breakfast!), The Ornament (jubiler w Santa Fe) blisko Rynku, kiedys kino.Beatko moze namowisz Blazeja na cos blyszczacego…Galerie.
    Taos:galerie,zabudowy indianskie, Rio Grande (kto pamieta Rickiego Nelsona i Deana Martino w Rio Bravo???). Potem na polnoc, Colorado: skret w lewo {:-)} i Telluride, wysokosc 13,000.00 stop +. Zazdroszcze, ale ciagle tez podziwiam. XOxo Gabi

    • Beata Kotełko pisze:

      Na pewno sporą część z tego zobaczymy, ale z tego co widać, to do Santa Fe najlepiej przyjechać na tydzień albo więcej.

  5. Aldek pisze:

    Potrafisz wywołać soki trawienne.
    Pozdrawiam gromadkę łasuchów.

  6. Jola-mama pisze:

    Gabi , zlituj się , my wszyscy fani 4B solidarnie wstrzymujemy ślintok po tym opisie , a Ty kochana, muzea, parki narodowe i jubiler.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: