Honduras – ruiny i ulewy

25 Maj 2009

Po długiej podróży busikiem z Panajachel do Copán pożegnaliśmy wreszcie Gwatemalę. Honduras przywitał nas na granicy wieczorną atmosferą rozleniwienia oraz sympatycznym, grubym cinkciarzem, który po charakterystycznym “Change money?” wyjął zza pazuchy największy plik banknotów, jaki widziałem. Plik był spięty gumka, nieźle pomięty i zawierał chyba wszystkie okoliczne waluty – wyglądało to tak, jakby były pomieszane, ale lokalny biznesmen radził sobie z nim bardzo dobrze. Sprawnie podał kurs, sprawnie odebrał banknoty, które wymieniałem, dołożył do kupki i wydał co trzeba. Wszystko niemal jedną ręką i z uśmiechem na ustach. Trochę był zawiedzony, że tak mało dolarów wymieniam (głównie pozbywałem się gwatemalskich quetzali a, w naszej podróży posługujemy się jednak bankomatami), ale uśmiech nie znikał mu z okrągłej twarzy. Wymieniał wszystko po zadziwiająco korzystnym kursie, bo tu najwyraźniej wszędzie równo 1 dolar to 20 Lempir. Można nim też płacić w takim przeliczniku. Przypomniało nam się Belize, gdzie kurs dolara belizyjskiego był ustalony rządowo z góry (1 USD = 2 BZD). Nie ma więc miejsca na specjalne kombinacje – z korzyścią dla turystów. Do miasteczka Copán Ruinas, jakieś 10 km za granicą, dotarliśmy dopiero po 21 – całe szczęście, że zawczasu zrobiliśmy sobie rezerwację w sympatycznym rodzinnym hoteliku Don Moises Hotel (nawiasem mówiąc nie było go w Lonely Planet, a jak ostatnio się przekonujemy niektóre miejsca, jak już znajdą się w przewodniku, to przestają się starać).

Copan Następny dzień spędziliśmy w ruinach kolejnego miasta Majów – Copán. Największy zabytek Hondurasu, dobrze przygotowany dla turystów, bardzo fajnie pokazany (świetne muzeum zaraz obok ruin) i dostępny praktycznie na piechotę z miasteczka – powstałego jakby głównie dla turystów chcących obejrzeć ruiny. W dziecięcym muzeum można było nawet zrobić sobie zdjęcie jako król Majów 18 Królików (plansza z dziurą na głowę) – dzieci oczywiście skorzystały. Porównując Copán do Tikal trzeba przyznać, że piramid praktycznie nie nie ma, za  to są wspaniałe tablice z hieroglifami oraz rzeźby, a raczej płaskorzeźby pokryte inskrypcjami, imponujące place, budowle i grobowce oraz jedno dobrze zachowane boisko do piłki nożnej. Zapraszamy wkrótce do galerii na zdjęcia.

No dobra, boisko było ale nie do końca do znanej nam piłki nożnej, a do bardzo popularnej wśród kultur Ameryki Środkowej gry w pelotę. Pelota, to po hiszpańsku piłka, więc co by nie pisać – jest to gra w piłkę. Tylko może nie do końca nożną, a raczej “biodrową”. Gracze odbijali kauczukową piłkę wielkości sporego grejpfruta wyłącznie za pomocą bioder, barków i ramion. Nogi i ręce były zabronione. Celem gry było trafienie do jednej z dwu pionowo ustawionych, kamiennych obręczy. Boisko miało zawsze kształt dwu połączonych liter T z “domami” obu drużyn po dwu stronach. W Copán znajduje się właśnie jedno z większych i najlepiej zachowanych. Podobne boiska widzieliśmy odtworzone w muzeum antropologicznym w Mexico City. Tam też nagrałem poniższy filmik (wyświetlany na monitorach w muzeum) obrazujący sposób gry. Myślę, że on wiele wyjaśni, bo gra nie należała do łatwych, a przy większych rozgrywkach gracze przegranej, czy też wygranej drużyny mogli dostąpić zaszczytu bycia złożonymi w ofierze bogom. 🙂

Wieczór zaskoczył nas olbrzymią burzą i ulewą, która spowodowała trwającą aż do naszego wyjazdu nazajutrz awarię prądu w połowie miasta. Na szczęście udało się poprzedniego dnia wystawić zaległe relacje z Panajachel, bo przy świeczkach i latarkach owszem można siedzieć, ale komputery jakoś nie chcą działać. Burza była naprawdę spora – istne oberwanie chmury trwające ze 3 godziny. Deszcz walił strasznie, ulicami płynęły rzeki wody i błota (znajomi Francuzi uratowali nawet z niej malutkiego kotka zalewanego przez strumienie na ulicach, nazwali go “Mały szczurek” i mają go zamiar zabrać do Francji), a nasz hotel wyglądał tak, jakby dach miał zamiar nieco tej wody popuścić. Nam oczywiście przypominało się słuchając walącej w okna ulewy, co czytaliśmy w przewodniku o huraganie Mitch, który spustoszył Honduras kilka lat temu – głównie za sprawą właśnie deszczu i osuwających się na wioski lawin błotnych.

Nazajutrz (na szczęście dzień już był suchy) dzień wsiedliśmy znów w autobusy i tym razem posługując się zwykłą publiczną komunikacją chickenbusowo-autobusową (działającą w Hondurasie bardzo dobrze i jak na razie bez zbyt namolnych naganiaczy) dotarliśmy do Teli nad Morzem Karaibskim, następnego dnia na Utilę (jedną z Wysp Zatokowych – popularnego honduraskiego miejsca dla nurków i miłośników kąpieli wodnych i słonecznych), gdzie w atmosferze nieco sielankowej mamy zamiar posiedzieć kilka dni. Ale o tym już w następnym odcinku…


Święty z cygarem

21 Maj 2009

Lago de Atitlan Jezioro Atitlan w Gwatemali znane jest ze swojej urody  z racji położenia (ok. 1500m n.p.m.), trzech otaczających je wulkanów i ciekawych otaczających je wiosek. Do jednej z nich wybraliśmy się, aby ujrzeć na własne oczy czczonego przez Majów Maximona. Dziw to nad dziwy, gdyż jest to drewniana rzeźba postaci męskiej zaciskającej w ustach grubaśne cygaro. Podobno uosabia on Judasza Iskariotę skrzyżowanego z Pedro de Alvaradem – hiszpańskim konkwistadorem oraz bogami Majów. Zgaduję, że to cygaro pochodzi od Pedro, bo Judasz raczej chyba cygara nie próbował, a bogów Majów nawet się boję o to posądzać. Co więcej, postać ta jest obnoszona w procesji w Wielkim Tygodniu i na ten okres wędruje do specjalnego niebieskiego domku jakieś 30m od kościoła. Poza ostatnim tygodniem Wielkiego Postu Maximon pomieszkuje u różnych osób z miasteczka, u każdego z wybrańców pozostając przez rok. Jako że miejsce pobytu się zmienia nie jest łatwo go znaleźć bez przewodnika, dlatego kiedy już na przystani podszedł do nas dziarski sześćdziesięciolatek pokazując nam wymiętą czarno-białą fotografie niezwykłego bożka, postanowiliśmy skorzystać z jego usług. Żwawym krokiem poprowadził nas po stromych i maleńkich uliczkach Santiago Atitlan przerywając spacer krótkimi, rzeczowymi i entuzjastycznymi objaśnieniami: “Banany!”, “Awokado!”, “Piękny hotel!”, “Kukurydza!”, “Mała kukurydza!”. Maszerowaliśmy już dość długo, kiedy w końcu weszliśmy najpierw na czyjeś podwórko, a potem do czyjejś stodoły przekształconej na coś w rodzaju kapliczki nad którą powiewały kolorowe religijne wycinanki, które widzieliśmy już  wcześniej przed kościołami w Meksyku. Choć półotwarta, było tam wyraźnie cieplej niż na zewnątrz i pachniało żywicą (copal), którą pali się tu w trakcie modlitw. I to pali się jej chyba dużo, bo na klepisku stał jej spory kubełek. Uprzedzono nas o zakazie robienia zdjęć, tym bardziej że ubrany po europejsku szaman właśnie odprawiał ceremonię Majów – modlił się głośno w swoim języku i zapalał świeczki klęcząc przed posągami nie tylko samego Maximona, który zajmował zaszczytne miejsce, ale stojących obok świętych Józefa, Maryi, Filipa i kilku innych. Wszyscy odziani byli w kolorowe szatki sprawiające wrażenie dość przypadkowej zbieraniny.

Wielkanocny domek MaximonaSam posąg Maximona wyglądał jak zblazowany rastafarianin zakutany w różnorakie kolorowe chusty i szaliczki z zawadiackim uśmiechem na ustach, długimi włosami przykrytymi góralskim kapeluszem i z grubym, palącym się cygarem w ustach. Wyglądał tak, jakby się dobrze bawił oglądając odwiedzających go zagranicznych turystów, którzy na dodatek jeszcze zostali poproszeni o złożenie mu na leżącą u stóp plastikową tackę ofiary (oczywiście w formie lokalnej waluty – quetzali). Pewnie śmiał się z nas nieziemsko odurzony lekko dymem z kadzideł, świeczek i cygara: “Kolejnych mi tu stary Pedro przyprowadził. Znowu z Lonely Planet w ręku. Tak samo jak wszyscy poprzedni nie mają zielonego pojęcia, o co tutaj chodzi, a tylko wyczytali o mnie w ramce na stronie 140 i chcą koniecznie zobaczyć słynnego Maximona!”.

Po tej wizycie nasz przewodnik zaprowadził nas do kościółka, gdzie tym razem bez problemów porobiliśmy kilka zdjęć świętym w kontrowersyjnych ubrankach. Mini galeria tu.


Hasta la vista, amigos

20 Maj 2009

Quetzal “Hola, amigo! Chcecie płynąć do San Pedro de la Laguna? 30 quetzali!” powitał nas w Panjachel nad jeziorem Atitlan uśmiechnięty od ucha do ucha pośrednik. W zasadzie nad tym się zastanawialiśmy, ale z pomocy naganiaczy korzystać nie chcieliśmy, więc wolnym krokiem podążyliśmy w kierunku nabrzeża. Nasz znajomy dyskretnie nam towarzyszył zagadując i dopytując, posiedział z nami na murku nad jeziorem aż oznajmiliśmy, że zmieniliśmy zdanie i dzisiaj nigdzie nie jedziemy, co najwyżej jutro do Santiago Atitlan. Zupełnie niezniechęcony oznajmił, że zna kilka niedrogich hoteli w mieście, po czym pomaszerował za nami prowadząc konwersację w sposób umiejętny, acz irytujący. W jednym z rekomendowanych przez niego hoteli zaproponowano nam nocleg w ładnym pokoiku z łazienką i kablówką za jedyne 50 dolarów, łatwo się jednak domyśleć, że nie skorzystaliśmy – wybraliśmy inny hotelik o znacznie niższej cenie. Nasz amigo nie był szczęśliwy, ale wykazał się hartem ducha, bo nazajutrz rano wychodząc do sklepu po śniadanko zobaczyłam go cierpliwie czekającego 20m od naszego hoteliku. “Teraz do Santiago?” zapytał i dopiero moja kolejna odmowa sprawiła, że poszedł szukać szczęścia u innych turystów.

Ten dzień przyniósł kolejne obserwacje dotyczące ustalania cen w branży turystycznej w Gwatemali poczynione na podstawie rozmów z naganiaczami, obserwacji koloru banknotów wymienianych przez Gwatemalczyków (“Piątkę dał, no mówię Ci, że piątkę – taką fioletową!”) oraz rozmów z innymi turystami. Obserwacje tym bardziej ekscytujące, że ceny w większości przypadków podawane są tu ustnie i nie otrzymuje się żadnego pokwitowania wpłaconej kwoty, a ceny w związku z tym zmieniają się jak w kalejdoskopie.

Ogólnie rzecz biorąc taryfę za przewóz na druga stronę jeziora można podzielić następująco (1 USD = na oko 8 quetzali):

  1. Pierwsza: dla  Gwatemalczyków (10 lub 15 quetzali za osobę, dzieci za darmo);
  2. Druga, tariffa americana: dla Amerykanów (co najmniej 30 quetzali za osobę);
  3. Trzecia: dla reszty świata (25 quetzali za osobę, dzieci po małym targowaniu 50%).

To w jakiej taryfie się znajdziesz uzależnione jest od używanego języka i drobnych sygnałów, które wysyłasz. Np. przewodnik w języku angielskim cenę podwyższa. Podróżowanie z dziećmi chyba też, bo jakimś sposobem te dwa fakty razem wskazują na narodowość amerykańską. Jako, że używamy takowych przewodników i spacerujemy z dzieciakami, usłyszeliśmy w Santiago naszego kolejnego amigo radośnie wrzeszczącego już z daleka do kapitana statku: “Americanooooos!” po czym trafiliśmy z automatu w taryfę drugą i tylko odrobina doświadczenia i uporu pozwoliła nam wynegocjować powrót do taryfy trzeciej.

Istnieje także przymierze pracowników informacji turystycznej, hoteli, kierowców minibusów i chickenbusów oraz tour operatorów, które pozwala prowadzić turystę za rękę w pożądanym kierunku za pomocą prostych sposobów:

  1. oferowanie podwiezienia pod określony hotel po długiej, wyczerpującej podróży (któżby się nie skusił…);
  2. twierdzenie, że nie istnieją inne połączenia od preferowanych, a samolot przecież taki drogi;
  3. twierdzenie, że rekomendowany hotel oferuje najlepsze pokoje za daną cenę, choć tak nie jest;
  4. twierdzenie, że opłaty za wjazd do parku należy wręczyć kierowcy, który ją uiści (za prowizją, o której nie wiesz);
  5. twierdzenie, że Gwatemalczycy płacą tyle samo, co turyści (akurat!);
  6. podawanie jako ceny wyjściowej w negocjacjach wysokości sześciokrotnej rzeczywistej wartości usługi lub towaru (ktoby pomyślał!);
  7. oferowanie cen bez podawania waluty (quetzale vs. USD).

Prowizje za turystów wymieniane są w wielu przypadkach od razu i bez specjalnych ceregieli. Na szczęście Gwatemala piękna, a ci mieszkańcy, którzy w branży turystycznej nie pracują, są w większości mili i pomocni, więc staramy się zostawiać nasze pieniądze w ich rękach, a naszych wątpliwych amigos odprawiać z kwitkiem. 🙂


Tam, gdzie (nie) rosną pokrzywy

18 Maj 2009

Chichicastenango to miasteczko w górach, którego nazwa oznacza w Ki’che’, jednym z języków Majów, miejsce, gdzie rosną pokrzywy. Pieszczotliwie zwane Chichi rekomendowane jest jako najlepszy targ w Gwatemali. Ci jednak, którzy pojadą tam na zakupy w poszukiwaniu okazji cenowej mogą się srodze zawieść – wybór towarów jest wprawdzie wielki, ale sprzedający są mistrzami w swoim fachu, znają psychologię od strony praktycznej i targować się umieją. Pokrzywy zaś wszystkie już chyba wycięto.

Ołtarz ofiarny I tak naprawdę to nie o ten targ chodzi – sercem Chichi jest kościółek Santo Tomas, gdzie Majowie odprawiają modły i ceremonie, które nie przypominają tych, które widuje się w świątyniach europejskich. U stóp stopni prowadzących do świątyni, znajduje się kamienna platforma nieuchronnie kojarząca się z ołtarzem ofiarnym. Majowie w tradycyjnych strojach palą na nim żywicę, płatki kwiatów sprzedawanych przez kwiaciarki i ulewają odrobinę bursztynowego alkoholu ze zgrabnych szklanych piersiówek z aluminiowymi koreczkami, szepcząc modlitwy (może jednak zaklęcia?). Całość, choć zakończona za każdym razem szybkim, ale jakby ukradkowym znakiem krzyża przypomina bardziej rytuał zaklinania lub odczyniania uroków niż jakiekolwiek modlitwy. Składający ofiarę są skupieni, nieobecni, ale ich ręce są ciągle w ruchu zajęte kolejnymi czynnościami. Dym unosi wzdłuż schodów wprost do kościoła, w środku niemal gryzie w oczy, wszechobecny jest zapach kadzidła, żywicy, kwiatów – trudno właściwie określić dokładnie jakiej nuty. W surowym w wystroju, jednonawowym kościele wzdłuż głównego przejścia do ołtarza leżą co 2-3 metry stare kamienne płyty, na których migocą świeczki, czerwienią się płatki kwiatów i parują plamy po wylanym alkoholu. Bogowie są czasem wymagający, stary Indianin składał przy nas swoją ofiarę na wszystkich znajdujących się w kościele płytach.

Maski Zaraz obok profanum bezpardonowo włazi na sacrum, indiańskie dzieci usiłują sprzedać kolorowe bransoletki, zabawki i gumki do włosów, sprzedawcy zachęcają do kupna pamiątek, ktoś oskubuje kwiatki z płatków, ktoś komuś czyści buty, ktoś śpi pijany obok ołtarza, ktoś goli się starą maszynką, warchlaki kwiczą na postronkach, kury gdaczą, comedores nawołują, życie się toczy. Warto tu przyjechać. Nie dla pamiątek, nie dla okazji, ale dla tej jednej chwili, kiedy siedząc pośród Indian na świętych stopniach piekącymi od dymu oczami można obserwować ten fascynujący i barwny świat – tak inny od naszej codzienności.

 

Calle de la InquisicionNie można uciec w Chichi od rozważań, ile z dawnej kultury Majów pozostało w dzisiejszych Indianach i co się właściwie stało z tą fascynującą cywilizacją dysponującą wiedzą astronomiczną, przyrodniczą i medyczną. Zanim nazwiemy ich praktyki zabobonem, musimy przypomnieć sobie ze wstydem, ile razy w historii uznawaliśmy naszą kulturę i naszą cywilizację za jedyną drogę, od której nie ma ucieczki. Za każdym razem, kiedy w odległej o 90km Antigua mijam Calle de la Inquisicion, liczę na to, że to mój hiszpański jest za słaby, żeby zrozumieć właściwe znaczenie tej nazwy, które, mam nadzieję, jest inne niż ulica Świętej Inkwizycji.

Zapraszamy do galerii.


Wulkan

17 Maj 2009

Tak sobie czytam te nasze wcześniejsze relacje i rzeczywiście jest jak u Hitchcocka, bo co rusz to jakieś straszliwe przeżycia. A to prawie nas zjadła grypa, prawie nas rozbili o drzewo, prawie utopili, a teraz przychodzi moja kolej na dołożenie do tej kolekcji opowieści, jak to niemal usmażyliśmy się na wulkanie. No ale obowiązek obowiązkiem, więc nie ma co dozować, tylko trzeba zgrozę na papier przelewać i czytelników dalej zadziwiać.

Mapka wulkanu PacayaZ dawnej stolicy Gwatemali, która została zniszczona przez trzęsienie ziemi w 1733 roku, widać trzy z 33 gwatemalskich wulkanów: Volcan de Aqua (wulkan wody), wciąż aktywny Volcan del Fuego (wulkan ognia) oraz Volcan Acetenango (nie mam pojęcia co ta nazwa oznacza). Wycieczki są jednak organizowane na wulkan Pacaya oddalony o kilkanaście kilometrów, gdyż jest niższy, bardziej dostępny i jednocześnie bardziej atrakcyjny turystycznie. Wybrawszy się na popołudniowy wyjazd (cena 50 Q na głowę, czyli jakieś 20 PLN) oraz zabrawszy (zgodnie z zaleceniem organizatora) długie spodnie (na komary), dobre buty (na górę), wodę (wiadomo), kanapki (dla dzieci) peleryny (na deszcz) oraz latarki (na drogę powrotną) ruszyliśmy o 14-tej (dla ułatwienia dodam, że na tej szerokości geograficznej koło 18-tej robi się szarawo, a o 19-tej jest już ciemno), aby pod wulkan dotrzeć o 15:45 (przy czym jakieś 30 minut zajęło naszemu kierowcy zbieranie klienteli, sprawdzanie opon, przeklinanie, tankowanie i czekanie na swoją kobietę, która się na końcu dosiadła dla towarzystwa). Busik dzielnie dowiózł nas na wysokość 1800 m n.p.m. a potem już o własnych siłach wleźliśmy na 2200 m n.p.m. Szczyt wulkanu jest na 2552 m, ale tam dojść byłoby raczej ciężko. Wyglądało stromo. Wchodzi się więc od parkingu na szczyt sąsiadującego z wulkanem kopca, gdzie górują anteny przekaźników GSM oraz jakiś czujników wulkaniczno-sejsmicznych (tak przynajmniej nam powiedziano). Stamtąd widać już główny wulkan i strumienie lawy, do których właśnie zmierzaliśmy (mapka obok – zdjęcie zrobione właśnie ze szczytu “wzgórza antenowego”). Przy parkingu czekała na nas grupka chłopców z konikami (czy też mułami) gotowymi, aby nas podwieźć, ale ponieważ grupa była po europejsku dzielna (dwóch gości z Izraela, jednak Cypryjka, jedna Irlandka i 4 nasze osoby), to już w połowie podejścia odpadli i zawrócili szukać szczęścia u następnych turystów. 🙂

Pieczone pianki Jedyne na co się daliśmy namówić (i bardzo dobrze) to pianki. Kiedy wykupywaliśmy wycieczkę zachęcano nas, że jest fajnie i że “you can bring marshmalows and fry it on the stick over the lava” (czyli, że możecie wziąć pianki  i usmażyć je na patyku nad lawą). Pukając się lekko w czoło nie wziąłem niczego takiego, ale przy wejściu do parku narodowego okazało się, o co chodzi. Kupiliśmy więc paczkę pianek i radocha była wielka. Dla nie mających dzieci wyjaśniam, że pianki to taki słodycz kupowany w sklepie w paczkach wyglądający jak gąbeczki albo zestalona piana. Najczęściej okrągłe, miękkie, w różnych smakach i kolorach. Generalnie słodkie obrzydlistwo. Z pewnym niepokojem więc po drodze na górę strugałem dzieciakom kijaszki do smażenia pianek zastanawiając się ki diabeł oraz jak to się robi na tej lawie. Przewodnik nam szybko pokazał. Piankę nabija się na kijaszek i przykłada w okolice lawy, jak kiełbaskę nad ogniskiem. W kilka sekund pianka się przypala i wtedy smakuje naprawdę dobrze. Jak ciepła wata cukrowa. Siarki nie czuć. 😉 Poza tym konsystencja pianki się zmienia i robi się przyjemnie rozpływająca i lepiąca. Wynalazek ten można prawdopodobnie przyrządzać niekoniecznie nad lawą jednego z trzech czynnych wulkanów w Gwatemali, ale nad każdym źródłem ciepła, czyli na przykład nad ogniskiem. Proszę pozostających w kraju rodaków (szczególnie posiadających dzieci i ogniska) o eksperymentalne potwierdzenie tej teorii. Dla ułatwienia eksperymentu dodam, że wczorajsza lawa miała 600 stopni Celsjusza, czyli była dość zimna. I tak nie dało się podejść  bliżej niż na 2 metry. Pianki smażyliśmy w otworze między kamulcami (zdjęcie powyżej to wyjaśnia) trzymając je jakieś 20 cm od ukrytej pod spodem gorącej lawy (widać było żar). Bezpośrednio nad strumieniem lawy nie dało się piec (próbowałem), bo po prostu było za gorąco i nie dało się wytrzymać. Prócz pianki paliła się skóra na rękach i na twarzy.

Potok lawyUczucie bardzo ciekawe. Stoisz na zboczu na skałach i luźnych kamieniach wyglądających jak połączenie koksu i pumeksu. Byle potknięcie grozi skaleczeniem, bo ostre jest to diabelstwo jak tarka. Pod tobą żar, który widać gdzieniegdzie między kamieniami (jakbyś stał na ognisku przysypanym kamieniami), w bluzie wytrzymać się nie da (choć na dworze chłodno). Ludzi z 50 sztuk i wszyscy łażą szukając najlepszego miejsca do zrobienia sobie zdjęcia na tle lawy. Kilka metrów obok leniwie płynie strumień roztopionej skały tak gorącej, że bije od niego żar jak od wielkiego ogniska. Kawały bardziej już zestalonej lawy odrywają się co chwilę i staczają się lawiną w dół zbocza. W górze nad tobą wulkan daje znać sycząc co jakiś czas i dymiąc ustawicznie, a ty sobie stoisz trzymając kijaszka z nabitymi piankami i smażysz sobie kolację. 🙂

Zapraszamy do galerii ze zdjęciami.


Mar & Sol

15 Maj 2009

Nasz wielki prom “No proszę, wy, Europejczycy, zawsze jesteście przygotowani na różne trudności” – stwierdził uśmiechając się nasz gwatemalski przewoźnik widząc jak sprawnie wdzialiśmy kolorowe przeciwdeszczowe poncha po tym, jak kilka razy oblała nas fala. Staliśmy na molo i kontemplowaliśmy coś, co w mojej wyobraźni było solidnym promem, a okazało się być małą łódeczką mającą nas przewieźć z Punta Gorda w Belize do Puerto Barrios w Gwatemali. Mieliśmy być jedynymi pasażerami, oprócz sternika płynął jeszcze nasz przewodnik i znajomy przewoźnika (jak to bywa często), oraz ze trzydzieści kartonów tajemniczego towaru. Było chłodno, na oko wiatr co najmniej piątka, a na horyzoncie ciemne chmury. Otrzymaliśmy piękne pomarańczowe kapoczki, co spowodowało mój wzrost zaufania do naszego przewoźnika, że tak dba o nasze zdrowie. Ujęła mnie również troska o nasze plecaki – zostały one elegancko przykryte grubą folią, a my dostaliśmy piękną niebieską płachtę, żeby się nie dać ochlapać. Niestety iluzja ta trwała niedługo, tylko do momentu odpalenia silnika. Bo wtedy to się dopiero zaczął rollercoaster. Six Flags to przy nim pikuś. Grzaliśmy po falach jak wariaci rozdzierani rozterkami, co tu właściwie robić:

  1. trzymać się poręczy ociekającej morską wodą, żeby nie wypaść za burtę,
  2. ćwiczyć refleks (Falaaaaa! Folia w góręęęę!),
  3. ocierać twarz i oczy ociekające morską wodą,
  4. ratować plecaczek z aparatem ociekający morską wodą,
  5. ratować dzieci ociekające morską wodą tabletkami przeciw chorobie lokomocyjnej,
  6. miotać przekleństwa na wszystkich mężczyzn i ich testosteron oraz potrzeby kompensacyjne,
  7. ociekając morską wodą przygotowywać plan awaryjny, na wypadek gdyby wysiadł jedyny silnik (to Błażej).

To ostatnie wymagało sporego wysiłku intelektualnego, bo, jak zaobserwowałam, nie każdemu się to udaje – na posterunku granicznym było ogłoszenie typu “zaginieni na morzu” jeszcze z roku 2007. Miło, że jeszcze szukają, ha ha ha. 

Po stronie gwatemalskiej przywitała nas pani w przybrudzonej maseczce i ignorując nasz wygląd zadała nam serię standardowych pytań świnio-grypowych o gorączkę, katar itp. Palcem wskazała lekko zaczerwienione Bernasiowe powieki, które najwyraźniej ją zaniepokoiły. Zanim jednak zdołałam zebrać siły, żeby po hiszpańsku zaproponować jej podobne morskie przyjemności oraz oględziny lekarskie zaraz po nich, machnęła ręką i dała nam spokój. Za to urzędnik imigracyjny podbijając nam paszporty rzucił od niechcenia : “Mucho agua, ha?” (Dużo wody, co?). Ano mucho, mocium panie, mucho.

W kategorii “Nasz Najbardziej Ekstremalny Sposób Podróżowania” pozycja numer jeden. Tylko dla ludzi o mocnych nerwach i zdrowych kręgosłupach. Pozostałym nie polecamy.