Kącik łasucha – Cuzco

25 lipca 2009

PrzedKontynuując tak emocjonujący wątek “jeść czy nie jeść – oto jest pytanie” pragniemy donieść, że skuszeni egzotyką i, przyznajemy, rozochoceni potencjalnymi reakcjami 😉 zaplanowaliśmy i z premedytacją dokonaliśmy degustacji andyjskiego specjału, czyli świnki morskiej. Jak już szaleć, to szaleć więc postanowiliśmy spróbować jeszcze alpaki, co wydało nam się już troszkę mniej kontrowersyjne, choć wciąż wystarczająco pociągające. Od razu aby ustawić całość we właściwych barwach informujemy, że świnka morska była udomowiona w Andach kilka tysięcy lat temu właśnie ze względu na mięso. W Ekwadorze i w Peru kilkukrotnie widzieliśmy świnki morskie biegające wokół wiejskich chatek, podobnie jak u nas biegają kurczaki – należy je więc uważać za gatunek udomowiony, nie zagrożony oraz stanowiący ciekawy element andyjskiej kultury.

Ostatnia wieczerza - wersja peruwiańskaMamy też niezbite dowody z nieco mniej przyziemnych sfer: W Cuzco oraz  w Limie znajdują się dwa podobne nieco do siebie obrazy namalowane w XVII w. przez miejscowych artystów. Oba to “Ostatnia Wieczerza” – w roli pierwszoplanowej pieczona świnka morska ułożona na talerzu z bezbronnie sterczącymi ku niebo nóżkami. Obok na stole znajdują się inne podstawowe produkty kuchni andyjskiej czyli ostra papryka i andyjski ser.  Funkcja kulinarna była więc funkcją pierwotną i dopiero po podboju Ameryki przywieziono świnki do Europy, gdzie rozpoczęły swoją karierę jako przytulanki i ulubienice elegantek. To chyba tyle gwoli wyjaśnień i usprawiedliwień.

Świnki jada się i w Ekwadorze i w Peru w różnych formach: potrawek, zupek i saute, a także jako dodatek do pizzy (to jest dopiero fusion przez duże F :-)) ale to właśnie w Cuzco zrobiono ze świnki danie sztandarowe. Konkretnie mówiąc ze świnki pieczonej. Grzecznie więc czekaliśmy aż do Cuzco, żeby tego smakołyku spróbować, choć nasłuchaliśmy się o nim już w Ekwadorze.

Kuchnia fusion ;-)Nasze drogie dzieci okazały się być elastyczne kulturowo i szykowały się już do tego wydarzenia z zapałem ćwicząc okrzyki “cuy! cuy!” (tak tutaj mówi się na świnkę morską) za każdym razem, kiedy mijaliśmy restaurację z tym sympatycznym ssakiem figurującym w menu. Nie pozostawiały żadnych wątpliwości, czego szukamy. W końcu wybraliśmy restaurację i zamówiliśmy świnkę z klasycznym dodatkiem – z nadziewaną papryką chili i pieczonymi ziemniakami. Jakoś nie doczytałam i z rozpędu zamówiłam suflet z papryki także na przystawkę, ale na szczęście jest to jedno z moich ulubionych dań i do tego okazało się rewelacyjne.

Na przystawki czekaliśmy dość długo i już zaczęliśmy żartować, że kucharz na pewno biega po podwórku za nieszczęsnym gryzoniem, a z resztą czeka dla niepoznaki, kiedy dzieciaki otrzymały swoje nadziewane ziemniaczki (uaktualnienie: nazwa hiszpańska: papa rellena), a ja suflet, a właściwie paprykę z sufletem. Suflet był delikatny, puszysty i lekko słodki  – przed zapieczeniem oblano nim żółtą paprykę wypełnioną mięsem wołowym z dodatkiem słodkich, ciemnobrązowych, rodzynków królewskich, co podkreślało wyrazisty smak chili (uaktualnienie: nazwa hiszpańska nadziewanej w ten sposób papryki to aji amarillo). Jednym słowem pycha. Dzieciakowe ziemniaczki też były smakowite i do tego jeszcze tak słusznych rozmiarów, że mogły by uznane za danie samodzielne. W dobrych humorach więc oczekiwaliśmy na kolejne rozkosze podniebienia, którymi miały być alpaka, kurczak w sosie z orzeszków ziemnych (uaktualnienie: nazwa hiszpańska: aji de gallina, sos z orzechów pekan, nie ziemnych) oraz gwóźdź programu, czyli pieczona świnka morska. Następne wjechały dwa wielkie kawałki alpaki z grilla z dodatkami. Błażej pochłonął je w całości nam pozostawiając jedynie małe kawałeczki do spróbowania. Mięso było smaczne, twardawe, zbliżone nieco smakiem do schabu, ale ciemniejsze.

Suflet z papryką nadziewaną Papa rellena czyli ziemniak nadziewany
   
Grillowana alpaca Kurczak w sosie z orzeszków ziemnych

Jak się spróbuje takiego specjału i pochodzi nieco po sklepach z pamiątkami, gdzie można kupić wyroby z alpaki – miękkie, ciepłe i praktyczne to nie należy się dziwić, że to zwierzę jest hodowane w Andach właśnie dla wełny i mięsa. Świnie (nie świnki ;-)) są z tego punktu widzenia dużo mniej praktyczne, bo chociaż mięso smaczne, to wełny ani odrobinki. Kurczak w sosie z orzeszków ziemnych nie zaskakiwał, orzeszki wyczuwało się ledwo ledwo, ale smak był bardzo delikatny, mięso mięciutkie, a całość świetnie komponowała się z ryżem. Jednym słowem wybór trafiony i dzieci zajadały z apetytem.

I po...Kiedy kelner wniósł najważniejsze danie tego wieczoru wszyscy byliśmy mile zaskoczeni. Od razu widać było, że to gryzoń słusznych rozmiarów – wrażenie zwiększała jeszcze papryka z odrobiną zielonego wiechcia stercząca mu przekornie z pyszczka. Kelner przewidująco przyniósł nam świnkę w całości, a następnie, jak już nasyciliśmy się jej widokiem, pokroił ją zręcznie na kawałki doradzając jedzenie ręką, nie sztućcami. Poszliśmy więc za jego radą. Mięsa na drobnych kostkach było niewiele, co było błogosławieństwem, bo choć delikatne i miękkie to nie było specjalnie smaczne – nie dane nam będzie sprawdzenie, czy to za przyczyną braku umiejętności szefa kuchni (suflet temu przeczy), czy też z racji swoich naturalnych cech. W wielu źródłach opisuje się smak i aromat świnki jako coś pomiędzy królikiem, a kuropatwą – za królikiem przepadam, smaku kuropatwy nie pamiętam. Jak dla nas, to świnka smakowała trochę podobnie do kurczaka. Wrażenie psuło jednak coś innego. Świnka zalatywała makrelą. I do tego jeszcze wędzoną. Nareszcie więc wyjaśniło się, dlaczego morska. Dlaczego świnka, nawet po skonsumowaniu nie wiemy.


Kącik łasucha – Chiclayo

14 lipca 2009

Wygląda na to, że kącików łasucha z Peru powinny być setki. Kulinarnych zagadek tutaj jest całe mnóstwo, a smakołyków co najmniej tyle samo, więc z konieczności ograniczę się do co większych i co ciekawszych. Kasia z San Jose stwierdziła kilka tygodni temu, że do Peru można przyjechać nawet po to, żeby wyłącznie jeść. Co poniektórzy z naszych bliskich dodaliby, że także aby chodzić po górach. To jeszcze przed nami, a tymczasem potwierdzamy: Kasiu, święte słowa.

Błażej się tymi wszystkim pysznościami nieco rozbisurmanił i w Chiclayo zażądał omletu z płaszczki. Nie zaważał na moje uwagi, że to na pewno jakiś ginący gatunek (przy langustach w Puerto Lopez w Ekwadorze jeszcze się ugiął), jedno z piękniejszych stworzeń, jakie można zobaczyć i moje piękne wspomnienie z Hondurasu i Belize (zobaczcie tu, jakie piękne są raje – zignorujcie reklamę na początku). Omlet z płaszczki rzecz tutaj może nie aż taka luksusowa, ale u zwykłego comedore’a (tania, często rodzinna lub jednoosobowa jadłodajnia) zjeść się nie da, więc pomaszerowaliśmy do restauracji o odrobinę wyższym standardzie. Na tyle jednak skromnym, że nasze polary jeszcze nam uszły na sucho. Tradycyjnie dla dzieci zamówiliśmy almuerzos, a sami zamówiliśmy Błażejowy przedmiot pożądania oraz ceviche mixto a la carta.

Denatka w omlecie Tutaj przyznam się szczerze, że eksperymentator zwyciężył we mnie ekologa, i stwierdziłam, że skoro już płaszczce nie pomogę, to przynajmniej jej spróbuję. Filozofia prawie kropka w kropkę jak ta kanibali, no ale trudno. Przyłożyłam więc widelec do niecnego czynu pozbawienia życia nieszczęsnego stworzenia… Omlet prezentował smak, konsystencję i zapach omletu, a więc całkiem przyzwoitą. Nieszczęsna raja została pokrojona na kawałeczki niewielkie, acz zgrabne i została zatopiona w cieście omletowym – podobnie jak to się robi z ziemniakami, cebulą i papryką w tortilli przygotowywanej na sposób hiszpański. Mięso miało ciemną barwę, było miękkie, ale jędrne i zupełnie pozbawione aromatu typowego dla owoców morza, w smaku przypominające nieco nasze młode smażone kanie. Jako dodatek – megafrytki z manioku. Ogólnie rzecz biorąc bardzo smaczne, jednak będę się upierać przy zdaniu, że wolę wersję live.

Ceviche mixto Przy ceviche za to zupełnie nie miałam tego typu dylematów, choć kalmary w morzu też wyglądają niezgorzej. Ceviche mixto jest przygotowywane z różnych gatunków owoców morza i ryb i marynowane w soku z limonek, cebuli i chili. Niewykluczone, że to ceviche było pierwszym, które było przygotowane z ryby surowej – często krewetki lub kalmary gotuje się najpierw, a potem dopiero marynuje. W moim cudzie kulinarnym pływało wszystko, co możliwe – czarne małże, kalmarki, kawałki ośmiornicy no i ryba. Obok do chrupania podane były chifles czyli chipsy platanowe smażone  głębokim tłuszczu – o dziwo zupełnie nietłuste, lecz przyjemnie chrupiące. Na talerzu owocom morza dotrzymywały towarzystwa inne tradycyjne dodatki: gotowana biała kukurydza, marchewka peruwiańska (która nie jest marchewką), oraz maniok. Marynowana ryba była lekko twardawa i miała inny odcień bieli, niż ryba gotowana, ale całość przepyszna, przede wszystkim dzięki limonkom, które nadają jej niepowtarzalny aromat. Gorąco polecamy! A raję bardzo proszę zostawić w spokoju.

Buen provecho!


Kącik łasucha – Ekwador

7 lipca 2009

Ceviche, podawane z chiples czyli cieniuśkimi frytkami platanowymi Już pierwszego dnia zbiło mnie z nóg. W pozytywnym sensie. I może jest to efekt pierwszego wrażenia, ale jakoś już tak pozostało, że w Ekwadorze pod tym względem podoba mi się bardzo. Kukurydza – podstawa tutejszego pożywienia  – zamiast jak w Ameryce Środkowej na tortille– smaczne, solidne i godne zaufania, została przerobiona na istne dzieła sztuki. Kukurydza tutaj częściej ma większe ziarna, delikatniejszy smak, cieńsze skórki i jest biała. Według legendy Majów dawniej istniała tylko taka, ale była ukryta przed ludźmi i zwierzętami pod wielką skałą. Na prośbę Indian bogowie piorunem roztrzaskali skałę, udostępniając ją, ale nieco ją gdzieniegdzie osmalając – stąd różny kolor ziaren w poszczególnych odmianach tej rośliny.

Prawie już nie ma tych humitas Specjałów kukurydzianych jest tu mnóstwo. Zacznijmy od humitas na słodko. W Quito i w okolicach podawane są z kawą i stanowią tradycyjne ekwadorskie śniadanie. Jest to rodzaj przepysznych i delikatnych zawijasków z gotowanej i rozdrobnionej kukurydzy z dodatkiem odrobiny cynamonu zawiniętych w zewnętrzne liście kolb kukurydzianych i gotowanych na parze. Brak mi słów, żeby opisać to cudo. Ciepłe, pachnące kukurydzą, lekko słodkie, rozpływające się w ustach i sycące stanowią według mnie znakomite śniadanie. Jeśli chodzi o porównanie do znanego mi smaku to jedyne, co mi się nasuwa to domowy kuskus, który jadłam kiedyś w marokańskiej restauracji w Londynie.  Podobna struktura i delikatność, inny aromat. Istnieje także wersja słona humitas, ale tak się zakochałam w słodkiej, że żadnych innych nie próbowałam :-), ale ponieważ są one także przygotowywane w Peru, Chile i Argentynie, więc istnieje szansa, że jeszcze mi się uda. Potrawą pokrewną do humitas, choć nie tak wykwintną, są wyrośnięte quimbolitos, serwowane z wielkimi ciemnymi rodzynkami na wierzchu owinięte w liście paciorecznika indyjskiego. Potrawa ta jest pyszna i niewielka, ale strasznie sycąca – po jednym quimbolito można pęknąć jak smok wawelski.

Chicha w EkwadorzeJak dla mnie zamiast kawy mogą być serwowane także z morocho, białym, gęstym, ciepłym i słodkim napojem z białej kukurydzy i owsianki – w smaku zbliżonym do budyniu waniliowego ze szczyptą cynamonu. Pod tajemniczą nazwą avena (kupiliśmy zupełnie w ciemno), zbliżony napój jest sprzedawany także na zimno – ma wtedy gładką konsystencję i znakomicie ochładza w upał.  No i na koniec jeszcze jeden specjał z kukurydzy czyli chicha, o której pisałam już przy okazji kącika łasucha z Granady. Chicha ekwadorska, którą piliśmy, znów nie zawierała alkoholu, podawano ją na ciepło -była lekko słodka pływało w niej sporo ziaren kukurydzy. Bardzo przyjemna alternatywa do gorącej herbaty w chłodny dzień, jakich tutaj sporo. Istnieje także chicha morada, przygotowywana z fioletowej kukurydzy, ale tej nie udało nam się jeszcze spróbować. Dziwnym trafem nie udało nam się także kupić chichy alkoholowej – nie mam pojęcia dlaczego. Może powinniśmy pojawić się na jakimś ekwadorskim weselu – tam leje się podobno strumieniami. A do tego czasu pozostaje nam sprawdzanie menu lokalnych comedores (tańszych jadłodajni) i co lepszych restauracji w poszukiwaniu zaginionego napoju, którego bezwzględnie musimy spróbować zanim opuścimy Amerykę Południową. Rozmaitość gatunków  chichi jest tak wielka, że pewnie wypróbujemy większość, zanim natrafimy na tę właściwą.

Krewetki w sosie kokosowymDla tych, którzy nie przepadają za kukurydzą, ale lubią owoce morza, wybrzeże Ekwadoru ma do zaoferowania rewelacyjne encocados – potrawy w mleku kokosowym. Jedliśmy znakomitą rybę i krewetki – za maślano – kokosowy smak sosu można dać się posiekać – podawane z ryżem są rewelacyjne i obiecałam sobie, że wejdą do naszego domowego jadłospisu. Skąd wezmę mleko kokosowe, jeszcze nie wiem. No i jeszcze pozostaje ceviche (przepisy w wersji polskiej tu i tu) – surowa (wersja klasyczna) albo gotowana ryba, lub owoce morza w marynacie z limonki. Spróbowaliśmy tej potrawy Puerto Lopez, była bardzo smaczna, ale nie zaskakiwała – w marynacie oprócz limonki był sok z pomidorów, czerwona cebula i kolendra. Coś mi mówi, że są jeszcze lepsze, więc więcej o tym napiszę po wizycie w Peru, które z ceviche słynie.

Tamarillo Obfitość owoców, także tych bardzo egzotycznych, jest Ekwadorze jest wielka. Podobnie jak w Hondurasie przyrządzana jest z nich olbrzymia rozmaitość soków – naturalnych i z dodatkiem mleka. Z mniej znanych to tamarillo, czyli tomato de arbol – zabawny owoc nazwany bardzo adekwatnie pomidorem drzewnym, bo wygląda jak pomidor i smakuje jak pomidor, tylko odrobinę bardziej owocowo. Naranjilla to w smaku trochę mandarynka i trochę pomarańcza, a babako (górska papaja), czyli szampański owoc, wymieszany z wodą puszcza bąbelki. Niestety na bąbelkach się kończy ;-), ale jak dla mnie to przy takiej obfitości nowych smaków chowają się wszystkie drinki alkoholowe (no może poza mojito).

No i na koniec hit i radość dla wszystkich podróżników o napiętym budżecie – almuerzos. Almuerzo to lunch, ale po polsku – trzydaniowy posiłek jedzony na ogół między pierwszą a drugą (choć w niektórych restauracjach dostępny przez cały dzień) składający się z zupy, drugiego dania (czyli ryżu, mięsa lub ryby i porcji warzyw) oraz soku z owoców – na ogół świeżo wyciskanego. Posiłek bardzo smaczny, obfity i niezwykle tani – almuerzo dla jednej osoby kosztuje około 2 dolarów.

Jednym słowem – niebo w gębie!. Czekamy z niecierpliwością na Peru!


Kącik łasucha – Kostaryka

21 czerwca 2009

PozoleZwlekałam trochę z kącikiem łasucha z Kostaryki, bo najpierw wrażenia nie były oszałamiające, a potem były, ale zupełnie innego rodzaju. Wrażenia kulinarne słabe może dlatego, że sporo czasu spędziliśmy w parkach narodowych, gdzie często byliśmy zdani na siebie, a właściwie na banany, chińskie zupki i fasolkę z puszki, bo infrastruktury kulinarnej niemal nie było albo była, ale 80km dalej :-). Żeby doznać więc choćby minimalnych przyjemności tego typu ostatniego dnia zajechaliśmy do przydrożnej gospody o wystroju rustykalnym i zamówiliśmy sobie zestaw najbardziej typowych specjałów kostarykańskich, a właściwie to tych, które były :-). Na pierwszy rzut poszła zupa pozole, pochodzenia zresztą zupełnie nie kostarykańskiego, ale meksykańskiego, skrzyżowanie rosołu i gulaszu wieprzowego ze sporą ilością gotowanej kukurydzy. Potrawa to smaczna, niezwykle pożywna, zawiesista i sycąca, w sam raz po nartach (ale to nie w Kostaryce :-)).

Plato al Trapiche Najbardziej zagadkowe było plato al trapiche, które miało zawierać palmitos (wewnętrzne części plamy), chicharon (prażoną świńską skórę), arracache (marchewkę peruwiańską) oraz papaję. Wydaje się, że rozpoznaliśmy chicharon – kawałki wieprzowiny tak długo pieczone, że wyschnięte niemal na papier – zupełnie inne, niż jedliśmy w Meksyku. Z pozostałymi było już gorzej – nawet papai nie udało nam się zidentyfikować, choć to niby smak i wygląd nam dobrze znany. Wszystkie warzywa były pokrojone w większą lub mniejszą kostkę – kremową, żółtą i ciemnożółtą. Wszystkie smakowały nijako, więc motywacja, aby je rozpoznać, znacząco nam zmalała, ale dla tych z zacięciem detektywa zamieszczamy zdjęcie obok.

Tamale Mdłe tamales, masa kukurydziana zapiekana z nadzieniem z ryżu i mięsa w liściu bananowca (podobno również pochodzenia meksykańskiego, ale jedzone także w Nikaragui i Kostaryce), też nie okazały się odkryciem roku, niestety. Całość wygląda jak nasze gołąbki, ale za to liścia bananowca się nie je, ale odwija jak serwetkę. To już moje drugie podejście do tamales – pierwsze kupiłam w Nikaragui, ale było to kompletne nieporozumienie – okazało się, że to wersja okrojona zawierająca liść bananowca oraz masę kukurydzianą li i jedynie. Może wersja przygotowywana tu na Święta Bożego Narodzenia jest smaczniejsza…  Jest także nadzieja, że inne typy tamales, a jest ich mnóstwo, stanowią lepszy kąsek dla podniebienia. Na razie jednak pozostaną mi marzenia o gołąbkach. Najlepiej z grzybami :-).

Jednak zawsze są też smaczne niespodzianki i tym razem okazała się nią criolla – zamówiony przez nas kompletnie w ciemno sok z określonego rodzaju winogron, sprowadzonych do Ameryki Południowej i Środkowej przez Hiszpanów – gęsty, wyrazisty, przypominający nieco renklody. Oraz słodycze – szczególnie te z masy kokosowej – pychotka! Obiecujemy sobie także, że następnym razem pojedziemy na atlantyckie wybrzeże Kostaryki – opisy potraw przygotowywanych w mleku kokosowym brzmią niezwykle obiecująco… A do tego czasu największym smakołykiem Kostaryki pozostanie kawa – świeżo zmielona, bez śladu goryczy, aromatyczna i delikatna, dodająca energii czysta arabica z uprawy organicznej.

W następnym odcinku kącika łasucha Quito i okolice – jak na razie jest przepysznie!


Kącik łasucha – Granada

5 czerwca 2009

Korzenie manioku Już od dłuższego czasu miałam zamiar spróbować jakiegoś dania z yucci – warzywa stosowanego w kuchni karaibskiej, środkowoamerykańskiej i afrykańskiej. Yucca to tak naprawdę słynny maniok będący podstawowym źródłem pożywienia wielu milionów ludzi mieszkających w tropikach i tradycyjnie kojarzony z Afryką, choć pochodzący z Ameryki Południowej. Trudność z tą bogatą w skrobię rośliną polega na tym, że surowa zawiera cyjanki, które, jak wiadomo, specjalnie zdrowe nie są. Wymyślono więc wiele sposobów, jak się tej trucizny pozbyć. Przyrządzaną z manioku cassavę – rodzaj wielkich wafli – dusi się z czym, kto chce lub, niestety w większości przypadków, z tym, co się ma.  Jak z wszystkiego, co zawiera skrobię, z manioku można także przygotować specjały innego typu, ale to już zupełnie inna historia :-). 

Na honduraskim i belizyjskim wybrzeżu Morza Karaibskiego maniok jest często wykorzystywany w kuchni kultury Garifuna, która łączy wpływy karaibskie z afrykańskimi i kreolskimi. Na wysepkach koło Utili zasiedzieliśmy się dość mocno (ktoś nami musiał dobrze potrząsnąć, żebyśmy je w końcu opuścili ;-)), ale z lokalnych specjałów przyrządzaliśmy jedynie świeżego tuńczyka zakupionego u rybaków i tradycyjne baleady – tortille z pastą fasolową i różnymi dodatkami – słonym serem, kurczakiem lub jajkami. Manioku na Cayach jakoś nie było, przynajmniej w postaci przetworzonej, bo i knajpek było niewiele (w końcu wioseczka miała tylko 500 mieszkańców). No ale co się odwlecze, to nie uciecze, więc manioku spróbowaliśmy w Granadzie, kolonialnym mieście położonym nad jeziorem Nicaragua.

Zestaw a la GranadaNa ślicznym ryneczku obok katedry zamówiliśmy sztandarowy zestaw a la Granada, czyli vigarón i chichę. Vigarón to rodzaj sałatki z gotowanego manioku i białej kapusty, sosem vinegret i marynowaną papryką i pomidorami, zwieńczoną malowniczymi kawałkami chicharrón, czyli świńskiej skórki, popularnej od Meksyku aż po Nikaraguę, a może jeszcze dalej (pisałam już o niej w meksykańskim kąciku łasucha). Sałatka tym bardziej egzotyczna, że podana na (wymytym, mam nadzieję) liściu bananowca. Smak ciekawy, lekko kwaskowy i lekko ziemniaczany; maniok mięciutki, tu i ówdzie dawało się wyczuć włókienka wskazujące na to, że jedynie udaje nasze swojskie ziemniaki.

Do picia dostaliśmy nikaraguańską bezalkoholową wersję chichi z tamaryndem i miąższem owoców podobnych do winogron (jutro idę na targ, aby ich spróbować ich na surowo i dowiedzieć się, jak właściwie się nazywają). Isia, jak przystało na wierną czytelniczkę przygód Tomka Wilmowskiego, na wieść że zamawiamy dla niej chichę, przeraziła się nie na żarty, bo pamiętała, że zawiera alkohol i pluje się do niej, aby przyspieszyć fermentację. Jednak półprodukt do chichi la granadina można kupić w supermarkecie, więc mam nadzieję, że nikt do niego nie pluł :-). Co innego inne rodzaje chichy, których w krajach Ameryki Centralnej i Południowej jest tak dużo, że można by powiedzieć: “Co kraj, to obyczaj i co kraj, to chicha”.

Bunuelos z manioku A na deser kupiliśmy sobie obok tutejszego targu buñuelos – rodzaj racuszków w wersji nikaraguańskiej robionych z manioku i białego sera, smażonych w głębokim oleju i maczanych w płynnym miodzie. Jeszcze bardziej płynnym niż w Polsce, bo konsystencją przypomina bardziej syrop klonowy. Mniam, pyszne prawie jak racuszki serowe z miodem!  I to wszystko podawane w eleganckich woreczkach foliowych z nalanym metalową chochlą miodem i wręczanych prosto do rąk spragnionego słodyczy klienta. Może nie jest to szczyt elegancji, ale za to jakie smaczne!


Kącik łasucha – Placencia

12 Maj 2009

Przed Korzystając z niezwykle przyjaznego domku Lydii, w którym mieszkamy w Placencii (pięterko dla nas, hamaki i foteliki na tarasie, 60m do morza i dostęp do kuchni)  postanowiłam własnoręcznie przyrządzić coś prostego wykorzystując miejscowe smakołyki. Na pierwszy ogień (dosłownie i w przenośni) poszły plantany – zielone banany. Odkopałam wspomnienie z zeszłego roku, kiedy razem z Błażejem jedliśmy je przepysznie przyrządzone w chińskim bufecie w Nowym Jorku – wszystko wskazywało na to, że będą stanowić słodki, bardzo aromatyczny, a oprócz tego prosty w wykonaniu dodatek. Wspomnienie było na tyle silne i sugestywne, że na nim poprzestałam nie wykonując, niestety, żadnych poszukiwań internetowych, ale z zapałem rzucając się w wir eksperymentu kulinarnego. Od początku było trochę inaczej niż ze zwykłymi bananami – zaskoczyła mnie gruba, włóknista skórka, którą ściągało się ze sporym trudem. Obrane owoce pokroiłam w podłużne plastry i wrzuciłam na gorący olej. Gotowe wyglądały jak smażone banany o nieco bardziej zwartym miąższu – taki sam kolor i widoczne drobne nasiona wewnątrz owocu, stąd moje oczekiwania, że i smak będzie odpowiadał mojemu miłemu wspomnieniu z NYC. Jakież było moje zdziwienie,  kiedy okazało się, że smakują jak frytki – z dużą zawartością skrobi, ale jednak frytki. W duchu trochę się śmiałam z przewrotności losu – to ja tutaj pracowicie obrabiam te plantany, po karaibsku i na końcu świata, a frytki mi wychodzą… :-). Za to dzieci były w siódmym niebie…

Po tym doświadczeniu zasięgnęłam języka u miejscowych, sprawdziłam kilka stron internetowych i w następnym podejściu były już z limonką i czosnkiem, ale nie cieszyły się aż takim wzięciem, bo frytkami nie smakowały.

Smażone plantany zapamiętamy więc jako frytki po karaibsku – ulubione danie dzieci w ramach kompromisu zajadane z guacamole – nietypowo, ale ze smakiem. Te, które jedliśmy w NYC, musiały być smażone w brązowym cukrze, a może było to coś zupełnie innego…

Usmażone    Finał