Śnieg i lawa

7 listopada 2009

Do Parku Narodowego Tongariro podchodziliśmy jak do jeża. Głównie dlatego, że zamierzaliśmy zrobić trasę Tongariro Northern Circuit obliczaną na kilka dni i  biegnącą przez cały niemalże teren parku. Tongariro National Park tworzą aktywne i święte dla Maorysów wulkany: Mt Ngauruhoe (2291m n.p.m.) -majestatyczny Mount Doom we Władcy Pierścieni, Mt Ruapehu (2797m n.p.m.) – najwyższy na Wyspie Północnej i Mt. Tongariro (1967m n.p.m.). Tongariro Northern Circuit ma prawie 45 km i wiedzie dookoła wulkanu Ngauruhoe – najpiękniejszego z nich, symetrycznego stożka o tej porze roku wciąż pokrytego śniegiem.

Trochę się topiZima w Nowej Zelandii w tym roku najsroższa od 60 lat, a na Południowej Wyspie właśnie zawiało śniegiem, o czym z pewną satysfakcją donosiły wiadomości oraz połowa poznanych Nowozelandczyków. Nasze plany przejścia Tongariro Northern Circuit stanęły więc pod znakiem zapytania, tym bardziej, że sprzęt posiadany przez nas nadaje się dużo bardziej na tropiki niż na temperatury w okolicy zera. Próby podpytywania DOC* zwiększyły tylko nasze obawy – na szlaku miał leżeć śnieg, zeznania dotyczące grubości warstwy nie były zgodne, ale najgorszy scenariusz obejmował brodzenie po pas w roztapiającej się mazi. Średnio nam się to uśmiechało, bo chociaż czapeczki, rękawiczki i szaliki mamy jeszcze z Peru, to nasze buty kupowaliśmy wybitnie pod tropiki – delikatna siateczka umożliwia oddychanie stopy w upale, a w deszczu czy śniegu – wiadomo… Zaczęliśmy więc rozważać wypożyczenie sprzętu, mając nadzieję, że miejscowa infrastruktura stanie na wysokości zadania. Najbardziej martwiliśmy się o Sińskiego, dla którego, z racji rozmiaru, wypożyczenie kurtki mogło nie być łatwe. Kurtek nie mieliśmy bowiem jeszcze od Kostaryki, kiedy to nasz dobytek bezwstydnie rozkradziono. Od tego czasu deszcz przeganialiśmy nylonowymi ponczami, średnio użytecznymi w górach, gdy wieje i zimno. Tak więc Siński dostał kurteczkę podbitą polarkiem. Następnego dnia z rozpędu nabyliśmy jeszcze kurtki dla pozostałych – z różnych źródeł i po relatywnie niewielkich cenach. Tak osprzętowieni (hehe) pojechaliśmy do Visitors Center w Whakapapa, licząc na to, że tam będą wiedzieć najlepiej, jakie są warunki i czego się można spodziewać. Było chłodno, ale bezchmurnie, co nie jest podobno aż tak częste nad Tongariro. Powiedziano nam, że na szlaku są tylko łachy śniegu, więc wyglądało na to, że jest lepiej niż zapowiadano.

Mount Doom ani chybiZa dobrze jednak być nie może. Siński z idealnym wyczuciem chwili dostał gorączki (pewnie po bieganiu w sandałach po mokrej trawie poprzedniego dnia) i zaczął skarżyć się na ból głowy spowodowany zapewne megazapchaniem nosa. Nie przeszkadzało mu to jednak dokazywać jak zwykle, co jest najlepszym barometrem jego ogólnego stanu zdrowia. Zjedliśmy więc obiad, wypiliśmy herbatę, Siński dostał lekarstwa i wyruszyliśmy na trzygodzinny spacer po względnie równym terenie w kierunku pierwszego przystanku Tongariro Northern Circuit – schroniska w Mangatepopo. Schroniska w Nowej Zelandii są inne niż te polskie – mają platformy do spania, materace, palniki gazowe i piec (też gazowy), który można włączyć w razie potrzeby. Są zwykle niewielkie, przytulne i zawsze mają opiekuna. Za to kuchni nie mają i zupek kupić nie można, więc trzeba całe jedzenie targać ze sobą. Jeśli ktoś marzył o jakimś lokalnym odpowiedniku żurku, grochówki lub czeskiej zupy czosnkowej, to może o tym zapomnieć. Rozgościliśmy się z przyjemnością, najedliśmy się i stwierdziliśmy, że w zależności od samopoczucia Bernasia będziemy modyfikować nasze plany dotyczące dalszej wędrówki. W nocy niestety miał gorączkę, a następnego dnia miał być wiatr i deszcz, więc zdecydowaliśmy się przeczekać i pogodę i katar Sińskiego, pojąc go herbatką i karmiąc miodem z manuki (poziom aktywności 5) – nowozelandzką specjalnością, którą dostaliśmy od Ani z Zielonego Wzgórza (Aniu, ale nas uratowałaś :-)). Poiliśmy go i karmiliśmy na tyle skutecznie, że pod koniec dnia, kiedy zaczęło się przejaśniać  zrobił nam karczemną awanturę, dlaczego mu nie pozwalamy biegać po dworze i chlapać się w górskim strumyczku. Najwyraźniej trochę krzepy przeszło na niego od twardych Nowozelandczyków, których dzieci biegają boso i tylko w koszulce w temperaturach, w których w Polsce niektórzy noszą jeszcze kozaki.

Jedno z jeziorekNastępnego ranka, korzystając ze słonecznej pogody wyruszyliśmy już na szlak i po pokonaniu dwóch stromych podejść weszliśmy do krateru, a następnie mogliśmy podziwiać prześliczne, choć cuchnące siarką szmaragdowe jeziorka (Emerald Lakes) i położone wyżej Jezioro Błękitne (Blue Lake). Szliśmy po potokach zastygłej lawy, wyobrażając sobie, co musiał czuć Frodo, obserwowaliśmy unoszące się w powietrze wulkaniczne wyziewy, rzucaliśmy się śniegiem i podziwialiśmy naturę. Błażej zabawiał nas opowieściami o kolejnych przygodach Gandalfa i spółki, a że akurat byliśmy przy Mordorze, więc nie mogło być lepiej. Szło się nam tak dobrze, że po przejściu zaplanowanego na ten dzień odcinka zdecydowaliśmy się przejść do kolejnego schroniska bijąc tym samym dzienny rekord wspólnych spacerów w czasie  naszej wyprawy (czyli 21 km).  Cały szlak (45km) zajął nam w sumie 2,5 dnia, nie licząc przymusowego odpoczynku na kurowanie Bernasia. Niesamowite wrażenie robił pięknie kontrastujący śnieg na wystygłej lawie a także zmienność krajobrazów. Była pustynia, pokryta scrubem, czyli kolczastymi zaroślami, bez najmniejszych śladów życia, i las, gęsty i pełny śpiewających ptaków,  i wodospady spadające z hukiem z wysokości kilkudziesięciu metrów. Jedno było tylko niezmienne: dwa wulkany – pokryte śniegiem, dymiące, groźne.

Galeria w przygotowaniu. Zapraszamy do galerii!

*Departament of Conservation, czyli organizacja zajmująca się parkami narodowymi w Nowej Zelandii


Raje w raju?

7 października 2009

Raja Długo nie wytrzymaliśmy w stanie błogiego nicnierobienia, choć trzeba przyznać, że im więcej czasu spędzaliśmy w wodzie, tym bardziej nam się ta Polinezja podobała. Szczególnie po tym, jak wyśledziliśmy grupę bajecznych, pełnych niezmiernej gracji płaszczek i popływaliśmy z nimi – my na powierzchni – one pod nami, my zwyczajni – one doskonałe. Odwiedziliśmy też kolejne miejsce snorklingowe i nacieszyliśmy oczy rybkami o najbardziej fantastycznych kolorach i wzorach. Turkusowe ryby papuzie, żółciutkie butterfish, niebiesko – turkusowe rybki o pyszczkach tapira, białoszare wąsate wbijające się na pół mordki w piasek, flądropodobne stworzenia denne normalnie nie do zauważenia, jeżowce, sporawe rybki z rodzaju jacków z piękną niebieską linią wzdłuż płetwy ogonowej, ryby igły (needlefish) i jeszcze setki innych rybek, które wyglądały, jakby ktoś je cieniutkim pędzelkiem pomalował w misterne barwne wzorki*. Tak więc stworzeniom morskim postawiliśmy szóstkę z plusem, a następnie przystąpiliśmy do badania atrakcyjności mieszkańców lądów i wybraliśmy się na występ polinezyjskiego zespołu tanecznego.

Ogień W Polinezji Francuskiej panuje miły zwyczaj, że zespoły tego typu umilają kolację gościom hotelowych restauracji. Wybraliśmy się więc do hoteliku za płotem, który tego typu spektakle organizował w położonej przy plaży knajpce. Pomni polskich tradycji kapel grających do kotleta nie robiliśmy sobie specjalnych nadziei na występ o dużej wartości rozrywkowej i artystycznej. Tym bardziej, że zgodnie z miejscową zasadą zbliżoną do “spiesz się powoli”, zespół niespiesznie zjadł hotelową kolację, równie leniwie pościągał z siebie T-shirty i wdział kostiumy bardziej odpowiednie na tę okazję. A  że widok na grupę przesłaniał nam jegomość rozmiarów Obeliksa to stwierdziliśmy, że muzycy będą jak na lotnisku – sympatyczni i lekko zblazowani. Nasze przewidywania nie sprawdziły się, chociaż zaczęli pół godziny po czasie od spokojnych pieśni polinezyjskich, demonstracji licznych sposobów wiązania pareo i przyjemnej bałałajkowej muzyki. Ale potem weszły bębny. Bębny o głębokim głuchym dźwięku i hipnotyzującym rytmie. I zrobiło się gorąco. Dziewczyny w zdobionych muszlami biustonoszach i zapiętych nisko spódniczkach z liści palmy i rafii wybijały biodrami każde uderzenie; półnadzy, natarci oliwką mężczyźni z polinezyjskimi tatuażami w przepaskach lub stylowych prześcieradełkach zawiązanych na biodrach jakby od niechcenia wydawali groźne okrzyki, tańczyli z nożami i włóczniami, wchodzili w płomienie i żonglowali pochodniami. Rytmy były gorące, tańczący pełni temperamentu, a cały występ bardzo hmm, hmm… pierwotny.

Zachód słońca widziany z naszej wyspy Jak wiadomo, po wylądowaniu białych na Tahiti tutejsze kobiety bez ogródek pokazały, w jaki sposób chciałyby sprawdzić, czy cudaczni przybysze mają wszystko na swoim miejscu. Wywołało to u niektórych entuzjazm (piękne kobiety, gorący klimat i kilka miesięcy na morzu robi swoje), a u niektórych zgorszenie. Tym większe, że w Europie panowały wtedy zupełnie inne nastroje dotyczące tej sfery życia. Dzisiaj zgorszenia nie ma, ale trzeba przyznać, że entuzjazmu wśród turystek i turystów widzieliśmy sporo. Tak więc, jeśli ktoś ma ochotę na chwileczkę zapomnienia, Polinezja Francuska ma wiele do zaoferowania.

Galeria będzie. Już jest. Zapraszamy tutaj.

*Nazwy polskie podamy przy bardziej dogodnym połączeniu z Internetem.


Miś uszatek

24 września 2009

Salton Sea Pokręciliśmy się nieco po uroczej Arizonie i dzięki gościnności naszych tamtejszych gospodarzy (jeszcze raz strasznie dziękujemy z prawdziwie polskie przyjęcie!) zwiedziliśmy zakątki, które normalnie umknęłyby naszej uwadze. Zdjęcia do zobaczenia w galerii z Arizony. Potem już zgodnie z planem ruszyliśmy do Kalifornii, która przywitała nas upałem (wjeżdżaliśmy od południa przy samej granicy meksykańskiej) oraz czymś smacznym – ale ten temat opisał już nasz dyżurny łasuch. Przemknęliśmy obok Salton Sea, wielkiego słonego jeziora położonego w jednej z największych w USA depresji, gdzie koło godziny piętnastej było nie do wytrzymania gorąco i słono. Od razu odechciało nam się Doliny Śmierci – stwierdziliśmy, że możemy uznać, że niemal byliśmy. Pojechaliśmy więc prosto do Sequoia National Park, gdzie od razu pierwszego dnia spotkaliśmy … misia uszatka.

Z ostrzegającego plakatu w Visitor Center Miś uszatek jest miły, słodki, puchaty i leniwie porusza się na 4 łapach. Łazi po lesie, szlakach, drogach i kempingach. Zagląda do pudeł z jedzeniem i wyżera smakołyki. Grzebie w kubłach na śmieci. Zgrabnym ruchem wielkiej łapy “otwiera” szyby w samochodach i pożera zostawione na siedzeniach batoniki – oczywiście jeśli ktoś jest tak głupi, aby je tam zostawiać w słońcu. Najczęściej są więc w pudełku z tyłu samochodu. Misiowi to nie przeszkadza. Wejdzie do auta przez otwartą szybę, przelezie przez tylny fotel i wynajdzie wszystko co smaczne (dlatego też samochody z nadwoziem typu sedan są trochę lepsze pod tym względem). Miś uszatek zwyczajowo i z natury jest bardzo sprytny i uparty. Lubi jeść. W brzuszku burczy mu wciąż. Ludzi się nie boi, bo gdy stanie na tylnych łapach to jest od nich większy. Gdy ryknie to tym bardziej wszyscy znikają. Zabawne, ale informacja na kempingu głosi: jeśli miś zabierze ci jedzenie, to nie należy próbować mu go odbierać (ciekawe który odważniak by próbował).

Antymisiowa skrzynia Zamiast zabierać misiowi jego kąski należy za to dbać o to, aby miś do jedzenia dostać się nie mógł i tu w Kalifornii sposoby prowadzące do tego celu są już posunięte dość daleko. Dotychczas spotykaliśmy już ostrzeżenia przed misiami w parku narodowym Great Sand Dunes (u podnóża gór), ale tu jesteśmy na wysokości ponad 2000 metrów w zasadzie w środku gór i to bardzo dzikich i niedostępnych. Do parku prowadzi tylko jedna droga od zachodu obejmująca swym zasięgiem jakąś 1/5 parku, a obszar wielkości około 100 na 50 kilometrów jest praktycznie całkowicie odcięty od świata i pozbawiony ludzi (prócz kilku szlaków pieszych prowadzących wysoko w góry). Słowem: raj dla misiów. 🙂 Ostrzeżenia przeciw tym wielkim zwierzętom są wszędzie. I to właśnie głównie polegające na tym, abyśmy w odpowiedni sposób przechowywali jedzenie oraz wszelkie produkty, które wydzielają zapach. Na kempingach i parkingach przygotowane są specjalne misioodporne skrzynie (zdjęcie powyżej) w których należy przechowywać wszystko: jedzenie i wszelkie (łącznie z zamkniętymi puszkami), kosmetyki, środki przeciw owadom, pieluszki dla dzieci, płyny do mycia, świeczki, garnki, napoje (piwo też), przenośne lodówki, pudełka i wszystko to, co mogło stykać się z jedzeniem lub mieć jakikolwiek zapach. Po co to wszystko? Gdyby misie mogły dostać się do jedzenia tak łatwo, to nauczyłyby się, że w pobliżu ludzi są smaczne kąski i na pewno odwiedzałyby kempingi i parkingi częściej. A wówczas stałyby się agresywne i trzeba byłoby takie osobniki … zlikwidować.

Specjalne pojemniki antymisiowe dla nocujących na dziko Stąd prawo obowiązujące Kalifornii: jeśli pozostawisz jedzenie w samochodzie, czy na kempingu, a nie w misioodpornej skrzyni, to nie dość, że miś przyjdzie, rozwali ci samochód i zje zapasy – stan Kalifornia wlepi ci na dodatek mandat, karę i/lub wsadzi do więzienia, a park ranger na dodatek opierniczy cię tak, że ze wstydu schowasz się pod ziemię. Zabezpieczanie się przed misiami traktują tu bardzo poważnie i po kilku rozmowach z rangerami tłumaczącymi nam co i jak oraz po przeczytaniu tych wszystkich ostrzeżeń trzymamy się na baczności. Są niewątpliwe ułatwienia. Kubły na śmieci mają łańcuchy przy klapach albo sprytne klamki, które trzeba podważyć przeczytawszy wcześniej opis. Wejścia do toalet są na metalowe (czyli śliskie) klamki w kształcie kuli – tylko człowiek jest w stanie złapać je ręką i przekręcić. Również skrzynia antymisiowa otwiera się na sprytny zatrzask lub sporą wajchę z zapadką obsługiwaną nieintuicyjnie. Nic się nie może dać otworzyć prosto, bo miś uszatek tylko na to czeka. Idą na dalszą eskpadę trzeba mieć specjalny misioodporny kanisterek otwierany za pomocą zamka z wycięciem na monetę (wieszanie jedzenia w worku na gałęzi nie skutkuje – misie już się nauczyły dobierać się do takich worków). Żaden miś nie da podobno temu zamkowi rady. A! Przy okazji to tutaj występują dwa typu misiów uszatków: brunatny i szary (czyli inaczej grizzly). Oba równie przyjemniackie i sprytne. 🙂

Bliskie spotkania z uszatkiem 1Wczoraj na popołudniowym spacerze po lesie (w zasadzie w drodze do gigantycznego lasu pełnego sekwoi) spotkaliśmy w sumie 6 misiów uszatków w ciągu 3-4 godzin. Jeden przeszedł nam przez szlak jakieś 50 metrów od nas i poszedł w las. Drugi w drodze powrotnej (już zaczynał się wieczór) spacerował sobie jakieś 30 metrów od nas po drodze prowadzącej do parkingu. Zrobiło się groźnie tym bardziej, że ludzi wokół już nie było. Trzeciego spotkaliśmy przy samym parkingu, gdy kręcił się w okolicach toalet (to był ten czarny, po pozostałe były chyba brunatne). Była już jakoś osiemnasta i zaczął powoli zapadać zmrok. Postanowiliśmy (jakoś tak dość szybko i zgodnie) nie wracać szlakiem przez las (samochód mieliśmy na innym parkingu, jakieś 4 km dalej) tylko drogą. Po przejściu kawałka szosą zauważyliśmy jakieś 50m w las mamusię misia z dwojgiem małych wesoło baraszkujących w krzakach (mamusia wyraźnie coś wygrzebywała łapą). Jak wiadomo mamusia z dziećmi to strach razy dwa, wiec zrejterowaliśmy za pomocą opcji autostopu w postaci niemieckich turystów ze sporym vanem, którzy chcieli owszem pójść na wieczorny spacer, ale po zobaczeniu misia na parkingu zawrócili i uznali, że … jutro też jest dzień.

Odstraszacz misiowy Stockpot model 555 (Made in Peru) Jakoś odeszła nam ochota na dłuższe górskie eskapady w kolejnych dniach. Już na kempingu dzieciaki szybciutko spreparowały domowej roboty odstraszacz na misia (garnek z łyżką, zdjęcie obok), który przechowujemy co noc w namiocie na wypadek odwiedzin futrzanego przyjaciela. W razie spotkania z misiem należy bowiem czynić spory hałas głosem i garnkami. Zresztą wcześniej ranger z uśmiechem na ustach powiedział nam, że możemy odstraszać misa nawet po polsku – im to obojętne, bo są wielojęzyczne. 🙂 Nie da się ukryć, że przez 2 noce z rzędu miły ranny ptaszek miś uszatek przychodził na kemping koło szóstej i próbował otwierać jakieś skrzynie lub dobierać się do zapasów jakiegoś kamperowicza (dla mnie łomot był bowiem bardziej plastikowy niż metalowy). Skończyło się na latarkach świecących w ciemnościach, nagłym włączaniu silnika w kamperze sąsiada i późniejszych podekscytowanych, porannych rozmowach przy toalecie. Nasz odstraszacz model 555 nie musiał być użyty, bo do naszego namiotu miś jakoś nie przyszedł. I całe szczęście.

Swoją drogą warto było przecierpieć misiowe strachy na lachy, aby zobaczyć taki las:

Galeria z Sequoia, Kings Canyon i okolic też już jest dostępna. Zapraszamy!


Sam na sam z tarantulą

19 września 2009

Dzień dobry Państwu!

mój autoportret. T.Z. PajęczakNazywam się  Delia Rumianek i jestem redaktorką gazety “Arania”. Dzisiaj na zlecenie TVR Smors przeprowadzę dla państwa wywiad z panią Tarantulą Z. Pajęczak.

Witam Panią serdecznie pani Pajęczak!

– Dzień Dobry, Dzień Dobry, Droga pani Delio.

– A, więc czy może nam pani opowiedzieć coś o  sobie?

– Ależ oczywiście, nie ma sprawy.

– Wspaniale! Przede wszystkim chciałabym usłyszeć coś o Pani rodzinie.

– Ależ tak. W naszej obszernej rodzinie Pajęczaków znajdują się min.: kleszcze, roztocza, skorpiony, oraz my, czyli pająki. Nie wszyscy nosimy to samo nazwisko, ale czasami się to zdarza. Raz jeden na przykład szłam sobie najzwyczajniej świecie ulicą, aż tu nagle zaczepia mnie pewien skorpion i bezczelnie pyta “Witaj paniusiu !Jak się pani nazywa?” “Tarantula  Z. Pajęczak . A bo co?” – odparłam – “A bo widzi pani ja nazywam się Franciszek S. Pajęczak. Jak widać chyba jesteśmy spokrewnieni.” “Wątpię! Codziennie spotykam z tuzin ludzi którzy mają tak na imię!” – odparowałam i odeszłam.

Tak naprawdę to był pierwszy, który nosił to samo nazwisko, ale myślę że taka nieścisłość nie sprawi mu problemu.

-  To wspaniale, ale dlaczego niektórzy mają na nazwisko Pajęczak, a inni nie?

-  Dzieje się tak dlatego, że pewne rodziny są no … bardziej starożytne. Te rodziny, których historia sięga początków świata przyjęły wspólne nazwisko: Pajęczak. Tak zrobiła moja rodzina i rodzina Franciszka S..

-  Rozumiem. Czy mogę spytać o wasz …hmmm…  sposób zamieszkania?

– Ach tak to bardzo dobre pytanie. A więc w przeciwieństwie do innych pająków nie przędziemy pajęczyn, lecz mieszkamy w norach.

– No, tak ale skoro nie budujecie pajęczyn, to w jaki sposób polujecie?

– Ot, po prostu napadamy na ofiarę, rzucamy się na nią i wstrzykujemy jad. Następnie wstrzykujemy soki trawienne,

czekamy chwilę i jemy.

– A po co te soki trawienne?

Wanted dead or aliveTarantule mają bardzo małe usta, a więc musimy, w przeciwieństwie do was – ludzi, trawić jedzenie na zewnątrz ciała. Gdy ofiara już się strawi po prostu wysysamy z niej co się da.

– A tak ogóle na co polujecie ?

– Nasz pokarm stanowią między innymi: chrząszcze, świerszcze koniki polne i tym podobne żyjątka.

– Ho ho! Jak widzę jesteście postrachem wszystkich owadów. Strzeżcie się insekty!!!

– A tak się składa że nie, pani Delio. Jest jeden owad, który dla nas, tarantul, jest najniebezpieczniejszym drapieżnikiem na świecie i zawsze zwycięża. Nazywa się tutaj tarantula hawk (osa z rodziny nastecznikowatych) i należy do rodziny os. Z reguły nie jest drapieżnikiem, ale raz w roku na pewien okres staje się groźnym mordercą. Paraliżuje tarantulę swoim jadem, następnie składa w jej brzuchu jedno jajko. Zakopuje tarantulę razem z jajem i odlatuje. Gdy larwa się wylęgnie zjada sparaliżowaną tarantulę od środka. Właśnie w ten sposób zginął mój kuzyn z Anglii Nicolas S. Pajęczak. Dla każdego jajka osa musi ubić jedną tarantulę, więc corocznie od jednej osy umiera od 6 do 80 tarantul. Droga pani Delio, czy coś się stało? Jest pani taka blada.

– Nic, nic … Alicjo moja droga, czy mogłabyś podać mi szklankę wody? A więc pani Tarantulo możemy kontynuować wywiad.

– Dobrze, ale może już byśmy niedługo kończyły? Chyba musi pani położyć się do łóżka.

– W porządku. Chyba rzeczywiście mi się to przyda. Dziękuję Alicjo. Więc życzę miłego dnia droga pani Pajęczak.

– Dziękuję i nawzajem pani Delio.

Niniejszy wywiad ukarze się za dwa dni w czwartkowym wydaniu gazety “Arania”. Serdecznie zapraszam do przeczytania. Wszystkim wiernym czytelnikom i nie tylko życzę wspaniałego dnia . Do widzenia.


Dzika natura dzikiego zachodu

11 września 2009

Jeździliśmy po różnych krajach Ameryki między innymi szukając natury i dzikich zwierząt. Trochę znaleźliśmy, choć bardziej chyba jednak były widoczne ruinki, niż zwierzaki. Tapira, na którego bezskutecznie zasadzaliśmy się w parku narodowym w Kostaryce, widzieliśmy co prawda tylko w Mexico City w ZOO, ale za to widzieliśmy na wolności krokodyle, aligatory, koati, wielkie żuki, małpy, papugi i wiele innych zwierzaków. Takiego jednak nagromadzenia, jak tutaj nie spotyka się chyba nigdzie tak blisko cywilizacji. Praktycznie w każdym z parków narodowych w USA, który odwiedzaliśmy (mowa o okolicach Gór Skalistych oraz kraju Indian) sarny przechadzały się przy drodze, a wiewiórki (takie jak tutaj), pręgowce (ang. chipmunk) i kotofretki (ang. ringtail) łaziły po campingu lub okolicach w poszukiwaniu odpadków (jako rodzice kilkakrotnych Junior Rangerów wiemy – podobnie jak nasi Junior Rangerzy – że dzikich zwierząt absolutnie karmić nie należy, a zostawianie na kempingu jedzenia lub odpadków jest bardzo niemile widziane). Dziś jednak dzika natura sprawiła nam swego rodzaju prezent w postaci olbrzymiego jelenia wapiti (ang. elk) jedzącego sobie spokojnie listki niemal tuż przy naszym namiocie.

Pan Elk czyli jeleń A było tak: Dzieciaki robią lekcje, jest środek dnia, siedzimy na campingu w parku narodowym Grand Canyon w Arizonie (jakiś kilometr od krawędzi samego kanionu, wysokość 2200 m n.p.m., okolice dość przypominające górskie regiony podnóża Tatr). Mamy niedaleko do toalety (50 m), więc tam podłączyłem notebooka, aby się podładował i zerkam od czasu do czasu, aby mi ktoś tam nie wlazł (choć kraj uczciwy, ale strzeżonego…wiadomo). Na kempingu pustki – wszyscy zwiedzają, ale my akurat mamy czas szkolny i dlatego wróciliśmy po porannych zajęciach z rangerem (było o skamieniałościach). Upał, choć camping ocieniony więc nie jest tak źle. Przyjeżdża pani sprzątająca kibelki – ja zerkam, wchodzi jakiś zagubiony gość za potrzebą – ja zerkam, przejeżdża leniwe auto – zerkam czujnie wciąż. W pewnym momencie jakiś hałas jakby dochodzi z okolic z drugiej strony – zerkam nieśpiesznie: “Ranger przyjechał na koniu, sprzątać drugi kibel, czy co? Albo może wyrywać z ziemi znaki drogowe, bo taki hałas.” Koń jakiś dziwny – patrzę przez krzaki – jakby ogona nie miał, choć rozmiarowo zad jak trzeba. Zaciekawiony wstaję i wychodzę parę metrów dalej na drogę. O kurcze! W krzakach u sąsiada jakieś 20 m ode mnie stoi naprawdę ogromny jeleń (tak naprawdę to wapiti) i szarpiąc się z drzewkiem wyrywa gałęzie rogami, a następnie sobie spokojnie wcina. Hałas robił spory, zerkał na nas ukradkiem (od razu zawołałem rodzinkę, a że jesteśmy jak już mówiłem weteranami to wiemy, że do elka podchodzić nie należy na bliżej niż 15 m – szczególnie teraz jak mają okres godowy i chodzą po parku nieco wkurzone), ale nic sobie z naszej obecności nie robił. Jadł lunch. Akurat jak narobiliśmy mnóstwo zdjęć, nakręciliśmy filmik (poniżej) i nacieszyliśmy się widokiem, to sobie po prostu poszedł w las.

Grzechotniczek malutki Kolejną niespodzianką był grzechotnik przełażący sobie przez ścieżkę na dole Wielkiego Kanionu Kolorado. A było tak: zeszliśmy do miejsca zwanego Indian Garden (w sumie w dół i w górę 15 km – zajęło nam to 11 godzin ze sporymi przerwami) i tam odpoczywaliśmy. Ja oglądałem tablice informacyjne o szlakach, a Bernaś buszował niedaleko na ścieżce. Nagle woła podekscytowany: “Tato, tato, tu jest wąż! Taki byczy!’” Mając pewność, że po zajęciach o wężach wie jak się zachować (stać spokojnie, bo tutejszy wąż nas nie tknie – nie pachniemy jak jedzenie) nie przejąłem się zbytnio – tym bardziej, że węży widzieliśmy już razem kilka. Skierowałem się w stronę wołania, a Bernaś już mówił “Chodź! On jest coraz bliżej.” Rzeczywiście, kilka metrów od Bernasia przez środek ścieżki przełaził sobie spokojnie sporej wielkości (jak dla mnie sporej) grzechotnik. Przeczekaliśmy go obaj i zawołaliśmy dziewczyny (węże są głuche więc wołać można spokojnie) – zostało zrobione trochę rasowych zdjęć. Dla mnie spotkanie z grzechotnikiem – bomba! Podobnie jeleń (nawiasem mówiąc w sumie w Grand Canyon National Park widzieliśmy potem jeszcze dwa). Nie jakaś tam wiewiórka, czy inny robal, tylko prawdziwie spory zwierz!

Kondor Kalifornijski nad Wielkim Kanionem Kolorado Wcześniej były jeszcze kondory kalifornijskie, które udało się tutaj uratować przed wyginięciem (nawiasem mówiąc naprawdę ciekawa historia, jak im się udało tego dokonać) i teraz latają sobie na terenie Wielkiego Kanionu i okolic (wszystkie oznakowane i z nadajnikami przy skrzydłach). Jednego widzieliśmy już w Zion National Park (siedział na drzewie na Angels Landing), a pozostałe właśnie w Grand Canyon National Park. Tam zresztą codziennie o 15:30 odbywa się spotkanie z rangerem połączone z ciekawymi opowieściami o kondorach. Kondory przylatują w te okolice i przelatują rangerowi nad głową praktycznie zawsze. Po prostu lubią sobie szybować nad kanionem akurat tam lub siedząc na skale oglądać widoki. A może ludzi podziwiających je z dołu? Kto wie? W końcu to padlinożercy, a niektórzy turyści po wyjściu z kanionu w godzinach po południowych wyglądają niewesoło. 🙂 Nie było może tak spektakularnie jak przy Cruz del Condor w Peru, ale ptaki tak majestatyczne wyglądają zawsze pięknie – nie zależnie, czy widzimy na raz 10, czy 2.

Zapraszamy na filmik, który skleciłem z ujęć zwierzaków. Galeria ze zdjęciami w przygotowaniu (prosimy o jeszcze odrobinę cierpliwości).

Zapraszamy do najnowszych galerii z parku Zion, Bryce oraz Grand Canyon.


Nareszcie jabłka

5 września 2009

Mniej więcej w połowie osiemnastokilometrowego spaceru po Needles w Canyonlands Każdy z parków narodowych, które odwiedzamy, nas zaskakuje. Najpierw było Canyonlands, w którym spodziewaliśmy się kanionów, a były przepiękne, dzikie i pustynne pustkowia z przepięknie rzeźbionymi wiatrem i wodą pomarańczowymi skałami – w środku dnia cisza była taka, że dźwięczało w uszach. Wymarzone, chwytające za serce miejsce na przemyślenia – dzikie, odludne i niezwykle piękne. Niezwykłe są tu przestrzenie – tego się nie spotyka w parkach w Polsce, które są raczej niewielkie i zazwyczaj na ich terenie są wioski albo miasteczka – dużo trudniejsza jest ucieczka od cywilizacji.  W Stanach dzikie odludzia bez jednej osady ciągną się czasem przez kilkadziesiąt, niekiedy kilkaset kilometrów. Jeśli jeszcze do tego mamy do czynienia z parkiem trochę dzikim, bez udogodnień dla niedzielnych turystów (autobusy, prysznice, prąd, klimatyzowane centrum) i to jeszcze o takiej urodzie jak Canyonlands, to można uznać, że znaleźliśmy perłę.

Capitol ReefPotem przyszedł czas na Capitol Reef National Park, do którego mieliśmy zajechać tylko na jeden dzień i niejako przy okazji. Wiedzieliśmy, że to olbrzymi monolit, ale spodziewaliśmy się podobnych wrażeń, co w Canyonlands. A tu widoki może zbliżone gdzieniegdzie nieco do the Arches (Parku Narodowego Łuków Skalnych), ale the Capitol Gorge – wąwóz, przez który przejechaliśmy, miał gigantyczne, gładkie ściany wymalowane przez naturę w odcieniach pomarańczu, szarości i bieli – wcześniej nie widzieliśmy takich nigdzie. Ten park miał też zupełnie inny charakter, bo oprócz pięknych krajobrazów chronił także miejsca historycznych wydarzeń. Najpierw dawno, dawno temu, jak wszędzie w Ameryce, żyli tu Indianie. Później z niewiadomych powodów przenieśli się gdzieindziej, a kilkaset po nich przybili mormoni.

A dla nas mandatOsadnicy tak samo jak współcześni bazgrolili po ścianach kanionu – napisów w serduszku “Józek+Ewa=LOVE” co prawda nie znaleźliśmy, ale na tak zwanym “Spisie Pionierów” gryzmołów było sporo. Różnica taka, że te napisy są teraz chronione, a my za malowanie po ścianach możemy oberwać 250$ mandatu. Etos etosem i legendy legendami, ale dzieci mormonów były zupełnie zwyczajne. Podczas lekcji, które odbywały się w maleńkim, ogrzewanym kozą budyneczku szkoły (zachowany do dziś) łobuzowali podobno na potęgę. Gdy nauczycielka wychodziła na lunch zapychali komin gazetą tak, że pokoik cały wypełniał się dymem, rzucali w sufit gumkami do mazania, dokazywali i płatali figle. Niełatwe życie miała z nimi świeżo upieczona, młodziutka nauczycielka, bo mali urwipołcie zakładali się, który z nich pierwszy doprowadzi ją do płaczu.

Ogrodniczka Mormoni posadzili we Fruicie (centralna osada Mormonów – dziś centrum parku) sady: brzoskwinie, grusze, jabłonie, wiśnie, pekany… Sady zostały do dziś – opiekuje się nimi służba parków narodowych. Odwiedzający są zapraszani do wizyt w sadach i własnoręcznego zbierania owoców. Przed wejściem do sadu stoi eleganckie pudełeczko z torebkami, ustawiona jest waga i skrzyneczka na pieniądze, a na trawie leżą drabiny oraz zbieraczki w kształcie koszyczków. Wszystko opatrzone precyzyjnymi instrukcjami obejmującymi bezpieczeństwo zbierających i zasady działania sadów. Za owoce wyniesione z sadu pobiera się opłatę w wysokości 1$ za funt, zaś tymi, które zje się w sadzie, można się delektować bez żadnych opłat. Więc się delektowaliśmy ;-), starannie najpierw wybrawszy odmianę. Z prawdziwą radością, bo nareszcie mogliśmy zjeść pyszne jabłka, zrywane z drzewa, tak soczyste, że sok nam ściekał po palcach. Wcześniej kupowane w supermarketach Granny Smith czy Red Delicious, choć bardzo smaczne, to jednak wszystkie były w tym samym kolorze, rozmiarze i każde z naklejeczką. Piękne, smaczne, ale jakoś nie zachwycały. Co innego jabłka z sadu. Zapakowaliśmy sobie jeszcze jabłuszek na wynos i po uiszczeniu opłaty szczęśliwi opuściliśmy sady, aby nazajutrz powtórzyć manewr raz jeszcze – raz w gruszach, raz w jabłoniach. Frajda była nie z tej ziemi.

Zapraszamy do galerii


Parki Narodowe USA

2 września 2009

Park Narodowy Canyonlands Trzeba przyznać, że Stany Zjednoczone wiedzą, jak utrzymywać parki narodowe. Nie pierwszy raz korzystamy z tych usług będąc w USA i za każdym razem pojawia się to samo miłe zaskoczenie. Może najpierw dla nie wiedzących należałoby wyjaśnić o co chodzi? Otóż, jak łatwo się domyślić, w USA – kraju na wskroś kapitalistycznym – zdecydowana większość ziemi jest w rękach prywatnych. Pozostała należy albo do Indian (rezerwaty), albo do państwa – przy czym warto rozróżnić teren federalny i stanowy (zarządzany na poziomie jednego stanu). Na terenach federalnych utworzono sporo parków narodowych działających podobnie jak te u nas – z pewnymi jednak istotnymi różnicami. Po pierwsze infrastruktura jest świetnie przygotowana – czasem jest to prosta infrastruktura, ale zawsze dobrze przemyślana. Po drugie parki są olbrzymie. Naprawdę! Po trzecie są to często jedne z nielicznych terenów, gdzie można rzeczywiście zażyć dzikości kraju (pomijając tereny stanowe) – jak już pisałem pozostałe tereny są prywatne. W Polsce, jeśli jedziemy przez las, to praktycznie wiadomo, że jest to las państwowy, więc możemy się zatrzymać i pójść pozbierać grzybki lub jagódki. Tu możemy tak zrobić tylko w lesie stanowym lub federalnym (nie wiem do końca jak z tym zbieraniem grzybków w lesie stanowym, ale na spacer na pewno możemy pójść). Ewentualnie możemy pójść do lasu prywatnego, jeśli jest to ośrodek turystyczny. Jeśli nie – i po prostu łazimy po czyimś terenie, możemy się spodziewać spotkania z szeryfem wezwanym przez właściciela (w większości stanów) lub ewentualnie kulki między oczy bez ostrzeżenia (to w Teksasie ;-)).

Capitol Reef National Park Visitor Center Oczywiście wszędzie (łącznie z parkami stanowymi i federalnymi) musimy zapłacić za wstęp (to znaczy za wjazd, bo w USA pojęcie opłaty często dotyczy po prostu samochodu sztuk jeden – nie ważne ilu pasażerów). Im teren bardziej prywatny, tym jest drożej. Tylko czasem jest bezpłatnie, ale naprawdę opłaty występują prawie wszędzie. Przy czym nie są wygórowane – to trzeba przyznać. Do szczytów niewygórowania należy dożywotnia przepustka do wszystkich parków narodowych USA dostępna dla seniorów zameldowanych w USA w cenie 10 USD (jednorazowo, dożywotnio). Zwykli turyści płacą 80 USD na rok na jeden samochód (karta America the Beautiful) i mogą wjeżdżać do wszystkich parków narodowych z rodziną (jednorazowa, tygodniowa przepustka do jednego parku to opłata rzędu 10-20 USD). Łatwo więc wydedukować, że dla takich jak my roczna przepustka do wszystkich parków narodowych jest bardzo dobrym interesem (my jesteśmy po 6 parkach narodowych, więc już jesteśmy do przodu 🙂 ).

Bernaś jako żuk tygrysi w czasie wykładu RangeraCo do infrastruktury, to jest tak: wszędzie da się dojechać autem i są porobione parkingi. Bez auta zresztą zwiedzać się nie da (za duże odległości i za tanie paliwo). Drogi w większości są asfaltowe (naprawdę porządne), a jeśli nie – jest to dobrze oznaczone. Każdy wjeżdżający dostaje dokładną mapę z zaznaczonymi atrakcjami. W każdym parku jest co najmniej jedno Visitor Center, gdzie uprzejmi pracownicy (najczęściej strażnicy parku, czyli Park Rangerzy – nie mylić z Power Rangerami ;-)) mogą wyjaśnić do delikwent może zobaczyć w ciągu godziny, pół dnia, czy też kilku dni. Tam też jest najczęściej muzeum, wyświetlany jest film poglądowy o danym parku i dostępne są wszelkie informacje dla naprawdę ciekawskich. Jest też oczywiście sklep z pamiątkami. Istnieje też bardzo fajny zwyczaj zajęć, czy wykładów prowadzonych przez Rangerów na temat mieszkających w parku zwierząt lub występujących tu roślin. Wykłady bardzo profesjonalne, ilustrowane często slajdami lub rekwizytami – prawie zawsze tak prowadzone, że dzieci też mają niezły ubaw. Na wykładzie w Great Sand Dunes Bernaś (jako ochotnik z widowni) został “przebrany” za żuka tygrysiego (rodzaj występujący tylko na terenie parku) i ze śmiesznymi, rozszczepiającymi okularami na oczach próbował gonić swoją ofiarę (znaczy się, swoją siostrę udającą smaczny kąsek). Chodziło o demonstrację sposobu widzenia żuka (generalnie żuk tygrysi widzi słabo :-)).

Nasz site na campingu w Parku Narodowym CanyonlandsW większości parków są wygodne, choć najczęściej proste campingi (z których korzystamy). Camping w parku narodowym w USA (to niezmiernie ważna definicja!) oznacza spory teren podzielony na miejsca (ang. site), które turyści zajmują albo przez wcześniejszą rezerwację przez Internet (tylko niektóre campingi mają taką usługę) lub poprzez zasadę kto pierwszy ten lepszy. Poza site obozować nie wolno (chyba, że ze specjalnym pozwoleniem w terenie, ale to też nie na dziko, tylko na specjalnie wyznaczonych miejscach). Ważne jest też, że taki przykładowy site na campingu w parku narodowym w USA jest takiej wielkości, że zmieściłby się średniej wielkości obóz harcerski. 😉 Najczęściej może tu jednak spać powiedzmy 8 osób. Dozwolone są najczęściej dwa samochody i dwa namioty. Są specjalnie przygotowane miejsca na namioty (i tylko tam można je stawiać), stoliczek piknikowy oraz miejsce do grillowania (i tylko tam można palić ogień lub grillować). Zawsze są toalety, często woda do picia (choć są niektóre odległe campingi pustynne bez tej ważnej cieczy), rzadko prąd (na pozostałych campingach  USA prąd w słupkach jest praktycznie oczywistością) i bardzo rzadko Internet (na pozostałych campingach wifi jest prawie zawsze na całym terenie). Trzeba pamiętać bowiem, że wielu turystów porusza sie tutaj swoimi RV (recreational vehicle, czyli po naszemu camper, dom na kółkach lub z niemieckiego wohnmobil), więc dla nich taki camping jest wyraźnie gorzej wyposażony (nie mają gdzie się podłączyć). Natomiast dla turystów z namiotem jest to najczęściej całkiem przyjemne miejsce.

Ot i całe biuro campingu Ciekawie też wygląda procedura rejestracji wieczorem, gdy rangerzy poszli już spać (albo na piwo, mleko, czy co tam piją rangerzy). Na teren parku narodowego można wjechać bez przeszkód – szlaban jest podniesiony, a turystę wita tabliczka, że stacja jest już zamknięta, a zapłacić można przy wyjeździe. Jest też pudełeczko z mapkami. Po przyjechaniu na camping procedura jest prosta: wybierz sobie wolne miejsce i zajmij je (np. kładąc coś na stoliku), zapamiętaj numer, wróć do budki rejestracyjnej campingu, wypełnij nadruk na kopercie, oderwij kupon, w kopercie umieść gotówkę lub czek (płatność kartą możliwa rano w Visitor Center), kopertkę wrzuć do urny, zaś kupon powieś przy swoim site (jest specjalny słupek i zaczep) – gotowe. Rano ranger przyjeżdża sowim pickupem i sprawdza kupony. Proste, bezobsługowe i skuteczne. Dla ciekawskich: przykładowy koszt takiego campingu to w okolicach od 10 USD (tylko WC) do 20 USD (z prysznicami i Internetem) za noc za site.

Odznaki Junior Park Rangera Kolejnym miłym zwyczajem jest instytucja Junior Park Rangera (niestety poznaliśmy ją dopiero 2 parki temu). Dzieciaki w wieku od 4 do 12 lat mogą w każdym parku zdobywać odznakę Młodego Strażnika. W centralnym Visitor Center dostają bardzo przemyślaną książeczkę z zadaniami dla różnych grup wiekowych. Są proste zagadki, malowanki, czy labirynty, jest rozpoznawanie śladów zwierząt (dzięki temu Bernaś będzie na pewno długo pamiętał, jak odróżnić ślad kojota od śladu psa), są zagadki słowne, krzyżówki i zadania na myślenie. Aby je rozwiązać naprawdę trzeba trochę o parku poczytać, pochodzić po ścieżkach i dowiedzieć cię tego, czy owego (np. z plansz informacyjnych umieszczonych w ważnych punktach lub z muzeum). Jest to bardzo sprytnie – to musze przyznać – wymyślone. Dzieci łykają trochę wiedzy i mają zabawę. Dużo chętniej też zwiedzają – chcą przecież zdobyć odznakę. Dla nas dodatkowo jest to okazja, aby poćwiczyły język. 🙂 Po wypełnieniu wszelkich zadań jest egzamin u Rangera, którzy pyta o niektóre rozwiązania (tu trochę pomagamy jako tłumacze). Dziecko musi się wykazać znajomością tematu. Potem następuje przysięga Junior Rangera z podniesioną prawą dłonią (z obietnicą, że będzie się oszczędzać wodę, zbierać śmieci i szerzyć wiedzę na temat parku itp.) oraz uścisk ręki egzaminatora i wręczenie odznaki. Bardzo elegancko, prawda?!

Zapraszamy do kolejnej galerii, tym razem z parku Canyonlands w Utah i z trasy do niego.