Środek świata

23 czerwca 2009

Monument równika w Mitad del MundoQuito – stolica Ekwadoru – przywitało nas lekką zadyszką (w końcu to wysokość 2800 m n.p.m.) i ładną, słoneczną pogodą. Dwa dni spędziliśmy na zakupach. Udało się w większości odbudować stan sprzętu – na szczęście ludzie tu chodzą w góry, więc sklepów turystycznych trochę jest (muszę jednak przyznać, że zdziwiłem się, bo w takim nie-trekkingowym Wrocławiu oferta choćby plecaków jest lepsza w jednym sklepie typu Horyzont, niż w we wszystkich sklepach w całym Quito razem wziętych). Wyposażeni i ubrani w nowe ciuszki (prócz mnie, bo moich nie ukradli, więc nie miałem pretekstu do zakupów) ruszyliśmy na równik.

Ekwador, jak sama nazwa wskazuje, leży na równiku, a kilkanaście kilometrów od Quito leży miasteczko Mitad del Mundo z wielkim obeliskiem oznaczającym tę linię. Jak się okazuje nie do końca. Otóż osiemnastowieczni francuscy badacze wyznaczając położenie równika w Ekwadorze pomylili się ociupinkę i prawdziwy leży o jakieś 300 dalej. Mamy więc oficjalny, rządowy monument, piękną, fotogeniczną linię oznaczającą równik (fałszywy) i cały przemysł turystyczny wokół tego (restauracje, muzea, sklepiki), a 300 metrów dalej na prywatnym terenie prawdziwy, wyznaczony przez dokładne GPS-y RÓWNIK i bardzo ciekawe Muzeum Słońca.

GPS na fałszywym równiku Najpierw więc zrobiliśmy sobie zdjęcia na fałszywym, a potem na prawdziwym równiku – oczywiście stojąc jedną noga na półkuli północnej, a druga na południowej. Potem odwiedziliśmy to prywatne muzeum, które okazało się zresztą hitem, bo prócz wystaw etnograficznych z Ekwadoru (chaty indiańskie, wielki boa w formalinie itp) pozwalało demonstrować różne ciekawe zjawiska związane z równikiem, a głównie z efektem Coriolisa. Kto to pamięta z fizyki w szkole? Zróbcie sobie takie doświadczenie: długi sznur z ciężarkiem (po prostu wielkie wahadło) i bardzo swobodny, bez żadnych tarć zewnętrznych ruch (w muzeum chyba w Monachium widziałem kiedyś takie wahadło na kilka pięter). Zobaczycie, że płaszczyzna wahadła będzie się powoli obracać w prawo. To właśnie działa siła Coriolisa związana z ruchem obrotowym Ziemi. Otóż na półkuli południowej to wahadło obracałoby się w lewo. A na równiku wahałoby się zawsze w jednej płaszczyźnie. W ten sposób powstają też huragany, które kręcą się na obu półkulach w różnych kierunkach. Poważnie! Demonstrowało to proste doświadczenie z wodą:

Postawiłem jajko na gwoździu Dalej można było postawić jajko na gwoździu (co na równiku jest dużo łatwiejsze – udało się zarówno mi, jak i Beacie), można było zobaczyć jak działa dwustronny zegar słoneczny (przez pół roku działa jedna strona, a przez drugie pół druga) oraz przejść po linii równika z zamkniętymi oczami i ramionami rozłożonymi szeroko. Próbowaliśmy kilka razy i rzeczywiście na równiku dużo trudniej utrzymać równowagę (siła Coriolisa działa na oba ramiona w dwie różne strony). Z równikiem wiążą się też inne ciekawe obserwacje:

  • Słońce zawsze wstaje dokładnie o 6:00 rano i zachodzi o 18:00
  • Zawsze jest więc równonoc – nie obchodzą tu nocy świętojańskiej i dlatego biedacy mają mniej miłości 🙂
  • Nie ma czasu letniego, bo to nie ma sensu i nikt go nie używa (to dotyczy zresztą wielu krajów w okolicach równika)
  • przez 2 dni w roku w południe słońce świeci dokładnie pionowo z góry i nie ma cieni – nieźle, nie?! Nie działają też wtedy zegary słoneczne i ludzie Ekwadorze nie wiedzą która godzina 🙂
  • na równiku (no powiedzmy w jego okolicach, nie tylko dokładnie na nim) ważymy więcej mniej (ma być „mniej” – przepraszam za pomyłkę) niż w Polsce, ponieważ Ziemia jest elipsoida obrotową, a nie kulą – jest spłaszczona na biegunach i w związku z tym na równiku jest dalej do jądra Ziemi i grawitacja jest nieco słabsza.

Chiminike – muzeum, czy plac zabaw?

4 czerwca 2009

Chiminike 005 Z okazji spóźnionego Dnia Dziecka rodzice zabrali nas do Chiminike, Centrum Interaktywnego położonego na obrzeżach Tegucigalpy, stolicy Hondurasu. Ktoś z czytelników mógłby sobie pomyśleć: “Centrum Interaktywne”?! Przecież to Dzień Dziecka! Dzieci zanudzą się tam na śmierć! Rodzice powinni zabrać je do wesołego miasteczka, aquaparku lub choćby McDonalda, żeby miały jakąś frajdę!” Przyznaję, że nazwa “Centrum Interaktywne” brzmi bardzo poważnie. Ja też tak myślałam, ale tylko przez krótką chwilę – do momentu wejścia do budynku. Śmieszny zewnętrzny wygląd budynku – fioletowe i oszklone ściany – sprawiają złudne wrażenie, że gdy wejdziesz do wnętrza ujrzysz wielką salę pełną komputerów i siedzących przy nich wąsatych kasjerów w czarnych garniturach ;-). Nic z tych rzeczy! Sala była rzeczywiście wielka i fioletowa, jak zewnętrzne ściany budynku, lecz na suficie przywieszone były kolorowe fale, na licznych ławkach siedziały metalowe żaby z różnymi przedmiotami w rękach (gitara, książka, laptop), a wycieczka szkolna w czerwonych mundurkach siedziała na środku sali. Na widok tego wszystkiego myśl o komputerach i ponurych jak chmura gradowa urzędnikach natychmiast się ulotniła.

Na pierwszym piętrze była kosmiczna wystawa. W małej budce z napisem “Lecimy w kosmos” leżała skała z Księżyca przywieziona przez Apollo XVII. Można było tam też odbyć wyścigi w układaniu Układu Słonecznego. Na następnym piętrze był sterowany dźwig, kopara oraz sklep z prawdziwą kasą, sztucznymi produktami i wózkami. Lecz najfajniejsza była armata powietrzna mieszcząca się w środku sali. Nie chodzi mi oczywiście o prawdziwa armatę tylko o plastikowy kosz i podłączoną do niego rurę, do której wrzucało się kulkę (takie jakie są u nas w Ikea na placu zabaw), kręciło sie specjalnym pokrętełkiem, co powodowało strzał do plastikowej “tuby”. Kulkę można było potem poprowadzić trzema różnymi torami, lecz każdy z nich prowadził do pojemnika umieszczonego na górze konstrukcji.

Chiminike 049 Sala poniżej była poświęcona biologii człowieka. Można było tam sprawić, że ogromny nos kichnie – poprzez drapanie specjalnych etykietek w jego wnętrzu. Można było też “wydalić się” wchodząc przez język, stając na kubkach smakowych, następnie lecieć przełykiem – krótką, czerwoną w środku rurą do żołądka, a następnie przez jelito wypaść na brązową matę udającą odchody (nie śmierdziała :-)). Można było też spowodować wymioty specjalnej machiny oraz zagrać w olbrzymią operację – trochę inną niż nasza, ponieważ wyciąga się pacjentowi, a potem wkłada się na właściwe miejsce jelito, kość itp., a nie wiaderko, czy klucz. Ja własnoręcznie wyciągnęłam nieszczęsnemu pacjentowi serce z dziurki na przełyk. Jeszcze w sali obok mieściła się metalowa “rzeka” (zdjęcie poniżej), z chmury spływała woda do gór i górskich rzeczek, aby potem popłynąć rzeką i zabrać ze sobą rybki i różne rzeczy. Na rzece można było budować zapory, łowić ryby i budować krany.

Chiminike 138Po skorzystaniu ze wszystkich atrakcji tego poziomu, przeszliśmy na następny – a zarazem ostatni poziom centrum interaktywnego.  Pierwsza sala tego poziomu była poświęcona historii Hondurasu. W jej najciekawszej części – czasach Majów – można było pobawić się w archeologa. Ja znalazłam stellę przedstawiającą jednego z władców Majów, a Bernaś wykopał stellę w głową i bezgłową rzeźbę. Dalej można było zrobić sobie zdjęcie jako pirat i król Majów, przebrać się w ludowy strój honduraski i posłuchać tradycyjnej muzyki. Oczywiście nie omieszkaliśmy skorzystać z tych atrakcji. Druga sala była salą energii. Zapalaliśmy tam lampki za pomocą rowerów, podnosiliśmy ciężarki, a także leżeliśmy na łożu z kolcami – zupełnie jak hinduscy fakirzy.

Gdy zaliczyliśmy to wszystko pozostał nam tylko “szalony dom”. Był to mały domek położony na zewnątrz. Kiedy do niego weszliśmy okazało się, że podłoga jest pochyła. W pierwszym pokoju był stół bilardowy i wyobraźcie sobie – na tym stole można było postawić nieruchomą kulkę!!! Rzeczywiście można zwariować. 🙂 Następny pokój przypominał zwykłe pomieszczenie mieszkalne – łóżko, wentylator i tak dalej. Nic ciekawego. Ale ogólnie Chiminike fantastyczne i bardzo się cieszę, że tam poszliśmy.


Kontrastowe Mexico City

24 kwietnia 2009

Lokalny urząd pracyTeraz możemy z całą pewnością powiedzieć czym różni się centrum miasta latynoamerykańskiego, od takiego na przykład Wrocławia. W Europie centrum miast to najczęściej turystyczny deptak pełen eleganckich sklepów, banków i restauracji. Tutaj natomiast jest to w sumie wielki bazar. Urokliwe uliczki pełne są małych sklepików ze wszystkim (tylko nie z żywnością), handlarzy złotem, lewymi dokumentami, fakturami (fakturę na podkładkę proponowano mi kilka razy) no i oczywiście barów z różnego rodzaju meksykańskim żarciem. Wszystko to po dłuższym przyglądaniu się nie wygląda…hmm różnie i w sumie przestaliśmy się dziwić ochroniarzowi, który cały dzień stoi w drzwiach naszego hostelu (nas wpuszcza bez mrugnięcia, bo jesteśmy gringo). Choć urokliwe i pełne starych, kolonialnych kościołów, wyraźnie widać, że centrum przeznaczone jest głównie dla miejscowych i to raczej mniej zamożnych. Na przykład nie ma tu praktycznie bankomatów i za grosz kantorów (widocznie walutą nie handlują, przeciwnie do nas). Za to sklepików ze złotem, kolczykami, kosmetykami, płytami z muzyką w MP3 oraz butami – za trzęsienie.

Elegancka restauracja w San AngelW zrozumieniu tej różnicy pomogła nam Dorota (mieszka tutaj już ponad 20 lat, choć jest z Warszawy). Przy okazji bardzo dziękujemy Szymonowi i Pawłowi za skontaktowanie nas z Dorotą. Bez niej nasza przygoda w Mexico City byłaby mniej intensywna i mniej ciekawa. Razem zwiedzieliśmy San Angel, piękną willową dzielnicę kolonialną, historyczną restaurację-hacjendę, starą siedzibę Corteza oraz śliczne placyki z kościółkami w dzielnicy Coyoacan, muzeum Fridy Kahlo oraz oczywiście bazylikę Matki Boskiej z Guadelupe z ogromnym posągiem Jana Pawła II przy wejściu (przed bazyliką indianie tańczyli swoje tańce w rytm bębnów a wewnątrz ksiądz modlił się z pielgrzymami). Dorota objaśniła nam mnóstwo lokalnych zwyczajów i codzienności, które są inne niż u nas. Pokazała nam miejsca, do których pewnie byśmy nie dotarli. I była naszym bardzo serdecznym i cierpliwym przewodnikiem. Dziękujemy z całego serca!

Biznes na taczkach Mexico City jest pełne kontrastów. Są tu eleganckie domy, eleganccy panowie jeżdżący eleganckimi samochodami (w dużej mierze dużymi amerykańskimi SUV-ami), piękne restauracje, sklepy, ogrody, wspaniałe ZOO i naprawdę imponujące muzeum antropologiczne pokazujące wszystkie kultury prekolumbijskie. Ale jest też cała reszta: ogromne mnóstwo zwykłych ludzi jeżdżących lokalnymi, obdrapanymi autobusami i próbujących jakoś wiązać koniec z końcem. Kwitnie drobny i wspaniale niezorganizowany biznes. Ilość wszędobylskich straganików z różnymi rzeczami oraz pomysłów na zarabianie aż przytłacza. Moim idolem wczoraj był żongler w przebraniu klowna, który na czerwonym świetle stawiał przed kolumną aut dwumetrową drabinę, właził na nią, żonglował pokrzykując, składał drabinę i przechodził między samochodami zbierając datki do kapelusza. Wszystko w jednym cyklu świetlnym na dużym skrzyżowaniu. Niestety nie udało nam się zrobić zdjęcia. Drugie miejsce zajęła kobitka sprzedająca słodycze z taczek, w których też spało jej malutkie dziecko (obok).

Ludzie (a żyje ich tu prawie 20 milionów) są serdeczni, nie nachalni, uprzejmi. Nastraszeni przez liczne opowieści przed każdym wyjściem na miasto szykujemy się na konfrontację z bandytami i kieszonkowcami, jak Arnold Schwarzenegger w filmie Commando (scena przed atakiem na siedzibę El Presidente, gdzie więziona jest córka – wiecie o co chodzi). A tym czasem w metrze jest tłoczno, ale sympatycznie. Ludzie się uśmiechają, zaczepiają nas, zagadują. W końcu jesteśmy jedynymi gringo w całym wagonie. Na ulicy przewodnicy proponują wycieczki, a gdy usłyszą “Gracias” grzecznie pytają, czy można jakoś pomóc, wskazują drogę i uśmiechają się. Słowem: czujemy się tu dobrze, choć cały czas oczywiście jesteśmy czujni jak Winetou! 😉

Zapraszamy do galerii!


Bienvenido a Mexico

22 kwietnia 2009

Zocalo - centralny plac miasta Pierwsze znaki, że zbliżamy się do Meksyku pojawiły się już w Bootsie na Heathrow Airport. Głównie za sprawą wystawionych tam środków na biegunkę, mydeł antybakteryjnych i kremów z filtrem czuło się, że już za chwileczkę będzie inaczej niż w uporządkowanej Unii.

Kiedy wydostaliśmy się z  lotniska Juarez w Mexico City było już ciemno. Sprawnie zapakowaliśmy się do sitio taxi z eleganckim samolocikiem wymalowanym na karoserii płacąc z góry w budce dokładnie tyle, ile mieliśmy podane przez pomocną duszę. Pierwsze 10 minut w Meksyku odpowiadało stereotypom: wóz policyjny mniej więcej co 200m, sporo kręcących się jakby bez celu mężczyzn i uliczka z długonogimi sisters of mercy. Klimatyczny hostel położony 2 minuty od Zocalo (centralnego placu miasta) tętnił życiem – impreza na dole trwała przez pół nocy.

Takie widoczki można spotkać co chwilęJak tylko skończyła się impreza, zaczęła się burza. Gigantyczna i z piorunami. Alarm samochodowy (chyba) odpalił i wył przez drugą połowę nocy – jak widać tutaj na nikim takie drobiazgi nie robią wrażenia. Jednym słowem zaczynało się tak, jak miało być: nie do końca poprawnie, nie do końca idealnie ale intensywnie i kolorowo – bienvenido a Mexico!*

Następnego ranka, obudzeni o 5 rano przez nasze niezawodne przysadki, wyraźnie rzucaliśmy się w oczy – kto normalny zaczyna spacery po mieście o ósmej  trzydzieści rano z czapką na głowie, okularami na nosie i mapką w ręce? Tylko gringos cierpiący na jetlag! Budziliśmy na twarzach życzliwe uśmiechy, ktoś  nas pozdrowił, stary przewodnik w Templo Mayor przybiegł opowiedzieć nam o zbiorach tamtejszego muzeum z entuzjazmem przedzierając się przez nasz podstawowy hiszpański.

Handel złotem wydaje się tu być bardzo popularnyNie mieliśmy jednak siły na całodzienne zwiedzanie i paliwo skończyło się nam akurat tuż przed sjestą. Sjesta w naszym wydaniu jeszcze trwa, bo nie ruszyliśmy się z przyjemnej “świetlicy” hostelowej do wieczora. Nikomu się nic nie chce. I to chyba właśnie o to chodzi – tak ma być. Wysokość n.p.m. i jetlag. Wszyscy jeszcze odpoczywamy po tym długim, 12-godzinnym skoku przez kałużę. I choć było całkiem komfortowo (całkiem znośne jedzenie, napoje do oporu i system rozrywkowy w każdym fotelu z filmami do wyboru, telewizją oraz grami video), to jednak 12 godzin w samolocie robi swoje.

 

_______________________
* W tym miejscu oficjalnie dziękujemy British Airways za stopery dołączone do pakietu boardingowego – była to jedyna rzecz, którą mieliśmy na liście, ale której nie udało nam się kupić przed podróżą.


Londyn pokątny

19 kwietnia 2009

TablicaPo nużącej podróży i kilkugodzinnym postoju przesiadkowym na lotnisku w Dusseldorfie dojechaliśmy bezpiecznie do Londynu i oczywiście, choć było już trochę późno, pierwszy wieczór spędziliśmy głównie na szukaniu śladów Harrego Pottera. Moje dziewczyny są bowiem największymi fankami w tej części galaktyki. Dotarliśmy więc do dworca King’s Cross, skąd Harry i reszta uczniów odjeżdżają co roku do Hogwartu. Jak zapewne wiecie, aby dostać się do pociągu trzeba udać się na peron 9 i trzy czwarte. W tym roku wejście na peron, znane doskonale z filmu, jest niedostępne ze względu na remont dworca. Anglicy byli jednak na tyle uprzejmi, że przenieśli wejście kilkadziesiąt metrów dalej na peron 8 i postawili stosowną tabliczkę dla fanów Harrego. Bardzo to było miłe z ich strony. Tak więc po krótkich poszukiwaniach udało się wykonać historyczne zdjęcie.

Potem szukaliśmy trochę ulicy Pokątnej, ale nie doszliśmy. Ta, która była planem filmowym, gdzieś się schowała. Za to Beata nieomylnie zaprowadziła całą wycieczkę w kilka miejsc żywcem przeniesionych z filmu. Nawet Bernaś pokazując jeden z pubów powiedział, że wygląda, jak sklep Olivandera.

 

Isia na peronieŻeby jednak nie było tak, że wycieczki po Londynie koncentrują się tylko na jednym, dość opowiedzieć, że byliśmy w British Museum, gdzie widzieliśmy kamień z Rosetty, mumie egipskie i wystawę skarbów z Meksyku oraz w Natural History Museum, gdzie między innymi można stanąć oko w oko z ruszającym się dinozaurem (model: T-rex) lub gigantycznym płetwalem błękitnym. Co ciekawe muzeum jest całkowicie bezpłatne (podobnie, jak to pierwsze).

O samym Londynie pisać w sumie nie ma co, bo byliśmy praktycznie jeden dzień, a miasto jest wszystkim raczej znane. Na ulicach dwupiętrowe autobusy oraz charakterystyczne, czarne taksówki. W pubach ekipy oglądające mecze przy piwie i curry.  No i metro London Underground. Myślę, że wystarczy po prostu kilka zdjęć, które postaramy się wrzucić w najbliższych dniach do galerii – po ich przesortowaniu i ewentualnym obrobieniu.

Jutro (technicznie rzecz biorąc to już jest dziś) startujemy do Meksyku. Trzymajcie kciuki i do usłyszenia!