Vamos, compañeros

W Nikaragui odnaleźliśmy z mieszanymi uczuciami elementy znajome, choć dawno już przez nas zapomniane. Na granicy z Hondurasem od razu rzucił nam się w oczy wyrazisty plakat uśmiechniętego Ortegi (?) wznoszącego rękę w powitalnym geście. Jego dostojna poza mile kontrastowała z tłem o kolorze majtkowego różu. Zrozumieliśmy od razu, że w Nikaragui oprócz podróży w przestrzeni odbędziemy też podróż w czasie i nasze przewidywania częściowo się spełniły.

Wiadomości Po ulicach miast, w których byliśmy, jeżdżą niewielkie pickupy z panami z gigantycznymi megafonami służącymi celom propagandowym – zarówno politycznym, jak i komercyjnym. Zagłuszają one wszystko – w niedzielę w czasie mszy biedny ksiądz musiał się zdrowo nakrzyczeć, żeby przebić się przez dobiegający z ulicy jazgot,  który trudno zrozumieć, ale łatwo rozpoznać charakterystyczny radosny ton. Propaganda jest zdywersyfikowana i w zamyśle dostosowana do odbiorcy. W pobliżu granicy z Kostaryką świetlanych plakatów jakoś już nie było, ale za to w lokalnej darmowej gazetce opublikowano informacje o podwyżkach minimalnej płacy dla poszczególnych grup zawodowych (informacja dla wnikliwych: 1000 cordob to około 50 dolarów amerykańskich). Widać uznano, że przeciwnika należy pobić jego własną bronią. Raczej z mizernym efektem, bo wystarczy przekroczyć granicę pomiędzy Nikaraguą a Kostaryką, aby przekonać się, że cały czas dużo więcej Nicos (obywateli Nikaragui) chce mieszkać w Kostaryce niż Ticos (Kostarykańczyków) w Nikaragui.

Wolna od analfabetyzmu Kolejny element to uroczystości. Festyn z okazji Międzynarodowego Dnia Środowiska przypominał nam nieco wiec wyborczy, pomimo że teoretycznie nie polityki dotyczył. Wspaniałe pokazy orkiestr szkolnych ubranych w klasyczne odświętne stroje, przeplatały się z przemówieniami smutnych panów. W budynku miejskim o wysokich wnętrzach i imponującym kryształowym żyrandolu dziewczyny tańczyły powiewając zielonymi fifraczkami pod zrobionym z folii aluminiowej optymistycznym napisem “W 2009 Granada wolna od analfabetyzmu”. Telewizja jest namiętnością powszechną obecną w sklepach i hotelach, a brak prądu powoduje smutek, którego nie może rozegnać nawet rozmowa z przyjaciółmi. Plus za to jest taki, że jak już go włączą radosne krzyki rozlegają się na każdej ulicy.

Bananowce pod wulkanem Nikaragua jest drugim najbiedniejszym krajem na półkuli zachodniej, zaraz po Haiti (wyznacznikiem jest dochód narodowy brutto).  Jednak pozostawienie Nikaragui w wyobraźniach jako socjalistycznego, latynoamerykańskiego pariasa byłoby bardzo niesprawiedliwe. Uroda tego kraju jest urzekająca – zachwyciła nas i Granada i La Isla de Ometepe, zielona, pełna plantacji bananowców i kawy, wulkaniczna wyspa na jeziorze Nikaragua, na której jedliśmy niezwykle delikatne i słodkie ananasy o białokremowej barwie. Ludzie uśmiechają się, są życzliwi, pomocni, pogodni i swobodni w kontaktach z turystami. Nigdy nie pomyślałabym, że będę po ciemku i z dzieciakami jeździć chickenbusem po wyboistej, pełnej kawałków lawy, wiejskiej, nikaraguańskiej drodze czując się bezpieczniej niż w podobnej sytuacji we Wrocławiu. Nie był to zabieg zamierzony, ale wrażenia były bardzo interesujące :-).

Galerie z La Isla de Ometepe i miasteczka San Juan del Sur tu. Zapraszamy!

14 Responses to Vamos, compañeros

  1. Grzegorz M pisze:

    Od festynu do festynu 🙂 „Fifraczki” – fajne słówko (to chyba rodzaj żakietu) na pewno spodoba się „emigrantom” 😉
    Pozdrawiam!

  2. Teresa pisze:

    Super są te wasze relacje. Ale przyznam się szczerze, że chętnie poczytałabym rownież jak ludzie się do Was odnoszą. Czy pozwalają na fotografowanie siebie? Czy są serdeczni i otwarci, czy wycofujący się? Co wiedzą na temat Europy , Polski?
    Czytając tą relację, przypomniałam sobie swoją podróż do Maroka – im dalej w głąb kraju,w biedniejsze górskie rejony, a zarazem dalej od granicy z Hiszpanią, tym ludzie byli bardziej przyjaźni , spokojni, uśmiechnięci. Widać, tam gdzie nie ma zbytniej troski o dobrobyt, tym się spokojniej żyje 🙂

    pozdrawiam Rodzinę Obieżyświatów!

  3. Asia S. pisze:

    Czy naprawdę nie czuliście zagrożenia ze strony innych ludzi np. kradzieżą? A jak wygląda sprawa higieny? Nie pytam się, jak często macie dostęp do prysznica, ale o np. posiłki, które spożywacie „w mieście, w trasie”, problemy z przewodem pokarmowym? Wiem, że Beata już pisała o „dobrych bakteriach” itd., ale im dalej w las, tym niebezpieczniej…

    • Do prysznica mamy dostęp codziennie a nawet kilka razy dziennie korzystamy jeśli siedzimy w jednym miejscu. Inaczej byśmy śmierdzieli, a tego nikt nie chce, prawda?

      Co do posiłków to po kilku dniach lekkich obaw jemy wszystko co dają zarówno w barach, jak i sklepach. Kłopotów żołądkowych większych nie mieliśmy. Jakieś drobne pobolewania i tyle.

      Tu jest naprawdę normalnie. Zupełnie bez strachu!!

  4. Beata Kotełko pisze:

    Jak na razie reakcje na nas są pozytywne i bardzo pozytywne. Szczególnie dobre wrażenie robi Bernaś ze swoim łukiem, który tacha już od Mexico City. Budzą się w męzczyznach mali chłopcy :-). Kobiety, szczególnie mające już własne dzieci reagują radosnym „que bonito!” (jaki ładny!)i zaczepiają Bernasia, który jest tym już lekko znudzony ;-). Rezczywiście im mniejsza miejscowość, tym takie reakcje częstsze – białe dzieci najwyraźniej nie tak często się w niektórych miejscach pojawiają – spotkaliśmy w zasadzie tylko 2 rodziny z dziećmi w ciągu 2 miesięcy, ogólnie zresztą turystów jest dość mało, może przez porę deszczową. Reakcje na informację, że jesteśmy z Polski są w krajach katolickich bardzo jednoznaczne – papież nas na cały świat rozsławił 🙂 i bardzo pozytywne – Jan Paweł II cieszy się tu olbrzymim szacunkiem.
    Zachowujemy środki ostrożności i ze stolic wyjeżdżamy szybko – niepewnie czulismy się i w Managui (dworzec) i w Tegucigalpie. Nie wiem, na ile te zagrożenia są realne, a na ile po prostu się naczytaliśmy…
    Jeśli chodzi o posiłki, to jesteśmy wybiórczy, bo są rzeczy, któe się psują bardziej i są takie, które się psują mniej. W autobusach w trasie kupujemy placuszki, bułeczki, platany, kukurydzę, ciasta, czasem owoce – nigdy dania obiadowe z mięsem, które też są tu sprzedawane przez autobusowych sprzedawców. Ogólnie rzecz biorąc uważamy z mięsem i nabiałem. Generalnie trudno o reguły – działamy trochę na wyczucie, ale dotychczas praktycznie problemów z żołądkiem nie było. Sporo z wyrobów, które są sprzedawane w autobusach jest produkcji własnej – i to produkcji bardzo udanej :-). Zdrowy rozsądek jest tu najlepszym doradcą, bo jak coś wygląda na nieświeże to zapewne nieświeże jest. Aha, woda tylko butelkowana, ale także napoje z lodem w miejscach, które uznaliśmy za bezpieczne.
    Pozdrawiamy serdecznie wszystkich czytelników
    4B

    • Teresa pisze:

      Taaaak, reakcja na dzieci, zwłaszcza blondynów jest mi znana – Arabowie na widok małego synka naszych znajomych, ‚świecącego’ czuprynką w kolorze prawie białym, doznawali amoku 🙂 Oczywiście z łapaniem za tą czuprynkę. Dziecko reagowało najpierw dumą, potem tylko znudzeniem. Czyli dokladnie tak samo 🙂
      Może, wzorem Kącika Łasucha, uruchomicie Kącik Obserwatora? Dzięki za ciekawe informacje, samych świetnych przygod życzę :)!

  5. aga pisze:

    No proszę. po chikenbusach 100/h wyboistą drogą, wulkanach, trząśnięciach przyszedł czas na bardziej duchowe wstrząsy. wciąż jestem ciekawa co dalej. swoją drogą, fajnie,że macie dzieci- ile pobłażliwości przez to doznajecie,ile wyrozumiałości. Bernaś! pilnuj tego łuku, bo podziwiam Cie za wytrwałośc w jego targaniu w różnych warunkach. a u nas już prawie koniec roku. Iśka, wakacje prawie się zaczęły.

  6. Berenika Kotełko pisze:

    Bernaś faktycznie wytrwał ponad oczekiwania, ale już zaczyna wymiękać – na szczęście łuk niedługo wysyłamy :-]

  7. Aldek pisze:

    Nikaragua wg Waszych opisów to PRL z lat 1950 – 55. Głośnikowa propaganda była nawet w mieszkaniach. Fajnie, że jesteście tylko turystami. Już lepiej jest na Białorusi.
    Dalej Wam kibicuję i podziwiam.
    Pozdrawiam całą gromadkę

  8. Aldek pisze:

    „u nas żyto a to diabli wiedzą” to wg Maryny bananowce
    Pozdrawiam

  9. Beata Kotełko pisze:

    Zgadza się – to są bananowce, tylko banany już zebrane. Wyspa jest pełna bananowców i kawy. Gdzieś też musiały się uchować ananasy, bo pyszne są… (te rosną na gigantycznych rozłożystych kaktusowatych trawach – trochę jak amarylis). Muszę popracować nad Błażejem, bo ja tylko się zdrzemnę troszkę i botaniczne buby lecą 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

%d blogerów lubi to: