Wirus – korespondencja specjalna

25 kwietnia 2009

Dzisiaj rano zauważyliśmy, że część osób na ulicy i w metrze ma niebieskie maseczki, co nie miało miejsca wcześniej. Podobne maseczki zauważyłam u pań w kasach w Terminal del Norte, z którego wyruszaliśmy, żeby zwiedzić Teotihuacan. Moja teoria była taka, że podano informacje o zwiększonym smogu, nawet mi samej zaczęło się wydawać, że powietrze jakieś takie bardziej zapylone (ach,  ta siła sugestii). Ale to byłoby podejście, którego można byłoby się spodziewać w Stanach raczej, niż w mieście Meksyku, w którym smog jest codziennością. Jak się okazało, minister zdrowia Meksyku Jose Angel Cordova, potwierdził  wczoraj, że w Meksyku jest epidemia grypy. Zamknięto muzea, biblioteki, szkoły i wyższe uczelnie, co wyjaśniało, dlaczego metro po godzinach szczytu nie wyglądało na specjalnie opuszczone (kto wie, może netto wyszło na to samo – zamknięto uniwersytety, więc wszyscy studenci przenieśli się do metra). Jak przystało na kraj przedsiębiorców, ulica zareagowała natychmiast – przed naszym hostelem, przed którym dotychczas ubijano lukratywne interesy na lewych fakturach, pojawił się sprzedawca maseczek, na ulicach zrobiło się niebiesko, a epidemia stała się tematem numer jeden. Błażej zaś na potrzeby tego posta przeistoczył się w prywatnego detektywa, wziął aparat i wyruszył na Zocalo w celu zebrania materiału dowodowego. A że oczywiste jest, że grupa nosicieli niebieskich maseczek należy do tej bardziej ostrożnej części meksykańskiego społeczeństwa, nie było to łatwe. Efekty strzałów zza węgła i z kolana widać poniżej.

Bardzo dziękujemy za informacje o epidemii, które do nas dotarły. Najbardziej zaniepokojonych informujemy, że objawów grypy nie mamy (już nawet jetlag nam przeszedł), a jutro z samego rana wyruszamy do Oaxaci, odległej o 6 godzin od Mexico City, co powinno wystarczyć, aby zmniejszyć potencjalne zagrożenie. Zrezygnowaliśmy także dzisiaj z wieczornego posiłku w restauracji. Nie wpadamy jednak w panikę, bo naszym zdaniem ryzyko, że się zaraziliśmy jest bardzo niewielkie – w końcu Mexico City to drugie co do wielkości miasto świata z 20 mln mieszkańców, a nas jest tylko czwórka.

DSCN3448     DSCN3443     DSCN3445


Kontrastowe Mexico City

24 kwietnia 2009

Lokalny urząd pracyTeraz możemy z całą pewnością powiedzieć czym różni się centrum miasta latynoamerykańskiego, od takiego na przykład Wrocławia. W Europie centrum miast to najczęściej turystyczny deptak pełen eleganckich sklepów, banków i restauracji. Tutaj natomiast jest to w sumie wielki bazar. Urokliwe uliczki pełne są małych sklepików ze wszystkim (tylko nie z żywnością), handlarzy złotem, lewymi dokumentami, fakturami (fakturę na podkładkę proponowano mi kilka razy) no i oczywiście barów z różnego rodzaju meksykańskim żarciem. Wszystko to po dłuższym przyglądaniu się nie wygląda…hmm różnie i w sumie przestaliśmy się dziwić ochroniarzowi, który cały dzień stoi w drzwiach naszego hostelu (nas wpuszcza bez mrugnięcia, bo jesteśmy gringo). Choć urokliwe i pełne starych, kolonialnych kościołów, wyraźnie widać, że centrum przeznaczone jest głównie dla miejscowych i to raczej mniej zamożnych. Na przykład nie ma tu praktycznie bankomatów i za grosz kantorów (widocznie walutą nie handlują, przeciwnie do nas). Za to sklepików ze złotem, kolczykami, kosmetykami, płytami z muzyką w MP3 oraz butami – za trzęsienie.

Elegancka restauracja w San AngelW zrozumieniu tej różnicy pomogła nam Dorota (mieszka tutaj już ponad 20 lat, choć jest z Warszawy). Przy okazji bardzo dziękujemy Szymonowi i Pawłowi za skontaktowanie nas z Dorotą. Bez niej nasza przygoda w Mexico City byłaby mniej intensywna i mniej ciekawa. Razem zwiedzieliśmy San Angel, piękną willową dzielnicę kolonialną, historyczną restaurację-hacjendę, starą siedzibę Corteza oraz śliczne placyki z kościółkami w dzielnicy Coyoacan, muzeum Fridy Kahlo oraz oczywiście bazylikę Matki Boskiej z Guadelupe z ogromnym posągiem Jana Pawła II przy wejściu (przed bazyliką indianie tańczyli swoje tańce w rytm bębnów a wewnątrz ksiądz modlił się z pielgrzymami). Dorota objaśniła nam mnóstwo lokalnych zwyczajów i codzienności, które są inne niż u nas. Pokazała nam miejsca, do których pewnie byśmy nie dotarli. I była naszym bardzo serdecznym i cierpliwym przewodnikiem. Dziękujemy z całego serca!

Biznes na taczkach Mexico City jest pełne kontrastów. Są tu eleganckie domy, eleganccy panowie jeżdżący eleganckimi samochodami (w dużej mierze dużymi amerykańskimi SUV-ami), piękne restauracje, sklepy, ogrody, wspaniałe ZOO i naprawdę imponujące muzeum antropologiczne pokazujące wszystkie kultury prekolumbijskie. Ale jest też cała reszta: ogromne mnóstwo zwykłych ludzi jeżdżących lokalnymi, obdrapanymi autobusami i próbujących jakoś wiązać koniec z końcem. Kwitnie drobny i wspaniale niezorganizowany biznes. Ilość wszędobylskich straganików z różnymi rzeczami oraz pomysłów na zarabianie aż przytłacza. Moim idolem wczoraj był żongler w przebraniu klowna, który na czerwonym świetle stawiał przed kolumną aut dwumetrową drabinę, właził na nią, żonglował pokrzykując, składał drabinę i przechodził między samochodami zbierając datki do kapelusza. Wszystko w jednym cyklu świetlnym na dużym skrzyżowaniu. Niestety nie udało nam się zrobić zdjęcia. Drugie miejsce zajęła kobitka sprzedająca słodycze z taczek, w których też spało jej malutkie dziecko (obok).

Ludzie (a żyje ich tu prawie 20 milionów) są serdeczni, nie nachalni, uprzejmi. Nastraszeni przez liczne opowieści przed każdym wyjściem na miasto szykujemy się na konfrontację z bandytami i kieszonkowcami, jak Arnold Schwarzenegger w filmie Commando (scena przed atakiem na siedzibę El Presidente, gdzie więziona jest córka – wiecie o co chodzi). A tym czasem w metrze jest tłoczno, ale sympatycznie. Ludzie się uśmiechają, zaczepiają nas, zagadują. W końcu jesteśmy jedynymi gringo w całym wagonie. Na ulicy przewodnicy proponują wycieczki, a gdy usłyszą “Gracias” grzecznie pytają, czy można jakoś pomóc, wskazują drogę i uśmiechają się. Słowem: czujemy się tu dobrze, choć cały czas oczywiście jesteśmy czujni jak Winetou! 😉

Zapraszamy do galerii!


Bienvenido a Mexico

22 kwietnia 2009

Zocalo - centralny plac miasta Pierwsze znaki, że zbliżamy się do Meksyku pojawiły się już w Bootsie na Heathrow Airport. Głównie za sprawą wystawionych tam środków na biegunkę, mydeł antybakteryjnych i kremów z filtrem czuło się, że już za chwileczkę będzie inaczej niż w uporządkowanej Unii.

Kiedy wydostaliśmy się z lotniska Juarez w Mexico City było już ciemno. Sprawnie zapakowaliśmy się do sitio taxi z eleganckim samolocikiem wymalowanym na karoserii płacąc z góry w budce dokładnie tyle, ile mieliśmy podane przez pomocną duszę. Pierwsze 10 minut w Meksyku odpowiadało stereotypom: wóz policyjny mniej więcej co 200m, sporo kręcących się jakby bez celu mężczyzn i uliczka z długonogimi sisters of mercy. Klimatyczny hostel położony 2 minuty od Zocalo (centralnego placu miasta) tętnił życiem – impreza na dole trwała przez pół nocy.

Takie widoczki można spotkać co chwilęJak tylko skończyła się impreza, zaczęła się burza. Gigantyczna i z piorunami. Alarm samochodowy (chyba) odpalił i wył przez drugą połowę nocy – jak widać tutaj na nikim takie drobiazgi nie robią wrażenia. Jednym słowem zaczynało się tak, jak miało być: nie do końca poprawnie, nie do końca idealnie ale intensywnie i kolorowo – bienvenido a Mexico!*

Następnego ranka, obudzeni o 5 rano przez nasze niezawodne przysadki, wyraźnie rzucaliśmy się w oczy – kto normalny zaczyna spacery po mieście o ósmej  trzydzieści rano z czapką na głowie, okularami na nosie i mapką w ręce? Tylko gringos cierpiący na jetlag! Budziliśmy na twarzach życzliwe uśmiechy, ktoś  nas pozdrowił, stary przewodnik w Templo Mayor przybiegł opowiedzieć nam o zbiorach tamtejszego muzeum z entuzjazmem przedzierając się przez nasz podstawowy hiszpański.

Handel złotem wydaje się tu być bardzo popularnyNie mieliśmy jednak siły na całodzienne zwiedzanie i paliwo skończyło się nam akurat tuż przed sjestą. Sjesta w naszym wydaniu jeszcze trwa, bo nie ruszyliśmy się z przyjemnej “świetlicy” hostelowej do wieczora. Nikomu się nic nie chce. I to chyba właśnie o to chodzi – tak ma być. Wysokość n.p.m. i jetlag. Wszyscy jeszcze odpoczywamy po tym długim, 12-godzinnym skoku przez kałużę. I choć było całkiem komfortowo (całkiem znośne jedzenie, napoje do oporu i system rozrywkowy w każdym fotelu z filmami do wyboru, telewizją oraz grami video), to jednak 12 godzin w samolocie robi swoje.

_______________________
* W tym miejscu oficjalnie dziękujemy British Airways za stopery dołączone do pakietu boardingowego – była to jedyna rzecz, którą mieliśmy na liście, ale której nie udało nam się kupić przed podróżą.


Kącik łasucha – Wielka Brytania

20 kwietnia 2009

Fish and chips W ramach hartowania się przed specjałami kuchni lokalnej Ameryki Środkowej i Południowej poszliśmy na fish&chips, czyli rybę z frytkami. Jak to stwierdził Wioluś – nasz ekspert od Wielkiej Brytanii – jeśli przeżyjemy kuchnię brytyjską, przeżyjemy każdą inną i poprowadził nas do lokalnej knajpki.  Knajpka była malutka, położona na jednej z uliczek w Hammersmith, gdzie mieszka wielu Polaków, prowadzona przez właściciela o wschodnich korzeniach.  Spodziewałam się tradycyjnej ryby z frytkami, takiej, jaką często podaje się w polskich restauracyjkach na wybrzeżu. A jednak było inaczej. Po pierwsze, właściciel bezbłędnie zareagował na wypowiedziane przeze mnie po polsku stwierdzenie, że dzieci jednak będą jeść kurczaka. “Kurczaka?” Children want kurczaka?” zapytał z szerokim uśmiechem na ustach i następnie, bardzo zadowolony z siebie, przystąpił do realizacji zamówienia. Po drugie, ryba okazała się znakomita – soczysta i delikatna w chrupiącej panierce. Nie mówiąc już o tym, że była to ryba, a nie kawałek ryby, i zajmowała połowę talerza. Na drugiej połowie piętrzyły się frytki, które, pokrojone w większe niż w Polsce kawałki, smakowały ziemniakami, a nie skrobiową papką. Przetestowałam także, jak smakują z octem (ocet i gazeta do opakowania tej potrawy to elementy tradycji) – smak jest bardziej delikatny i bardziej przypomina sałatkę ziemniaczaną z sosem vinegret niż frytki.  Może jedzone z gazety, jak robili to jeszcze do niedawna Brytyjczycy, smakowałyby jeszcze lepiej. Tak czy inaczej pycha!


Londyn pokątny

19 kwietnia 2009

TablicaPo nużącej podróży i kilkugodzinnym postoju przesiadkowym na lotnisku w Dusseldorfie dojechaliśmy bezpiecznie do Londynu i oczywiście, choć było już trochę późno, pierwszy wieczór spędziliśmy głównie na szukaniu śladów Harrego Pottera. Moje dziewczyny są bowiem największymi fankami w tej części galaktyki. Dotarliśmy więc do dworca King’s Cross, skąd Harry i reszta uczniów odjeżdżają co roku do Hogwartu. Jak zapewne wiecie, aby dostać się do pociągu trzeba udać się na peron 9 i trzy czwarte. W tym roku wejście na peron, znane doskonale z filmu, jest niedostępne ze względu na remont dworca. Anglicy byli jednak na tyle uprzejmi, że przenieśli wejście kilkadziesiąt metrów dalej na peron 8 i postawili stosowną tabliczkę dla fanów Harrego. Bardzo to było miłe z ich strony. Tak więc po krótkich poszukiwaniach udało się wykonać historyczne zdjęcie.

Potem szukaliśmy trochę ulicy Pokątnej, ale nie doszliśmy. Ta, która była planem filmowym, gdzieś się schowała. Za to Beata nieomylnie zaprowadziła całą wycieczkę w kilka miejsc żywcem przeniesionych z filmu. Nawet Bernaś pokazując jeden z pubów powiedział, że wygląda, jak sklep Olivandera.

 

Isia na peronieŻeby jednak nie było tak, że wycieczki po Londynie koncentrują się tylko na jednym, dość opowiedzieć, że byliśmy w British Museum, gdzie widzieliśmy kamień z Rosetty, mumie egipskie i wystawę skarbów z Meksyku oraz w Natural History Museum, gdzie między innymi można stanąć oko w oko z ruszającym się dinozaurem (model: T-rex) lub gigantycznym płetwalem błękitnym. Co ciekawe muzeum jest całkowicie bezpłatne (podobnie, jak to pierwsze).

O samym Londynie pisać w sumie nie ma co, bo byliśmy praktycznie jeden dzień, a miasto jest wszystkim raczej znane. Na ulicach dwupiętrowe autobusy oraz charakterystyczne, czarne taksówki. W pubach ekipy oglądające mecze przy piwie i curry.  No i metro London Underground. Myślę, że wystarczy po prostu kilka zdjęć, które postaramy się wrzucić w najbliższych dniach do galerii – po ich przesortowaniu i ewentualnym obrobieniu.

Jutro (technicznie rzecz biorąc to już jest dziś) startujemy do Meksyku. Trzymajcie kciuki i do usłyszenia!


Co jest w plecakach?

17 kwietnia 2009

Dsc_6489 Pewnie pytacie, co się składa na to około 35 kg? Co się bierze w podroż dookoła świata na dziesięć miesięcy mając dodatkowo dwójkę dzieci? Otóż okazuje się, że niewiele. Im mniej tym lepiej.

Każdy z dzieciatych ma zapewne w pamięci takie doświadczenie: wyjazd z dziećmi na weekend. Najlepiej jeszcze z dzieckiem w wieku wózkowym. Najczęściej średniej wielkości kombi jest wypakowane po dach. Przy wyjeździe na dwa tygodnie do Chorwacji jest jeszcze gorzej, bo gdzieś musi się zmieścić ponton i rowery, prawda? Trzeba sobie wtedy kupić bagażnik dachowy i gadżeciarski box (“Kochanie, musiałem kupić taki drogi box, aby zmieściło się łóżeczko i wózeczek naszego dzidziusia…”). Otóż odkrycie, którego osobiście dokonałem już parę lat temu próbując pakować się do kolejnego samochodu: ilość gratów w przeliczeniu na dzień nie jest stała i maleje nieliniowo przy dłuższych wyjazdach. I tu dochodzimy do sedna. Przy wyjeździe 10 –miesięcznym i to bez auta motywacja jest jeszcze większa. Mój plecak waży obecnie 18 kg (mniej, cholera, się nie udało), co i tak uważam, za górną graniczną wartość. W końcu będę to nosił. Beaty waży 11 (czyli w sumie niewiele), Isi 6 (generalnie mniej niż jej codzienny szkolny tornister), a mały plecaczek Bernasia jakieś 2,5 kg. Do tego dwa plecaczki podręczne po około 2 kilo.

Oto co mamy w środku:

  1. Namiot (1 sztuka)
  2. Maty samopompujące (po jednej na głowę)
  3. Śpiwory (jak wyżej)
  4. Moskitiery (dwie dwuosobowe)
  5. Prześcieradła do śpiworów
  6. Maski i fasjki do nurkowania (każdy ma swój komplet)
  7. Ręczniki (niewielkie)
  8. Palnik do kuchenki turystycznej i jedna menażka
  9. Lekarstwa wszelakie (sporo tego, apteczkę Beata wyposażyła nieźle)
  10. Świństwo na komary (o sympatycznej nazwie Mugga)
  11. Aparat fotograficzny
  12. Osprzęt foto: ładowarka, dodatkowy obiektyw, filtry, karty, obudowa podwodna
  13. Netbook zwany Acerkiem (z którego właśnie piszemy)
  14. Telefony komórkowe
  15. iPod i słuchawki (wiem, wiem, ale nie mogłem sie powstrzymać)
  16. Latarki dla każdego (w tym dzieciaki mają latarki na korbkę)
  17. Ładowarka słoneczna/USB do komórek i innych gadżetów (wreszcie był pretekst, żeby sobie coś takiego kupić)
  18. Malutka ładowarka USB do auta
  19. Przewodniki na część pierwszą wyprawy
  20. Gumowate płaszcze przeciwdeszczowe (każdy ma swój oczywiście)
  21. Ciuchy (przy czym jedna zmiana zawsze na sobie):
      • spodnie długie (po 1 na głowę)
      • spodnie krótkie (po 1 na głowę)
      • koszulki z krótkim rękawem (po 2 na głowę)
      • koszula z długim rękawem dla każdego
      • bluza polarowa dla każdego
      • bielizna termiczna z długimi nogawkami i rękawami (narciarska prawdę mówiąc) pełniąca też rolę pidżamy
      • kąpielówki/stroje (kąpielówki męskie mogą pełnić rolę szortów)
      • 3 zmiany bielizny
      • kapelusze lub czapki an głowę
      • kurtki od wiatru i deszczu
  22. Okulary przeciwsłoneczne dla każdego
  23. Paszporty
  24. Książeczki szczepień
  25. Wydruki rezerwacji biletów
  26. 3 woreczki nieprzemakalne na elektronikę i papiery (bardzo sprytna rzecz)
  27. Portfele, karty kredytowe, frequent flyer, prawa jazdy (nasze i międzynarodowe)

Poza tym, pakujemy drugą torbę, która pojedzie z kolegą do Stanów w lipcu i zostanie nam przesłana na Florydę (Tomek liczymy na Ciebie, a Ewie z góry dziękujemy). Jest tam druga tura przewodników, książki szkolne (piąta klasa zobowiązuje), druga tura świństwa na komary oraz sporo lekarstw i parę tym podobnych rzeczy. Dziewczyny, zdaje się, mają w planie włożyć tam też po sukience, aby poczuć się w USA kobieco. 🙂