O czterech takich, co zdobyli Machu Picchu

23 lipca 2009

Machu Picchu ujęcie klasyczne Tym razem będzie bardziej przyziemnie, bo ani nas nic nie chciało zjeść, ani nie skakaliśmy w przepaść. Po prostu pojechaliśmy zwiedzić Machu Picchu. A ponieważ ta operacja jest logistycznie skomplikowana, a z drugiej strony parę osób być może będzie się tam wybierać, to pomyśleliśmy, że mały poradnik się przyda.

Machu Picchu, czyli świetnie zachowane miasto Inków położone w pięknej górskiej scenerii, to najważniejsza atrakcja turystyczna Peru – i chyba nawet całej Ameryki Południowej. Nie można tu nie przyjechać i dlatego walą tu tłumy turystów. Zarówno nisko, jak i wysokobudżetowych. Ponieważ jednak miasto jest głęboko w górach, to dostęp nie jest taki prosty. Machu Picchu położone jest w świętej dolinie Inków niedaleko Cuzco – dużego, pełnego turystów miasta. W Cuzco (wysokość 3300 m n.p.m.) wszystko zaczyna i wszystko kończy. Najpierw jednak trzeba się tu dostać: albo autobusem, albo samolotem (jest tu bowiem normalne lotnisko obsługujące loty z Limy). Autobusem z Nazca to 14 godzin jazdy. Z Limy jakieś 22 godziny. O jechaniu samochodem nawet nie wspominam, bo choć teoretycznie możliwe, to jest to generalnie odradzane. Droga z Nazca do Cusco wiedzie przez spore góry i miejscami jest dość wyboista.

Machu Picchu z satelity Gdy już jesteśmy w Cusco, mamy następującą sytuację: Machu Picchu położone jest na wzgórzu nad doliną rzeki Urubamba około 100 km na zachód od Cusco. Wiedzie tam tylko linia kolejowa. Nie ma drogi. Można więc tam tylko dojechać pociągiem, lub dojść na piechotę pokonując Inka Trail (teoretycznie można też dolecieć helikopterem z Cusco, ale to jest opcja dla bardzo, bardzo bogatych turystów). Asfaltowa droga prowadzi najbliżej do wioski Ollantaytambo około 30 km od Machu Picchu. Wykorzystując takie geograficzne położenie, PeruRail (peruwiańska kolej państwowa, czyli ichnie PKP) działa jak prawdziwy monopolista: dyktuje wysokie ceny na jedyny możliwy środek transportu (od najtańszych za 31 USD do najdroższych za 334 USD – w jedną stronę). Dodatkowo całą zabawę utrudnia regulacja ilości turystów mogących dziennie wejść na Inka Trail wiodący do Machu Pichu oraz na położony tuż za ruinami Wayna Picchu (z którego są wspaniałe widoki). Jeśli więc chcesz pojechać do Machu Picchu i jednocześnie wejść na Wayna Picchu, musisz być o 6:00 – 6:30 rano w punkcie sprawdzającym bilety. Powoduje to konieczność nocowania w położonej pod samym Machu Picchu (ok. 8 km) wioseczce Machu Picchu Pueblo (dawniej nazywającej się Aguas Calientes) lub w straszliwie drogim, jedynym hotelu tuż przy ruinach (chyba, że idzie się przez Inka Trail i dochodzi na miejsce wcześnie rano). Próbując obejść drogie bilety kolejowe oraz starając się uatrakcyjnić przygodę rozmaite agencje turystyczne w Cusco oferują całą gamę różnego rodzaju wycieczek. Pod koniec kilka z nich opiszę dla ciekawskich, a teraz może bardziej o naszej przygodzie.

Jedzie pociąg z daleka Rozważając wszystkie za i przeciw i chcąc pobyć chwilę w górach wybraliśmy zmodyfikowaną opcję samodzielną. Najpierw kusiła nas (no może głównie mnie) opcja Machu Picchu by Bike czasem zwana też Inka Jungle Trail (patrz niżej) z kilkugodzinnym zjazdem z górki na pazurki (podobno piękne widoki), ale specjalnych rowerów dla dzieci nie mieli (choć te dla dorosłych wyglądały na bardzo wypasione), a zniżki też nie chcieli dać. Po rzuceniu okiem na stan portfela oraz minę niektórych z 4B patrzących na rowery (co za podłe insynuacje!) wybraliśmy więc opcję bakpackersko-tradycyjną. I słusznie, bo ceny dla dzieci okazały się być korzystne, a jak zawsze na efekcie skali wygrywamy. Poruszaliśmy się powoli przemieszczając się w tamtą stronę tylko o jedną miejscowość na dzień, ale za to mogliśmy wypocząć i pospacerować po uroczych turystycznych wioseczkach. Najpierw nocowaliśmy więc w Ollantaytambo, a potem pojechaliśmy pociągiem dalej. Na stacji spotkaliśmy sympatyczną rodzinę z Poznania z 9-letnią córeczką (pozdrawiamy serdecznie!), więc w Machu Picchu Pueblo nasze dzieci miały wreszcie polskie towarzystwo. Zabawy i pogadanki trwały do wczesnego wieczora. Potem trzeba było położyć się spać, aby stać przed wschodem słońca. Do samych ruin Machu Picchu dotarliśmy więc trzeciego dnia wcześnie rano (konkretnie to pół godziny przed otwarciem, czyli około 5:30), bo tylko dzięki temu mogliśmy dostać pozwolenie wejścia na Wayna Picchu. Przed nami w kolejce było już i tak ponad 150 osób, a dziennie wpuszczają tylko 400. Nie ma szans dostać się na ten szlak wstając …hmm … normalnie, czyli na przykład o ósmej.

Turystów więcej niż kamieni Machu Picchu jest naprawdę piękne. Widoki są wspaniałe, bo sceneria gór (na horyzoncie ośnieżone szczyty), wokół wysokogórska dżungla (ruiny znajdują się na wysokości około 2400 m n.p.m.) a przed tobą dziwnym trafem odnalezione, zapomniane miasto Inków. Cusco, stolicę Inków, splądrowali i przebudowali Hiszpanie (widzieliśmy stare mury świątyni słońca oczyszczone ze złotych figur i z “obudowane” klasztorem), ale Machu Picchu nigdy nie znaleźli. Dopiero w 1911 roku zupełnie przypadkiem odkryte ruiny okazały się archeologicznym skarbem i – co by nie mówić – turystyczną żyłą złota dla Peru. Naprawdę fajne jest też to, że aby się tam dostać, trzeba się wysilić. I nawet jeśli się jest turystą bogatym i kupuje przejazd pociągiem Vistadome, gdzie eleganccy kelnerzy częstują pisco sour, to i tak jest to jakaś forma wyprawy. Katedrę w Cusco można zwiedzić zaraz po wyjściu z hotelu i jeszcze zdążyć zjeść pieczoną świnkę morską na lunch – na Machu Picchu trzeba poświęcić co najmniej cały dzień. W pół dnia jest naprawdę ciężko. W zasadzie mało kto tak robi (prócz bogatych turystów) i większość zapisuje się na różnego rodzaju wycieczki opisane niżej – tak więc trzeba poświęcić co najmniej cały dzień, a najlepiej dwa. My poświęciliśmy w sumie prawie cztery.

Państwowa a jaka ładna Dostanie się z dołu na górę na pieszo zamiast autobusem (7 USD od głowy), też dostarcza miłych wrażeń (nawet, jak się niesie syna na barana), bo jednak człowiek czuje, że samodzielnie doszedł (a do pokonania jest 400 m stromego podejścia po schodach). Szczególnie rano po ciemku. 🙂 Samo miasto jest naprawdę duże i strasznie skomplikowane. Włazi się wciąż w górę i w dół. Można spokojnie spędzić tam cały dzień, a kilka godzin to minimum. Wszystko jest świetnie przygotowane i utrzymane. Każdy dostaje mapkę z zaznaczonymi najważniejszymi miejscami, a przy wejściu czekają gotowi do pomocy przewodnicy, którzy wyjaśniają znaczenie świętych kamieni, świątyń i budynków. Mamy tam obserwatorium i kalendarz astralny, ołtarze ofiarne, świątynie, więzienia, domy mieszkalne, pałac króla oraz rozległe tarasy, na których niegdyś uprawiano różne rośliny, a teraz pasą się tam państwowe i bardzo fotogeniczne lamy. Miejsc do robienia ślicznych fotek jest zresztą sporo, łącznie z najbardziej charakterystycznym widokiem z tarasu koło budki strażnika – zaraz za końcem Inka Trail i oficjalną, starą bramą do miasta. Przy okazji aż człowiek przysiada widząc, że Inkowie właśnie tędy się do miasta dostawali. To tak, jakbyśmy do takiego Wrocławia mogli się dostać tylko wąskimi schodkami przez przełęcz górską na wysokości ponad 2500 metrów.

Z Machu Picchu zeszliśmy dopiero koło 16-tej i od razu zalegliśmy w łóżkach. Mówiąc krótko ani ręką, ani nogą. Leżąc tak tu właśnie pod gruszą na dowolnie wybranym boku przygotowujemy ten opis oraz przerabiamy zdjęcia do sporej galerii – serdecznie zapraszamy!

Na koniec, dla zainteresowanych poniżej kilka opcji dostania się do ruin. Stan na lipiec 2009.

W kategorii wycieczek zorganizowanych mamy przynajmniej:

  1. Inka Trail, czyli najbardziej znany i najbardziej spektakularny sposób, który polega na kilkudniowym trekkingu po górach (wraz z pokonaniem najwyższej przełęczy na 4200 m n.p.m.) szlakiem Inków, czyli starą drogą wykutą w skałach. Na trasie są miejsca kempingowe, ale iść można praktycznie tylko z przewodnikiem, w wyznaczonych grupach, a ilość osób jest limitowana. W sezonie jest tam i tak tłok. Cena ok 250 USD.
  2. Inka Jungle Trail Inka Jungle Trail, czyli dojechanie busem do wioski Santa Maria i dalej trekking z grupą wzdłuż rzeki około 8h do elektrowni wodnej za Machu Picchu Pueblo (dochodzimy więc od drugiej strony), tam spanie, a potem około 6h do samego Machu Picchu. Wycieczka zawiera 2 lub 3 noclegi w hostelach. Inna wersja lub inna nazwa to Machu Picchu by Bike, czyli podobnie jak wyżej, tylko pierwszy odcinek pokonujemy podjeżdżając z Cusco busem wyładowanym wypasionymi rowerami górskimi na ponad 4300 m n.p.m. i stamtąd w ciągu 5-6 godzin zjeżdżamy drogą w dół do Santa Maria. Brzmi nieźle, prawda? 😉 Cena około 170 USD.
  3. Machu Picchu by Train, czyli zwykła wycieczka pociągiem, ale zorganizowana przez agencję turystyczną. Bus z Cusco do Ollantaytambo pod sam dworzec, pociąg, spanie w Machu Picchu Pueblo, zwiedzanie i powrót tą samą drogą. W zestawie przewodnik i jedzenie. Cena około 180 USD.
  4. Machu Picchu by Car, czyli ile się da samochodem na końcu po strasznie dziurawej drodze przez Ollantaytambo i Santa Maria (dokładnie to podobno są w stanie dojechać niemal do hydroelektrowni), potem około 5-6 godzin na piechotę i nocleg w Machu Picchu Pueblo. Z rana spacerek do ruin. Przy tej opcji w samych ruinach jednak ma się tylko kilka godzin czasu, bo trzeba wracać. Cena około 100 USD.

W kategorii akcji samodzielnych jest możliwe:

  1. Pojechanie pociągiem Vistadome (ze szklanymi oknami w dachu) z Cusco do Machu Picchu, kupienie biletu, zwiedzenie i powrót. Wszystko można zrobić w ciągu jednego dnia, ale jest to dość droga impreza (co najmniej 200 USD na głowę).
  2. dojechanie do Ollantaytambo busem z Cusco (2,5 h z przesiadką), pojechanie pociągiem Backpacker do Machu Picchu (z Ollayantambo jeździ tańszy pociąg z mniejszymi oknami) i dalej jak wyżej. To jest bardzo trudne w ciągu jednego dnia, więc zaleca się zanocowanie (ok. 130 USD na głowę).
  3. dojechanie busem do Ollantaytambo lub nawet dalej (kilkanaście kilometrów dalej szutrową drogą) i pójście na piechotę do Machu Picchu Pueblo. Dalej jak wyżej, ale tego nie da się na 100% zrobić w jeden dzień, więc co najmniej jeden nocleg wypada wziąć. Cena co najmniej 65 USD na głowę.
  4. dojechanie busem do Santa Maria i trekking wzdłuż rzeki około 8h do elektrowni wodnej za Machu Picchu Pueblo (dochodzimy więc od drugiej strony), a potem około 6h do samego Machu Picchu. Tu też potrzebne są ze 2 noclegi i generalnie podobno bez lokalnego przewodnika trudniej. Cena co najmniej 65 USD.
  5. Różne mutacje Inka Trail, które polegają na samodzielnym pokonaniu kawałka szlaku lub różnych szlaków alternatywnych. Aby to zrobić potrzebne są i tak pozwolenia, sprzęt, zapasy jedzenia na kilka dni oraz najczęściej podjechanie pociągiem na start, więc nie wiem, czy ma to sens samodzielnie – może lepiej zrobić cały Inka Trail.  Cena bliżej nie znana.

Wszystkie powyższe ceny zawierają przejazdy, noclegi, wstęp do samych ruin oraz jedzenie w niedrogiej knajpce i są przeliczone na jedną dorosłą osobę. Ceny wersji samodzielnych liczyłem samodzielnie, wiec proszę się nie przyczepiać :-). A i jeszcze na koniec o dzieciach: do 8 lat mają wstęp za darmo, a do 15 płacą połowę ceny. Na pociąg dostają zniżkę 50%. Na wycieczki zorganizowane najczęściej nie dostają zniżki, lub ewentualnie 10-15%.


Ziemniaka historia krótka

15 lipca 2009

Ziemniaczana prehistoryczna ceramika O tym, że ziemniak pochodzi z Ameryki Południowej uczyliśmy się wszyscy w szkole, ale będąc tutaj osobiście można się o tym przekonać na własne oczy. Bo czy ktoś widział gdziekolwiek w Europie lub Azji antyczne naczynia w kształcie bulwy ziemniaka – służące nie tylko do picia z nich, ale i do uczczenia tej pożytecznej rośliny? Nie, ponieważ nikt w Europie przed Kolumbem na oczy ziemniaka nie widział. Tutaj, w Ameryce Południowej, można takie cudo spotkać w Muzeum Narodowym w Limie, co widać na zdjęciu obok. Uroczy kufelek, prawda?

Przy okazji sama z siebie przypomina nam się wesoła historyjka związana z właśnie ziemniakiem. Dobrych kilka lat temu będąc na Krecie w Knossos (samodzielnie i to jeszcze bez dzieci) natknęliśmy się z Beatą na polską wycieczkę oprowadzaną przez przewodnika z nieodłączną parasolką wystawioną do góry. Przy wielkich pitoi (rodzaj wielkich pojemników, można by rzec garnków) przewodnik zaczął się rozwodzić, jakie to różne rzeczy starożytni tam przechowywali no i oczywiście wyjechał z ziemniakami. Widocznie nie bywał w Ameryce Południowej w peruwiańskich muzeach. Albo w szkole. W każdym razie tak nam wtedy pan przewodnik zapadł w pamięć, że oglądając wczoraj całą wystawę poświęconą ziemniakowi od razu nam się to przypomniało. Poniżej mapa wędrówek ziemniaka (najeździł się po świecie):

Ziemniaka podróże

Przy okazji zapraszamy do zaległych galerii z Chiclayo oraz z Truiillo (północne Peru) wraz z nieszczęsną wycieczką nadmorską i wizytami na targowiskach oraz w ruinach ludów Moche i Chimu. Wkrótce Lima (już jest galeria z Limy).


Depesza z kraju Inca Koli

10 lipca 2009

Sklepik przy drodzePeru przywitało nas blokadą drogi. Autobus z Loja w Ekwadorze do Piura w Peru stanął na granicy i powiedział (kierowca), że dalej nie jedzie, bo w Peru są jakieś manifestacje i droga do najbliższego miasta zajmie mu pół dnia zamiast planowych dwu godzin. Wysadzono nas z plecakami przy samej granicy, zwrócono różnicę za bilety i polecono szukać transportu po drugiej stronie. Lekko zaskoczeni (ale tylko lekko, bo już jesteśmy wprawieni) ruszyliśmy do pierwszej budki Imigracion, gdzie dowiedzieliśmy się, że owszem są jakieś manifestacje, ale chyba tylko w Limie, stolicy Peru. Chwilę potem podjechał do nas nasz autobus i lekko zakłopotany kierowca z komórką w ręku powiedział, że jednak jedzie! Uff. Szukanie lokalnego transportu po 7 godzinach już spędzonych w autobusie jadącym po krętej, górskiej drodze nie byłoby przyjemne. Po pierwszym, lekko nieprzyjemnym wrażeniu humory nam się poprawiły. Również pierwszy transport w Peru, czyli autobus z Piura do Chiclayo okazał się luksusem – ponad 200 km prostej jak strzała drogi przez pustynię (dosłownie; było widać nawet diuny) w wygodnych fotelach. Nic nie trzęsło, autobus mknął równomiernie i gładko – wreszcie można było spokojnie poczytać.

Inca Kola W sprawie poprawiania humoru wspomnę jeszcze tylko o churros, które kupiliśmy sobie w Piurze tuż przed terminalem autobusowym. Beata na pewno napisze o tym w jakimś kąciku łasucha (oj będzie tu w Peru o czym pisać, będzie), ale uchylę rąbka tajemnicy: jest to pyszne coś trochę pączkowate i smakuje jak obtoczone w cukrze racuchy nadziewane masą karmelową i podawane w torebeczkach – koniecznie na ciepło. Zjedliśmy od razu po dwie porcje każdy!

Dalej było tylko lepiej. Waluta w Peru, sole, ma wartość praktycznie identyczną jak złotówka, więc poczuliśmy się jak w domu. Tylko, że jest tu taniej. Porcja churros – 1 sol. Szklanka świeżo wyciskanego soku z pomarańczy – 1 sol. Taksówka z dworca do centrum – 2 sole. Hamburger z frytkami w barze naprzeciw naszego hotelu – 1 sol. Półlitrowa Inca Kola (lokalny napój orzeźwiający – bardzo smaczny) – 1,6 sola. Małe ceviche ze straganu – 1 sol. Chiński zestaw obiadowy w barze obok – 6 soli. Duży, dojrzały ananas – 2,5 soli. Kilo soczystych pomarańczy – 1,5 soli. Strzyżenie u fryzjera 6 soli (męski) lub 10 soli (damski). Autobus do ruin (ok. 15 km) – 1,2 soli. Słowem: bardzo miło.

Elegancki kościotrup żony Króla Sipan Na pierwszy strzał poszły wykopaliska i muzeum związane z grobem władcy z Sipan. W 1987 roku znaleziono koło Chiclayo grób władcy przedinkaskiego z kultury Mochica pochodzący sprzed ponad 1700 lat. Po brawurowej obronie przed rabusiami, piękne skarby tam znalezione (złote ozdoby, naszyjniki, zbroje) wystawione zostały w imponującym muzeum (niestety wnoszenie jakichkolwiek aparatów fotograficznych było zabronione, więc musicie uwierzyć na słowo lub wejść na stronę oficjalną). Wizyta w samym miejscu wykopalisk (ok. 30 km od muzeum) pokazała nam też, jaką mrówczą pracę wykonują archeolodzy (o czym zapomina się oglądając firmy z Indianą Jonesem). Od 20 lat odkopują tu bowiem groby i piramidy będące pozostałością sporego kompleksu i widać wyraźnie, ile roboty im jeszcze zostało. Dwa potężne pagórki kryjące pozostałości budowli są tylko w kawałkach odkryte i zabezpieczone. W wielu miejscach cały czas pracują ludzie z miotełkami, linijkami i aparatami fotograficznymi oraz ich pomocnicy z taczkami, a góra wywiezionego piachu obok zasypanych piramid jest dużo, dużo mniejsza niż owe kryjące skarby pagórki. Życząc im powodzenia wróciliśmy do miasta na podobno najciekawsze w Peru targowisko pełne różności ze szczególnym uwzględnieniem części szamańsko-zielarskiej, gdzie można zakupić preparaty na wszelkie dolegliwości. Nam jednak najbardziej podobało się wesołe, tańczące towarzystwo bawiące się jak gdyby nigdy nic na skraju targowiska.

A! I jeszcze wiadomość z ostatniej chwili. Grypa znów atakuje, panika narasta, w Peru zamknięto szkoły, a najbardziej zagrożone są prowincje północne, gdzie zanotowano już 300 przypadków – tubylcy rozprawiają o zarażeniach w miejscowym gimnazjum. No a gdzie my jesteśmy? Oczywiście! Właśnie na północy. Żadna niespodzianka. Przyzwyczailiśmy się. Gdzie my, tam przygoda i zasadzki. Jak nam kurcze zamkną Machu Picchu tak, jak zamknęli wszystko w Meksyku, to naprawdę się na świńską grypę wkurzymy. W każdym razie zgodnie z planem zwiewamy rano na południe. Dla rozrywki czytelników zamieszczamy poniżej dzisiejszą lokalną gazetę:

Gazeta piątkowa 10 lipca 2009


Na dachu i pod dachem, czyli jak pokonaliśmy Nos Diabła

5 lipca 2009

Pocztówka ze starym pociągiem Alausi, niewielka miejscowość w centralnych górach Ekwadoru (wysokość 2300 m n.p.m.) słynie między innymi z kolei przechodzącej tutaj przez Nos Diabła (strome zbocze skalne wyglądające z boku właśnie jak nos). Niegdyś duma inżynierii Ekwadoru, długa na ponad 400 km kolej wznosiła się od południowego wybrzeża aż na maksymalną wysokość 3600 m n.p.m. pokonując liczne przełęcze i wzniesienia. Niestety obecnie kolej podupadła i jest dostępna tylko w kilku turystycznych fragmentach. A szkoda, bo scenerie są – jak się łatwo domyślić – przepiękne. Jednym z najbardziej spektakularnych miejsc pozostaje właśnie Nos Diabła (Devil’s Nose lub w oryginale La Nariz del Diablo). Kolej z Alausi musi zjechać kilkaset metrów w dół do Sibambe pokonując dolinę dość rwącej rzeki i bardzo strome, skaliste wzniesienie. W zasadzie niemal pionową ścianę.

Stacja w Sibambe widziana z góryInżynierowie poradzili sobie z tym problemem w bardzo sprytny sposób budując szereg zwrotnic, które pozwalają zygzakiem pokonać wzniesienie w poprzek poruszając się do tyłu i do przodu (historyczna pocztówka powyżej). Na zawracanie oczywiście nie ma tam absolutnie miejsca. Pociąg więc jedzie w przód, potem w tył, a potem znów w przód, a pomocnik maszynisty zmienia zwrotnice. Na dole, wychylając się z okna, cały czas widać stację kolejową do której zmierzamy. Widać ją tak na oko jakieś 200 m niżej – prawie pionowo. Wygląda to naprawdę groźnie (zdjęcie obok). Potem już na dole następuje zawracanie ze pomocą sprytnego bocznego toru (na pełną pętlę znów nie ma miejsca) i cała wycieczka wraca z powrotem zygzakiem i pięknymi okolicami do Alausi. Wiem, wiem przynudzam trochę z tą koleją, ale mój dziadek był zawiadowcą stacji i od małego jeździłem lokomotywami, a jedną z pierwszych moich książek było “Kiedy i ty zostaniesz kolejarzem” – moja ciekawość techniką kolejową jest więc uzasadniona, aczkolwiek Beata pod koniec jazdy przysypiała, zaś moje zainteresowanie zwrotnicami i torami zupełnie ją jakoś nie przejęło :-).

Tak się kiedyś jeździło Wg przewodnika całą jazdę można odbyć na dachu pociągu i na to się właśnie nastawiliśmy rano, gdy już udało się zdobyć bilety (kolejka przed kasą od siódmej). Włożyliśmy bluzy i swetry przekonani, że zmarzniemy i niemal (za radą przewodnika) wzięliśmy poduszki pod cztery litery. W naszym hotelu pooglądaliśmy historyczne zdjęcia na ścianach, na których wesołe towarzystwo w czapkach szczerzy uśmiechy do kamery siedząc kupą na dachu (obok). Podobne zdjęcia były na stacji kolejowej, gdzie zakupiliśmy ładne pocztówki z pociągiem na Nosie Diabła. Okazało się jednak, że kolej ekwadorska zmieniła parę lat temu formułę wycieczki (podobno były jakieś wypadki, ale sądzę, że to znów względy ekonomiczne) i zamiast sporego pociągu z dachem przygotowanym na wesołych podróżników przyjechał mały, spalinowy wagon (wielkości autobusu) z wygodnymi, numerowanymi siedzeniami. O wchodzeniu na dach nie było nawet mowy – widoki obserwowaliśmy przez okna. Dzieci były trochę zawiedzione, bo jazda na dachu pociągu miała być frajdą sezonu. No ale i tak było bardzo fajnie, a widoczki (i zwrotnice) przecudne. Zapraszamy do galerii oraz na filmik:


Środek świata

23 czerwca 2009

Monument równika w Mitad del MundoQuito – stolica Ekwadoru – przywitało nas lekką zadyszką (w końcu to wysokość 2800 m n.p.m.) i ładną, słoneczną pogodą. Dwa dni spędziliśmy na zakupach. Udało się w większości odbudować stan sprzętu – na szczęście ludzie tu chodzą w góry, więc sklepów turystycznych trochę jest (muszę jednak przyznać, że zdziwiłem się, bo w takim nie-trekkingowym Wrocławiu oferta choćby plecaków jest lepsza w jednym sklepie typu Horyzont, niż w we wszystkich sklepach w całym Quito razem wziętych). Wyposażeni i ubrani w nowe ciuszki (prócz mnie, bo moich nie ukradli, więc nie miałem pretekstu do zakupów) ruszyliśmy na równik.

Ekwador, jak sama nazwa wskazuje, leży na równiku, a kilkanaście kilometrów od Quito leży miasteczko Mitad del Mundo z wielkim obeliskiem oznaczającym tę linię. Jak się okazuje nie do końca. Otóż osiemnastowieczni francuscy badacze wyznaczając położenie równika w Ekwadorze pomylili się ociupinkę i prawdziwy leży o jakieś 300 dalej. Mamy więc oficjalny, rządowy monument, piękną, fotogeniczną linię oznaczającą równik (fałszywy) i cały przemysł turystyczny wokół tego (restauracje, muzea, sklepiki), a 300 metrów dalej na prywatnym terenie prawdziwy, wyznaczony przez dokładne GPS-y RÓWNIK i bardzo ciekawe Muzeum Słońca.

GPS na fałszywym równiku Najpierw więc zrobiliśmy sobie zdjęcia na fałszywym, a potem na prawdziwym równiku – oczywiście stojąc jedną noga na półkuli północnej, a druga na południowej. Potem odwiedziliśmy to prywatne muzeum, które okazało się zresztą hitem, bo prócz wystaw etnograficznych z Ekwadoru (chaty indiańskie, wielki boa w formalinie itp) pozwalało demonstrować różne ciekawe zjawiska związane z równikiem, a głównie z efektem Coriolisa. Kto to pamięta z fizyki w szkole? Zróbcie sobie takie doświadczenie: długi sznur z ciężarkiem (po prostu wielkie wahadło) i bardzo swobodny, bez żadnych tarć zewnętrznych ruch (w muzeum chyba w Monachium widziałem kiedyś takie wahadło na kilka pięter). Zobaczycie, że płaszczyzna wahadła będzie się powoli obracać w prawo. To właśnie działa siła Coriolisa związana z ruchem obrotowym Ziemi. Otóż na półkuli południowej to wahadło obracałoby się w lewo. A na równiku wahałoby się zawsze w jednej płaszczyźnie. W ten sposób powstają też huragany, które kręcą się na obu półkulach w różnych kierunkach. Poważnie! Demonstrowało to proste doświadczenie z wodą:

Postawiłem jajko na gwoździu Dalej można było postawić jajko na gwoździu (co na równiku jest dużo łatwiejsze – udało się zarówno mi, jak i Beacie), można było zobaczyć jak działa dwustronny zegar słoneczny (przez pół roku działa jedna strona, a przez drugie pół druga) oraz przejść po linii równika z zamkniętymi oczami i ramionami rozłożonymi szeroko. Próbowaliśmy kilka razy i rzeczywiście na równiku dużo trudniej utrzymać równowagę (siła Coriolisa działa na oba ramiona w dwie różne strony). Z równikiem wiążą się też inne ciekawe obserwacje:

  • Słońce zawsze wstaje dokładnie o 6:00 rano i zachodzi o 18:00
  • Zawsze jest więc równonoc – nie obchodzą tu nocy świętojańskiej i dlatego biedacy mają mniej miłości 🙂
  • Nie ma czasu letniego, bo to nie ma sensu i nikt go nie używa (to dotyczy zresztą wielu krajów w okolicach równika)
  • przez 2 dni w roku w południe słońce świeci dokładnie pionowo z góry i nie ma cieni – nieźle, nie?! Nie działają też wtedy zegary słoneczne i ludzie Ekwadorze nie wiedzą która godzina 🙂
  • na równiku (no powiedzmy w jego okolicach, nie tylko dokładnie na nim) ważymy więcej mniej (ma być „mniej” – przepraszam za pomyłkę) niż w Polsce, ponieważ Ziemia jest elipsoida obrotową, a nie kulą – jest spłaszczona na biegunach i w związku z tym na równiku jest dalej do jądra Ziemi i grawitacja jest nieco słabsza.

Wiorsty pustych dróg

19 czerwca 2009

Miała być jeszcze przed odlotem historyjka o tym, jak się jeździ autem po Kostaryce, ale źli trochę zamieszali plany i opowieści się opóźniły. Podobnie galerie z Kostaryki, które dopiero szykujemy (uaktualnienie: galerie z Kostaryki już są). Ale co miało być, to będzie i właśnie dziś w pokoju hotelowym w Quito (stolica Ekwadoru) skrobię te kostarykańskie wspomnienia kierowcy.

Most lekko niepewnyPrzewodnik mówi, że drogi w Ameryce Środkowej są w bardzo złym stanie – no i rzeczywiście w porównaniu do któregokolwiek cywilizowanego kraju Europy Zachodniej, tak jest. Ale mieszkaniec Wrocławia jeżdżący często ulicą Karmelkową nic specjalnie złego o kostarykańskich drogach powiedzieć nie może. 🙂 Są owszem dziury i czasami dziwne dla nas oznaczenia (np. ograniczenia prędkości tylko wymalowane na drodze), ale ogólnie nic strasznego. Jedynie niektóre stare mosty (zdjęcie obok) wywołują dreszczyk emocji. Najciekawszy nie miał na kilku metrowych odcinkach blach pokrywających konstrukcję (pewnie ciężarówki rozwaliły) i trzeba było kołami celować w stalowe belki, bo inaczej opona mogłaby wpaść do dziury. A na dnie dziury rwąca rzeka! Standardem są też druty stalowe leżące w poprzek mostu – przejeżdża się nie po metalowej płycie, tylko po leżących drutach. Hałas, jaki to wywołuje, jest nie do opisania. Nie wszystkie mosty są takie – jest wiele nowych, całkiem porządnych. Natomiast ogólnie drogi podrzędne są tak podrzędne, jak wioskowe drogi u nas. Duże drogi zaś takie, jak nasza “ósemka” do Kudowy – tylko bez poboczy. A autostrady koło San Jose mniej więcej takie, jak “autostrada” koło naszej stolicy (czyli zwykła dwupasmówka zatłoczona jak diabli).

Nasz dzielny pojazd kosmiczny Osobnej opowieści wymagają drogi szutrowe po górach! Są takie miejsca, gdzie asfalt nie dochodzi i już. Częściowo podobno celowo – chodzi o to, aby turyści danego regionu nie zalali. Częściowo pewnie politycznie, a w większości przypadków rządzi twarda ekonomia. Wypożyczając auto dostaje się mapkę z zaznaczonymi drogami asfaltowymi i szutrowymi oraz (do podpisania) długą instrukcję co należy robić, a czego nie (np. nie przejeżdżać przez zbyt głębokie rzeki, używać napędu na 4 koła w górach, nie pytać nieznajomych o drogę i tym podobne rady). Muszę przyznać, że jadąc po górach szutrową drogą i widząc gnający z naprzeciwka wielki trąbiący na zakrętach autobus zerkasz nerwowo na prawo, gdzie zieje spora przepaść i brak jakichkolwiek barierek. Albo taki widoczek zarejestrowany w ułamku sekundy: droga ostro w dół zakrętami, a przy ostatnim na wprost ciebie wielka skała, ostry zakręt w lewo tuż przed nią i malutka kapliczka z palącymi się świeczkami. Dopiero jak już ją miniesz i otrzesz pot z czoła, przychodzi refleksja: widocznie wielu zakrętu nie wyrobiło. A znowu na półwyspie Osa, gdzie byliśmy w parku narodowym Corcovado pagórki były niewielkie, za to niezliczona liczba rzeczek i strumyków do przejechania (najszersze jakieś 20 metrów). Szczególnie po ciemku robiło to niezłe wrażenie, bo nie do końca było widać, jak jest głęboko. Reflektory tylko trochę wydobywały leżące kamienie. W każdym razie przejechaliśmy, a zabawa była spora – wszystkim fanom 4 kółek polecam!

Panamerican Highway na 3000 Jeszcze parę słów o autostradzie panamerykańskiej. Otóż jest tu taka droga przechodząca przez całą Amerykę od północy na południe (ponad 25 tyś km długości). Wije się przez wszystkie odwiedzane przez nas kraje (z małą przerwą w między Panamą a Kolumbią – już o tym pisałem rozważając trasę). Jej nazwa brzmi bardzo nostalgicznie i aż wzywa do przejechania jej wzdłuż (jak Tony Halik) – trzeba będzie któregoś dnia to zrobić. Ale chcę rozwiać złudzenia – to nie jest wcale dwupasmowa autostrada, tylko zwykła droga pełna ciężarówek i autobusów. Jak się utknie za takimi, to koniec. W Kostaryce zresztą budują już szereg porządnych dróg omijających Panamerican Highway (jak to się szumnie na mapach nazywa), bo jest ona krótko mówiąc lekko przedpotopowa. Przejechaliśmy nią jednak w sumie kilkaset kilometrów, a najciekawsza była przeprawa przez najwyższy punkt autostrady – szczyt, a raczej przełęcz śmierci (ang. Peak of Death, hiszp. Cerro de la Muerte)  – wysokość 3335 m. n.p.m. Wjeżdża się tam od poziomu zero (jechaliśmy od strony Pacyfiku) w ciągu około 3 godzin. To jest w sumie jakieś 120 km, a różnica wysokości powalająca. Czuje się lekkie zawroty w głowie (przynajmniej ja czułem). Zużycie paliwa wzrosło zabójczo i całe szczęście, że do stacji benzynowej już po drugiej stronie przełęczy okazało się niedaleko. Widać też było jak na dłoni różnicę w roślinności, bo ruszyliśmy z lasu tropikalnego nad oceanem, a na górze zastaliśmy taki widoczek, jak obok. Karłowate drzewka, mgła i zimno. Bluzy z polaru zostały szybko wyciągnięte! 🙂 Na szczęście ruch był niewielki i nie utknęliśmy w żadnym korku, więc szczęśliwie i sprawnie dotarliśmy do celu czyli do miasta Alajuela niedaleko lotniska (gdzie nas wieczorem obrobili). Sumarycznie pokonaliśmy autem około 900 km w ciągu 7 dni, czyli średnio dziennie niezbyt wiele, ale głównie rzeczywiście odbywało się zwiedzanie stacjonarne – bardzo, bardzo nam się podobało. Galerie wkrótce! Uktualnienie: galerie z Kostaryki już są.