Polinezyjskie refleksje

5 października 2009

Po przebywaniu 2 miesiące w USA z “własnym” autem i kupą gratów musieliśmy się przesiąść do publicznego środka komunikacji. Oj było ciężko! Do Polski popłynęły drogą morską dwie spore paczki – największa jak na razie nasza wysyłka do ojczyzny – a do kubła mnóstwo niepotrzebnych rzeczy.

Kapela na lotnisku Faa na Tahiti o godzinie 4 nad ranemOdchudzeni i przebrani w krótkie spodenki wsiedliśmy do samolotu linii lotniczych Air Thaiti Nui, gdzie popijając soczek z ananasa i oglądając kulturalnie filmy (leciał Terminator 4, więc kultura była w pełni) spędziliśmy praktycznie całą noc. Na Thaiti powitały nas miłe panie w ślicznych sukienkach rozdając kwiateczki wkładane za ucho oraz wesoła kapela grająca na ukulele (choć czas lokalny był niekorzystny – 4 nad ranem). Zaczynało być egzotycznie. Potem przedostaliśmy się autobusem do centrum Papeete (stolicy Polinezji Francuskiej), gdzie zaspani mieszkańcy rozkładali straganiki i sennym krokiem ruszali w kierunku sklepów z pieczywem. Ruszyliśmy i my – okazało się, że przymiotnik “francuska” w nazwie Polinezji jest dołożony nie bez kozery. Bagietki i ser smakują bowiem tak, jak trzeba – są świeże, chrupiące i pachnące.

Podmorski widoczek przy naszej plaży Po dotarciu promem na wyspę Mo’orea okazało się, że w całym ośrodku jest tylko kilkanaście osób i generalnie atmosfera jakaś taka leniwa. Cóż – wiosna robi swoje. Sezon już minął, turystów mało, a pogoda taka sobie. Nie to, żebyśmy narzekali :-), ale jakoś tak chłodnawo tutaj. Morze śliczne, rybki pływają, ale woda za ciepła nie jest. Oczywiście nic to dla nas. Z maską i rurką siedzimy w wodzie sporo, ale jak się wystawia głowę na zewnątrz, to dreszczyk chłodu przechodzi. Wieje bowiem cały czas chłody wiatr od strony oceanu. Oczywiście nic sobie z tego nie robimy i odpoczywamy nic nie robiąc. To znaczy kąpiąc się, czytając książki i przewodniki, pichcąc sobie jakieś żarcie i doglądając wspólnie lub na zmianę dzieci, które w najlepsze kopią w piasku głęboką dziurę aż do ojczyzny.

Galeria w przygotowaniu – cierpliwości! Galeria już jest, zapraszamy!


Kącik łasucha – pożegnanie USA

4 października 2009

Odpoczywamy pod palmami po całonocnym locie do Papeete (Tahiti) i robimy jeszcze podsumowania naszej dwumiesięcznej  podróży po USA.

Pobyt w Los Angeles kończył nasze przygody w Stanach Zjednoczonych. Rozciągnięte na sporej powierzchni i poprzecinane siecią wielopasmowych (ale wiecznie zakorkowanych) autostrad nie zdobyło naszej szczególnej sympatii, choć trzeba przyznać, że restauracji do wyboru było mnóstwo. Razem z Gabi odwiedziliśmy dwie knajpki o zupełnie różnym charakterze.

Turkeyburger i rootbeer I tu wyznanie: w ciągu całego naszego pobytu w Stanach nie tknęliśmy ani jednego burgeropodobnego produktu, a w razie nagłej potrzeby wybieraliśmy na ogół kanapki Subwaya – z dużą ilością warzyw i chudym mięsem. Stąd też wybór pierwszej restauracji – Pie‘n Burger. W końcu nie mogliśmy opuścić Ameryki nie jedząc ani jednego, tak charakterystycznego dla tego kraju specjału. I oto już przy zamawianiu pojawiły się pewne niespodzianki.  O dziwo, okazało się, że sam fakt, że poprosiłam o ser jako dodatek do burgera z mięsem z indyka, automatycznie klasyfikuje mojego burgera jako CHEESEburgera z indykiem, a nie TURKEYburgera z serem.  Jak widać co kraj to obyczaj i ser ma tu większą moc kategoryzującą :-). Nie mam bladego pojęcia, jak sprawa cheeseburgera względem turkeyburgera wygląda w fastfoodach zwyczajowo kojarzonych z USA (McDonalds, Burger King) lub w lokalnych knajpkach podających burgery, ale może ktoś z Was będzie wiedział. Jak wiadomo, hamburgery, cheeseburgery i tym podobne mają fatalną sławę bomb kalorycznych i produktów ociekających wręcz tłuszczem. Jednak mięso do mojego burgera było upieczone na blasze, a nie usmażone, co powodowało, że tłuszczu nie było w nim czuć w ogóle. Za to pachniało dymem z ogniska. Oprócz pachnącego kotleta (?) burger zawierał dużą ilość sałaty lodowej, chrupiącą czerwoną cebulkę, lekko pikantne ogóreczki konserwowe (pikle to nasz przebój kanapkowy w Stanach, praktycznie nie do przebicia) oraz sos tysiąca wysp (gdzieś te kalorie być muszą) i odrobinę pieprzu. Całość komponowała się znakomicie – pachnące grillowane mięso z indyka i świeże warzywa stanowiły zestaw wyjątkowo smaczny i pożywny. Do kanapki piłam rootbeer – piwo, które nie jest piwem, ale napojem bezalkoholowym o ciemnobrązowej barwie i o dziwnym karmelowo-korzennym smaku – przyjemnie orzeźwiające z lodem, aczkolwiek intrygujące nieodgadnionymi reminiscencjami kulinarnymi.

Ciasto marchewkowe Desery (czyli druga specjalność restauracji Pie’n Burger) przeszły nasze najśmielsze oczekiwania. Ciasto marchewkowe przełożone i udekorowane białym kremem wyglądało bardzo apetyczne. Zdarza mi się robić ciasto marchewkowe w domu, ale z marchewki gotowanej (przepis chyba jeszcze z czasów bardzo wczesnego dzieciństwa naszych pociech), a tym czasem okazuje się, że klasyczne ciasto marchewkowe przygotowuje się z dodatkiem marchewki surowej no i olbrzymich ilości orzechów i rodzynek. Ciasto pięknie orzechowo pachnie, jest miękkie, ale elastyczne, a urody dodaje mu słodki krem śmietankowy, którym jest przełożone i udekorowane. No i jeszcze tym, którzy twierdzą, że rozmiar nie ma znaczenia, oznajmiam stanowczo, że ma! 🙂 Kawałkiem ciasta, jaki dostaliśmy można było obdarzyć dwójkę albo trójkę łasuchów… Gabi, liczymy na przepis!

Pecan pie Drugim deserem, który bardzo nam przypadł do gustu był pecan pie na ciepło z lodami. Pekany to orzechy bardzo podobne do naszych włoskich, ale pozbawionej tak charakterystycznej dla nich ostrzejszej nuty. Pecan pie to klasyczny deser amerykańskiego południa, ale najlepszy jedliśmy jednak tu w Los Angeles. Jest to tarta na chrupiącym, kruchym cieście z warstwą aromatycznej i słodkiej konfitury, na której zapieczone są orzechy pekan. Ciasto było lekko brązowe – chrupiące i pachnące, wyprażone orzechy nabrały wyraźnego aromatu, a konfitura dyskretnie trzymała się na uboczu, ustępując miejsca rozpływającym się w ustach lodom waniliowym. Jest to kolejny dowód na to, że nie tylko kontrastujące ze sobą smaki potrafią stworzyć prawdziwą harmonię, ale także zimne podkreśla aromat ciepłego, bo w końcu najlepsze lody to te dopiero roztopione obok ciepłego ciasta, a najlepszy kawałek ciasta to ten schłodzony lekko lodami. Wszyscy, którzy jedli szarlotkę albo brownie z lodami, na pewno się ze mną zgodzą.

Cowboy Steak Na drugi dzień poszliśmy do restauracji oferującej kuchnię fusion, czyli łączącą wpływy różnych narodowości. Fusion zaczęło się już na etapie obsługi, bo kelner o urodzie żywcem wziętej z filmów typu Bruce Lee i spółka, mówił płynnie po angielsku ale z z wyraźnym twardym akcentem, a w kuchni i na sali były głównie osoby o wschodnich rysach. W menu sporo można było znaleźć potraw rodem z Włoch urozmaiconych wpływami azjatyckimi. I tutaj nasze preferencje poszły dwoma torami, bo Błażej cierpiąc już z powodu rozstania z USA, zamówił stek. A konkretnie mówiąc cowboy steak. I znów się okazało właśnie przy zamawianiu, o co właściwie z tymi stekami chodzi. Jak się dowiedział Błażej, obserwując reakcję Gabi i kelnera na swoją prośbę o stek “well done”, czyli dobrze wypieczony (co tu kryć – była to konsternacja), cowboy steak zrobiony na well done to jedzą tylko profani urodzeni poza Stanami ;-), bo Amerykanin poprosiłby co najwyżej o medium rare. Wszystko to z powodu wysokiej jakości mięsa, które spieczone na krążek od hokeja traci kompletnie swój aromat. Co ciekawe, bardzo podobne uwagi słyszałam próbując kawy w Kostaryce – wg tej klasyfikacji 99% kawy sprzedawanej w naszych sklepach ma niewielkie walory smakowe z powodu zbyt długiego prażenia ziaren. W przypadku wołowiny rzeczywiście taki stek był przepyszny, bo miękki i soczysty w środku, a pachnący i lekko przypieczony z wierzchu.

orange roughy Moja ryba o intrygującej nazwie orange roughly (gardłosz atlantycki) stanowiła zaś danie proste, ale urocze w tej prostocie. Podstawę stanowiło delikatne, gładkie i aksamitne puree ziemniaczane. Na nim kucharz gustownie ułożył kawałek białej ryby, a na niej odrobinę kiełków słonecznika i całość posypał świeżo i grubo zmielonym pieprzem. Dookoła na pozór chaotycznie porozrzucane zieleniły się ziarna nie znanej mi fasolki, twardawej i lekko chrupiącej, i ziarna kukurydzy odłączone bezpośrednio od kolby kukurydzy. Harmonii, aromatu i pikanterii dodawał sos szafranowy. Oto przykład jak z prostego dania można wyczarować prawdziwe cacko.

Po daniach głównych na deser zjedliśmy bardzo klasyczne, ale jak zwykle pyszne tiramisu i szczęśliwi i najedzeni udaliśmy się na przejażdżkę po Hollywood.


Amerykańskie podsumowanie drogowe

2 października 2009

Trasa przez USA No i dojechaliśmy! Nieco inaczej, niż było planowane, ale prawie, prawie tak. Niektóre miejsca zwiedziliśmy bardziej, niektóre odpuściliśmy całkiem. Parę rzeczy odwiedziliśmy bez wcześniejszego planowania. Słowem: było lekko chaotycznie, ale wyszło nam to na dobre. Pokonaliśmy ponad 14 tysięcy kilometrów dróg i autostrad USA. Po naszych podróżach samochodowych w Kostaryce pisałem podsumowanie drogowe to i teraz wypada, prawda? Tyle, że tu będzie oczywiście inaczej. 🙂 W USA wszystko jest wielkie więc i drogi też. I choć międzystanowe autostrady na odcinkach poza miastami są najczęściej tylko dwupasmowe (a nie tak jak na przykład w Niemczech), to tutaj to w zupełności wystarcza. Dlaczego?

Pacific Coast Highway czyli PCF lub po prostu Route 1 Ograniczenia prędkości są nieco niższe. Na autostradzie najczęściej obowiązuje 75 mil, co daje 120 km/h. Na zwykłych drogach jest najczęściej 55 lub 65 (odpowiednio ok. 90 i 105). Poza tym są dwie widoczne różnice: a) wszyscy przestrzegają ograniczeń i b) wszyscy jadą równo tyle, ile można. Daje o ciekawy efekt niespotykany w Europie. Cała droga porusza się z sensowną, równą prędkością. Nie ma ciężarówek-zawalidróg, ani tym bardziej traktorów/kombajnów. Nie ma kierowców w pyrkających maluchach obładowanych po dach tobołami. Jeśli na drodze występuje ograniczenie 65, to wszyscy jadą 65 (ew. wszyscy nieco szybciej). Sześćdziesiąt pięć jedzie więc zarówno samochód osobowy, wielka ciężarówka, kamper lub lekko rozklekotany pickup. Dlaczego? Cóż. Wszyscy mają mocne silniki, a paliwo jest tanie. Przykładowo “nasze” wypożyczone auto w Polsce u dealera będzie dostępne z najmniejszym silnikiem 1,8 litra, potem 2,0 a największym 2,4 lub może 2,5. Przy niektórych markach dostępne przy tej klasie nadwozia będą też oszczędniejsze wersje 1,6 litra. Tutaj zaś najmniejszą (oszczędną właśnie) opcją Hondy Accord jest silnik 2,4 litra! Drugą opcją jest silnik trzylitrowy. Mniejszych nie ma.

Każdy pickup ma czterolitrowy silnik. Każda ciężarówka wygląda jak dwa polskie tiry, a silnik jest kilkakrotnie większy. Nie ma więc problemu wyprzedzania powolnego auta przed tobą. Anegdotycznie nieco powiem, że w ciągu jednego weekendowego wyjazdu do Polanicy wykonuję zwykle ten manewr więcej razy, niż tutaj zrobiłem to w ciągu całych niemal 2 miesięcy. W USA nie ma też problemu hamowania za autem skręcającym w bok  – tu wszędzie są osobne pasy ruchu do skrętów w prawo i lewo). Wszyscy jadą więc równo i w sumie podróżuje się dość dobrze.

Asfaltu jest wszędzie dużo Kolejna rzecz to autostrady w okolicach miast. Arterie szerokości 8 pasów należą tu do normy, ale skrzyżowania autostrad to często wielka plątanina ślimakowatego betonu. Teoretycznie wygląda na to łatwo się tu zgubić, ale amerykanie mają w sumie łatwy sposób oznaczania – inny niż w Europie. Mianowice posługują się dużo bardziej numerami dróg oraz kierunkami świata. Jeśli więc jadę na północ w kierunku San Francisco, to jadę autostradą I-5 N (Interstate 5 North) i wiem, że muszę potem skręcić w 580 W. Przypadkiem nie w 580 E. Dojeżdżając do zjazdu będę miał przypomnienie, że to chodzi o San Francisco, ale więcej będzie oznaczeń numeru drogi. Jeśli też ktoś nie orientuje się w kierunkach świata i nie wie, czy ma skręcić w drogę prowadzącą na wschód, czy zachód – może mieć problem. 🙂 Oczywiście teoretycznie takie sprawy załatwia za nas GPS, ale jak wiadomo maszynie ufać nie należy i czasem trzeba dokonać decyzji samemu. Szczególnie w pobliżu dużych miast plątanina dróg jest czasem potworna.

Autostrada w Los Angeles Kolejnym ciekawy wynalazkiem jest carpooling, co oznacza jeżdżenie w wiele osób dużych miastach. Stosuje się to tylko przy większych miastach i najczęściej w godzinach szczytu. Jeśli więc jedziesz do miasta do pracy z kimś drugim w aucie, możesz korzystać z ekspresowego toru ruchu (toretycznie dotyczy to tylko mieszkańców, anie przyjezdnych – nie będąc pewnym stosowałem pasy carpool z pewną ostrożnością). Jak sami zaobserwowaliśmy nie raz niestety niewielu z tego wynalazku korzysta (choć reklam i zachęt widać przy drodze sporo) i wybiera podróżowanie samemu. Amerykańskie autostrady w okolicach miast są bowiem pełne pędzących w nieznane, niemal pustych samochodów – siedzi tylko samotny kierowca.

Pacific Coast Highway czyli PCF lub Route 1 Następna sprawa to asfalt. Nie jest on najczęściej najlepszej jakości, czasami dziurawy czasami dość chropowaty (co słychać pod kołami), ale doprowadzony jest wszędzie. Przed każdym kościołem są parkingi, pod każdą pralnię jedziesz autem, znajdziesz tu kina samochodowe (wjeżdżasz do na parking i na wielkim ekranie oglądasz film nie wysiadając z auta), samochodowe banki (czyli bankomat lub okienko z pracownikiem banku, do którego podjeżdżasz autem), fastfoody (to już w Polsce znamy z niektórych sieci) oraz restauracje (gdzie są specjalne stanowiska samochodowe, a przy każdym automat do zamawiania i kubeł na odpadki – podjeżdżasz, zamawiasz, płacisz kartą w automacie, kelnerka przynosi ci tacę, a po zjedzeniu odjeżdżasz). Pomysł płatnego parkingu przy sklepie lub galerii handlowej każdy Amerykanin powitałby pukaniem się w czoło. Chodników nie znajdziesz wszędzie, ale asfalt doprowadzi cię do każdej zapadłej dziury (poza celowo zostawionymi szlakami w górach, i niektórych parkach narodowych).

Kraj ten po prostu jest zbudowany na szkielecie dróg. Tutaj bez samochodu życie jest niewyobrażalnie trudne – szczególnie poza większymi miastami, gdzie jeszcze czasami pojawia się transport publiczny, a do sklepu w sąsiedztwie można pójść. Z jednej strony budzi to pewną nostalgię, bo jazda pusta autostradą przez bezdroża Nowego Meksyku to niezapomniane wrażenie. Ale z drugiej strony czasami można by ten samochód zostawić i się przejść.