Honduras – ruiny i ulewy

Po długiej podróży busikiem z Panajachel do Copán pożegnaliśmy wreszcie Gwatemalę. Honduras przywitał nas na granicy wieczorną atmosferą rozleniwienia oraz sympatycznym, grubym cinkciarzem, który po charakterystycznym “Change money?” wyjął zza pazuchy największy plik banknotów, jaki widziałem. Plik był spięty gumka, nieźle pomięty i zawierał chyba wszystkie okoliczne waluty – wyglądało to tak, jakby były pomieszane, ale lokalny biznesmen radził sobie z nim bardzo dobrze. Sprawnie podał kurs, sprawnie odebrał banknoty, które wymieniałem, dołożył do kupki i wydał co trzeba. Wszystko niemal jedną ręką i z uśmiechem na ustach. Trochę był zawiedzony, że tak mało dolarów wymieniam (głównie pozbywałem się gwatemalskich quetzali a, w naszej podróży posługujemy się jednak bankomatami), ale uśmiech nie znikał mu z okrągłej twarzy. Wymieniał wszystko po zadziwiająco korzystnym kursie, bo tu najwyraźniej wszędzie równo 1 dolar to 20 Lempir. Można nim też płacić w takim przeliczniku. Przypomniało nam się Belize, gdzie kurs dolara belizyjskiego był ustalony rządowo z góry (1 USD = 2 BZD). Nie ma więc miejsca na specjalne kombinacje – z korzyścią dla turystów. Do miasteczka Copán Ruinas, jakieś 10 km za granicą, dotarliśmy dopiero po 21 – całe szczęście, że zawczasu zrobiliśmy sobie rezerwację w sympatycznym rodzinnym hoteliku Don Moises Hotel (nawiasem mówiąc nie było go w Lonely Planet, a jak ostatnio się przekonujemy niektóre miejsca, jak już znajdą się w przewodniku, to przestają się starać).

Copan Następny dzień spędziliśmy w ruinach kolejnego miasta Majów – Copán. Największy zabytek Hondurasu, dobrze przygotowany dla turystów, bardzo fajnie pokazany (świetne muzeum zaraz obok ruin) i dostępny praktycznie na piechotę z miasteczka – powstałego jakby głównie dla turystów chcących obejrzeć ruiny. W dziecięcym muzeum można było nawet zrobić sobie zdjęcie jako król Majów 18 Królików (plansza z dziurą na głowę) – dzieci oczywiście skorzystały. Porównując Copán do Tikal trzeba przyznać, że piramid praktycznie nie nie ma, za  to są wspaniałe tablice z hieroglifami oraz rzeźby, a raczej płaskorzeźby pokryte inskrypcjami, imponujące place, budowle i grobowce oraz jedno dobrze zachowane boisko do piłki nożnej. Zapraszamy wkrótce do galerii na zdjęcia.

No dobra, boisko było ale nie do końca do znanej nam piłki nożnej, a do bardzo popularnej wśród kultur Ameryki Środkowej gry w pelotę. Pelota, to po hiszpańsku piłka, więc co by nie pisać – jest to gra w piłkę. Tylko może nie do końca nożną, a raczej “biodrową”. Gracze odbijali kauczukową piłkę wielkości sporego grejpfruta wyłącznie za pomocą bioder, barków i ramion. Nogi i ręce były zabronione. Celem gry było trafienie do jednej z dwu pionowo ustawionych, kamiennych obręczy. Boisko miało zawsze kształt dwu połączonych liter T z “domami” obu drużyn po dwu stronach. W Copán znajduje się właśnie jedno z większych i najlepiej zachowanych. Podobne boiska widzieliśmy odtworzone w muzeum antropologicznym w Mexico City. Tam też nagrałem poniższy filmik (wyświetlany na monitorach w muzeum) obrazujący sposób gry. Myślę, że on wiele wyjaśni, bo gra nie należała do łatwych, a przy większych rozgrywkach gracze przegranej, czy też wygranej drużyny mogli dostąpić zaszczytu bycia złożonymi w ofierze bogom. 🙂

Wieczór zaskoczył nas olbrzymią burzą i ulewą, która spowodowała trwającą aż do naszego wyjazdu nazajutrz awarię prądu w połowie miasta. Na szczęście udało się poprzedniego dnia wystawić zaległe relacje z Panajachel, bo przy świeczkach i latarkach owszem można siedzieć, ale komputery jakoś nie chcą działać. Burza była naprawdę spora – istne oberwanie chmury trwające ze 3 godziny. Deszcz walił strasznie, ulicami płynęły rzeki wody i błota (znajomi Francuzi uratowali nawet z niej malutkiego kotka zalewanego przez strumienie na ulicach, nazwali go “Mały szczurek” i mają go zamiar zabrać do Francji), a nasz hotel wyglądał tak, jakby dach miał zamiar nieco tej wody popuścić. Nam oczywiście przypominało się słuchając walącej w okna ulewy, co czytaliśmy w przewodniku o huraganie Mitch, który spustoszył Honduras kilka lat temu – głównie za sprawą właśnie deszczu i osuwających się na wioski lawin błotnych.

Nazajutrz (na szczęście dzień już był suchy) dzień wsiedliśmy znów w autobusy i tym razem posługując się zwykłą publiczną komunikacją chickenbusowo-autobusową (działającą w Hondurasie bardzo dobrze i jak na razie bez zbyt namolnych naganiaczy) dotarliśmy do Teli nad Morzem Karaibskim, następnego dnia na Utilę (jedną z Wysp Zatokowych – popularnego honduraskiego miejsca dla nurków i miłośników kąpieli wodnych i słonecznych), gdzie w atmosferze nieco sielankowej mamy zamiar posiedzieć kilka dni. Ale o tym już w następnym odcinku…

6 Responses to Honduras – ruiny i ulewy

  1. Aldek pisze:

    Tu w Ostrzeszowie też mieliśmy ulewę, taką jak ksiądz z kropielnicy i dwa razy z daleka, niby to grzmoty a może to auto ciężarowe. Ta gra w piłkę „biodrową” wymaga wiele zręczności.
    Pozdrawiam

  2. Jola-mama pisze:

    No i bardzo dobrze-sielankowa atmosfera na pewno przyda sie dzieciom, tymbardziej ,ze nad ciepłym morzem. Nurkowanie odpowiada Wam wszystkim i o to chodzi. Bernas-wiadomośc dla Ciebie- Skarpeta ma 4 kociątka . Spaceruje bardzo dumna i prycha groznie ,jezeli ktos zbliza się za bardzo do pudła w garażu, w którym mieszka. Jak zaczną wychodzic to zrobimy zdjęcie i prześlemy Ci,abyś mógł sobie oglądac Wasze wspólnotowe kotki-w przerwach miedzy kolejnymi zwiedzaniami zabytków indiańskich. Miłego nurkowania i wielu spotkań z karaibskimi stworkami morskimi-ale tymi niegroznymi. A potem może lepiej juz wyjedżcie z tego Hondurasu. Calujemy całą czwórkę. Jola i Jurek

  3. Ania Dziuba pisze:

    Ta burza do nas też już dotarła i wyrządziła sporo szkód – mało tego, że mnie porządnie wystraszyła to jeszcze zniszczyła cały chmiel w okolicy 😦 a był już wysoki na 3 metry!

    • Lord Piotr pisze:

      Straszliwe z tym chmielem. Apokalipsa :). Świat sie kończy….jak to tak, bez … chmielu;)

  4. Lord Piotr pisze:

    Lordzie przyznaj się, a „zapodałes” chociaż ze dwa punkty tak z „bioderka”, tzw. „bodiczkiem”? Choćby piłeczką od ping-ponga? Bo to wiesz, ciągle plecak i plecak…., musisz dbać o sprawność ogólną. Bernasia mogłeś ustawić, w drużynie przeciwnej. Tak do podleczenia psychy…;). A Beata mogłaby być sędzią, czyli nieboraku – niezależnie od wyniku i tak wędrujesz na ofiarę bogom ;)…, a co najmniej do kuchni – do krojenia tych przepysznych dań z…… pasikoników i innych niezwykle smacznych, zdrowych i pożywnych … niezwykłości. Acha jeszcze Isia, no tak …, aaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaaa zapomniałem, Isia na trybunach i krzyczy: Tata gola!!! i… Bernaś nie wgryzaj sie w noge Taty !!! ;).

  5. aga pisze:

    No to, moi drodzy , po przejażdżkach różnego typu środkami lokomocji z wrażeniami, macie też za sobą emocje związane z zjawiskami przyrodniczymi. miłego rozleniwienia, w końcu Dzien dziecka wkrótce, to niech dzieci poczują błogi spokój na plażach i wokół plaż.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: