Druga depesza znad Pacyfiku

13 października 2009

Jest wreszcie słońceBULA! STOP

DESZCZE NIESPOKOJNE USTAŁY STOP

WYSZŁO SŁONECZKO STOP

SZYKUJEMY SIĘ NA JUTRO NA NURKOWANIA STOP

POZDRAWIAMY STOP

4B


Depesza znad Pacyfiku

11 października 2009

Obok tarasuBULA! STOP

PORA DESZCZOWA ZA WCZEŚNIE STOP

LEJE JUŻ DRUGI DZIEŃ STOP

JAPOŃCZYCY ZAŚPIEWALI “SZŁA DZIEWECZKA DO LASECZKA” STOP

I ODPŁYNĘLI STOP

INTERNET SŁABY STOP

PONCZA PRZECIWDESZCZOWE DALEKO STOP

ZA TO DRINKI BLISKO STOP

CZEKAMY NA SŁOŃCE STOP

4B


Jak pożarło nam dzień cały

10 października 2009

Przekroczyliśmy wczoraj międzynarodową linię zmiany daty. Dotychczas bezkarnie przemieszczaliśmy się na zachód zarabiając co jakiś czas po kilka godzin. Szczególnie wyraźne było to w USA, gdzie przejeżdżając z jednego stanu do drugiego nagle cofaliśmy zegarek o godzinę i mieliśmy więcej czasu dla siebie. A słońce jakoś tak nie chciało zajść. 🙂 No ale czas sielanki się skończył i jak to mówią nic nie ma za darmo – trzeba było zapłacić. I to całym dniem. “Praw fizyki pan nie zmienisz i nie bądź pan głąb” jak mawiał pewien praktyk (kto wie który?).

Dzielny samolocik Wystartowaliśmy grzecznie 8 go października w czwartek o 6 rano z Polinezji Francuskiej lotem Air Thaiti Nui 101 na Fidżi (z przesiadką w Auckland). Po drodze tak mniej więcej koło 11 (nadal przypominam: w czwartek) naszego polinezyjskiego jeszcze czasu (gdy już byliśmy dobrze po śniadanku, po małym piwku na smaka i po jednym zajmującym filmie) pilot oświadczył, że przekraczamy linię zmiany daty. Samolotem zatrzęsło, maszyna nagle przyspieszyła i wpadła w tunel pełen kolorowych świateł. Gdy spojrzeliśmy za okno zobaczyliśmy ciemne, kotłujące się chmury i setki latających zegarów od małych naręcznych do takich wielkich z wahadłem – wszystkie bimbały i kręciły wskazówkami jak szalone do przodu. Niestety nie zdążyłem zrobić zdjęcia, bo trwało to tylko parę chwil (linia zmiany daty nie jest szeroka – wystarczy przekonać się na jakimkolwiek globusie) i samolot wypadł na słoneczne niebo z dźwiękiem przypominającym wyskakujący korek od szampana. “Jest piątek, 9 października, godzina 11 rano” oświadczył pilot. Wśród nie znających tematu wywołało to niemałe poruszenie i już chcieli pilota przez okno wyrzucać, że im zabrał jeden dzień z wakacji. Najbardziej zdenerwował się Bernaś, bo urwało mu czwartek (a nasze dzieci mają w czwartki “słodki dzień” i tylko wtedy jadają słodycze). Na szczęście atrakcyjna, polinezyjska stewardesa podała wszystkim po cukierku na uspokojenie. My zaś siłą rzeczy przesunęliśmy “słodki dzień” na piątek. 🙂

Tak więc finalnie: byliśmy z czasem za wami, czyli jak wy kładliście się w czwartek spać, to my dopiero w czwartek wstawaliśmy. Teraz zaś jesteśmy przed wami, czyli jak my w czwartek kładziemy się spać, to wy wstajecie. Różnicę czasu mamy obecnie 10 godzin (jesteśmy już na wyspach Fidżi), ale do przodu (do waszego czasu dodajecie 10), zaś wcześniej mieliśmy 12 do tyłu. Zmieni się to, jak się przestawicie na czas zimowy, albo jak my zaczniemy zbliżać się do was coraz bardziej. A! No i jeszcze dla odmiany u nas jest teraz wiosna i zaraz będzie gorące południowe lato (kto wie, dlaczego lato na półkuli południowej jest gorętsze?), a u was zdaje się plucha, zawieja i błotko, oj oj. 😉

Harcerskie pozdrowienia z półkuli południowej!

PS. Bogata galeria z Polinezji Francuskiej jest już na stronie.

PS-2. Jak na razie Fidżi jest świetne i bardzo nam się podoba! Będą dalsze relacje i zdjęcia! Bądźcie czujni.


Kącik łasucha – Polinezja Francuska

9 października 2009

Hotel Hilton Mo'orea Drinki z palemkami?  Tropikalne owoce? Topy z wyjedzonych pospiesznie połówek kokosa zamiast tradycyjnego bikini? To tylko częściowa prawda. I to zapewne realizowana głównie w luksusowych resortach z chatkami na palach wbitych w błękitną lagunę, tak jak w Hiltonie na Mo’orei  – tego akurat nie mieliśmy szansy sprawdzić, bo to nie nasz styl i kłóci się z założeniami wyprawy. Z kolei na kempingu takich drinków nie podają. Tak naprawdę codziennym kulinarnym krajobrazem Polinezji Francuskiej jest krucha i świeża francuska bagietka, croissanty i serki pleśniowe. Na Mo’orei, na której spędziliśmy większość czasu, z owoców uprawia się jedynie ananasy (pyszne!), no i oczywiście palmy kokosowe, a na innych wyspach poza Tahiti i Mo’oreą, zdobycie świeżych warzyw podobno graniczy z cudem (oczywiście nie dotyczy to luksusowych hoteli). Może to też takie nasze szczęście, bo na drzewach widzieliśmy zielone guanabany, więc prawdopodobnie owoców będzie więcej za kilka miesięcy. Nabiał jest importowany z Francji, kurczaki ze Stanów Zjednoczonych, a jagnięcina z Nowej Zelandii.

Poisson cru Za to są dostępne świeże ryby, powszechnie przygotowywane w formie poisson cru, czyli sałatki z surowej ryby z warzywami podawanej z mlekiem kokosowym i limonką z dodanym niekiedy imbirem – przekąska smaczna, ale nie dorównująca smakiem ceviche. Przede wszystkim dlatego, że aromat mleka kokosowego jest bardzo delikatny, a warzywa przytłaczają go tak bardzo, że można by pomyśleć że jest to tylko słodka śmietanka. Co innego chleb kokosowy (jedliśmy także bardzo podobny w Nikaragui) – jest to biała, wilgotna, miękka i lekko pachnąca kokosem chałka – znakomita z mlekiem lub masłem.

Mahi mahi w sosie waniliowym Tahiti słynie z tak często malowanych przez Gauguina pięknych kobiet z kwiatami wpiętymi we włosy, czarnych pereł i wanilii. Trzeba przyznać, że trójca to wyjątkowo udana i świetnie budująca wizerunek Tahiti. Pamiętnego wieczoru, jeszcze zanim polinezyjscy tancerze (i tancerki) zaczęli tańczyć tak, że nie można było oderwać od nich oczu, zamówiliśmy mahi mahi w sosie waniliowym i mako w słodkawym sosie z brązowego cukru. Mahi mahi to ryba, którą je się także na Florydzie, na Mo’orei podano mi plaster ryby grubości około 1,5 cm w białym sosie z estetycznie podanymi przekąskami.  Ryba była biała, zwarta i dość sucha, podobnie jak grillowany tuńczyk, ale bardzo smaczna. Mogła być śmiało jedzona saute, ale sos waniliowy (a nie: wanilinowy) dodawał jej jeszcze delikatności i aromatu. Ryba mogłaby się wydawać nieco mdła, ale uzupełniały ją znakomicie francuskie akcenty: maleńki słony omlet i garść ugotowanych ciemnozielonych strąków fasolki polanych masłem z odrobiną czosnku. Mako Błażeja okazało się, ku jego niepomiernej radości, rybą o smaku wieprzowiny podaną w miseczce ze słodko-ostrym sosem. Jak widać są świnki o smaku ryby (patrz Kącik Łasucha Cuzco) i są ryby o smaku świnki. Równowaga ta w jawny sposób przeczy twierdzeniu niektórych fizyków, że im większy bałagan (entropia) tym naturze lepiej.

Zupełnie jak figa W ramach testowania owoców egzotycznych na straganie kupiliśmy tajemnicze pomme de… (no właśnie, jesteśmy w trakcie wyjaśniania nazwy tego owocu/ uaktualnienie: jest to milk fruit – owoc mleczny, lub estrella, więcej informacji w języku angielskim pod podanym linkiem)- fioletowy owoc wielkości jabłka, który można łatwo przepołowić palcami lekko naciskając skórkę. W środku jest koloru barszczu ze śmietaną, i ma spore, otoczone słodkim, przezroczystym miąższem pestki. Smak zaskakująco przypomina świeże figi. Biały sok wyciekający z owoców również kleił się do palców i warg zupełnie jak sok z niedojrzałych fig. Musieliśmy potem strzępki tego mazidła zdejmować sobie z ust. Tyle dobrze, że nie powodował takiego okropnego swędzenia, jak ten z figowca. Ten kto próbował zrywać figi, ten wie, o czym mówię, bo tego uczucia się nie zapomina. ;-).

Roulettes Ciekawym zjawiskiem w drogim Papeete są roulottes, czyli nic innego tylko przenośna kuchnia polowa. Wraz z zapadnięciem zmroku na skwerek, normalnie pusty i uporządkowany, ściągają przyczepy z gorącym jedzeniem. Właściciele rozkładają plastikowe krzesełka i stoliki, zapalają wesołe szyldy i zbierają zamówienia od klientów. Co ciekawe, większość z tych garkuchni jest prowadzona przez Chińczyków, w rezultacie można więc wybierać spośród kuchni Hongkongu, kantońskiej, ale także na deser można zamówić sobie klasyczne francuskie crepes lub gofry z dowolnymi dodatkami. Wszystko w cenach, jak na Polinezję, nie aż tak wysokich. Zjawisko o tyle interesujące, że jakoś nie do końca pasuje do widoku luksusowej Polinezji, jednak bardzo barwne i przyjemne, bo przygotowywane potrawy są bardzo smaczne i świeże.


Raje w raju?

7 października 2009

Raja Długo nie wytrzymaliśmy w stanie błogiego nicnierobienia, choć trzeba przyznać, że im więcej czasu spędzaliśmy w wodzie, tym bardziej nam się ta Polinezja podobała. Szczególnie po tym, jak wyśledziliśmy grupę bajecznych, pełnych niezmiernej gracji płaszczek i popływaliśmy z nimi – my na powierzchni – one pod nami, my zwyczajni – one doskonałe. Odwiedziliśmy też kolejne miejsce snorklingowe i nacieszyliśmy oczy rybkami o najbardziej fantastycznych kolorach i wzorach. Turkusowe ryby papuzie, żółciutkie butterfish, niebiesko – turkusowe rybki o pyszczkach tapira, białoszare wąsate wbijające się na pół mordki w piasek, flądropodobne stworzenia denne normalnie nie do zauważenia, jeżowce, sporawe rybki z rodzaju jacków z piękną niebieską linią wzdłuż płetwy ogonowej, ryby igły (needlefish) i jeszcze setki innych rybek, które wyglądały, jakby ktoś je cieniutkim pędzelkiem pomalował w misterne barwne wzorki*. Tak więc stworzeniom morskim postawiliśmy szóstkę z plusem, a następnie przystąpiliśmy do badania atrakcyjności mieszkańców lądów i wybraliśmy się na występ polinezyjskiego zespołu tanecznego.

Ogień W Polinezji Francuskiej panuje miły zwyczaj, że zespoły tego typu umilają kolację gościom hotelowych restauracji. Wybraliśmy się więc do hoteliku za płotem, który tego typu spektakle organizował w położonej przy plaży knajpce. Pomni polskich tradycji kapel grających do kotleta nie robiliśmy sobie specjalnych nadziei na występ o dużej wartości rozrywkowej i artystycznej. Tym bardziej, że zgodnie z miejscową zasadą zbliżoną do “spiesz się powoli”, zespół niespiesznie zjadł hotelową kolację, równie leniwie pościągał z siebie T-shirty i wdział kostiumy bardziej odpowiednie na tę okazję. A  że widok na grupę przesłaniał nam jegomość rozmiarów Obeliksa to stwierdziliśmy, że muzycy będą jak na lotnisku – sympatyczni i lekko zblazowani. Nasze przewidywania nie sprawdziły się, chociaż zaczęli pół godziny po czasie od spokojnych pieśni polinezyjskich, demonstracji licznych sposobów wiązania pareo i przyjemnej bałałajkowej muzyki. Ale potem weszły bębny. Bębny o głębokim głuchym dźwięku i hipnotyzującym rytmie. I zrobiło się gorąco. Dziewczyny w zdobionych muszlami biustonoszach i zapiętych nisko spódniczkach z liści palmy i rafii wybijały biodrami każde uderzenie; półnadzy, natarci oliwką mężczyźni z polinezyjskimi tatuażami w przepaskach lub stylowych prześcieradełkach zawiązanych na biodrach jakby od niechcenia wydawali groźne okrzyki, tańczyli z nożami i włóczniami, wchodzili w płomienie i żonglowali pochodniami. Rytmy były gorące, tańczący pełni temperamentu, a cały występ bardzo hmm, hmm… pierwotny.

Zachód słońca widziany z naszej wyspy Jak wiadomo, po wylądowaniu białych na Tahiti tutejsze kobiety bez ogródek pokazały, w jaki sposób chciałyby sprawdzić, czy cudaczni przybysze mają wszystko na swoim miejscu. Wywołało to u niektórych entuzjazm (piękne kobiety, gorący klimat i kilka miesięcy na morzu robi swoje), a u niektórych zgorszenie. Tym większe, że w Europie panowały wtedy zupełnie inne nastroje dotyczące tej sfery życia. Dzisiaj zgorszenia nie ma, ale trzeba przyznać, że entuzjazmu wśród turystek i turystów widzieliśmy sporo. Tak więc, jeśli ktoś ma ochotę na chwileczkę zapomnienia, Polinezja Francuska ma wiele do zaoferowania.

Galeria będzie. Już jest. Zapraszamy tutaj.

*Nazwy polskie podamy przy bardziej dogodnym połączeniu z Internetem.


Polinezyjskie refleksje

5 października 2009

Po przebywaniu 2 miesiące w USA z “własnym” autem i kupą gratów musieliśmy się przesiąść do publicznego środka komunikacji. Oj było ciężko! Do Polski popłynęły drogą morską dwie spore paczki – największa jak na razie nasza wysyłka do ojczyzny – a do kubła mnóstwo niepotrzebnych rzeczy.

Kapela na lotnisku Faa na Tahiti o godzinie 4 nad ranemOdchudzeni i przebrani w krótkie spodenki wsiedliśmy do samolotu linii lotniczych Air Thaiti Nui, gdzie popijając soczek z ananasa i oglądając kulturalnie filmy (leciał Terminator 4, więc kultura była w pełni) spędziliśmy praktycznie całą noc. Na Thaiti powitały nas miłe panie w ślicznych sukienkach rozdając kwiateczki wkładane za ucho oraz wesoła kapela grająca na ukulele (choć czas lokalny był niekorzystny – 4 nad ranem). Zaczynało być egzotycznie. Potem przedostaliśmy się autobusem do centrum Papeete (stolicy Polinezji Francuskiej), gdzie zaspani mieszkańcy rozkładali straganiki i sennym krokiem ruszali w kierunku sklepów z pieczywem. Ruszyliśmy i my – okazało się, że przymiotnik “francuska” w nazwie Polinezji jest dołożony nie bez kozery. Bagietki i ser smakują bowiem tak, jak trzeba – są świeże, chrupiące i pachnące.

Podmorski widoczek przy naszej plaży Po dotarciu promem na wyspę Mo’orea okazało się, że w całym ośrodku jest tylko kilkanaście osób i generalnie atmosfera jakaś taka leniwa. Cóż – wiosna robi swoje. Sezon już minął, turystów mało, a pogoda taka sobie. Nie to, żebyśmy narzekali :-), ale jakoś tak chłodnawo tutaj. Morze śliczne, rybki pływają, ale woda za ciepła nie jest. Oczywiście nic to dla nas. Z maską i rurką siedzimy w wodzie sporo, ale jak się wystawia głowę na zewnątrz, to dreszczyk chłodu przechodzi. Wieje bowiem cały czas chłody wiatr od strony oceanu. Oczywiście nic sobie z tego nie robimy i odpoczywamy nic nie robiąc. To znaczy kąpiąc się, czytając książki i przewodniki, pichcąc sobie jakieś żarcie i doglądając wspólnie lub na zmianę dzieci, które w najlepsze kopią w piasku głęboką dziurę aż do ojczyzny.

Galeria w przygotowaniu – cierpliwości! Galeria już jest, zapraszamy!


Kącik łasucha – pożegnanie USA

4 października 2009

Odpoczywamy pod palmami po całonocnym locie do Papeete (Tahiti) i robimy jeszcze podsumowania naszej dwumiesięcznej  podróży po USA.

Pobyt w Los Angeles kończył nasze przygody w Stanach Zjednoczonych. Rozciągnięte na sporej powierzchni i poprzecinane siecią wielopasmowych (ale wiecznie zakorkowanych) autostrad nie zdobyło naszej szczególnej sympatii, choć trzeba przyznać, że restauracji do wyboru było mnóstwo. Razem z Gabi odwiedziliśmy dwie knajpki o zupełnie różnym charakterze.

Turkeyburger i rootbeer I tu wyznanie: w ciągu całego naszego pobytu w Stanach nie tknęliśmy ani jednego burgeropodobnego produktu, a w razie nagłej potrzeby wybieraliśmy na ogół kanapki Subwaya – z dużą ilością warzyw i chudym mięsem. Stąd też wybór pierwszej restauracji – Pie‘n Burger. W końcu nie mogliśmy opuścić Ameryki nie jedząc ani jednego, tak charakterystycznego dla tego kraju specjału. I oto już przy zamawianiu pojawiły się pewne niespodzianki.  O dziwo, okazało się, że sam fakt, że poprosiłam o ser jako dodatek do burgera z mięsem z indyka, automatycznie klasyfikuje mojego burgera jako CHEESEburgera z indykiem, a nie TURKEYburgera z serem.  Jak widać co kraj to obyczaj i ser ma tu większą moc kategoryzującą :-). Nie mam bladego pojęcia, jak sprawa cheeseburgera względem turkeyburgera wygląda w fastfoodach zwyczajowo kojarzonych z USA (McDonalds, Burger King) lub w lokalnych knajpkach podających burgery, ale może ktoś z Was będzie wiedział. Jak wiadomo, hamburgery, cheeseburgery i tym podobne mają fatalną sławę bomb kalorycznych i produktów ociekających wręcz tłuszczem. Jednak mięso do mojego burgera było upieczone na blasze, a nie usmażone, co powodowało, że tłuszczu nie było w nim czuć w ogóle. Za to pachniało dymem z ogniska. Oprócz pachnącego kotleta (?) burger zawierał dużą ilość sałaty lodowej, chrupiącą czerwoną cebulkę, lekko pikantne ogóreczki konserwowe (pikle to nasz przebój kanapkowy w Stanach, praktycznie nie do przebicia) oraz sos tysiąca wysp (gdzieś te kalorie być muszą) i odrobinę pieprzu. Całość komponowała się znakomicie – pachnące grillowane mięso z indyka i świeże warzywa stanowiły zestaw wyjątkowo smaczny i pożywny. Do kanapki piłam rootbeer – piwo, które nie jest piwem, ale napojem bezalkoholowym o ciemnobrązowej barwie i o dziwnym karmelowo-korzennym smaku – przyjemnie orzeźwiające z lodem, aczkolwiek intrygujące nieodgadnionymi reminiscencjami kulinarnymi.

Ciasto marchewkowe Desery (czyli druga specjalność restauracji Pie’n Burger) przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Ciasto marchewkowe przełożone i udekorowane białym kremem wyglądało bardzo apetyczne. Zdarza mi się robić ciasto marchewkowe w domu, ale z marchewki gotowanej (przepis chyba jeszcze z czasów bardzo wczesnego dzieciństwa naszych pociech), a tym czasem okazuje się, że klasyczne ciasto marchewkowe przygotowuje się z dodatkiem marchewki surowej no i olbrzymich ilości orzechów i rodzynek. Ciasto pięknie orzechowo pachnie, jest miękkie, ale elastyczne, a urody dodaje mu słodki krem śmietankowy, którym jest przełożone i udekorowane. No i jeszcze tym, którzy twierdzą, że rozmiar nie ma znaczenia, oznajmiam stanowczo, że ma! 🙂 Kawałkiem ciasta, jaki dostaliśmy można było obdarzyć dwójkę albo trójkę łasuchów… Gabi, liczymy na przepis!

Pecan pie Drugim deserem, który bardzo nam przypadł do gustu był pecan pie na ciepło z lodami. Pekany to orzechy bardzo podobne do naszych włoskich, ale pozbawionej tak charakterystycznej dla nich ostrzejszej nuty. Pecan pie to klasyczny deser amerykańskiego południa, ale najlepszy jedliśmy jednak tu w Los Angeles. Jest to tarta na chrupiącym, kruchym cieście z warstwą aromatycznej i słodkiej konfitury, na której zapieczone są orzechy pekan. Ciasto było lekko brązowe – chrupiące i pachnące, wyprażone orzechy nabrały wyraźnego aromatu, a konfitura dyskretnie trzymała się na uboczu, ustępując miejsca rozpływającym się w ustach lodom waniliowym. Jest to kolejny dowód na to, że nie tylko kontrastujące ze sobą smaki potrafią stworzyć prawdziwą harmonię, ale także zimne podkreśla aromat ciepłego, bo w końcu najlepsze lody to te dopiero roztopione obok ciepłego ciasta, a najlepszy kawałek ciasta to ten schłodzony lekko lodami. Wszyscy, którzy jedli szarlotkę albo brownie z lodami, na pewno się ze mną zgodzą.

Cowboy Steak Na drugi dzień poszliśmy do restauracji oferującej kuchnię fusion, czyli łączącą wpływy różnych narodowości. Fusion zaczęło się już na etapie obsługi, bo kelner o urodzie żywcem wziętej z filmów typu Bruce Lee i spółka, mówił płynnie po angielsku ale z z wyraźnym twardym akcentem, a w kuchni i na sali były głównie osoby o wschodnich rysach. W menu sporo można było znaleźć potraw rodem z Włoch urozmaiconych wpływami azjatyckimi. I tutaj nasze preferencje poszły dwoma torami, bo Błażej cierpiąc już z powodu rozstania z USA, zamówił stek. A konkretnie mówiąc cowboy steak. I znów się okazało właśnie przy zamawianiu, o co właściwie z tymi stekami chodzi. Jak się dowiedział Błażej, obserwując reakcję Gabi i kelnera na swoją prośbę o stek “well done”, czyli dobrze wypieczony (co tu kryć – była to konsternacja), cowboy steak zrobiony na well done to jedzą tylko profani urodzeni poza Stanami ;-), bo Amerykanin poprosiłby co najwyżej o medium rare. Wszystko to z powodu wysokiej jakości mięsa, które spieczone na krążek od hokeja traci kompletnie swój aromat. Co ciekawe, bardzo podobne uwagi słyszałam próbując kawy w Kostaryce – wg tej klasyfikacji 99% kawy sprzedawanej w naszych sklepach ma niewielkie walory smakowe z powodu zbyt długiego prażenia ziaren. W przypadku wołowiny rzeczywiście taki stek był przepyszny, bo miękki i soczysty w środku, a pachnący i lekko przypieczony z wierzchu.

orange roughy Moja ryba o intrygującej nazwie orange roughly (gardłosz atlantycki) stanowiła zaś danie proste, ale urocze w tej prostocie. Podstawę stanowiło delikatne, gładkie i aksamitne puree ziemniaczane. Na nim kucharz gustownie ułożył kawałek białej ryby, a na niej odrobinę kiełków słonecznika i całość posypał świeżo i grubo zmielonym pieprzem. Dookoła na pozór chaotycznie porozrzucane zieleniły się ziarna nie znanej mi fasolki, twardawej i lekko chrupiącej, i ziarna kukurydzy odłączone bezpośrednio od kolby kukurydzy. Harmonii, aromatu i pikanterii dodawał sos szafranowy. Oto przykład jak z prostego dania można wyczarować prawdziwe cacko.

Po daniach głównych na deser zjedliśmy bardzo klasyczne, ale jak zwykle pyszne tiramisu i szczęśliwi i najedzeni udaliśmy się na przejażdżkę po Hollywood.