Wiorsty pustych dróg

19 czerwca 2009

Miała być jeszcze przed odlotem historyjka o tym, jak się jeździ autem po Kostaryce, ale źli trochę zamieszali plany i opowieści się opóźniły. Podobnie galerie z Kostaryki, które dopiero szykujemy (uaktualnienie: galerie z Kostaryki już są). Ale co miało być, to będzie i właśnie dziś w pokoju hotelowym w Quito (stolica Ekwadoru) skrobię te kostarykańskie wspomnienia kierowcy.

Most lekko niepewnyPrzewodnik mówi, że drogi w Ameryce Środkowej są w bardzo złym stanie – no i rzeczywiście w porównaniu do któregokolwiek cywilizowanego kraju Europy Zachodniej, tak jest. Ale mieszkaniec Wrocławia jeżdżący często ulicą Karmelkową nic specjalnie złego o kostarykańskich drogach powiedzieć nie może. 🙂 Są owszem dziury i czasami dziwne dla nas oznaczenia (np. ograniczenia prędkości tylko wymalowane na drodze), ale ogólnie nic strasznego. Jedynie niektóre stare mosty (zdjęcie obok) wywołują dreszczyk emocji. Najciekawszy nie miał na kilku metrowych odcinkach blach pokrywających konstrukcję (pewnie ciężarówki rozwaliły) i trzeba było kołami celować w stalowe belki, bo inaczej opona mogłaby wpaść do dziury. A na dnie dziury rwąca rzeka! Standardem są też druty stalowe leżące w poprzek mostu – przejeżdża się nie po metalowej płycie, tylko po leżących drutach. Hałas, jaki to wywołuje, jest nie do opisania. Nie wszystkie mosty są takie – jest wiele nowych, całkiem porządnych. Natomiast ogólnie drogi podrzędne są tak podrzędne, jak wioskowe drogi u nas. Duże drogi zaś takie, jak nasza “ósemka” do Kudowy – tylko bez poboczy. A autostrady koło San Jose mniej więcej takie, jak “autostrada” koło naszej stolicy (czyli zwykła dwupasmówka zatłoczona jak diabli).

Nasz dzielny pojazd kosmiczny Osobnej opowieści wymagają drogi szutrowe po górach! Są takie miejsca, gdzie asfalt nie dochodzi i już. Częściowo podobno celowo – chodzi o to, aby turyści danego regionu nie zalali. Częściowo pewnie politycznie, a w większości przypadków rządzi twarda ekonomia. Wypożyczając auto dostaje się mapkę z zaznaczonymi drogami asfaltowymi i szutrowymi oraz (do podpisania) długą instrukcję co należy robić, a czego nie (np. nie przejeżdżać przez zbyt głębokie rzeki, używać napędu na 4 koła w górach, nie pytać nieznajomych o drogę i tym podobne rady). Muszę przyznać, że jadąc po górach szutrową drogą i widząc gnający z naprzeciwka wielki trąbiący na zakrętach autobus zerkasz nerwowo na prawo, gdzie zieje spora przepaść i brak jakichkolwiek barierek. Albo taki widoczek zarejestrowany w ułamku sekundy: droga ostro w dół zakrętami, a przy ostatnim na wprost ciebie wielka skała, ostry zakręt w lewo tuż przed nią i malutka kapliczka z palącymi się świeczkami. Dopiero jak już ją miniesz i otrzesz pot z czoła, przychodzi refleksja: widocznie wielu zakrętu nie wyrobiło. A znowu na półwyspie Osa, gdzie byliśmy w parku narodowym Corcovado pagórki były niewielkie, za to niezliczona liczba rzeczek i strumyków do przejechania (najszersze jakieś 20 metrów). Szczególnie po ciemku robiło to niezłe wrażenie, bo nie do końca było widać, jak jest głęboko. Reflektory tylko trochę wydobywały leżące kamienie. W każdym razie przejechaliśmy, a zabawa była spora – wszystkim fanom 4 kółek polecam!

Panamerican Highway na 3000 Jeszcze parę słów o autostradzie panamerykańskiej. Otóż jest tu taka droga przechodząca przez całą Amerykę od północy na południe (ponad 25 tyś km długości). Wije się przez wszystkie odwiedzane przez nas kraje (z małą przerwą w między Panamą a Kolumbią – już o tym pisałem rozważając trasę). Jej nazwa brzmi bardzo nostalgicznie i aż wzywa do przejechania jej wzdłuż (jak Tony Halik) – trzeba będzie któregoś dnia to zrobić. Ale chcę rozwiać złudzenia – to nie jest wcale dwupasmowa autostrada, tylko zwykła droga pełna ciężarówek i autobusów. Jak się utknie za takimi, to koniec. W Kostaryce zresztą budują już szereg porządnych dróg omijających Panamerican Highway (jak to się szumnie na mapach nazywa), bo jest ona krótko mówiąc lekko przedpotopowa. Przejechaliśmy nią jednak w sumie kilkaset kilometrów, a najciekawsza była przeprawa przez najwyższy punkt autostrady – szczyt, a raczej przełęcz śmierci (ang. Peak of Death, hiszp. Cerro de la Muerte)  – wysokość 3335 m. n.p.m. Wjeżdża się tam od poziomu zero (jechaliśmy od strony Pacyfiku) w ciągu około 3 godzin. To jest w sumie jakieś 120 km, a różnica wysokości powalająca. Czuje się lekkie zawroty w głowie (przynajmniej ja czułem). Zużycie paliwa wzrosło zabójczo i całe szczęście, że do stacji benzynowej już po drugiej stronie przełęczy okazało się niedaleko. Widać też było jak na dłoni różnicę w roślinności, bo ruszyliśmy z lasu tropikalnego nad oceanem, a na górze zastaliśmy taki widoczek, jak obok. Karłowate drzewka, mgła i zimno. Bluzy z polaru zostały szybko wyciągnięte! 🙂 Na szczęście ruch był niewielki i nie utknęliśmy w żadnym korku, więc szczęśliwie i sprawnie dotarliśmy do celu czyli do miasta Alajuela niedaleko lotniska (gdzie nas wieczorem obrobili). Sumarycznie pokonaliśmy autem około 900 km w ciągu 7 dni, czyli średnio dziennie niezbyt wiele, ale głównie rzeczywiście odbywało się zwiedzanie stacjonarne – bardzo, bardzo nam się podobało. Galerie wkrótce! Uktualnienie: galerie z Kostaryki już są.


Ziezimieszki w akcji

17 czerwca 2009

I padło na nas. Przyszli źli i zabrali. Połakomili się na nasze koszule, ulubiony Isi śpiwór, namiot i już nieco zużyte plecaki. I dobrze im, niech mają skurczybyki! Strój kąpielowy Beaty, pidżamkę Bernasia, moje gacie. Nie zabrali prawie niczego (no dobra, zabrali namiot, plecaki i praktycznie wszystkie ciuchy) naprawdę wartościowego materialnie (wszystko mieliśmy przy sobie), ale zabrali (zupełnie przypadkiem zapewne) niektóre rzeczy wartościowe niematerialnie. Na przykład wypełniony w sporym kawałku pamiętnik Isi. 😦 Na przykład klocki-helikopter Bernasia, które dostał od chrzestnego przed wyjazdem i które nosił dzielnie. :-(. Smuta i płacz były wielkie. Mamy tylko nadzieję, że nasz ubezpieczyciel załatwi wszystko jak trzeba, bo zabawki trzeba będzie oczywiście odkupić (nie wspomnę nawet o innych rzeczach).

Mieliśmy szczęście (znowu!), bo paszporty, komputer, aparat i inne takie rzeczy zawsze nosimy przy sobie. Jak to się stało? Zostawiliśmy dosłownie na 20 minut samochód z bagażami przed hotelem i poszliśmy na krótki spacer. Chwila naszej nieuwagi – zgadza się. Trach szybka boczna (kłania się samochód z częścią bagażową na wierzchu), otwarcie drzwi i cap za wystające plecaki. Tak to musiało wyglądać. Brali, co było na wierzchu. [Piii…] [piii…] i żeby ich [piii…]

Po kontrolnym wezwaniu kostarykańskiej policji turystycznej (pomogli różni serdeczni przechodnie), która była nad wyraz w porządku i nawet posługiwała się językiem angielskim, największy stres mieliśmy z tego powodu, że jesteśmy o 20:30 w miasteczku niedaleko lotniska, jutro z samego rana lecimy do Ekwadoru, a cały nasz pozostały dobytek wala się po bagażniku bez plecaków. Trzeba nam było na zakupy! Tu jednak o tej porze to wszyscy idą spać. Policja stanęła na wysokości i eskortowała nas (auto bez bocznej szyby) do ostatniego otwartego supermarketu, gdzie uzupełniliśmy braki garderoby i kupiliśmy torbę sportową. Resztę mamy zamiar dokupić już w Ekwadorze (podobno tam łatwiej ze sprzętem turystycznym). Tym sposobem linie lotnicze LACSA na nas jutro oszczędzą, bo zamiast 4 plecaków nadamy jedną torbę. 🙂


Dlaczego żaby kumkają?

14 czerwca 2009

Pan Żaba Wczoraj w ranarium (tj. żabarium) dowiedziałam się, że żaby (nawet polskie) wcale nie kumkają, jak to błędnie myślą ludzie z Europy (bez obrazy, europejski czytelniku, ale przyznasz mi racje kiedy przeczytasz dalszy ciąg), lecz śpiewają. I to nie coś w rodzaju  “School’s Out…”, lecz szszsz… szszsz…, a niektóre wydają dźwięki podobne do pstrykania palcami.

A właściwie dlaczego śpiewają? Dlatego, że u żab istnieje pewna zasada. Samice są zawsze większe. Są takie dlatego, że gdy żaby robią “coś”, żeby mogły się potem urodzić dzieci, samiec siedzi na samicy przez 3 tygodnie!!! No i przez te 3 tygodnie biedna przyszła matka musi dźwigać swego leniwego małżonka na własnych plecach. Gdyby ludzie tak mieli, to nigdy bym nie została mamą! No, ale skoro samica tak się dla niego poświęca, to on musi się jej czymś odpłacić. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Tak naprawdę to nie śpiewają wszystkie żaby, lecz tylko samce. Robią to, żeby przywabić samce, ale to nie wszystko. Pan żaba śpiewa dla swojej wybranki serca przez 50 dni.

Ale wytrwały, no nie?!


Zielona jazda bez trzymanki

13 czerwca 2009

Kostaryka początkowo nas nie zaskoczyła – miało być bardziej komercyjnie i amerykańsko i rzeczywiście było. San Jose to przyjemne, biznesowe miasto (oczywiście z mniej przyjemnym centrum, do którego wieczorem wchodzić nie radzą) pełne znanych z USA sklepów i sieciowych knajp oraz spacerujących ludzi z kubkami kawy w ręku. Znów odwiedziliśmy centrum handlowe i wielki sklep spożywczy kubek w kubek jak nasze wrocławskie EPI – tym razem głównie celu odwiedzenia sklepu fotograficznego (jak już tu pisaliśmy parę strat w sprzęcie mamy). Dzięki dobrze zaopatrzonemu RadioShack dało się ożywić mój aparat (to jednak ładowarka się spaliła, a nie bateria). Będą więc znów relacje wideo i zdjęcia bardziej z kolana, bo mój aparat mogę ukryć, a Beaty “rura” od razu rzuca się w oczy.

Widok z drogi do Monteverde W San Jose rozpoczęliśmy też bardziej komercyjną część wyprawy, czyli tygodniowy wynajem auta. Kostaryka jest nieco droższa niż inne kraje Ameryki Środkowej, i chodź autobusy dojeżdżają wszędzie, to więcej tu autokarów i turystycznych busików niż naszych ulubionych chickenbusów (o tych ostatnich na łamach tej strony jeszcze będzie głośno, zobaczycie). Mamy więc nadzieję zwiedzić szybciej i więcej dzięki samochodowi – nadal utrzymując w ryzach budżet, bo w końcu przed nami jeszcze kupa wydatków. Jeśli chodzi o auto to już pierwszy dzień dostarczył niezłych wrażeń i widoków, bo musieliśmy pokonać 35 km szutrowej drogi pod górkę (niektóre miejsca nie dało się przejechać inaczej niż na jedynce). Ale widoki były przecudne, gdyż dzięki radom Kasi, z którą spotkaliśmy się w San Jose (bardzo dziękujemy za poświęcony czas!) udaliśmy się do Monteverde – ostoi górskiego lasu tropikalnego z wododziałem na samym środku (strona karaibska jest wyraźnie wilgotniejsza i zachmurzona, a strona pacyficzna bardziej sucha). Jesteśmy na wysokości około 1300 w miasteczku Santa Elena i pierwszy raz czujemy chłód! Jest jak w Karpaczu. Po pierwsze przez pogodę: wieczorem chłodno (bluza polarowa wskazana), w dzień ciepło i słońce, ale czasem pada (w końcu jest pora deszczowa, a tu w górach w czasie pory deszczowej 80% czasu pada). Po drugie przez miejsce: mnóstwo wesołych turystów, knajpki, dyskoteki, bary, piwo w dużych pojemnikach i atrakcje różnorakie od wycieczek po plantacji kawy, przez farmy żab, węży i robali aż do centralnej oferty regionu, czyli canopy.

Canopy  KostaryceCanopy widzieliśmy już wcześniej, ale jak się okazuje, pierwsze takie komercyjne na świecie zrobił pewien Kanadyjczyk właśnie tu w Monteverde w Kostaryce. Potem zresztą opatentował nazwę i chciał namówić innych właścicieli podobnych parków (których mnoży się wszędzie mnóstwo) do płacenia mu “tantiem”. Oczywiście to się nie udało i dzięki temu rynek jest normalny, a konkurencja wyraźna. Zafundowaliśmy sobie oczywiście taką atrakcję zaliczając dziś park Selvatura. Co to takiego jest? Canopy, albo zip-line, czyli nasza tyrolka to po kostarykańsku szereg zjazdów w uprzęży po stalowych linach rozpiętych w tropikalnym lesie. Albo nad tropikalnym lasem. Tak w sumie to czasami wysoko nad lasem. I czasami liny są długie. Albo bardzo długie. Słowem – niezła jazda! Dość powiedzieć, że najdłuższa lina, którą dziś jechaliśmy miała ponad pół kilometra długości! W sumie było ich kilkanaście plus mnóstwo wiszących mostów, po których można spacerować oraz jeden szalony “skok Tarzana”, czyli skok na zwisającej z góry linie z platformy w głąb dżungli – uczucie podobne do bungee jumping. Dzieci oczywiście też zaliczyły wszystko, przy czym Bernaś cały czas z instruktorem, a Isia tylko na niektórych (gdzie okazywała się za lekka). Najlepszą część, czyli skok Tarzana zaliczyli wszyscy samodzielnie (przy czym dziewczyny piszcząc, a Bernaś krzycząc “Tarzan!”). Wrażenia niesamowite, widoki przecudne. Dodatkowo na końcu zaczęło lekko padać, a las okryła mgła. Jechało się jeszcze lepiej – tajemniczo, jak przez jakiś park jurajski. Zobaczcie sami:


Vamos, compañeros

11 czerwca 2009

W Nikaragui odnaleźliśmy z mieszanymi uczuciami elementy znajome, choć dawno już przez nas zapomniane. Na granicy z Hondurasem od razu rzucił nam się w oczy wyrazisty plakat uśmiechniętego Ortegi (?) wznoszącego rękę w powitalnym geście. Jego dostojna poza mile kontrastowała z tłem o kolorze majtkowego różu. Zrozumieliśmy od razu, że w Nikaragui oprócz podróży w przestrzeni odbędziemy też podróż w czasie i nasze przewidywania częściowo się spełniły.

Wiadomości Po ulicach miast, w których byliśmy, jeżdżą niewielkie pickupy z panami z gigantycznymi megafonami służącymi celom propagandowym – zarówno politycznym, jak i komercyjnym. Zagłuszają one wszystko – w niedzielę w czasie mszy biedny ksiądz musiał się zdrowo nakrzyczeć, żeby przebić się przez dobiegający z ulicy jazgot,  który trudno zrozumieć, ale łatwo rozpoznać charakterystyczny radosny ton. Propaganda jest zdywersyfikowana i w zamyśle dostosowana do odbiorcy. W pobliżu granicy z Kostaryką świetlanych plakatów jakoś już nie było, ale za to w lokalnej darmowej gazetce opublikowano informacje o podwyżkach minimalnej płacy dla poszczególnych grup zawodowych (informacja dla wnikliwych: 1000 cordob to około 50 dolarów amerykańskich). Widać uznano, że przeciwnika należy pobić jego własną bronią. Raczej z mizernym efektem, bo wystarczy przekroczyć granicę pomiędzy Nikaraguą a Kostaryką, aby przekonać się, że cały czas dużo więcej Nicos (obywateli Nikaragui) chce mieszkać w Kostaryce niż Ticos (Kostarykańczyków) w Nikaragui.

Wolna od analfabetyzmu Kolejny element to uroczystości. Festyn z okazji Międzynarodowego Dnia Środowiska przypominał nam nieco wiec wyborczy, pomimo że teoretycznie nie polityki dotyczył. Wspaniałe pokazy orkiestr szkolnych ubranych w klasyczne odświętne stroje, przeplatały się z przemówieniami smutnych panów. W budynku miejskim o wysokich wnętrzach i imponującym kryształowym żyrandolu dziewczyny tańczyły powiewając zielonymi fifraczkami pod zrobionym z folii aluminiowej optymistycznym napisem “W 2009 Granada wolna od analfabetyzmu”. Telewizja jest namiętnością powszechną obecną w sklepach i hotelach, a brak prądu powoduje smutek, którego nie może rozegnać nawet rozmowa z przyjaciółmi. Plus za to jest taki, że jak już go włączą radosne krzyki rozlegają się na każdej ulicy.

Bananowce pod wulkanem Nikaragua jest drugim najbiedniejszym krajem na półkuli zachodniej, zaraz po Haiti (wyznacznikiem jest dochód narodowy brutto).  Jednak pozostawienie Nikaragui w wyobraźniach jako socjalistycznego, latynoamerykańskiego pariasa byłoby bardzo niesprawiedliwe. Uroda tego kraju jest urzekająca – zachwyciła nas i Granada i La Isla de Ometepe, zielona, pełna plantacji bananowców i kawy, wulkaniczna wyspa na jeziorze Nikaragua, na której jedliśmy niezwykle delikatne i słodkie ananasy o białokremowej barwie. Ludzie uśmiechają się, są życzliwi, pomocni, pogodni i swobodni w kontaktach z turystami. Nigdy nie pomyślałabym, że będę po ciemku i z dzieciakami jeździć chickenbusem po wyboistej, pełnej kawałków lawy, wiejskiej, nikaraguańskiej drodze czując się bezpieczniej niż w podobnej sytuacji we Wrocławiu. Nie był to zabieg zamierzony, ale wrażenia były bardzo interesujące :-).

Galerie z La Isla de Ometepe i miasteczka San Juan del Sur tu. Zapraszamy!


Granada – perła hiszpańskiej kolonizacji

7 czerwca 2009

Katedra w GranadzieGranada – najstarsze europejskie miasto obu Ameryk, perła kolonii hiszpańskiej zbudowana w 1524 jakby na pokaz – aby przenieść w odległe kraje część świetności Starego Kontynentu. Wielokrotnie łupiona przez brytyjskich piratów (szczególnie wsławił się znany nam z Utilii Henry Morgan) zachowała się jednak w bardzo dobrym stanie. Kolorowe fasady domów, starodawne wnętrzna, drewniane podłogi, szerokie bulwary, uroczy park na ryneczku i mnóstwo starych kościołów – jest co oglądać. Poza tym fajna, spokojna atmosfera, pyszne Mojito w knajpkach i olbrzymie jezioro (słodkie morze – jak tu na nie mówią) z plażami i deptakami (choć plaże do najpiękniejszych nie należą). Wszystko to sprawiło, że mieszkanie tu było przyjemnym odpoczynkiem. Dla niektórych łasuchów była to też okazja do eksperymentów. Kilka długich spacerów zaowocowało też solidną galerią, do której zapraszamy. W piątek dodatkowo mieliśmy atrakcję w postaci festynu ekologicznego, na którym swe umiejętności prezentowały zespoły taneczno–perkusyjne z kilku miejscowych szkół średnich. Wyglądało to na zawody, a każda szkoła chciała pokazać się od najlepszej strony. Były więc stroje, sztandary, układy taneczne i wspaniały ładunek energii. Wyglądało to super, a słuchało się jeszcze przyjemniej niż oglądało. Kilkudziesięciu chłopa bardzo dynamicznie walących w bębny, werble, talerze, tarki i wszelkie inne instrumenty perkusyjne pod dyktando sterującego tym wszystkim znakami dłoni “dyrygenta” z gwizdkiem w ustach oraz tańczące w rytm muzyki dziewczyny. Naprawdę miło było popatrzeć i posłuchać. Starałem się jak mogłem nagrać video komórką (baterii do aparatu nadal nie mam), ale niestety to co wyszło nie nadaje się do wrzucenia. Przesterowane i strasznie skacze. Tak więc musicie uwierzyć na słowo i zadowolić się zdjęciami.