Zielona jazda bez trzymanki

13 czerwca 2009

Kostaryka początkowo nas nie zaskoczyła – miało być bardziej komercyjnie i amerykańsko i rzeczywiście było. San Jose to przyjemne, biznesowe miasto (oczywiście z mniej przyjemnym centrum, do którego wieczorem wchodzić nie radzą) pełne znanych z USA sklepów i sieciowych knajp oraz spacerujących ludzi z kubkami kawy w ręku. Znów odwiedziliśmy centrum handlowe i wielki sklep spożywczy kubek w kubek jak nasze wrocławskie EPI – tym razem głównie celu odwiedzenia sklepu fotograficznego (jak już tu pisaliśmy parę strat w sprzęcie mamy). Dzięki dobrze zaopatrzonemu RadioShack dało się ożywić mój aparat (to jednak ładowarka się spaliła, a nie bateria). Będą więc znów relacje wideo i zdjęcia bardziej z kolana, bo mój aparat mogę ukryć, a Beaty “rura” od razu rzuca się w oczy.

Widok z drogi do Monteverde W San Jose rozpoczęliśmy też bardziej komercyjną część wyprawy, czyli tygodniowy wynajem auta. Kostaryka jest nieco droższa niż inne kraje Ameryki Środkowej, i chodź autobusy dojeżdżają wszędzie, to więcej tu autokarów i turystycznych busików niż naszych ulubionych chickenbusów (o tych ostatnich na łamach tej strony jeszcze będzie głośno, zobaczycie). Mamy więc nadzieję zwiedzić szybciej i więcej dzięki samochodowi – nadal utrzymując w ryzach budżet, bo w końcu przed nami jeszcze kupa wydatków. Jeśli chodzi o auto to już pierwszy dzień dostarczył niezłych wrażeń i widoków, bo musieliśmy pokonać 35 km szutrowej drogi pod górkę (niektóre miejsca nie dało się przejechać inaczej niż na jedynce). Ale widoki były przecudne, gdyż dzięki radom Kasi, z którą spotkaliśmy się w San Jose (bardzo dziękujemy za poświęcony czas!) udaliśmy się do Monteverde – ostoi górskiego lasu tropikalnego z wododziałem na samym środku (strona karaibska jest wyraźnie wilgotniejsza i zachmurzona, a strona pacyficzna bardziej sucha). Jesteśmy na wysokości około 1300 w miasteczku Santa Elena i pierwszy raz czujemy chłód! Jest jak w Karpaczu. Po pierwsze przez pogodę: wieczorem chłodno (bluza polarowa wskazana), w dzień ciepło i słońce, ale czasem pada (w końcu jest pora deszczowa, a tu w górach w czasie pory deszczowej 80% czasu pada). Po drugie przez miejsce: mnóstwo wesołych turystów, knajpki, dyskoteki, bary, piwo w dużych pojemnikach i atrakcje różnorakie od wycieczek po plantacji kawy, przez farmy żab, węży i robali aż do centralnej oferty regionu, czyli canopy.

Canopy  KostaryceCanopy widzieliśmy już wcześniej, ale jak się okazuje, pierwsze takie komercyjne na świecie zrobił pewien Kanadyjczyk właśnie tu w Monteverde w Kostaryce. Potem zresztą opatentował nazwę i chciał namówić innych właścicieli podobnych parków (których mnoży się wszędzie mnóstwo) do płacenia mu “tantiem”. Oczywiście to się nie udało i dzięki temu rynek jest normalny, a konkurencja wyraźna. Zafundowaliśmy sobie oczywiście taką atrakcję zaliczając dziś park Selvatura. Co to takiego jest? Canopy, albo zip-line, czyli nasza tyrolka to po kostarykańsku szereg zjazdów w uprzęży po stalowych linach rozpiętych w tropikalnym lesie. Albo nad tropikalnym lasem. Tak w sumie to czasami wysoko nad lasem. I czasami liny są długie. Albo bardzo długie. Słowem – niezła jazda! Dość powiedzieć, że najdłuższa lina, którą dziś jechaliśmy miała ponad pół kilometra długości! W sumie było ich kilkanaście plus mnóstwo wiszących mostów, po których można spacerować oraz jeden szalony “skok Tarzana”, czyli skok na zwisającej z góry linie z platformy w głąb dżungli – uczucie podobne do bungee jumping. Dzieci oczywiście też zaliczyły wszystko, przy czym Bernaś cały czas z instruktorem, a Isia tylko na niektórych (gdzie okazywała się za lekka). Najlepszą część, czyli skok Tarzana zaliczyli wszyscy samodzielnie (przy czym dziewczyny piszcząc, a Bernaś krzycząc “Tarzan!”). Wrażenia niesamowite, widoki przecudne. Dodatkowo na końcu zaczęło lekko padać, a las okryła mgła. Jechało się jeszcze lepiej – tajemniczo, jak przez jakiś park jurajski. Zobaczcie sami:


Vamos, compañeros

11 czerwca 2009

W Nikaragui odnaleźliśmy z mieszanymi uczuciami elementy znajome, choć dawno już przez nas zapomniane. Na granicy z Hondurasem od razu rzucił nam się w oczy wyrazisty plakat uśmiechniętego Ortegi (?) wznoszącego rękę w powitalnym geście. Jego dostojna poza mile kontrastowała z tłem o kolorze majtkowego różu. Zrozumieliśmy od razu, że w Nikaragui oprócz podróży w przestrzeni odbędziemy też podróż w czasie i nasze przewidywania częściowo się spełniły.

Wiadomości Po ulicach miast, w których byliśmy, jeżdżą niewielkie pickupy z panami z gigantycznymi megafonami służącymi celom propagandowym – zarówno politycznym, jak i komercyjnym. Zagłuszają one wszystko – w niedzielę w czasie mszy biedny ksiądz musiał się zdrowo nakrzyczeć, żeby przebić się przez dobiegający z ulicy jazgot,  który trudno zrozumieć, ale łatwo rozpoznać charakterystyczny radosny ton. Propaganda jest zdywersyfikowana i w zamyśle dostosowana do odbiorcy. W pobliżu granicy z Kostaryką świetlanych plakatów jakoś już nie było, ale za to w lokalnej darmowej gazetce opublikowano informacje o podwyżkach minimalnej płacy dla poszczególnych grup zawodowych (informacja dla wnikliwych: 1000 cordob to około 50 dolarów amerykańskich). Widać uznano, że przeciwnika należy pobić jego własną bronią. Raczej z mizernym efektem, bo wystarczy przekroczyć granicę pomiędzy Nikaraguą a Kostaryką, aby przekonać się, że cały czas dużo więcej Nicos (obywateli Nikaragui) chce mieszkać w Kostaryce niż Ticos (Kostarykańczyków) w Nikaragui.

Wolna od analfabetyzmu Kolejny element to uroczystości. Festyn z okazji Międzynarodowego Dnia Środowiska przypominał nam nieco wiec wyborczy, pomimo że teoretycznie nie polityki dotyczył. Wspaniałe pokazy orkiestr szkolnych ubranych w klasyczne odświętne stroje, przeplatały się z przemówieniami smutnych panów. W budynku miejskim o wysokich wnętrzach i imponującym kryształowym żyrandolu dziewczyny tańczyły powiewając zielonymi fifraczkami pod zrobionym z folii aluminiowej optymistycznym napisem “W 2009 Granada wolna od analfabetyzmu”. Telewizja jest namiętnością powszechną obecną w sklepach i hotelach, a brak prądu powoduje smutek, którego nie może rozegnać nawet rozmowa z przyjaciółmi. Plus za to jest taki, że jak już go włączą radosne krzyki rozlegają się na każdej ulicy.

Bananowce pod wulkanem Nikaragua jest drugim najbiedniejszym krajem na półkuli zachodniej, zaraz po Haiti (wyznacznikiem jest dochód narodowy brutto).  Jednak pozostawienie Nikaragui w wyobraźniach jako socjalistycznego, latynoamerykańskiego pariasa byłoby bardzo niesprawiedliwe. Uroda tego kraju jest urzekająca – zachwyciła nas i Granada i La Isla de Ometepe, zielona, pełna plantacji bananowców i kawy, wulkaniczna wyspa na jeziorze Nikaragua, na której jedliśmy niezwykle delikatne i słodkie ananasy o białokremowej barwie. Ludzie uśmiechają się, są życzliwi, pomocni, pogodni i swobodni w kontaktach z turystami. Nigdy nie pomyślałabym, że będę po ciemku i z dzieciakami jeździć chickenbusem po wyboistej, pełnej kawałków lawy, wiejskiej, nikaraguańskiej drodze czując się bezpieczniej niż w podobnej sytuacji we Wrocławiu. Nie był to zabieg zamierzony, ale wrażenia były bardzo interesujące :-).

Galerie z La Isla de Ometepe i miasteczka San Juan del Sur tu. Zapraszamy!


Granada – perła hiszpańskiej kolonizacji

7 czerwca 2009

Katedra w GranadzieGranada – najstarsze europejskie miasto obu Ameryk, perła kolonii hiszpańskiej zbudowana w 1524 jakby na pokaz – aby przenieść w odległe kraje część świetności Starego Kontynentu. Wielokrotnie łupiona przez brytyjskich piratów (szczególnie wsławił się znany nam z Utilii Henry Morgan) zachowała się jednak w bardzo dobrym stanie. Kolorowe fasady domów, starodawne wnętrzna, drewniane podłogi, szerokie bulwary, uroczy park na ryneczku i mnóstwo starych kościołów – jest co oglądać. Poza tym fajna, spokojna atmosfera, pyszne Mojito w knajpkach i olbrzymie jezioro (słodkie morze – jak tu na nie mówią) z plażami i deptakami (choć plaże do najpiękniejszych nie należą). Wszystko to sprawiło, że mieszkanie tu było przyjemnym odpoczynkiem. Dla niektórych łasuchów była to też okazja do eksperymentów. Kilka długich spacerów zaowocowało też solidną galerią, do której zapraszamy. W piątek dodatkowo mieliśmy atrakcję w postaci festynu ekologicznego, na którym swe umiejętności prezentowały zespoły taneczno–perkusyjne z kilku miejscowych szkół średnich. Wyglądało to na zawody, a każda szkoła chciała pokazać się od najlepszej strony. Były więc stroje, sztandary, układy taneczne i wspaniały ładunek energii. Wyglądało to super, a słuchało się jeszcze przyjemniej niż oglądało. Kilkudziesięciu chłopa bardzo dynamicznie walących w bębny, werble, talerze, tarki i wszelkie inne instrumenty perkusyjne pod dyktando sterującego tym wszystkim znakami dłoni “dyrygenta” z gwizdkiem w ustach oraz tańczące w rytm muzyki dziewczyny. Naprawdę miło było popatrzeć i posłuchać. Starałem się jak mogłem nagrać video komórką (baterii do aparatu nadal nie mam), ale niestety to co wyszło nie nadaje się do wrzucenia. Przesterowane i strasznie skacze. Tak więc musicie uwierzyć na słowo i zadowolić się zdjęciami.


Kącik łasucha – Granada

5 czerwca 2009

Korzenie manioku Już od dłuższego czasu miałam zamiar spróbować jakiegoś dania z yucci – warzywa stosowanego w kuchni karaibskiej, środkowoamerykańskiej i afrykańskiej. Yucca to tak naprawdę słynny maniok będący podstawowym źródłem pożywienia wielu milionów ludzi mieszkających w tropikach i tradycyjnie kojarzony z Afryką, choć pochodzący z Ameryki Południowej. Trudność z tą bogatą w skrobię rośliną polega na tym, że surowa zawiera cyjanki, które, jak wiadomo, specjalnie zdrowe nie są. Wymyślono więc wiele sposobów, jak się tej trucizny pozbyć. Przyrządzaną z manioku cassavę – rodzaj wielkich wafli – dusi się z czym, kto chce lub, niestety w większości przypadków, z tym, co się ma.  Jak z wszystkiego, co zawiera skrobię, z manioku można także przygotować specjały innego typu, ale to już zupełnie inna historia :-). 

Na honduraskim i belizyjskim wybrzeżu Morza Karaibskiego maniok jest często wykorzystywany w kuchni kultury Garifuna, która łączy wpływy karaibskie z afrykańskimi i kreolskimi. Na wysepkach koło Utili zasiedzieliśmy się dość mocno (ktoś nami musiał dobrze potrząsnąć, żebyśmy je w końcu opuścili ;-)), ale z lokalnych specjałów przyrządzaliśmy jedynie świeżego tuńczyka zakupionego u rybaków i tradycyjne baleady – tortille z pastą fasolową i różnymi dodatkami – słonym serem, kurczakiem lub jajkami. Manioku na Cayach jakoś nie było, przynajmniej w postaci przetworzonej, bo i knajpek było niewiele (w końcu wioseczka miała tylko 500 mieszkańców). No ale co się odwlecze, to nie uciecze, więc manioku spróbowaliśmy w Granadzie, kolonialnym mieście położonym nad jeziorem Nicaragua.

Zestaw a la GranadaNa ślicznym ryneczku obok katedry zamówiliśmy sztandarowy zestaw a la Granada, czyli vigarón i chichę. Vigarón to rodzaj sałatki z gotowanego manioku i białej kapusty, sosem vinegret i marynowaną papryką i pomidorami, zwieńczoną malowniczymi kawałkami chicharrón, czyli świńskiej skórki, popularnej od Meksyku aż po Nikaraguę, a może jeszcze dalej (pisałam już o niej w meksykańskim kąciku łasucha). Sałatka tym bardziej egzotyczna, że podana na (wymytym, mam nadzieję) liściu bananowca. Smak ciekawy, lekko kwaskowy i lekko ziemniaczany; maniok mięciutki, tu i ówdzie dawało się wyczuć włókienka wskazujące na to, że jedynie udaje nasze swojskie ziemniaki.

Do picia dostaliśmy nikaraguańską bezalkoholową wersję chichi z tamaryndem i miąższem owoców podobnych do winogron (jutro idę na targ, aby ich spróbować ich na surowo i dowiedzieć się, jak właściwie się nazywają). Isia, jak przystało na wierną czytelniczkę przygód Tomka Wilmowskiego, na wieść że zamawiamy dla niej chichę, przeraziła się nie na żarty, bo pamiętała, że zawiera alkohol i pluje się do niej, aby przyspieszyć fermentację. Jednak półprodukt do chichi la granadina można kupić w supermarkecie, więc mam nadzieję, że nikt do niego nie pluł :-). Co innego inne rodzaje chichy, których w krajach Ameryki Centralnej i Południowej jest tak dużo, że można by powiedzieć: “Co kraj, to obyczaj i co kraj, to chicha”.

Bunuelos z manioku A na deser kupiliśmy sobie obok tutejszego targu buñuelos – rodzaj racuszków w wersji nikaraguańskiej robionych z manioku i białego sera, smażonych w głębokim oleju i maczanych w płynnym miodzie. Jeszcze bardziej płynnym niż w Polsce, bo konsystencją przypomina bardziej syrop klonowy. Mniam, pyszne prawie jak racuszki serowe z miodem!  I to wszystko podawane w eleganckich woreczkach foliowych z nalanym metalową chochlą miodem i wręczanych prosto do rąk spragnionego słodyczy klienta. Może nie jest to szczyt elegancji, ale za to jakie smaczne!


Chiminike – muzeum, czy plac zabaw?

4 czerwca 2009

Chiminike 005 Z okazji spóźnionego Dnia Dziecka rodzice zabrali nas do Chiminike, Centrum Interaktywnego położonego na obrzeżach Tegucigalpy, stolicy Hondurasu. Ktoś z czytelników mógłby sobie pomyśleć: “Centrum Interaktywne”?! Przecież to Dzień Dziecka! Dzieci zanudzą się tam na śmierć! Rodzice powinni zabrać je do wesołego miasteczka, aquaparku lub choćby McDonalda, żeby miały jakąś frajdę!” Przyznaję, że nazwa “Centrum Interaktywne” brzmi bardzo poważnie. Ja też tak myślałam, ale tylko przez krótką chwilę – do momentu wejścia do budynku. Śmieszny zewnętrzny wygląd budynku – fioletowe i oszklone ściany – sprawiają złudne wrażenie, że gdy wejdziesz do wnętrza ujrzysz wielką salę pełną komputerów i siedzących przy nich wąsatych kasjerów w czarnych garniturach ;-). Nic z tych rzeczy! Sala była rzeczywiście wielka i fioletowa, jak zewnętrzne ściany budynku, lecz na suficie przywieszone były kolorowe fale, na licznych ławkach siedziały metalowe żaby z różnymi przedmiotami w rękach (gitara, książka, laptop), a wycieczka szkolna w czerwonych mundurkach siedziała na środku sali. Na widok tego wszystkiego myśl o komputerach i ponurych jak chmura gradowa urzędnikach natychmiast się ulotniła.

Na pierwszym piętrze była kosmiczna wystawa. W małej budce z napisem “Lecimy w kosmos” leżała skała z Księżyca przywieziona przez Apollo XVII. Można było tam też odbyć wyścigi w układaniu Układu Słonecznego. Na następnym piętrze był sterowany dźwig, kopara oraz sklep z prawdziwą kasą, sztucznymi produktami i wózkami. Lecz najfajniejsza była armata powietrzna mieszcząca się w środku sali. Nie chodzi mi oczywiście o prawdziwa armatę tylko o plastikowy kosz i podłączoną do niego rurę, do której wrzucało się kulkę (takie jakie są u nas w Ikea na placu zabaw), kręciło sie specjalnym pokrętełkiem, co powodowało strzał do plastikowej “tuby”. Kulkę można było potem poprowadzić trzema różnymi torami, lecz każdy z nich prowadził do pojemnika umieszczonego na górze konstrukcji.

Chiminike 049 Sala poniżej była poświęcona biologii człowieka. Można było tam sprawić, że ogromny nos kichnie – poprzez drapanie specjalnych etykietek w jego wnętrzu. Można było też “wydalić się” wchodząc przez język, stając na kubkach smakowych, następnie lecieć przełykiem – krótką, czerwoną w środku rurą do żołądka, a następnie przez jelito wypaść na brązową matę udającą odchody (nie śmierdziała :-)). Można było też spowodować wymioty specjalnej machiny oraz zagrać w olbrzymią operację – trochę inną niż nasza, ponieważ wyciąga się pacjentowi, a potem wkłada się na właściwe miejsce jelito, kość itp., a nie wiaderko, czy klucz. Ja własnoręcznie wyciągnęłam nieszczęsnemu pacjentowi serce z dziurki na przełyk. Jeszcze w sali obok mieściła się metalowa “rzeka” (zdjęcie poniżej), z chmury spływała woda do gór i górskich rzeczek, aby potem popłynąć rzeką i zabrać ze sobą rybki i różne rzeczy. Na rzece można było budować zapory, łowić ryby i budować krany.

Chiminike 138Po skorzystaniu ze wszystkich atrakcji tego poziomu, przeszliśmy na następny – a zarazem ostatni poziom centrum interaktywnego.  Pierwsza sala tego poziomu była poświęcona historii Hondurasu. W jej najciekawszej części – czasach Majów – można było pobawić się w archeologa. Ja znalazłam stellę przedstawiającą jednego z władców Majów, a Bernaś wykopał stellę w głową i bezgłową rzeźbę. Dalej można było zrobić sobie zdjęcie jako pirat i król Majów, przebrać się w ludowy strój honduraski i posłuchać tradycyjnej muzyki. Oczywiście nie omieszkaliśmy skorzystać z tych atrakcji. Druga sala była salą energii. Zapalaliśmy tam lampki za pomocą rowerów, podnosiliśmy ciężarki, a także leżeliśmy na łożu z kolcami – zupełnie jak hinduscy fakirzy.

Gdy zaliczyliśmy to wszystko pozostał nam tylko “szalony dom”. Był to mały domek położony na zewnątrz. Kiedy do niego weszliśmy okazało się, że podłoga jest pochyła. W pierwszym pokoju był stół bilardowy i wyobraźcie sobie – na tym stole można było postawić nieruchomą kulkę!!! Rzeczywiście można zwariować. 🙂 Następny pokój przypominał zwykłe pomieszczenie mieszkalne – łóżko, wentylator i tak dalej. Nic ciekawego. Ale ogólnie Chiminike fantastyczne i bardzo się cieszę, że tam poszliśmy.


Szok cywilizacyjny

3 czerwca 2009

Przystanek autobusowy Po tym, jak zabawiliśmy dłużej w kilku miejscach, (Placencia, Utila Cays) przemieszczamy się teraz nieco szybciej – i pewnie już tak zostanie aż do osiemnastego czerwca, kiedy wylatujemy z San Jose do Quito. Wczoraj po nocy spędzonej  na kempingu w pięknym Parque Nacional Cerro Azul Meambar (zapraszamy do najnowszej galerii), sprawnie przejechaliśmy do Tegucigalpy, stolicy Hondurasu, z zamiarem odwiedzenia znakomitego podobno muzeum dla dzieci Chiminike. Honduras sam w sobie budzi wśród większości skojarzenia z gangami, biedą i przestępczością, a Tegucigalpa jest miastem opisywanym pod tym kątem wielokrotnie i przez mieszkańców i przez przewodniki – Lonely Planet powołując się na ambasadę USA twierdzi, że dzielnica Comayagüela, gdzie znajdują się terminale autobusowe, jest tylko trochę bezpieczniejsza niż ciemna uliczka w Bagdadzie ;-). Zasięgnęliśmy więc języka na temat dzielnic bezpiecznych oraz niebezpiecznych i postanowiliśmy poruszać się głównie taksówkami.

Tegucigalpa nas zaskoczyła. Wśród miejsc brudnych, zaniedbanych i biednych kwitną wyspy luksusu, których nie powstydziłaby się żadna europejska stolica. Miałam okazję odwiedzić Honduras Medical Center, szklany wieżowiec z parkingiem, spod którego odjeżdżały samochody znakomitych marek, i luksusowymi sklepami dla pacjentów. Strzeżony był przez ochroniarzy z długą bronią palną – to akurat norma w krajach, które dotychczas odwiedziliśmy – tak chronione są sklepy z biżuterią, banki i praktycznie każdy bankomat. W środku wita pacjentów i ich rodziny niezwykle uprzejma obsługa, jeżdżą szybkie i ciche windy, przestronne wnętrza mają wysmakowaną kolorystykę, klimatyzację i plazmy na ścianach, a z głośników sączy się przyjemna muzyka. Wczoraj w ramach spóźnionego Dnia Dziecka oraz gnani potrzebą uzupełnienia strat i zapasów (bateria do Błażeja aparatu, klapki, szampon etc.) pojechaliśmy także do Multiplaza Mall na ulicy Jana Pawła II. Tu też szok był olbrzymi – jest to centrum handlowe rozmiarów warszawskiej Arkadii, z foodcourtem z kilkudziesięcioma restauracjami, kinem i wszystkim tym, co centrum handlowe zazwyczaj zawiera. W zasadzie nie powinno to budzić naszego zdziwienia, ale po Cerro Azul i smutnych ulicach Tegucigalpy kontrast był olbrzymi. Po dokonaniu drobnych sprawunków i pochłonięciu olbrzymich porcji lodów (co to była dla dzieciaków za radość! :-)) chodziliśmy przez chwilę po sklepach, czując, że w swoich krótkich spodenkach, sportowych butach i dawno nieprasowanych koszulkach zupełnie do tego miejsca nie pasujemy. Do tego stopnia, że Błażej zrejterował z eleganckiego salonu fryzjerskiego, w którym wcześniej miał zamiar zafundować sobie “firmówkę” :-). Czuliśmy się trochę jak w muzeum, a za sprawą Sokratesa natrętnie wracała myśl, ile jest rzeczy, których nie potrzebujemy i nie będziemy potrzebować jeszcze ładnych parę miesięcy. I na razie niech tak zostanie.