My Son willy nice*

10 marca 2010

Starówka Hoi An W pobliżu Hoi An, uroczego i niezwykle turystycznego miasteczka znajduje się My Son – świątynia, której budowa rozpoczęła się w IV wieku, a więc wtedy, kiedy nasi przodkowie w dzikich ostępach biegali za zwierzyną, oganiali się od wilków i zupełnie nie była im w głowie budowa czegokolwiek poza drewnianymi chatkami i osadami warownymi w bardziej strategicznych miejscach. A już na pewno nie myśleli o świątyniach – wystarczały im zapewne posągi Światowida zagubione w leśnej kniei.
Aby dostać się z Hoi An do My Son (około 40 km), można wynająć samochód albo pojechać transportem zorganizowanym, czyli autobusem – wybraliśmy drugą możliwość.

My Son Wyjazd miał być o 7:45, więc o 7:15 stawiliśmy się karnie na śniadanie co, przyznajmy otwarcie, nieczęsto nam się zdarza. Okupione to zresztą zostało kilkoma awanturami tej części rodziny, która rano wstawać nie lubi. Po dziesięciu minutach oczekiwania na menu lekko zaniepokojeni zapytaliśmy, jak to jest dzisiaj z tym śniadaniem. Pani na to grzecznie zapytała, czy śniadanie może być później, podając powód w sposób niezwykle zawiły. Odpowiedzieliśmy równie grzecznie, że niestety nie, argumentując, że jak nie dostaniemy śniadania teraz, to go nie zjemy wcale. O 7:35 zajechała pod hotelik druga pani dzierżąc w ręku woreczek z bagietkami, a o 7:40 wjechały wreszcie nasze omlety. Poganiając towarzystwo i łykając pospiesznie nasłuchiwałam nerwowo dźwięku nadjeżdżających pojazdów. W końcu lada moment mieliśmy wyjeżdżać. O 7:55 byliśmy po śniadaniu i nasłuchiwaliśmy już wszyscy. O 8:35 pojawił się uśmiechnięty pan na motorynce, zapytał czy my to my, i zapewnił, że nasz minibus zaraz przyjedzie. Ostatecznie wyjechaliśmy o 8:55 w towarzystwie dziesiątki innych turystów. Umęczyliśmy się nieco, bo trwały roboty drogowe i tkwiliśmy w korku dobre pół godziny – cała podróż trwała w sumie około dwóch godzin, ale nic to dla nas.

Linga z dziurką Na miejscu okazało się, że najwyraźniej wykupiliśmy wycieczkę, a nie transport, bo ni z gruszki ni z pietruszki pojawił się koło nas wietnamski przewodnik. Kiedy ustawiliśmy się w kółeczko przy pierwszym kompleksie świątyń, rozpoczął swoją przemowę od bezpośredniego pytania wygłoszonym tonem godnym Savonaroli: “Czy Wy wiecie (pauza) co to był Vietkong?” Tu wskazał na porośnięty trawą lej po bombie (amerykańskiej) stanowiący dowód, że wrogi imperializmowi element właśnie tutaj stacjonował. Twarze turystów wyrażały niepewną konsternację. “Ludzie z Vietkongu kochali swój kraj i tutaj się ukrywali – pili, walczyli i ukrywali się i tak w kółko, w kółko!” dobitnie nam wyjaśnił. Przez twarze słuchaczy przebiegł błysk zrozumienia. Potem było jeszcze weselej. A to z racji antycznych kamiennych penisów (zwanych linga) – hinduistycznych symboli płodności związanych z kultem Siwy, w których starożytny lub współczesny (nie udało nam się ustalić) myśliciel kreatywny wydrążył dziurkę właściwej wielkości. Według słów naszego przewodnika poleca się skorzystanie z antycznego (?) wynalazku w celu zwiększenia rozmiaru jego biologicznego odpowiednika. “Willy nice!*” wykrzyknął z ochotą jeden Anglik i rozpętał dyskusje komu się zmieści, a komu nie i dlaczego.

W przypadku kobiet dotykanie lingi oznacza zmianę jakości życia bardziej odsuniętą w czasie – męża się znajdzie, tylko nie wiadomo kiedy. Isia więc macnęła dla formalności, a ja zignorowałam snując milczące rozważania na temat uniwersalnych dla każdej kultury przekazów ludowych – bodajże w Budapeszcie jest pomnik jeźdźca na koniu, któremu (co ciekawe nie jeźdźcowi, ale koniowi) należy pogłaskać błyszczące, wypolerowane przez tysiące rąk jądra, aby zapewnić sobie szczęście w miłości. Dotkniesz – będziesz szczęśliwa, nie dotkniesz – nic z tego. Hmmm… Z tego wszystkiego nasz przewodnik jakoś zupełnie zapomniał opowiedzieć nam o wedyjskich rytuałach płodności  – linga polewano świętą wodą, która spływała do joni (żeńskich  narządów płciowych – symbolu życia) obejmujących linga u podstawy, co symbolizowało stwórczą moc Siwy.

Kobieta czy męzczyzna Następny na liście był posąg o bliżej nieokreślonych kształtach. Niestety bezgłowy. Ale jednak nasz przewodnik i taką niedogodność potrafił obrócić w ciekawy element rozrywkowy. “Kobieta czy mężczyzna?” – rzucił w kierunku zaskoczonej pytaniem publiczności. “Siwa – kobieta czy mężczyzna?” wyjaśnił podnosząc nieco głos. Rzeźbę niewątpliwie naruszył ząb czasu, a niewiele osób czytało wcześniej coś o hinduizmie, więc zakłady były pół na pół, co tylko ucieszyło pytającego. “Jedno i drugie! Jedno i drugie! To ci dopiero szczęściarz!” Po tym radosnym wykrzykniku zademonstrował nam jak dobrze ułożyć podbródek na przetrąconym karku starożytnej rzeźby i radośnie oznajmił: “Teraz 10 minut na zdjęcia!”.

Przez następny kompleks pognaliśmy truchcikiem, bo najwyraźniej naszemu przewodnikowi kończył się czas. Pozbawieni zupełnie dyscypliny, ale pełni ciekawości zapuściliśmy się więc do kilku świątyń na własną rękę wspomagając się przewodnikiem (tym razem książkowym) i wlokąc się w ogonie grupy. Zdążyliśmy jednak jeszcze dojrzeć, jak nasz lokalny guru pieszczotliwie głaszcze kamienną płytę pokrytą napisami sprzed tysiąca lat (a może i więcej) mówiąc: “To? Ach, tak! Trochę się zatarło!”. Duchowo jednocząca się z nami starsza pani postanowiła wyrazić swoje rozczarowanie tempem zwiedzania. “Cóż” oznajmił jej z pięknym uśmiechem “najwyraźniej wybrała pani złą wycieczkę”.

Potem odparliśmy jeszcze atak naszego przewodnika, któremu bardzo zależało na tym, abyśmy wrócili łodzią, zamiast minibusem (oczywiście za odpowiednią dopłatą). Podawane argumenty były różne: “Łódką lepiej, naprawdę lepiej!”, “Łódź duża, naprawdę duża!” i zupełnie nietrafione w naszym przypadku: “Wszyscy wracają łodzią tylko nie Wy!”. Chwilę później okazało się, że pędziliśmy przez ruinki kurcgalopkiem z Chmielewskiej, żeby spędzić 30 minut w sklepie z pamiątkami, gdzie można było kupić gipsowe kopie rzeźb z My Son za 25$ li i jedynie.  Posiedzieliśmy więc w cieniu na schodkach sącząc zimną wodę z butelki i zgodnie stwierdzając po raz n-ty w naszym życiu, że wycieczki organizowane to zupełnie nie to, co Tygryski lubią najbardziej. Ale mimo to bawiliśmy się przednie. Gdyby ktoś już nie nakręcił “Mojej wielkiej greckiej wycieczki” , my na pewno byśmy to zrobili.

Galeria z Hoi An i okolic tu.

*zazwyczaj: “really nice” tj. “jak miło!” lub “jaki ładny!”. Tu zamiast “really” jest “willy” czyli czułe brytyjskie określenie tego, co mężczyźnie najdroższe.


Kącik łasucha – Birma

27 lutego 2010

Może szaszłyczka O curry już było, więc dziś gwoli uzupełnienia kilka słów na temat birmańskich ulicznych specjałów. Zacznijmy od wszechobecnych garkuchni ulicznych. Na każdym rogu w improwizowanych, metalowych, wypełnionych gorącymi węglami paleniskach uliczni sprzedawcy pichcą miejscowe smakołyki. A tam niespodzianka za niespodzianką. Placuszki z nadzieniem niewiadomym, naleśnik z mięsem (ale z czego?), sadzone przepiórcze jajeczka smażone w maleńkich wgłębieniach w blasze, kawałki łodyg lotosu do chrupania i tysiące innych lokalnych pyszności, które często trudno rozpoznać. Wszystko dla nas było na początku zagadką, chociaż trzeba przyznać, że niektórych przekąsek nie chcieliśmy próbować i omijaliśmy je łukiem. Z tych należy wymienić świńskie ryjki i fragmenty jelit smażone w głębokim tłuszczu i chyba czymś jeszcze przyprawione, bo żółciutkie jak kurczaczek. Bardzo dużo robimy dla czytelników “Kącika”, ale te ryjki nas troszkę przerosły. Już wolimy żabki z Arequipy :-).

Sałatka z mangoNa targach można kupić także nieco zdrowsze potrawy. Na przykład sałatkę z zielonego, twardego mango obficie doprawioną chili i pastą z orzeszków ziemnych.  To tylko dla wielbicieli naprawdę ostrych rozwiązań. Ale są też łagodniejsze. Do naszych ulubionych potraw kuchni birmańskiej należy mohinga serwowana tu często na śniadanie. Jest to gęsta, pikantna zupa o bardzo subtelnym rybnym posmaku doprawiona sporą ilością imbiru, z makaronem i jajkiem. Makaron to zazwyczaj vermicelli – cienki makaron ryżowy. Osobno podaje się limonki i pokrojoną świeżą kolendrę (tak, tak!) i rodzaj sporego, chrupkiego i ostrego placka. Tutaj idę na całość – kolendra w ilościach niemalże nieograniczonych i tyle limonki, ile się da… Po takim śniadaniu energii starcza na bardzo długo.

Bananowy pudding Słodkości nie ma za dużo, ale są smaczne. Dostępne są puddingo-leguminy przypominające odrobinę turecką baklavę – soczyste, wilgotne i słodkie sprzedawane są w metalowych formach do ciasta. Ponieważ lodówek w większości miejsc nie ma, można mieć trochę wątpliwości dotyczących warunków przechowywania, ale jak się tylko spróbuje, wszystkie wahania natychmiast znikają. Istnieją wersje bananowe (galaretowata, słodka masa koloru gorzkiej czekolady z ziarenkami maku), orzechowe (pełnoziarniste – jakby z płatkami zbożowymi namoczonymi w miodzie i zmielonymi nerkowcami), kokosowe… Udało mi się znaleźć kilka linków do przepisów (niestety tylko po angielsku), więc możecie spróbować zrobić te smakołyki w domu sami. Ja niestety z ich wypróbowaniem muszę jeszcze poczekać, aż wrócimy do Polski. Jak ktoś nie ma cierpliwości i chęci do gotowania to można też ewentualnie objeść się baklavą w Turcji…. albo w Warszawie (pewnie się znajdzie jakaś turecka cukierenka).

Durian na sprzedaż Dla zwolenników smaków (i zapachów) ekstremalnych jest jeszcze durian – najbardziej śmierdzący owoc świata –zapach mieści się gdzieś między zjełczałym masłem, a zepsutym mięsem. Próbowaliśmy pasty durianowej (yyyyhhh…) i ciasteczek (myśleliśmy, że zepsute, zanim się zorientowaliśmy, że to durianowe) i może jeszcze się zdecydujemy na eksperymenty ze świeżym, ale jak nie pałamy do tego owocu sympatią. Niektórzy go podobno lubią, ale to chyba tylko ci z katarem siennym ;-). Po pierwszych naszych doznaniach znaleźliśmy w Internecie informację, że durian nazywany jest zbuczkowcem właściwym. Zaiste, trudno o bardziej trafną nazwę.

BetelZ napojami też jest ciekawie. Birmańska herbata jest prawdziwym arcydziełem, ale wielbiciele napojów gazowanych też coś znajdą dla siebie. Istnieją lokalne odmiany naśladujące do. I tak: jest podróbka, która Sprite’a udaje etykietą, kolorem butelki i smakiem – zdradza ją tylko jakość opakowania. Jest wersja lokalna (czyli Cruncher) chwaląca się myanmarskim pochodzeniem. I jest sam Sprite we własnej osobie – czarnorynkowy sprowadzany z Tajladii lub Chin. Coca-Cola także występuje w podobnej gamie. Zamawiając zresztą zimny napój w sklepiku otrzymuje się go w seksownym foliowym woreczku z rurką – w ten oto sposób unika się zbędnych kombinacji z kaucjami na butelki. Alkoholu w Birmie pije się niewiele. Jest co prawda i piwo i whisky, ale picie alkoholu w nadmiarze jest uważane przez buddystów za niewskazane. Za to jest betel. Liście tej rośliny są żute dość powszechnie. Betel usuwa zmęczenie, odkaża, zabija pasożyty (podobno) i jeszcze do tego jest afrodyzjakiem. Jeśli Twój rozmówca ma czarne zęby, usta czymś wypchane i spluwa co jakiś czas krwiopodobnym płynem na ziemię, to ani chybi jest to betel. Zazwyczaj jest sprzedawany wraz orzechami areca i zasadową substancją wspomagającą działanie alkaloidów. Dokonaliśmy testowania tego specyfiku, ale testujący szybko się poddał (nie smakowało), więc nie jesteśmy w stanie potwierdzić żadnej z przypisywanych mu właściwości. Pozostaje wiara w naukowców i wielosetletnią  tradycję.


W drodze do złotej skały

24 lutego 2010

To tam tyle jechaliśmyZ Inle Lake jechaliśmy do Bago (planowo 16 godzin jazdy autokarem), aby stamtąd przedostać się do Kyaiktiyo słynnego ze złotej malutkiej pagody. Jest to miejsce otoczone czcią, do którego pielgrzymują rzesze mieszkańców Birmy – włos Buddy i cudowne zawieszenie skały nad przepaścią dodają jej i czaru i świętości. Na miejscu mieliśmy być koło siódmej rano, ale nasz kierowca tak przycisnął, że do Bago zajechaliśmy prawie cztery godziny wcześniej – o trzeciej nad ranem. Wysiedliśmy więc, nieszczęśni, i zadekowaliśmy się w herbaciarni, o dziwo o tej godzinie pełnej ludzi. Objedliśmy się ciasteczek, opiliśmy herbatki i jeszcze obejrzeliśmy wręczanie kwiatów naszej Justynie (trzecie miejsce w biegach kobiet) i zawody w curlingu (to z niekłamanym rozbawieniem – Isia stwierdziła, że miło zobaczyć panów z takim zaangażowaniem machających szczotkami).

O siódmej rano wsiedliśmy w końcu do autobusu i dojechaliśmy do Kinpun, bazy wypadowej pielgrzymek do Złotej Skały. Ale to jeszcze nie był koniec. Odświeżyliśmy się pospiesznie, zjedliśmy lunch i poszliśmy na przystanek ciężarówek – naszego następnego środka lokomocji – jedynego, jaki wjeżdża 11 km stromą drogą pod górę. Bo dalej w zasadzie już można tylko na piechotę.

Ławeczki - zbliżenieO pierwszej trzydzieści siedzieliśmy na ciężarówce jakieś 3 metry nad ziemią, a z nami siedziało pewnie z pięćdziesięciu Birmańczyków. Ruszyliśmy, a nasi towarzysze rozpoczęli modły – w końcu udawaliśmy się do miejsca świętego. “O cholera!” wyrwało mi się niechcący pośród otaczających mnie buddyjskich recytacji, kiedy wierzgnięcie silnika prawie sprowadziło mnie do parteru. Balansowaliśmy na belkach szerokości około 10 centymetrów usiłując upchnąć nasze za długie, jak się okazuje, nogi między naszą beleczkę, beleczkę przed nami (odległą jakieś 30 cm), a kończyny sąsiadów liczne niczym odnóża stonogi. (Zdjęcie obok zostało zrobione, gdy paka nie była jeszcze pełna – kierowca i jego pomocnik czekają, aż zgromadzi się odpowiednia grupa pasażerów – potem następują przegrupowania i dopchnięcia, dwóch odważnych wskakuje na dach szoferki i jazda!). Modły skończyły się jednak szybko i dalsza podróż pod górkę krętą stromizną przebiegała już w nastrojach jak z wesołego miasteczka, bo kierowca był w dobrym humorze i wyprzedzał wszystkie ciężarówki po drodze. Birmańczycy chichotali, szczerzyli do nas czerwone od betelu zęby, piszczeli na zakrętach i dopingowali kierowcę. Różnice międzykulturowe i ekonomiczne były doskonale widoczne. U nas każdy podróżny ma własne miejsce, pas, poduszkę powietrzną (albo i dwie), pojemnik na kawę i lusterko. Tutaj ma latającą na wszystkie strony beleczkę, ale też mrowie sąsiadów, ich ramiona, nogi i boki stanowiące oparcie i trzymadełko zarazem. Nie wspomnę o wiezionych wiechciach i bagażach, które także mogą w sytuacji podbramkowej ochronić jadącego przed siniakiem. Na początku podążając za wyuczonymi wzorcami i ignorując zupełnie fakt, iż pani z ławeczki przed nami praktycznie siedzi mi na kolanach, usiłowałam znaleźć przede mną kawałek belki, której mogłabym się uchwycić. Od czasu do czasu chwytałam za ławeczkę, a od czasu do czasu za siedzenie sąsiadki z przodu. Rzucało zdrowo, więc jak już się chwyciłam za to, co chciałam, to dla odmiany na jakimś wyboju sąsiadka spadała mi z plaśnięciem na moją rękę. W Polsce by mnie oskarżono o molestowanie, a tu nikt się moimi poszukiwaniami kawałka ławeczki specjalnie nie przejął.

Zajechaliśmy do podnóża słynnej góry i rozpoczęliśmy wędrówkę szlakiem pielgrzymim dochodząc do wniosku, że buddyści mają chyba ciężej. Droga była dość stroma, wspinaliśmy się wraz z innymi pielgrzymami mijając sklepiki z napojami, chatki z folii i umorusane dzieci. Stanowczo odmówiliśmy bycia wniesionym na szczyt w lektykach (wszyscy), oraz w bambusowym koszu (Bernaś), pomimo zachęt, że “baby” ( Bernaś) zostanie wzniesione gratis. Jakoś nie podobały nam się specjalnie te wielkopańskie pomysły i uznaliśmy, że niehonorowo jest nie wdrapać się na górę samodzielnie. Za to nieco później zaobserwowaliśmy z mieszanymi uczuciami całą wycieczkę (chyba japońską) niesioną właśnie w ten sposób. Najwięcej kontrowersji wzbudziła dziewczyna w lektyce ze słuchawkami od iPoda w uszach i książką przed nosem. Pełen odlot.

Na szczycie wyłożony marmurem plac błyszczał w słońcu. Stupa migotała, cała pokryta listkami złota wcieranymi przez pielgrzymów. (Wcieranie to rzecz męska – kobiety ani wcierać ani podchodzić bliżej nie mogą, więc stałyśmy sobie z Isią grzecznie z sandałami w rękach obserwując, jak uprawnieni członkowie naszej rodziny idą obejrzeć cud z bliska.) Podobnie jak nad Bagan powietrze było zamglone, barwy złamane i trochę nierzeczywiste. W drodze powrotnej jechało się już spokojniej. Dla równowagi trzymałam się ramion pasażera przede mną (podobnie jak moja sąsiadka) w przerwie dyskutując z Isią na temat najlepszych technik łapania równowagi i wypatrując kolejnych zakrętów pomiędzy plecami dwóch Birmańczyków siedzących na dachu. Było już chłodniej. Wiatr chłodził przyjemnie twarz i rozwiewał włosy. Nad wzgórzami porośniętymi gęstą dżunglą właśnie zachodziło słońce.


Kącik łasucha – Bagan

15 lutego 2010

Herbaciarnia jakich wiele Jakoś tak dotychczas się plotło, że w Birmie jedliśmy więcej potraw hinduskich niż birmańskich. Jak wiadomo, Indie graniczą z Birmą, a wpływy hinduskie wyraźnie widać w dostępnych miejscowych smakołykach. Instytucja hinduskich knajpek spodobała nam się niezwykle, na początku ze względu na pewną nieprzewidywalność, a później z uwagi na prostotę i urozmaicenie posiłków. Na początku nie mogliśmy się zorientować, o co właściwie w tym wszystkim chodzi, bo zamawialiśmy jedną rzecz, a dostawaliśmy kilka i zupełnie nie wiedzieliśmy dlaczego i czy o to właśnie poprosiliśmy. Łatwo nie było bo nazwy potraw były podane po birmańsku (alfabet malowniczy i zaokrąglony tu i ówdzie, ale poza tym zupełnie nieprzydatny) i angielsku (hindusku?), ale co by wam powiedział napis thali, paratha albo parni roti? Pewnie niewiele tak, jak i nam… Z konieczności więc skazani byliśmy na pokazywanie palcem (zajęcie dość ryzykowne szczególnie, jeśli nie ma się specjalnie ochoty na curry z mózgu kozy) albo na knajpki z menu obrazkowym lub z obsługą anglojęzyczną. Z tym zresztą też były problemy. W głowie mi się zakodowało wsparte doświadczeniem przekonanie, że Hindusi na ogół po angielsku mówią znakomicie (pomijając trudny do zrozumienia na początku akcent), a tu się okazało, że w Birmie to raczej niekoniecznie. Jeszcze w Yangoon w czasie wizyty w teashopie (czyli herbaciarni, które stanowią niezmienny element krajobrazu Birmy) poprosiłam o kawę bez mleka i bez cukru. Sympatyczny pan z obsługi przyniósł mi – pyszną zresztą – herbatę parzoną tu na sposób hinduski, czyli z dużą ilością mleka, dużą ilością cukru i czymś jeszcze – może kardamonem? – fantastycznie pachnącą, przy której bawarka to zwyczajna lura. Na moje skonfudowane, ale muszę przyznać dość głupawe w tej sytuacji, pytanie “No sugar, no milk?” (“bez mleka? bez cukru?”) otrzymałam uprzejmą odpowiedź wspartą uśmiechem i potakiwaniem głową “No sugar, no milk, ok!”. Uratował mnie inny kelner, który upewnił się, że chciałabym “black tea” (herbatę bez mleka) i przyniósł mi herbatę rzeczywiście bez mleka… ale za to ze sporą ilością cukru.

Thali wersja klasyczna Eksploracja jednak robi swoje. Po kilku wizytach udało nam się zaobserwować pewne podobieństwa. Po pierwsze, w zasadzie zupełnie niezależnie od tego, co zamówiliśmy, zawsze na początku wjeżdżał dhal, czyli grochówka po hindusku, o której pisałam przy okazji kącika łasucha z Fidżi. Dhal zresztą już dawno jest na liście naszych ulubionych dań, które zamierzamy wprowadzić do domowego menu. Po czarce takiej zupki, czasem z nutkami kminku, czasem anyżku nieśmiało wychylających się zza kurkumy, od razu do reszty byliśmy nastawieni nadzwyczaj pozytywnie. A potem było jeszcze lepiej, bo Hindusi cichcem wprowadzili kombinację systemu zestawów i “all-you-can-eat” (czyli “jedz aż pękniesz”). Najpierw serwowane jest danie główne, czyli curry różnego typu – dokładnie takie, jakie zamówiłeś. A następnie ku radości ogólnej, podawane są albo pieczone na blasze beztłuszczowe placki (nazwa lokalna to ciabaty, ale nie przypomina to  niczym ciabat, które można kupić w polskich sklepach) albo ryż albo rozdęte smażone chlebki w towarzystwie sosów. I w tych sosach właśnie cały urok… Zazwyczaj całość jest podawana na metalowych talerzach, ale mieliśmy okazję także jeść sosy i ryż wprost z bananowego liścia, który służył za podkładkę. Ryż, ciabatki, dhal i sosy są nakładane do upadłego – obsługa sprawdza co chwilę, czy nie trzeba niczego dołożyć i czy aby klient jest szczęśliwy i najedzony.

Thali wersja ekologiczna z curry wegetariańskim Najlepsze sosy to zresztą wcale nie sosy, ale  gęste konfituropodobne mazidła, którymi można ciabatki smarować mieszając w dowolnych konfiguracjach. Po pierwsze z tamarindu – fasolopodobnych owoców o brązowawym miąższu stosowane w kuchni tropikalnej w postaci soków, dżemów i sosów, które przypominają w smaku powidła z odrobiną suszonych śliwek dla zaostrzenia wrażeń. Na bazie sosu tamaryndowego można stworzyć sporo różnych odmian smakowych – na przykład tamarynd z miętą i czosnkiem – delikatnie pikantne powidełko ze świeżą nutka. Albo starty świeży imbir z tamaryndem – ostry, piekący w język z odrobiną słodyczy. Albo jogurt z miętą. Albo marchewki pocięte w cieniutkie półksiężyce w pomidorowym sosie mocno przyprawionym curry. Sztuka polega na tym, aby ponakładać na ciabatkę wszystkiego po trochu, aż osiągnie się doskonałą harmonię smaków ostrego, słodkiego, kwaśnego i słonego. Istna gratka dla łasuchów.

Na deser jeszcze można zamówić sobie lassi – kefiropodobny jogurt miksowany z owocami. Miksowany zresztą często ręcznie (czyżby dojrzałe owoce rozgniatane były widelcem?)  tak, że kawałki owoców można szybko odnaleźć – widać od razu, że napój był przygotowany przed chwilą. Czasem też widać najpierw chłopca, który wybiega z kuchni do sklepu i wraca zaraz z papają albo kiścią bananów. Taki urok. O ileż milszy i zdrowszy od bananowego mleka w proszku, aromatyzowanych jogurtów owocowych oraz przetworzonych płatków śniadaniowych z kolorowymi obrazkami z kreskówek na pudełkach.


Uśmiech po birmańsku

6 lutego 2010

Już na pierwszy rzut oka widać, że infrastruktura Yangoon umiera. Wiele przestronnych kolonialnych budynków rządowych i kamienic zbudowanych przez Brytyjczyków jest w ruinie – nie mają szyb, zieją pustką i świetnie nadawałyby się jako dekoracja planu filmowego horrorów – dyndające na wietrze folie, przerażające i ciemne wnętrza nie wymagałyby żadnych poprawek. Chodniki są nierówne – płyty chybocą się przy każdym kroku, gdzieniegdzie widać przepływające pod nimi kanały ściekowe. To właśnie tam biegają szczury. Tu i ówdzie płyt nie ma wcale, więc trzeba się patrzeć pod nogi, żeby jedną nogą nie wpaść w jakąś dziurę. Przerwy w dostawach prądu są przynajmniej kilkanaście razy dziennie, więc przed każdym sklepikiem, hotelikiem i jadłodajnią warczą włączone generatory. Generałowie porzucili dawną stolicę i zbudowali sobie nową Naypyidaw, gdzieś głęboko w dżungli i tam pewnie prąd jest na okrągło. Oni napawają się władzą i luksusem, a my nie możemy powstrzymać się od myśli, że tak jak Yangoon pewnie wyglądałaby Polska, gdyby nie 1989.

Jednocześnie życie biegnie swoim torem. Handluje się na chodnikach owocami, kablami elektronicznymi, ktoś gotuje coś w garkuchni. Na chodniku od czasu do czasu stoi plastikowy stoliczek, a na nim kilka zużytych aparatów telefonicznych, przez które rozmawiają Birmańczycy. Taka lokalna odmiana budki telefonicznej. Sterty pirackich CD-ków i kaset magnetofonowych (tak! kaset magnetofonowych!) leżą na foliach położonych bezpośrednio na ziemi i czekają na nabywców. Nie istnieją państwowe biblioteki, ale książki można kupić – sporo jest używanych, ale sporo też skserowanych pirackich wersji. Sporo mnichów i mniszek w pomarańczowych, purpurowych lub różowawych strojach zbiera jałmużnę. Na każdym rogu są teashopy, czyli herbaciarnie, gdzie można się napić herbaty parzonej na sposób hinduski – ze skondensowanym mlekiem i cukrem – sama w sobie stanowi świetny deser, a jeszcze do tego można sobie wybrać ciasteczka po niewielkich cenach. Mężczyźni chodzą w longyi – (bawełnianych kawałkach materiału obwiązanego wokół bioder) i plują betelem – rośliną żutą tutaj dla przyjemności, która zostawia na dziąsłach czerwono-czarne ślady. Nie widziałam ani jednej kobiety (mężczyzny także) z odsłoniętymi kolanami, więc nasze krótkie spodenki od razu powędrowały na dno szafy. Turystów jest mało – spotkaliśmy kilkoro Polaków, Rosjan, kogoś z Niemiec i z Singapuru. Sporo krajów bojkotuje Birmę także turystycznie, my jednak pamiętamy, jak bardzo odizolowana była Polska i jak bardzo jako dzieci ciekawi byliśmy przybyszów zza żelaznej kurtyny. Wierzymy, że taka izolacja (nie mówimy tu o sankcjach, ale o bojkocie turystycznym) przynosi więcej szkody niż pożytku.

Wszystko to nie wygląda dobrze, ale jak na razie jesteśmy zachwyceni ludźmi żyjącymi w tej trudnej rzeczywistości. Niektórzy nas zagadują, pytają skąd jesteśmy. Wszyscy są pogodni i chcą pomóc, opowiadają swoje historie, pytają Bernasia, jak ma na imię. Nie narzucają swych usług, choć widać, że prawie każdy tu próbuje jakiegoś własnego małego biznesu. Birmańczycy są delikatni w obejściu – jeśli ktoś nam coś proponuje, robi to w sposób niezobowiązujący i subtelny i uśmiecha się nawet jeśli do transakcji nie dojdzie. Czujemy się tu bardzo dobrze. Uśmiech – ciepły i życzliwy jest wszechobecny. Dlaczego takiego uśmiechu tak mało na polskich ulicach?

Zapraszamy do galerii…


Pocztówki z Bangkoku

3 lutego 2010

Zamarliśmy w podziwie mieszanym z niedowierzaniem. Spodziewaliśmy się tropików i tropiki zastaliśmy, ale cała reszta przechodzi nasze wyobrażenie. Nie ma reguł, nie ma schematów. Grubo się mylił ten, kto kiedyś stwierdził, że “miejska dżungla” jest w Londynie lub innym europejskim mieście. Jest tu, w Bangkoku.

Pałac królewski Bajecznie piękny pałac królewski – cały w złocie i drogich kamieniach, pokryty złoconymi malowidłami i strzeżony przez kilkumetrowe giganty odwiedzany jest przez tysiące turystów. Próbują z tego skorzystać spryciarze w tuk – tukach gotowi obwieźć swoje ofiary po sklepach z tajską modą lub biżuterią, (inkasując za to oczywiście odpowiednią prowizję), sprzedawcy sarongów (a w środku można je przecież pożyczyć za darmo – wstęp w krótkich spodenkach jest wzbroniony i egzekwowany przez uzbrojonych panów w mundurach) i wszechobecni samozwańczy przewodnicy oferujący swoje usługi milionom zafascynowanych przybyszów z innych kultur. Pałac odgrodzony jest od hałasu i smrodu ulic śnieżnobiałym murem.

Typowy Tuk-tuk i w dodatku jeden z czystszychPodstawy wielopiętrowych, brudnych i odrapanych budynków w Chinatown giną w kłębach spalin. Podobnie zresztą wiele innych miejsc w Bangkoku – wiele osób nosi tu maseczki, (nie sądzimy, że przyczyną jest świńska grypa, która jest już chyba bardzo passe) -podobno co drugi mieszkaniec Bangkoku ma kłopoty z układem oddechowym. Chinatown nie przypomina żadnego z amerykańskich czy europejskich, jakie widzieliśmy, ale przytłacza ilością maleńkich sklepików. Ani ślicznych, ani oryginalnych, ale usmolonych i hałaśliwych sklepów ze śrubami mechanicznymi, przyborami do szycia, toporną elektroniką. Przed sklepikami na wąziutkich chodnikach rozłożyły się bezwstydnie kramy i stoiska z tysiącami potrzebnych drobiazgów tak, że trzeba się między nimi przepychać, aby przedostać się w żądanym kierunku.

Markowe sklepy w Siam Paragon W nowoczesnym centrum handlowym Siam Paragon na drugim piętrze Armani, Chanel i Chloe, gigantyczna księgarnia z książkami po tajsku i po angielsku (wybór jak w Australii, a może i lepiej), na trzecim salony Porsche i Maserati. Nikt się nawet nie trudzi podawaniem cen. Bo jeśli tam wchodzisz, to znaczy, że cię stać. Do Siam Paragon może cię zawieźć klimatyzowany SkyTrain – pociąg pędzący nad ulicami miasta – podniebne metro. Wtedy nie musisz bratać się z tłumem w autobusach gruchotach z naturalną klimatyzacją, ale od razu wchodzisz do oazy luksusu wyrosłej, jak orchidea na gnojówce. Dwa światy – codzienny, brudny i głośny oraz błyszczący, z sączącą się z głośników spokojną muzyką – koegzystują na dwóch poziomach. Czy nie znamy tego z jakiś filmów science fiction?

Kupujemy wszystko No i jeszcze turystyczne “getto” czyli Khao San Road. Tutaj zrobią wszystko, żeby zadowolić zachodniego turystę. Proponowano nam (razem lub osobno) “tuk-tuk” (a więc motorykszę – smrodliwe skrzyżowanie motoru z dorożką), “bum-bum!” (to Błażejowi wraz z katalogiem obiektów do tegoż), sex show, masaż stóp wykonywany przez Tajki (łóżeczko postawione wprost na ulicy – cóż za oszczędność na kosztach stałych!), masaż stóp wykonywany przez rybki (nóżki hop! do akwarium, a rybek koło tysiąca), pedicure, manicure i tysiące innych zabiegów kosmetycznych i tak dalej i tak dalej. Wszędzie miliony knajpek i knajpeczek, barów i jadłodajni oferujących proste, ale znakomite tajskie potrawy za grosze. Wiele z nich bezpośrednio z wózeczka z zainstalowaną butlą gazową i wokiem lub  klasycznym grillem. Wszystko skwierczy i pachnie, sprzedawcy migają kolorowymi latarkami, rzucają w powietrze kolorowe świecące bączki, zachwalają drewniane grające żabki, w każdym barze leci muzyka, tłumy turystów zwiedzają straganiki.

Budda dekorowany I do tego jeszcze galimatiasu należy dodać piękne świątynie buddyjskie, wszechobecne ołtarzyki stawiane królowi Tajlandii, smród naftaliny, zapach smażonego tajskiego makaronu, nieśmiałe uśmiechy mieszkańców, hałas taki, że trzeba krzyczeć do siebie i wyjdzie Bangkok. Prawie. Jedno z piękniejszych miast Azji.

Pozdrawiamy z Miasta Aniołów*

4B

*takie znaczenie ma tajska nazwa Bangkoku, której tutaj się nie odważę przytoczyć, bo się ciągnie przez 3 linijki

Galeria z Bangkoku tutaj…


Kącik łasucha – Sydney

20 stycznia 2010

Sydney Fish Market Prawdziwe łasuchy zawsze znajdą sposób na łasuchowanie. Tym razem pretekstem była wizyta na targu rybnym w Sydney. Przed wizytą wyobrażałam go sobie na kształt skrzyżowania targu sycylijskiego  (kamienna hala bez ścian, aby zapewnić wentylację) z środkowoamerykańskim – czyli wszystko leży na kamiennych blatach i nikt się specjalnie chłodzeniem nie przejmuje, bo towar schodzi jak gorące bułeczki. Tymczasem targ w Sydney okazał się wydarzeniem niemalże kulturalnym. Kamienna hala może przecież istnieć w wioskach Sycylii, ale nie w centrum Sydney, gdzie nawet rybki na sprzedaż muszą zyskać dodatkową oprawę. Stoiska ze wszystkim, co przynosi morze znajdują się w kilku pawilonach rozrzuconych na niewielkim placu.

Błotne kraby Rozmaitość ryb, jakie można tam nabyć jest zadziwiająca: łososie, snappery, tuńczyki, mieczniki, płaszczki (tak, tak! :-)) i tysiące innych, których nie rozpoznaję i nazw nie udało mi się zapamiętać – wszystkie złowione tego samego dnia i chłodzone rozsypywanym co jakiś czas lodem. Na rybach zresztą wcale się nie kończy. Zza szyb swoje patyczakowate odnóża wyciągają langusty, homary i inne skorupiaki słodkowodne i morskie. Żywe kraby z powiązanymi szczypcami łypią groźnie ze skrzyń swoimi małymi oczkami zastanawiając się, co zrobią, jak dorwą w końcu jednego z przechodniów. Czerwienią się stosy krewetek. Na stoisku obok ktoś kupuje świeży, pachnący chleb, parę metrów dalej pysznią się ułożone w symetryczne piramidki owoce, o jakich się tylko zamarzy. Jeśli ktoś czuje się przytłoczony różnorodnością morskich stworzeń i zupełnie nie wie, jak się za nie zabrać, może zapisać się na warsztaty kulinarne, odbywające się kilka razy w miesiącu. Przykładowe tematy warsztatów: zupy z ryb i owoców morza, barbaque z owoców morza, owoce morza po tajsku etc. Prawdziwe łasuchy czasem jednak muszą zjeść coś tu i teraz, i dla nich właśnie przygotowano wiele kafejek z gotowymi daniami z morskich smakołyków. Pewnie łatwo zgadniecie, że nie oparłam się pokusie i musiałam spróbować czegoś smacznego.

Ostrygi Kilpatrick czyli mortadela Wybrałam wariacje na temat ostryg: świeże ostrygi pacyficzne (na surowo), ostrygi Kilpatrick i ostrygi mornay. Sam sos mornay, czyli upraszczając nieco sos beszamelowy z dodatkiem bulionu rybnego i żółtego sera, choć delikatny i tak zabija rewelacyjny smak mięczaka. Mówiąc krótko głównie czuć sos ładnie nalany do skorupki małża. To, że gdzieś na dole jest w nim zatopiona ostryga czekająca na odkrycie umyka z pewnością większości smakoszy. Jeszcze gorzej sprawa się ma z ostrygą Kilpatrick, którą przygotowuje się z bekonem i sosem Worcestershire. Tak pozornie wytworne składniki, a całość smakuje jak smażona mortadela ze skwarkami (czy ktoś w ogóle je takie paskudztwo?), nawet nie jak ostryga z mortadelą. Ostryga gnie w tym smaku bezpowrotnie. Niestety.

Ostrygi w swojej ostatniej kąpieli Niestety, bo świeże ostrygi… Świeże ostrygi przywodzą na myśl egzotyczne owoce. Wilgotne, śliskie i mięciutkie, choć bardzo delikatne, mają także i bardziej pikantne tony. Obficie skropione cytryną pławią się bezwstydnie w perłowych wannach w swojej ostatniej, luksusowej kąpieli. Mistrzynie kamuflażu, udają, że nie mają nic wspólnego z morzem, lecz że ich subtelność zrodziła się w niedostępnych dla zwykłych śmiertelników miejscach. Taki smak broni się sam! Co tam mówię, broni. Jaśnieje dostojeństwem. I kto wpadł na pomysł, żeby do tego dodać bekon? Pewnie ten sam wielbiciel bekonu, który zaliczył ostrygę pacyficzną do organizmów inwazyjnych. Ja tam chętnie zrobię dla niej i jej koleżanek specjalną sadzawkę w łazience, byleby zechciała jakimś cudem osiąść u nas na stałe.