Ziemniaka historia krótka

15 lipca 2009

Ziemniaczana prehistoryczna ceramika O tym, że ziemniak pochodzi z Ameryki Południowej uczyliśmy się wszyscy w szkole, ale będąc tutaj osobiście można się o tym przekonać na własne oczy. Bo czy ktoś widział gdziekolwiek w Europie lub Azji antyczne naczynia w kształcie bulwy ziemniaka – służące nie tylko do picia z nich, ale i do uczczenia tej pożytecznej rośliny? Nie, ponieważ nikt w Europie przed Kolumbem na oczy ziemniaka nie widział. Tutaj, w Ameryce Południowej, można takie cudo spotkać w Muzeum Narodowym w Limie, co widać na zdjęciu obok. Uroczy kufelek, prawda?

Przy okazji sama z siebie przypomina nam się wesoła historyjka związana z właśnie ziemniakiem. Dobrych kilka lat temu będąc na Krecie w Knossos (samodzielnie i to jeszcze bez dzieci) natknęliśmy się z Beatą na polską wycieczkę oprowadzaną przez przewodnika z nieodłączną parasolką wystawioną do góry. Przy wielkich pitoi (rodzaj wielkich pojemników, można by rzec garnków) przewodnik zaczął się rozwodzić, jakie to różne rzeczy starożytni tam przechowywali no i oczywiście wyjechał z ziemniakami. Widocznie nie bywał w Ameryce Południowej w peruwiańskich muzeach. Albo w szkole. W każdym razie tak nam wtedy pan przewodnik zapadł w pamięć, że oglądając wczoraj całą wystawę poświęconą ziemniakowi od razu nam się to przypomniało. Poniżej mapa wędrówek ziemniaka (najeździł się po świecie):

Ziemniaka podróże

Przy okazji zapraszamy do zaległych galerii z Chiclayo oraz z Truiillo (północne Peru) wraz z nieszczęsną wycieczką nadmorską i wizytami na targowiskach oraz w ruinach ludów Moche i Chimu. Wkrótce Lima (już jest galeria z Limy).


Kącik łasucha – Chiclayo

14 lipca 2009

Wygląda na to, że kącików łasucha z Peru powinny być setki. Kulinarnych zagadek tutaj jest całe mnóstwo, a smakołyków co najmniej tyle samo, więc z konieczności ograniczę się do co większych i co ciekawszych. Kasia z San Jose stwierdziła kilka tygodni temu, że do Peru można przyjechać nawet po to, żeby wyłącznie jeść. Co poniektórzy z naszych bliskich dodaliby, że także aby chodzić po górach. To jeszcze przed nami, a tymczasem potwierdzamy: Kasiu, święte słowa.

Błażej się tymi wszystkim pysznościami nieco rozbisurmanił i w Chiclayo zażądał omletu z płaszczki. Nie zaważał na moje uwagi, że to na pewno jakiś ginący gatunek (przy langustach w Puerto Lopez w Ekwadorze jeszcze się ugiął), jedno z piękniejszych stworzeń, jakie można zobaczyć i moje piękne wspomnienie z Hondurasu i Belize (zobaczcie tu, jakie piękne są raje – zignorujcie reklamę na początku). Omlet z płaszczki rzecz tutaj może nie aż taka luksusowa, ale u zwykłego comedore’a (tania, często rodzinna lub jednoosobowa jadłodajnia) zjeść się nie da, więc pomaszerowaliśmy do restauracji o odrobinę wyższym standardzie. Na tyle jednak skromnym, że nasze polary jeszcze nam uszły na sucho. Tradycyjnie dla dzieci zamówiliśmy almuerzos, a sami zamówiliśmy Błażejowy przedmiot pożądania oraz ceviche mixto a la carta.

Denatka w omlecie Tutaj przyznam się szczerze, że eksperymentator zwyciężył we mnie ekologa, i stwierdziłam, że skoro już płaszczce nie pomogę, to przynajmniej jej spróbuję. Filozofia prawie kropka w kropkę jak ta kanibali, no ale trudno. Przyłożyłam więc widelec do niecnego czynu pozbawienia życia nieszczęsnego stworzenia… Omlet prezentował smak, konsystencję i zapach omletu, a więc całkiem przyzwoitą. Nieszczęsna raja została pokrojona na kawałeczki niewielkie, acz zgrabne i została zatopiona w cieście omletowym – podobnie jak to się robi z ziemniakami, cebulą i papryką w tortilli przygotowywanej na sposób hiszpański. Mięso miało ciemną barwę, było miękkie, ale jędrne i zupełnie pozbawione aromatu typowego dla owoców morza, w smaku przypominające nieco nasze młode smażone kanie. Jako dodatek – megafrytki z manioku. Ogólnie rzecz biorąc bardzo smaczne, jednak będę się upierać przy zdaniu, że wolę wersję live.

Ceviche mixto Przy ceviche za to zupełnie nie miałam tego typu dylematów, choć kalmary w morzu też wyglądają niezgorzej. Ceviche mixto jest przygotowywane z różnych gatunków owoców morza i ryb i marynowane w soku z limonek, cebuli i chili. Niewykluczone, że to ceviche było pierwszym, które było przygotowane z ryby surowej – często krewetki lub kalmary gotuje się najpierw, a potem dopiero marynuje. W moim cudzie kulinarnym pływało wszystko, co możliwe – czarne małże, kalmarki, kawałki ośmiornicy no i ryba. Obok do chrupania podane były chifles czyli chipsy platanowe smażone  głębokim tłuszczu – o dziwo zupełnie nietłuste, lecz przyjemnie chrupiące. Na talerzu owocom morza dotrzymywały towarzystwa inne tradycyjne dodatki: gotowana biała kukurydza, marchewka peruwiańska (która nie jest marchewką), oraz maniok. Marynowana ryba była lekko twardawa i miała inny odcień bieli, niż ryba gotowana, ale całość przepyszna, przede wszystkim dzięki limonkom, które nadają jej niepowtarzalny aromat. Gorąco polecamy! A raję bardzo proszę zostawić w spokoju.

Buen provecho!


Z serca, przez zielone okulary

12 lipca 2009

Jak powiedział niemiecki właściciel hosterii w Vilcabambie, Ameryka Południowa jest kontynentem “z sercem” – nasze doświadczenia w Ekwadorze i Peru w pełni to potwierdzają. Są jednak rzeczy, które zastanawiają i smucą.

Sęp i jego obiad Będąc w Chiclayo za rekomendacją przewodnika wybraliśmy się na jednodniową wycieczkę nad ocean do rybackich wiosek Pimental i Santa Rosa. Miało być uroczo i miały być trzcinowe łódeczki i rzeczywiście były, tylko w nieco innej scenerii. Niebo było zachmurzone i wiało jak nad Bałtykiem, ale jako przedstawiciele narodów Północy niezrażeni wybraliśmy się plażą do następnej wioski mijając po drodze gigantyczne kolonie pomarańczowych krabów chowających się przed nami w wykopanych przez siebie norkach. Po drodze zmuszeni byliśmy uświadomić sobie, że tu zima przecież, a do równika jednak trochę daleko. Bliżej Santa Rosy było coraz gorzej, ale już z innego powodu. Najpierw zobaczyliśmy sępy indycze (turkey vultures) o charakterystycznych czerwonych głowach pożywiające się czymś, co według Błażeja wyglądało jak bulwa jakiejś rośliny, a co według mnie kiedyś było foką. 

Sterty palonych reklamówekPóźniej był smród ryby, psującego się mięsa i Bóg wie, czego jeszcze, a dopiero po chwili zobaczyliśmy odrapany budynek przetwórni rybnej. Dookoła porozrzucane były na sporej powierzchni nadpalone i dymiące worki i reklamówki foliowe, najwyraźniej zawierające śmieci. Dwóch kilkunastoletnich chłopców wybierało z tej sterty papierowe kartony i pakowało na dwukołową taczkę wprowadzając w życie wymuszony biedą recycling. Obok płynęło coś, co kiedyś było może rzeczką, ale teraz miało kolor czarno-żółty. Wszystko wpadało do oceanu. O niezwykłej elastyczności natury świadczy fakt, że siedziały sobie w tym ścieku czaplowate ptaszki i nóżki im się nie rozpuszczały. Chwilowo odechciało mi się ceviche, przynajmniej w tym miasteczku, podobnie zresztą jak i chichy, której mieliśmy spróbować. Czaplowate ptaszki w ściekuSanta Rosa szczyci się ponoć kilkunastoma rodzajami chichy, ale chyba już wiemy dlaczego – dawno nie widzieliśmy tak przygnębiającego miejsca. Szliśmy z szalikami przy nosach – nie jesteśmy jacyś strasznie delikatni, ale zapach był nie do wytrzymania – tak bardzo, że czerwonymi literami pulsowało mi w głowie: “Skażenie biologiczne!, Skażenie biologiczne! Alarm, siostry, ALARM!” ;-). Robiłam zdjęcia czując się jak aktywistka Greenpeace, a ten akurat miałby tu sporo do zrobienia. Później minęliśmy jeszcze porozrzucane wokół przetwórni szopy z desek i trzciny – prawdopodobnie schronienie dla pracowników sezonowych, bezwładnie sklecone wokół głównego wejścia do przetwórni oraz samą przetwórnię – ponury, odrapany budynek przypominający więzienie gdzieniegdzie osmalony dymem – może już się komuś równie mocno nie podobał, co nam, a może Greenpeace próbował już coś wskórać. Do Chiclayo wróciliśmy szybko i przed czasem z braku chęci omijając jeszcze jedną wioseczkę, którą chcieliśmy po drodze zwiedzić.

DDT w sprzedażyBędąc na targu w Chiclayo, barwnym i głośnym jak to tutaj bywa, widzieliśmy dostępny w handlu detalicznym w kolorowych opakowaniach DDT – środek zabroniony w wielu krajach, niegdyś uważany za idealny pestycyd, a później podejrzewany o działanie teratogenne (wywołujące mutacje płodu) i rakotwórcze. Jest on tym bardziej niebezpieczny, że jego okres rozpadu wynosi około 15 lat i kumuluje się w organizmach żywych. Niektóre kraje Trzeciego Świata stosują go w walce z malarią – w Chiclayo i na północnym wybrzeżu Peru malaria teoretycznie występuje, ale należałoby się spodziewać, że tego typu działania będą podejmować organizacje rządowe, a nie jednostki. Skuteczność DDT w walce z malarią (a właściwie z komarami) była na tyle duża, że wiele z krajów rozwijających się musiało wybierać: malaria teraz, albo kłopoty potem. Wybór trudny, ale podejrzewam, że przeważają kłopoty potem. W Peru DDT jest stosowany najwyraźniej bez dozoru, pytanie w jakich ilościach, w jakim celu i jak wiele jest go już w środowisku i samych Peruwiańczykach. 

Środek na robale Bin LadenNa targu pestycydy sprzedawane są w olbrzymiej rozmaitości – nie da się tego wytłumaczyć klimatem, bo nie były one tak dostępne w żadnym kraju, w którym byliśmy dotychczas. DDT jest jednym z bardziej znanych środków owadobójczych – na tyle znanym, że od razu skojarzyłam nazwę. Kto wie jednak, co jeszcze się tu stosuje – na przykład co kryje się pod niezwykle udaną skądinąd marketingowo nazwą handlową “Bin Laden”? To dopiero musi być świństwo :-). Producent reklamuje, że to środek na karaluchy, ale nigdy nie wiemy dokładnie, co  jeszcze ubijemy przy okazji. My chyba preferujemy w takiej sytuacji metody mechaniczne – kapeć w dłoń i naprzód! :-). Tak na poważnie to pytania o ilość, rodzaj i sposób stosowania pestycydów są istotne, szczególnie dla tych, którzy myją się w kanałach irygacyjnych wokół Chiclayo, piorą w nich odzież i pozwalają się pluskać swoim dzieciom.

Świadomość ekologiczna jest mniejsza niż w krajach rozwiniętych. I tu i w Ameryce Środkowej dużo trudniej znaleźć jest produkty bez barwników sztucznych i konserwantów – uderzyło mnie to bardzo w Meksyku, gdzie sprzedawane są olbrzymie tęczowe lizaki –piękne, ale z dużą ilością sztucznych barwników. W Polsce jest to niemal normą, że większość firm tego typu środków nie stosuje, lub stosuje je jedynie w wybranych produktach. Kilkukrotnie podróżując po Ameryce Środkowej widzieliśmy pasażerów wyrzucających za okno pozostałości posiłków: torebki foliowe, styropianowe tacki, papiery –  rezultacie pobocza często są bardzo zaśmiecone. Jednocześnie wszystkie te kraje mają przyrodę przyprawiającą o zawrót głowy. Może działa fraszka Kochanowskiego “Szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie, jako smakujesz, aż się zepsujesz”, a może w miarę bogacenia się, kiedy podstawowe potrzeby są już spełnione wzrasta też świadomość ekologiczna i troska o otoczenie.


Depesza z kraju Inca Koli

10 lipca 2009

Sklepik przy drodzePeru przywitało nas blokadą drogi. Autobus z Loja w Ekwadorze do Piura w Peru stanął na granicy i powiedział (kierowca), że dalej nie jedzie, bo w Peru są jakieś manifestacje i droga do najbliższego miasta zajmie mu pół dnia zamiast planowych dwu godzin. Wysadzono nas z plecakami przy samej granicy, zwrócono różnicę za bilety i polecono szukać transportu po drugiej stronie. Lekko zaskoczeni (ale tylko lekko, bo już jesteśmy wprawieni) ruszyliśmy do pierwszej budki Imigracion, gdzie dowiedzieliśmy się, że owszem są jakieś manifestacje, ale chyba tylko w Limie, stolicy Peru. Chwilę potem podjechał do nas nasz autobus i lekko zakłopotany kierowca z komórką w ręku powiedział, że jednak jedzie! Uff. Szukanie lokalnego transportu po 7 godzinach już spędzonych w autobusie jadącym po krętej, górskiej drodze nie byłoby przyjemne. Po pierwszym, lekko nieprzyjemnym wrażeniu humory nam się poprawiły. Również pierwszy transport w Peru, czyli autobus z Piura do Chiclayo okazał się luksusem – ponad 200 km prostej jak strzała drogi przez pustynię (dosłownie; było widać nawet diuny) w wygodnych fotelach. Nic nie trzęsło, autobus mknął równomiernie i gładko – wreszcie można było spokojnie poczytać.

Inca Kola W sprawie poprawiania humoru wspomnę jeszcze tylko o churros, które kupiliśmy sobie w Piurze tuż przed terminalem autobusowym. Beata na pewno napisze o tym w jakimś kąciku łasucha (oj będzie tu w Peru o czym pisać, będzie), ale uchylę rąbka tajemnicy: jest to pyszne coś trochę pączkowate i smakuje jak obtoczone w cukrze racuchy nadziewane masą karmelową i podawane w torebeczkach – koniecznie na ciepło. Zjedliśmy od razu po dwie porcje każdy!

Dalej było tylko lepiej. Waluta w Peru, sole, ma wartość praktycznie identyczną jak złotówka, więc poczuliśmy się jak w domu. Tylko, że jest tu taniej. Porcja churros – 1 sol. Szklanka świeżo wyciskanego soku z pomarańczy – 1 sol. Taksówka z dworca do centrum – 2 sole. Hamburger z frytkami w barze naprzeciw naszego hotelu – 1 sol. Półlitrowa Inca Kola (lokalny napój orzeźwiający – bardzo smaczny) – 1,6 sola. Małe ceviche ze straganu – 1 sol. Chiński zestaw obiadowy w barze obok – 6 soli. Duży, dojrzały ananas – 2,5 soli. Kilo soczystych pomarańczy – 1,5 soli. Strzyżenie u fryzjera 6 soli (męski) lub 10 soli (damski). Autobus do ruin (ok. 15 km) – 1,2 soli. Słowem: bardzo miło.

Elegancki kościotrup żony Króla Sipan Na pierwszy strzał poszły wykopaliska i muzeum związane z grobem władcy z Sipan. W 1987 roku znaleziono koło Chiclayo grób władcy przedinkaskiego z kultury Mochica pochodzący sprzed ponad 1700 lat. Po brawurowej obronie przed rabusiami, piękne skarby tam znalezione (złote ozdoby, naszyjniki, zbroje) wystawione zostały w imponującym muzeum (niestety wnoszenie jakichkolwiek aparatów fotograficznych było zabronione, więc musicie uwierzyć na słowo lub wejść na stronę oficjalną). Wizyta w samym miejscu wykopalisk (ok. 30 km od muzeum) pokazała nam też, jaką mrówczą pracę wykonują archeolodzy (o czym zapomina się oglądając firmy z Indianą Jonesem). Od 20 lat odkopują tu bowiem groby i piramidy będące pozostałością sporego kompleksu i widać wyraźnie, ile roboty im jeszcze zostało. Dwa potężne pagórki kryjące pozostałości budowli są tylko w kawałkach odkryte i zabezpieczone. W wielu miejscach cały czas pracują ludzie z miotełkami, linijkami i aparatami fotograficznymi oraz ich pomocnicy z taczkami, a góra wywiezionego piachu obok zasypanych piramid jest dużo, dużo mniejsza niż owe kryjące skarby pagórki. Życząc im powodzenia wróciliśmy do miasta na podobno najciekawsze w Peru targowisko pełne różności ze szczególnym uwzględnieniem części szamańsko-zielarskiej, gdzie można zakupić preparaty na wszelkie dolegliwości. Nam jednak najbardziej podobało się wesołe, tańczące towarzystwo bawiące się jak gdyby nigdy nic na skraju targowiska.

A! I jeszcze wiadomość z ostatniej chwili. Grypa znów atakuje, panika narasta, w Peru zamknięto szkoły, a najbardziej zagrożone są prowincje północne, gdzie zanotowano już 300 przypadków – tubylcy rozprawiają o zarażeniach w miejscowym gimnazjum. No a gdzie my jesteśmy? Oczywiście! Właśnie na północy. Żadna niespodzianka. Przyzwyczailiśmy się. Gdzie my, tam przygoda i zasadzki. Jak nam kurcze zamkną Machu Picchu tak, jak zamknęli wszystko w Meksyku, to naprawdę się na świńską grypę wkurzymy. W każdym razie zgodnie z planem zwiewamy rano na południe. Dla rozrywki czytelników zamieszczamy poniżej dzisiejszą lokalną gazetę:

Gazeta piątkowa 10 lipca 2009


Kącik łasucha – Ekwador

7 lipca 2009

Ceviche, podawane z chiples czyli cieniuśkimi frytkami platanowymi Już pierwszego dnia zbiło mnie z nóg. W pozytywnym sensie. I może jest to efekt pierwszego wrażenia, ale jakoś już tak pozostało, że w Ekwadorze pod tym względem podoba mi się bardzo. Kukurydza – podstawa tutejszego pożywienia  – zamiast jak w Ameryce Środkowej na tortille– smaczne, solidne i godne zaufania, została przerobiona na istne dzieła sztuki. Kukurydza tutaj częściej ma większe ziarna, delikatniejszy smak, cieńsze skórki i jest biała. Według legendy Majów dawniej istniała tylko taka, ale była ukryta przed ludźmi i zwierzętami pod wielką skałą. Na prośbę Indian bogowie piorunem roztrzaskali skałę, udostępniając ją, ale nieco ją gdzieniegdzie osmalając – stąd różny kolor ziaren w poszczególnych odmianach tej rośliny.

Prawie już nie ma tych humitas Specjałów kukurydzianych jest tu mnóstwo. Zacznijmy od humitas na słodko. W Quito i w okolicach podawane są z kawą i stanowią tradycyjne ekwadorskie śniadanie. Jest to rodzaj przepysznych i delikatnych zawijasków z gotowanej i rozdrobnionej kukurydzy z dodatkiem odrobiny cynamonu zawiniętych w zewnętrzne liście kolb kukurydzianych i gotowanych na parze. Brak mi słów, żeby opisać to cudo. Ciepłe, pachnące kukurydzą, lekko słodkie, rozpływające się w ustach i sycące stanowią według mnie znakomite śniadanie. Jeśli chodzi o porównanie do znanego mi smaku to jedyne, co mi się nasuwa to domowy kuskus, który jadłam kiedyś w marokańskiej restauracji w Londynie.  Podobna struktura i delikatność, inny aromat. Istnieje także wersja słona humitas, ale tak się zakochałam w słodkiej, że żadnych innych nie próbowałam :-), ale ponieważ są one także przygotowywane w Peru, Chile i Argentynie, więc istnieje szansa, że jeszcze mi się uda. Potrawą pokrewną do humitas, choć nie tak wykwintną, są wyrośnięte quimbolitos, serwowane z wielkimi ciemnymi rodzynkami na wierzchu owinięte w liście paciorecznika indyjskiego. Potrawa ta jest pyszna i niewielka, ale strasznie sycąca – po jednym quimbolito można pęknąć jak smok wawelski.

Chicha w EkwadorzeJak dla mnie zamiast kawy mogą być serwowane także z morocho, białym, gęstym, ciepłym i słodkim napojem z białej kukurydzy i owsianki – w smaku zbliżonym do budyniu waniliowego ze szczyptą cynamonu. Pod tajemniczą nazwą avena (kupiliśmy zupełnie w ciemno), zbliżony napój jest sprzedawany także na zimno – ma wtedy gładką konsystencję i znakomicie ochładza w upał.  No i na koniec jeszcze jeden specjał z kukurydzy czyli chicha, o której pisałam już przy okazji kącika łasucha z Granady. Chicha ekwadorska, którą piliśmy, znów nie zawierała alkoholu, podawano ją na ciepło -była lekko słodka pływało w niej sporo ziaren kukurydzy. Bardzo przyjemna alternatywa do gorącej herbaty w chłodny dzień, jakich tutaj sporo. Istnieje także chicha morada, przygotowywana z fioletowej kukurydzy, ale tej nie udało nam się jeszcze spróbować. Dziwnym trafem nie udało nam się także kupić chichy alkoholowej – nie mam pojęcia dlaczego. Może powinniśmy pojawić się na jakimś ekwadorskim weselu – tam leje się podobno strumieniami. A do tego czasu pozostaje nam sprawdzanie menu lokalnych comedores (tańszych jadłodajni) i co lepszych restauracji w poszukiwaniu zaginionego napoju, którego bezwzględnie musimy spróbować zanim opuścimy Amerykę Południową. Rozmaitość gatunków  chichi jest tak wielka, że pewnie wypróbujemy większość, zanim natrafimy na tę właściwą.

Krewetki w sosie kokosowymDla tych, którzy nie przepadają za kukurydzą, ale lubią owoce morza, wybrzeże Ekwadoru ma do zaoferowania rewelacyjne encocados – potrawy w mleku kokosowym. Jedliśmy znakomitą rybę i krewetki – za maślano – kokosowy smak sosu można dać się posiekać – podawane z ryżem są rewelacyjne i obiecałam sobie, że wejdą do naszego domowego jadłospisu. Skąd wezmę mleko kokosowe, jeszcze nie wiem. No i jeszcze pozostaje ceviche (przepisy w wersji polskiej tu i tu) – surowa (wersja klasyczna) albo gotowana ryba, lub owoce morza w marynacie z limonki. Spróbowaliśmy tej potrawy Puerto Lopez, była bardzo smaczna, ale nie zaskakiwała – w marynacie oprócz limonki był sok z pomidorów, czerwona cebula i kolendra. Coś mi mówi, że są jeszcze lepsze, więc więcej o tym napiszę po wizycie w Peru, które z ceviche słynie.

Tamarillo Obfitość owoców, także tych bardzo egzotycznych, jest Ekwadorze jest wielka. Podobnie jak w Hondurasie przyrządzana jest z nich olbrzymia rozmaitość soków – naturalnych i z dodatkiem mleka. Z mniej znanych to tamarillo, czyli tomato de arbol – zabawny owoc nazwany bardzo adekwatnie pomidorem drzewnym, bo wygląda jak pomidor i smakuje jak pomidor, tylko odrobinę bardziej owocowo. Naranjilla to w smaku trochę mandarynka i trochę pomarańcza, a babako (górska papaja), czyli szampański owoc, wymieszany z wodą puszcza bąbelki. Niestety na bąbelkach się kończy ;-), ale jak dla mnie to przy takiej obfitości nowych smaków chowają się wszystkie drinki alkoholowe (no może poza mojito).

No i na koniec hit i radość dla wszystkich podróżników o napiętym budżecie – almuerzos. Almuerzo to lunch, ale po polsku – trzydaniowy posiłek jedzony na ogół między pierwszą a drugą (choć w niektórych restauracjach dostępny przez cały dzień) składający się z zupy, drugiego dania (czyli ryżu, mięsa lub ryby i porcji warzyw) oraz soku z owoców – na ogół świeżo wyciskanego. Posiłek bardzo smaczny, obfity i niezwykle tani – almuerzo dla jednej osoby kosztuje około 2 dolarów.

Jednym słowem – niebo w gębie!. Czekamy z niecierpliwością na Peru!


Na dachu i pod dachem, czyli jak pokonaliśmy Nos Diabła

5 lipca 2009

Pocztówka ze starym pociągiem Alausi, niewielka miejscowość w centralnych górach Ekwadoru (wysokość 2300 m n.p.m.) słynie między innymi z kolei przechodzącej tutaj przez Nos Diabła (strome zbocze skalne wyglądające z boku właśnie jak nos). Niegdyś duma inżynierii Ekwadoru, długa na ponad 400 km kolej wznosiła się od południowego wybrzeża aż na maksymalną wysokość 3600 m n.p.m. pokonując liczne przełęcze i wzniesienia. Niestety obecnie kolej podupadła i jest dostępna tylko w kilku turystycznych fragmentach. A szkoda, bo scenerie są – jak się łatwo domyślić – przepiękne. Jednym z najbardziej spektakularnych miejsc pozostaje właśnie Nos Diabła (Devil’s Nose lub w oryginale La Nariz del Diablo). Kolej z Alausi musi zjechać kilkaset metrów w dół do Sibambe pokonując dolinę dość rwącej rzeki i bardzo strome, skaliste wzniesienie. W zasadzie niemal pionową ścianę.

Stacja w Sibambe widziana z góryInżynierowie poradzili sobie z tym problemem w bardzo sprytny sposób budując szereg zwrotnic, które pozwalają zygzakiem pokonać wzniesienie w poprzek poruszając się do tyłu i do przodu (historyczna pocztówka powyżej). Na zawracanie oczywiście nie ma tam absolutnie miejsca. Pociąg więc jedzie w przód, potem w tył, a potem znów w przód, a pomocnik maszynisty zmienia zwrotnice. Na dole, wychylając się z okna, cały czas widać stację kolejową do której zmierzamy. Widać ją tak na oko jakieś 200 m niżej – prawie pionowo. Wygląda to naprawdę groźnie (zdjęcie obok). Potem już na dole następuje zawracanie ze pomocą sprytnego bocznego toru (na pełną pętlę znów nie ma miejsca) i cała wycieczka wraca z powrotem zygzakiem i pięknymi okolicami do Alausi. Wiem, wiem przynudzam trochę z tą koleją, ale mój dziadek był zawiadowcą stacji i od małego jeździłem lokomotywami, a jedną z pierwszych moich książek było “Kiedy i ty zostaniesz kolejarzem” – moja ciekawość techniką kolejową jest więc uzasadniona, aczkolwiek Beata pod koniec jazdy przysypiała, zaś moje zainteresowanie zwrotnicami i torami zupełnie ją jakoś nie przejęło :-).

Tak się kiedyś jeździło Wg przewodnika całą jazdę można odbyć na dachu pociągu i na to się właśnie nastawiliśmy rano, gdy już udało się zdobyć bilety (kolejka przed kasą od siódmej). Włożyliśmy bluzy i swetry przekonani, że zmarzniemy i niemal (za radą przewodnika) wzięliśmy poduszki pod cztery litery. W naszym hotelu pooglądaliśmy historyczne zdjęcia na ścianach, na których wesołe towarzystwo w czapkach szczerzy uśmiechy do kamery siedząc kupą na dachu (obok). Podobne zdjęcia były na stacji kolejowej, gdzie zakupiliśmy ładne pocztówki z pociągiem na Nosie Diabła. Okazało się jednak, że kolej ekwadorska zmieniła parę lat temu formułę wycieczki (podobno były jakieś wypadki, ale sądzę, że to znów względy ekonomiczne) i zamiast sporego pociągu z dachem przygotowanym na wesołych podróżników przyjechał mały, spalinowy wagon (wielkości autobusu) z wygodnymi, numerowanymi siedzeniami. O wchodzeniu na dach nie było nawet mowy – widoki obserwowaliśmy przez okna. Dzieci były trochę zawiedzione, bo jazda na dachu pociągu miała być frajdą sezonu. No ale i tak było bardzo fajnie, a widoczki (i zwrotnice) przecudne. Zapraszamy do galerii oraz na filmik:


Wielorybi taniec i niebieskie kaloszki

3 lipca 2009

Jedyny skok, jaki udało się sfotografować Żeby zbytnio nie zgnuśnieć po trekkingu i poczuć tlenowy doping zjechaliśmy 4000 metrów niżej – nad ocean do małej wioski Puerto Lopez. Oprócz tego, że Puerto Lopez leży nad oceanem, ma jeszcze jedną ogromną zaletę. To tu, ku wybrzeżom Ekwadoru migrują wieloryby. Gnane instynktem pokonują 7000 km płynąc z zimnych wód Antarktydy aż do równika. To tu odbywają się wielorybie gody – taniec, śpiew i pokazy męskiej siły. Oboje z Błażejem bardzo chcieliśmy jeszcze raz zobaczyć te fascynujące ssaki poruszające się z niezwykłym wdziękiem i godnością. Mieliśmy już okazję widzieć je w pobliżu Cape Cod w USA, na olbrzymim żerowisku, gdzie to nurkowały to wynurzały się unosząc wypuszczanymi bąblami gigantyczne ilości krylu, ale spodziewaliśmy się, że tym razem nasze spotkanie będzie wyglądało zupełnie inaczej. I rzeczywiście tak było. Na Cape Cod zachwycała ich bliskość i liczba – widzieliśmy ich w sumie około dziesięciu, samce i samice z małymi (jedyne 5-6 metrów), były tak blisko, że nurkując niektóre z nich ocierały się o kadłub sporej łodzi, którą płynęliśmy. Teraz łódź była mała i jakikolwiek bezpośredni kontakt mógłby się źle dla nas skończyć. Dwa samce i samica płynęły, a nie nurkowały, to pojawiając się, to znikając za falami. Całość nie wyglądała aż tak spektakularnie jak na Cape Cod,  bo widzieliśmy co prawda ich grzbiety i płetwy ogonowe leniwie prześlizgujące się po powierzchni wody, ale nie działo się nic więcej. Wszystko miało swój rytm i regularność. Do czasu. Bez zapowiedzi, bez najmniejszego wstępu zobaczyliśmy nagle ciemny kształt wynurzający się z wody. Była w tym skoku i dynamika i spokój, potężna siła i gracja. Na łódce wszyscy westchnęli z zachwytu, a kapitan, który siedział obok uśmiechnął się do nas z dumą, jakby to o swoim synu chciał powiedzieć: ”Widzicie? Skoczył! Skoczył! Popatrzcie, jaki jest piękny!”. Rzeczywiście był piękny, a samo przeżycie niezwykłe, tym bardziej, że podglądaliśmy coś w naszym odczuciu bardzo intymnego. Widzieliśmy jeszcze kilka takich skoków, parę z nich zaakcentowanych dodatkowo eleganckim machnięciem bocznej płetwy i zmysłowym wygięciem całego ciała. Ani zdjęcia (właściwie tylko jedno się udało), ani filmik nie oddają ich piękna, ale zamieszczamy, żeby choć trochę je przybliżyć. Jednocześnie przekazujemy wyrazy szacunku operatorom brytyjskiego filmu przyrodniczego Planeta Ziemia (Planet Earth). Nie mamy bladego pojęcia, jak im się takie zdjęcia udało nakręcić. Nie żebyśmy mieli jakieś ambicje w tym kierunku, ale na naszej łódce tak telepało, że mało z aparatami nie pospadaliśmy do wody – zobaczcie zresztą na filmie:

Głuptaki i ich kaloszki Mogłabym spędzić na tej łódeczce tydzień wpatrując się w wieloryby, ale mieliśmy już w planie kolejny punkt programu wycieczki: Isla de la Plata, na której znajdują się kolonie ptaków morskich: gniazdują tam albatrosy, fregaty, kilka gatunków głuptaków. Cała wyspa jest rezerwatem przyrody, można się poruszać po niej tylko z przewodnikiem, utrzymując dystans 2 metrów do ptaków, które często wysiadują swoje jaja bezpośrednio na ścieżce. Najbardziej wzruszyły nas głuptaki (blue-footed boobies): swoim kaczym chodem, kłótniami, gwizdami no i barwą łapek – niebieską, jakby im ktoś je farbką pomalował albo nałożył ciut za duże niebieskie kaloszki. Ich pisklęta osiągają dojrzałość płciową dopiero w wieku 2,5 lat – jeśli nieszczęśni rodzice muszą je aż tak długo karmić, to nic dziwnego, że niektóre z puchatych głuptakowych nastolatków wyglądają na dużo większe niż ich rodzice. Ponieważ trwał także okres godowy fregat, których samce nadymają małe, czerwone wole do monstrualnych rozmiarów, mogliśmy porównać czym się różni wole zwiśnięte od nadętego – trzeba przyznać, że gołym okiem widać, które jest ciekawsze ;-).

Ostatnim punktem programu był snorkeling (czyli z fajką i maseczką dookoła wyspy). Woda była chłodna i pływaliśmy bez pianek, więc nie daliśmy rady spędzić w niej zbyt dużo czasu, ale wystarczająco, aby zobaczyć angelfish (ryby anioły) – inny gatunek niż  w Morzu Karaibskim, rodzaj needlefish (ryba – igła) – też odmienny, niewielkiego snappera i pełno innych kolorowych rybek. To tak na oko, bo gatunki jeszcze musimy posprawdzać w źródłach. Jak na jeden dzień to zwierzaków sporo.

Galeria z Puerto Lopez i okolic tutaj.