Z Inle Lake jechaliśmy do Bago (planowo 16 godzin jazdy autokarem), aby stamtąd przedostać się do Kyaiktiyo słynnego ze złotej malutkiej pagody. Jest to miejsce otoczone czcią, do którego pielgrzymują rzesze mieszkańców Birmy – włos Buddy i cudowne zawieszenie skały nad przepaścią dodają jej i czaru i świętości. Na miejscu mieliśmy być koło siódmej rano, ale nasz kierowca tak przycisnął, że do Bago zajechaliśmy prawie cztery godziny wcześniej – o trzeciej nad ranem. Wysiedliśmy więc, nieszczęśni, i zadekowaliśmy się w herbaciarni, o dziwo o tej godzinie pełnej ludzi. Objedliśmy się ciasteczek, opiliśmy herbatki i jeszcze obejrzeliśmy wręczanie kwiatów naszej Justynie (trzecie miejsce w biegach kobiet) i zawody w curlingu (to z niekłamanym rozbawieniem – Isia stwierdziła, że miło zobaczyć panów z takim zaangażowaniem machających szczotkami).
O siódmej rano wsiedliśmy w końcu do autobusu i dojechaliśmy do Kinpun, bazy wypadowej pielgrzymek do Złotej Skały. Ale to jeszcze nie był koniec. Odświeżyliśmy się pospiesznie, zjedliśmy lunch i poszliśmy na przystanek ciężarówek – naszego następnego środka lokomocji – jedynego, jaki wjeżdża 11 km stromą drogą pod górę. Bo dalej w zasadzie już można tylko na piechotę.
O pierwszej trzydzieści siedzieliśmy na ciężarówce jakieś 3 metry nad ziemią, a z nami siedziało pewnie z pięćdziesięciu Birmańczyków. Ruszyliśmy, a nasi towarzysze rozpoczęli modły – w końcu udawaliśmy się do miejsca świętego. “O cholera!” wyrwało mi się niechcący pośród otaczających mnie buddyjskich recytacji, kiedy wierzgnięcie silnika prawie sprowadziło mnie do parteru. Balansowaliśmy na belkach szerokości około 10 centymetrów usiłując upchnąć nasze za długie, jak się okazuje, nogi między naszą beleczkę, beleczkę przed nami (odległą jakieś 30 cm), a kończyny sąsiadów liczne niczym odnóża stonogi. (Zdjęcie obok zostało zrobione, gdy paka nie była jeszcze pełna – kierowca i jego pomocnik czekają, aż zgromadzi się odpowiednia grupa pasażerów – potem następują przegrupowania i dopchnięcia, dwóch odważnych wskakuje na dach szoferki i jazda!). Modły skończyły się jednak szybko i dalsza podróż pod górkę krętą stromizną przebiegała już w nastrojach jak z wesołego miasteczka, bo kierowca był w dobrym humorze i wyprzedzał wszystkie ciężarówki po drodze. Birmańczycy chichotali, szczerzyli do nas czerwone od betelu zęby, piszczeli na zakrętach i dopingowali kierowcę. Różnice międzykulturowe i ekonomiczne były doskonale widoczne. U nas każdy podróżny ma własne miejsce, pas, poduszkę powietrzną (albo i dwie), pojemnik na kawę i lusterko. Tutaj ma latającą na wszystkie strony beleczkę, ale też mrowie sąsiadów, ich ramiona, nogi i boki stanowiące oparcie i trzymadełko zarazem. Nie wspomnę o wiezionych wiechciach i bagażach, które także mogą w sytuacji podbramkowej ochronić jadącego przed siniakiem. Na początku podążając za wyuczonymi wzorcami i ignorując zupełnie fakt, iż pani z ławeczki przed nami praktycznie siedzi mi na kolanach, usiłowałam znaleźć przede mną kawałek belki, której mogłabym się uchwycić. Od czasu do czasu chwytałam za ławeczkę, a od czasu do czasu za siedzenie sąsiadki z przodu. Rzucało zdrowo, więc jak już się chwyciłam za to, co chciałam, to dla odmiany na jakimś wyboju sąsiadka spadała mi z plaśnięciem na moją rękę. W Polsce by mnie oskarżono o molestowanie, a tu nikt się moimi poszukiwaniami kawałka ławeczki specjalnie nie przejął.
Zajechaliśmy do podnóża słynnej góry i rozpoczęliśmy wędrówkę szlakiem pielgrzymim dochodząc do wniosku, że buddyści mają chyba ciężej. Droga była dość stroma, wspinaliśmy się wraz z innymi pielgrzymami mijając sklepiki z napojami, chatki z folii i umorusane dzieci. Stanowczo odmówiliśmy bycia wniesionym na szczyt w lektykach (wszyscy), oraz w bambusowym koszu (Bernaś), pomimo zachęt, że “baby” ( Bernaś) zostanie wzniesione gratis. Jakoś nie podobały nam się specjalnie te wielkopańskie pomysły i uznaliśmy, że niehonorowo jest nie wdrapać się na górę samodzielnie. Za to nieco później zaobserwowaliśmy z mieszanymi uczuciami całą wycieczkę (chyba japońską) niesioną właśnie w ten sposób. Najwięcej kontrowersji wzbudziła dziewczyna w lektyce ze słuchawkami od iPoda w uszach i książką przed nosem. Pełen odlot.
Na szczycie wyłożony marmurem plac błyszczał w słońcu. Stupa migotała, cała pokryta listkami złota wcieranymi przez pielgrzymów. (Wcieranie to rzecz męska – kobiety ani wcierać ani podchodzić bliżej nie mogą, więc stałyśmy sobie z Isią grzecznie z sandałami w rękach obserwując, jak uprawnieni członkowie naszej rodziny idą obejrzeć cud z bliska.) Podobnie jak nad Bagan powietrze było zamglone, barwy złamane i trochę nierzeczywiste. W drodze powrotnej jechało się już spokojniej. Dla równowagi trzymałam się ramion pasażera przede mną (podobnie jak moja sąsiadka) w przerwie dyskutując z Isią na temat najlepszych technik łapania równowagi i wypatrując kolejnych zakrętów pomiędzy plecami dwóch Birmańczyków siedzących na dachu. Było już chłodniej. Wiatr chłodził przyjemnie twarz i rozwiewał włosy. Nad wzgórzami porośniętymi gęstą dżunglą właśnie zachodziło słońce.
Opublikował/a Beata Kotełko
A propos armii, to już drugiego dnia w Mandalay byliśmy świadkami niezłej propagandowej “ustawki”. Taksówkarz wynajęty do wożenia nas przez cały dzień po okolicach skierował się najpierw do znanego klasztoru uczącego medytacji i buddyzmu. Tam mieliśmy obserwować posiłek mnichów, który jest podobno bardzo fotogeniczny. I rzeczywiście mnisi ciągnęli długim dwuszeregiem do tzw. garkuchni, gdzie każdy dostawał miskę ryżu i mandarynkę. Pomijając wątpliwe urozmaicenie tego posiłku oraz nieco kwaśne miny stojących w kolejce mnichów warto jednak zauważyć, kto wydawał posiłki. Oczywiście żołnierze w pięknie odprasowanych mundurach oraz panie wyglądające kubek w kubek, jak nasze urzędniczki partyjne. Dookoła zgromadziło się ze dwie setki turystów robiących zdjęcia. Przyjeżdżali autokarami i taksówkami, jak my. Część być może pojęła, że to było na pokaz (a my widzieliśmy jeszcze wcześniej, jak jeden z “generałów” ustawiał swoich podwładnych przed posiłkiem i wydawał polecenia – wyraźnie po to, aby całe przedstawienie wyglądało lepiej), ale część przywiezie po prostu do domu zdjęcia na których widać, jak wielkoduszna armia wspiera biednych mnichów, którzy pewnie bez pomocy rządu pomarliby z głodu.
Propaganda leci również w TV, którą mamy w pokoju hotelowym. Dwie lokalne stacje nadają w kółko przemówienia generałów, relacje z uroczystości ludowych lub otwarcia wielkiego mostu (już chyba ze 3 mosty otwierali, gdy tu jesteśmy, a może to w kółko ten sam?), smętne romansidła obyczajowe oraz prognozę pogody. Zupełnie, jak u nas za komuny, naprawdę. Sposób montażu video, wygląd prezenterki telewizyjnej oraz tempo akcji jako żywo przypomina te nasze minione czasy. W autobusie puścili jakiś lokalny hit z DVD (Myanmarczycy się śmiali, więc musiało być niezłe), a już nasza 11-letnia Isia obserwując zmagania głównego bohatera próbującego poderwać dziewczynę sama stwierdziła, że ten film jest chyba sprzed 20 lat. A i jeszcze jedno! Wczoraj wieczorem w TV (na drugim, wyraźnie bardziej nowoczesnym programie) leciały “International news” (to był 8 luty 2010, możecie porównać, bo my dostępu do prawdziwych wiadomości nie mamy). Ułożyliśmy się wygodniej w łóżku czekając na ciekawe relacje (na przykład co tam słychać w konflikcie USA-Chiny lub na Haiti), a tu szło z grubej rury, że w Waszyngtonie straszliwy śnieg, a w Kalifornii potworne lawiny błota. Zgroza i zgnilizna w tym szerokim świecie (a u nas kolejny most, rozumiecie). Zaraz potem już leciał sport. Nic więcej się na świecie nie dzieje! Były też przebitki z jakiejś amerykańskiej stacji telewizyjnej (ale nic znanego, broń Boże żaden CNN) z dziwnie przesuniętym dźwiękiem i obciętą górną częścią obrazu. Dzięki temu przynajmniej wiemy, jak wygląda śnieg w USA (i że zgniły kapitalizm ma za swoje, bo ich zasypało) oraz kto strzelił gola w brytyjskiej lidze.
Kilka rozmów z lokalnymi mieszkańcami utwierdza nas w przekonaniu, że generałów nie lubią i że prędzej czy później łupnie. Wydarzenia sprzed 2,5 roku można było spokojnie komentować z mnichami na wzgórzu w Mandalay, którzy co niedzielę przychodzą tam porozmawiać z turystami i podszlifować angielski. Również to, że w areszcie domowym przetrzymywana jest sama-wiecie-jaka opozycjonistka (nazwiska teraz nie podam, bo jeszcze mi jakiś filtr przechwyci i całego posta nie wrzuci, ale potem uzupełnimy). Rykszarz wiozący nas po mieście otwarcie narzekał na generałów i ich nową stolicę, gdzie prąd jest 24h/dobę, nie to co tutaj (jak już mówiliśmy wszystko chodzi na generatorach). Przy okazji takich rozmów opowiadamy o polskiej historii i demokracji, która w końcu nadejdzie. Tym bardziej, że kawałki tej demokracji po troszeczku przywozi ze sobą zachód (w sensie cywilizacji). Są dostępne telefony komórkowe (niestety tylko rządowego operatora, więc na zewnątrz SMS nie wyślesz), odtwarzacze MP3, wszelka elektronika audio-video, odkurzacze, pirackie filmy DVD z tłoczni w Chinach, Coca-Cola (dużo lepsza mimo wszystko od lokalnej StarMax wyglądającej kubek w kubek jak nasza Pepsi Cola), telewizja satelitarna z Indii lub Chin, a najbardziej pożądanym produktem są chyba lodówki (po przenośnych generatorach prądotwórczych oczywiście), których całe sterty ustawione są w kartonach w sklepach zaraz koło naszego hoteliku. Dla mnie jest to wyraźny znak (nie same lodówki tylko całokształt), że łupnie, bo jak ludzie mogą uprawiać prywatny biznes (a tutaj uprawiają non stop i to nad wyraz skutecznie) i mają dostęp do produktów cywilizacji, to coraz bardziej, coraz bardziej będą chcieli i mogli z nich korzystać. Prędzej więc, czy później reżim padnie pod własnym ciężarem, bo te wyłączenia prądu i blokowanie Internetu jest tak sztuczne, że aż w pewnym sensie śmieszne.
No ale na tyle może wystarczy już o życiu, a trochę trzeba o zabytkach i okolicach. Mandalay i przyległe miasteczka zwiedzaliśmy pieszo, trikszą (wynalazek z rowerem w środku) oraz taksówkami (takimi lokalnymi małymi pickupami marki Mazda) – a jest co zwiedzać. Olbrzymia ilość świątyń, pagod, ogrodów i wzgórz miejscami aż przytłacza. Trzeba wybrać tylko niektóre z nich, bo wszystkiego w parę dni (i z dzieciakami) się nie da zwiedzić. Nam najbardziej przypadło do gustu starożytne miasto Inwa obecnie na wyspie, gdzie wioseczki, pola ryżowe i drogi pełne kurzu sąsiadują z imponującymi ruinami, starymi drewnianymi klasztorami i nadal działającymi świątyniami pokrytymi złotem popołudniowego słońca. Tam czuło się ten spokój zwykłego życia, z dala od gwaru miasta, wyłączeń prądu i kolejnych betonowych mostów. Na Inwa trzeba się bowiem dostać promem i mamy nadzieję, że tak pozostanie, a turyści będą nadal poruszać się po ruinach dorożką. Na drugim miejscu postawilibyśmy chyba urocze Mandalay Hill, gdzie zachodzące słońce, przytłumione przez kurz unoszący się nad miastem, wyglądało jakby było zmęczone ciężarem życia mieszkańców, których całymi dniami oświetla.