Silk Caye, czyli rajska wysepka na rafie

13 Maj 2009

Widoczek spod naszej palmy Od kilku dni siedzimy na plaży w Placencji (na południu Belize) i wypoczywamy. Najpierw pogoda była taka sobie, bo praktycznie przez 2 dni były burze i deszcze (pierwszej nocy niektórzy bardziej strachliwi z naszej drużyny nawet obawiali się, że to huragan), ale potem wyszło słoneczko i mimo wiatru od morza (a może dzięki niemu) jest bardzo przyjemnie. Aby więc umilić sobie całkowicie ten (bardziej turystyczny, niż wyprawowy) odcinek naszej podróży wybraliśmy się wraz z firmą SeaHorse na nurkową wycieczkę na jedną z pobliskich wysepek: Silk Caye. Popłynęła cała rodzina: ja miałem wykupione dwa nurkowania na rafie, a reszta snorkeling, czyli nurkowanie z maską i rurką (fachowo zwaną fajką). Okazało się zresztą, że ten snorkeling to nie było takie zwykłe sobie pływanie, tylko dobrze zorganizowane dwie wycieczki na rafę, gdzie przewodnik wziął całą grupę dookoła wyspy, pokazując i objaśniając wszystkie przepływające ryby. Ale po kolei.

Ponieważ w nocy wiało i padało jak diabli, to przed wypłynięciem ostrzegano nas (mimo słoneczka na niebie), że będzie kiwało, i że dzieciom może się nie podobać. Naszym dzieciom jednak kiwanie na morzu nie robi nic złego, a wręcz przeciwnie – lubią to. Nasz dzielna łódź o nazwie “B-Nice” (czyli “bądź grzeczny”) pruła rozkołysane morze, a rubaszny sternik (na którego mówiono kapitan) dokonywał cudów, aby trzęsło jak najmniej. Pod koniec jazdy był zresztą całkowicie mokry od chlapiącej wody. My nie, ale za to wytrzęsło nas przez te półtorej godziny na falach porządnie. Gdy zobaczyliśmy cel naszej wyprawy, humory poprawiły się od razu i nikt nie miał zamiaru narzekać. Wyspa jak z bajki. Malutka, porośnięta palmami kokosowymi, pełna walających się olbrzymich muszli i z piaszczysta plażą dookoła. A wokół rafa koralowa. Lepiej, jak na filmie. Wysepka przystosowana wyraźnie do takich nurkowych wycieczek, bo miała zainstalowane dyskretne, ocienione stoliczki, grilla oraz mniej dyskretny budyneczek zwany kibelkiem. Aby wiele nie tłumaczyć słowami – wyglądało to tak:

Wyspa z piasku (kliknięcie na zdjęcie uruchomi pokaz slajdów z wycieczki)

Spędziliśmy tam sporą część dnia. Na nurkowania łódź zabierała nas na rafę trochę dalej od brzegu – za pierwszym razem była to “Silk Caye North Wall” (czyli krawędź rafy barierowej, która opadała tu głęboko w morze) a za drugim “White Hole” (czyli biała dziura w rafie pełna ślicznego piasku). Ekipa dzielych rurkowników zaś najpierw opłynęła wysepkę dookoła, a potem wybrała się na polowanie na rekina. Isia bardzo dzielnie sama pływała oglądając wszystkie widoki, zaś Bernaś nie dość, że w krótkiej piance, to jeszcze w kamizelce dyndał sobie trzymany przez przewodnika i miał luksusowo. Po każdym wyjściu z wody gęba śmiała mu się od ucha do ucha, a gdy już po południu musieliśmy wracać to zrobił małą awanturę i chciał zostać. Nie dziwię mu się, też bym chętnie został. Było przecudnie.

Widzieliśmy (fotki poniżej pochodzą z Wikipedii):

1) mureny zielone czające się pod koralami i wystawiające do nurków zęby (ang. green moray)

  Murena zielona

2) olbrzymie barakudy wielkie (ang. great barracuda)

Barakuda

3) wielgachnego groupera, czyli po naszemu grańca

Grouper

4) niesamowicie kolorowe ryby papuzie (ang. stoplight parrotfish)

Parrotfish

5) jedną płaszczkę, czyli orlenia cętkowanego (ang. eagle ray)

Orleń cętkowany
6) niesamowite korale-mózgi (ang. brain coral) Koral mózg
7) przecude pomarańczowe gąbki (ag. orange sponge) Gąbki

8) no i jednego rekina wąsatego (ang. nurse shark) – ja nie, to tylko Beata i dzieciaki widzieli (ale im dobrze!)

Rekin wąsaty

… poza tym ryby anioły (angelfish), ryby wieprze (hogfish), morskie ogórki (sea cucumber) i mnóstwo innych nie znanych mi bliżej rybek.

Może warto opisać spotkanie Beaty i dzieciaków z rekinem, bo w końcu to chyba najciekawsze. Otóż rekin leżał sobie na głębokości trzech metrów. Był młody, czyli niewielki – jakieś 2,5m długości. Miał trzy płetwy na grzbiecie i wąsy. Rekin wąsaty po angielsku nazywa się nurse shark (czyli po naszemu rekin-pielęgniarka), a to dlatego, że przysysa się do większej od siebie ofiary i jakby wysysa z niej świeże mięsko. Mniam, mniam. Na szczęście dla ludzi jest niegroźny, jak zresztą pozostałe rekiny (mające niestety bardzo złą sławę). Dzieciaki i Beata wisieli sobie jakąś chwilę nad nim falując w rytm fal i obserwowali, jak przewodnik schodzi na dół i delikatnie dźga zwierza w ogon. Rekin nie przejął się, nikogo nie zaatakował i dalej sobie leżał. Popatrzyli, popodziwiali i popłynęli dalej. Dzieciaki zgodnie twierdzą, że spotkanie z rekinem to było to!

Zapraszamy do galerii, gdzie wrzuciliśmy zdjęcia z wycieczki. Niestety nie ma tam jeszcze zdjęć podwodnych, ale mam obiecane dosłanie od Amerykanów, z którymi nurkowałem. Jeśli dojdą, to dorzucę.

Miłego oglądania.

PS. Słyszałem, że w kraju “Zimna Zośka” i przymrozki minus cztery stopnie. Oj, oj, oj, … 😉


Kącik łasucha – Placencia

12 Maj 2009

Przed Korzystając z niezwykle przyjaznego domku Lydii, w którym mieszkamy w Placencii (pięterko dla nas, hamaki i foteliki na tarasie, 60m do morza i dostęp do kuchni)  postanowiłam własnoręcznie przyrządzić coś prostego wykorzystując miejscowe smakołyki. Na pierwszy ogień (dosłownie i w przenośni) poszły plantany – zielone banany. Odkopałam wspomnienie z zeszłego roku, kiedy razem z Błażejem jedliśmy je przepysznie przyrządzone w chińskim bufecie w Nowym Jorku – wszystko wskazywało na to, że będą stanowić słodki, bardzo aromatyczny, a oprócz tego prosty w wykonaniu dodatek. Wspomnienie było na tyle silne i sugestywne, że na nim poprzestałam nie wykonując, niestety, żadnych poszukiwań internetowych, ale z zapałem rzucając się w wir eksperymentu kulinarnego. Od początku było trochę inaczej niż ze zwykłymi bananami – zaskoczyła mnie gruba, włóknista skórka, którą ściągało się ze sporym trudem. Obrane owoce pokroiłam w podłużne plastry i wrzuciłam na gorący olej. Gotowe wyglądały jak smażone banany o nieco bardziej zwartym miąższu – taki sam kolor i widoczne drobne nasiona wewnątrz owocu, stąd moje oczekiwania, że i smak będzie odpowiadał mojemu miłemu wspomnieniu z NYC. Jakież było moje zdziwienie,  kiedy okazało się, że smakują jak frytki – z dużą zawartością skrobi, ale jednak frytki. W duchu trochę się śmiałam z przewrotności losu – to ja tutaj pracowicie obrabiam te plantany, po karaibsku i na końcu świata, a frytki mi wychodzą… :-). Za to dzieci były w siódmym niebie…

Po tym doświadczeniu zasięgnęłam języka u miejscowych, sprawdziłam kilka stron internetowych i w następnym podejściu były już z limonką i czosnkiem, ale nie cieszyły się aż takim wzięciem, bo frytkami nie smakowały.

Smażone plantany zapamiętamy więc jako frytki po karaibsku – ulubione danie dzieci w ramach kompromisu zajadane z guacamole – nietypowo, ale ze smakiem. Te, które jedliśmy w NYC, musiały być smażone w brązowym cukrze, a może było to coś zupełnie innego…

Usmażone    Finał


Spływ na dętkach

10 Maj 2009

Idziemy na tubingCiężkie chmury zasnuły niebo nad wilgotnym lasem tropikalnym. Wszelki zwierz skrył się w gąszczu. Tylko dokuczliwe insekty wciąż polatywały nad wykarczowaną przez ludzi szeroką ścieżką. Jaguar w swym legowisku poczuł niekreślony niepokój. Wciągnął nosem wilgotne powietrze rodzinnego lasu. Tak, zna ten zapach. To zapach jego największego wroga – człowieka. Na ścieżce słychać głosy. Z zakrętu ukazują się cztery postacie, niosące na ramionach czarne dętki (oczywiście mówiąc dętki nie mam na myśli dętek od rowerów lecz czarne, lekkie opony z cienkiej gumy). Insekty spostrzegły ludzi i rzuciły się na nich jak sępy na padlinę, lecz zaraz zniechęcone zaciekłą obroną  odleciały w głąb dżungli. Ci ludzie to oczywiście my – rodzina Kotełków. Zaszyliśmy się w belizyjskim rezerwacie jaguara. Teraz idziemy zaliczyć jedną z jego głównych atrakcji – “tubing” (dosłownie “dętkowanie”), czyli spływ rzeką na oponach. Opony te wynajmuje się w centrum rezerwatu następnie idzie się do miejsca, gdzie leżą ich całe stosy i wybiera się rozmiar:

  • mały
  • średni
  • ogromniasty

Potem sprawa jest prosta. Niesie się opony na ramionach przez 15 minut aż do wejścia oznaczonego tabliczką ”tubing entrance” i spływa się. Kiedy dotarliśmy do wejścia – małej, piaszczystej plaży – zdjęliśmy spodnie i buty (mieliśmy stroje kąpielowe/kąpielówki pod ubraniami). Aby któryś z czytelników nie pomyślał sobie “No jako to!? Spływ oponami na rzece, a oni spodnie i buty to gdzie będą trzymać?” muszę wyjaśnić, że rodzice trzymali nasze rzeczy w workach foliowych na własnych brzuchach (na oponach rodzice leżeli na plecach, a my na brzuchu). Następnie włożyliśmy opony na wodę i wskoczyliśmy na nie.

Spływ na dętkachNa wodzie trzymaliśmy się z Bernasiem i tatą za opony. Z początku musieliśmy wiosłować (oczywiście rękami), potem porwał nas prąd. Na prośbę Bernasia puściłam jego oponę, ale przez to stałam się lżejsza od innych i popędziłam jak wiatr niesiona szybkim prądem tropikalnej rzeki. Zaczęłam wrzeszczeć (dla żartów, bo tak naprawdę bałam się tylko ociupinkę), więc zaraz zaczęli mnie gonić i po chwili było już po wszystkim.

Dalsza podróż przebiegła bez większych wypadków, choć parę drobnych oczywiście było – między innymi tato ugrzązł na mieliźnie i strasznie śmiesznie wyglądało, jak się z niej wydostawał. Chwilę później, kiedy przepływaliśmy przez przesmyk szerokości 5 m, tatuś zaczął się wiercić, a potem wykrzyknął: “Aua! Coś mnie dziabnęło od dołu!” Wiernych czytelników (bardziej niż my strachliwych) mam obowiązek zapewnić, iż w tej rzece krokodyle nie występują. 🙂

Po drodze widzieliśmy ślicznego, czaplowatego ptaszka o czerwono-niebieskim upierzeniu spacerującego po wystającym nad wodę pniu drzewa. W końcu dotarliśmy do wyjścia i zakończyliśmy tubing.

Wszystkim się podobało…


Dętki, muszki i inne przyjemności

9 Maj 2009

Roślina zielona sobie rośniePo karaibskiej i nieco sennej po sezonie Dangridze (Belize), centrum kultury Garifuna, ponownie przyszła kolej na leśne ostępy. Pojechaliśmy do Cockscomb Basin Wildlife Sanctuary   – rezerwatu jaguarów położonego w południowym Belize (Charlie, który przysiadł się do nas w barze w Dangridze, twierdził, że jest tam ich aż osiemdziesiąt). Centrum turystyczne wraz z polem namiotowym mieściło się ponad 10 km od trasy autobusu, dlatego możliwość pokonania tego odcinka “na pace” lokalnego pickupa bardzo nam przypadła do gustu. Kiedy dotarliśmy na miejsce, okazało się, że na dość sporym terenie siedziby parku nie będzie nikogo poza nami i strażnikiem rezerwatu. Nie zraziliśmy się jednak tym specjalnie i dla rozrywki spłynęliśmy kawałek rzeką na dętkach – relacja Isi już wkrótce. Ja ze swojej strony jedynie dodam, że spływ odbywał się w sposób umiarkowanie kontrolowany i jego niezbędnym elementem było zamoczenie co najmniej tylnej części ciała w rzeczce, która nie była, niestety, specjalnie przejrzysta.  Oglądanie ślicznych ptaszków płoszonych naszymi okrzykami psuły mi wizje stworzeń, które mogą mi wpłynąć, oraz tego, gdzie mogą wpłynąć, na przemian z rozważaniami, dlaczego lekarze odradzają kąpiel w krajach tropikalnych w wodach innych niż morskie. Jak bumerang wracała też scena kąpieli w akwenie stojącym z filmu z Harrisonem Fordem “Sześć dni, siedem nocy” – kto widział, ten dobrze wie dlaczego. Na szczęście 10 minut od miejsca zakończenia tej rozrywki znajdował się przepiękny wodospad innej już rzeczki, w którego chłodnej, czyściutkiej wodzie wypluskaliśmy się z radością, zastanawiając się, częścią jakiego raju jesteśmy.

Taki wielki potwór sobie siedziałPod wieczór dało się niestety odczuć, że jesteśmy jedynymi gośćmi na tym odludziu, bo stada komarów i wstrętnych maleńkich muszek rzuciły się na nas z taką werwą, jakby nie jadły od tygodnia (i pewnie tak było…). Zabarykadowaliśmy się więc w namiocie imając się różnych sposobów na przetrwanie parnej nocy. Dość skuteczna okazała się metoda podpatrzona kiedyś u wiewiórek w Wielkim Kanionie Kolorado – należy całą powierzchnią ciała przywrzeć do jedynego chłodnego miejsca, w tym przypadku gołej podłogi namiotu, dla lepszego efektu dramatycznie rozczapierzając kończyny – desperatom polecamy! Oprócz muszek i moskitów w parku widzieliśmy także mrówkostrady (tak jest, czteropasmowe mrówkostrady, mrówkojadów niestety nie widzieliśmy, choć podobno są), niezliczone ptaszki małe i duże, chrząszcze wielkości tych małych, jaszczurki wszelakiego sortu, gekony etc.. Piękne i odludne jest to miejsce, jednak następnego popołudnia w obliczu hord muszek i śmierci głodowej (zostały nam jedynie płatki kukurydziane i jeden banan) zdecydowaliśmy się wrócić nad Morze Karaibskie, tym razem do Placencii.


Collectivo, czyli kolejna przygoda

7 Maj 2009

No i wsiedliśmy Po kilkunastu godzinach jazdy oraz kąpieli w niby-cenocie Blue Hole w Belize meldujemy się w Dangriga. Dziś zaliczyliśmy 5 różnych autobusów i jedną taksówkę, ale najbardziej godny uwagi był gwatemalski, lokalny mikrobus typu collectivo, który wiózł nas jakieś 60 km do granicy. Uwaga! Nasze mamy, babcie, ciocie i inne osoby dbające o nasze i naszych dzieci zdrowie: nie czytać dalej! Było tak: busik wielkości Nissana Vanette (ale chyba była to jakaś Toyota). Jak podjechał, to byliśmy  pewni, że się nie zmieścimy. Ale udało się! U nas taki bus dostałby rejestrację na 7 osób maksymalnie. W przypływie dobrej woli jakiejś miłej pani w okienku – może dostałby na 9. Ale wątpię, bo przeglądu technicznego by nie przeszedł. Tutaj były zamontowane 2 dodatkowe rzędy foteli, więc było praktycznie 15 miejsc siedzących. Fajnie, nie? 🙂 Ale to nie koniec. Uwaga! W środku jechało 24 osoby w tym my (słownie: dwadzieścia cztery). Bernaś jako najmniejszy siedział na przednim fotelu na kolanach dziarskiej Gwatemalki typu mamuśka i miał piękne widoki. My stłoczeni z tyłu jak śledzie (ale z uśmiechami na twarzy). Facet z obsługi (naganiacz i pomocnik kierowcy) niemal leżał na pasażerach w drugim rzędzie, a tyłek miał wystawiony przez okno. Plecaki wraz z innymi tobołami na dachu przywiązane sznurem typu cuma okrętowa (uświniły się od tej jazdy niemiłosiernie). Absolutny brak pasów bezpieczeństwa! Bernaś był tylko trzymany na kolanach (kobieta oczywiście nie zapięta). Droga w stylu naszych najmniejszych wiejskich dróg w połowie asfaltowa z dziurami od tirów, w połowie szutrowa – a raczej kamienista (Basia i Andrzej jechali tam autem, to mogą potwierdzić). Facet grzał jakieś 80 km/h na oko (dokładnego pomiaru nie wykonałem, bo nie miałem jak sięgnąć do GPS-a) wyprzedzając wszystko co się dało, trąbiąc i zwalniając tylko na hopkach. Bus był wyraźnie przeciążony, czułem jak mu tył chodzi na boki i zastanawiałem się kiedy strzeli guma, a my znajdziemy się w rowie. Kamienie leciały spod kół w górę ze wszystkich stron. Z głośników waliła skrzekliwa muzyka gwatemalska. Wszystkie okna otwarte (całe szczęście) – klimatyzacja naturalna i przy okazji sprzedaż biletów odbyła się właśnie przez okna – to był jedyny dostęp do pasażerów…

Tak to mniej więcej wyglądało, ale bardzo było fajnie (całe szczęście, że tylko godzinka). 😉


Tikal

6 Maj 2009

Wieczorna refleksja Po przedarciu sie przez granicę i ucieczce przed grypą typu A (tak się to teraz podobno nazywa i, jak się okazuje, nie jest to już takie groźne) wpadliśmy w łapy gwatemalczyków, a konkretnie agencji turystycznej dbającej o to, abyś – drogi turysto – był obsłużony dokładnie tak, jak to sobie agencja życzy. Własna inicjatywa nie jest tu mile widziana i na każdym kroku wmawiają ci, że to oni mają jedyny transport, że to jest jedyny tani hotel, a tylko ten bankomat jest dobry. 🙂 Rzeczywiście są pomocni, ale trochę nas denerwują. Na razie się spod ich opieki wyrwaliśmy zaszywając w maleńkim domku kempingowym nad samym jeziorem Petén Itzá, gdzie wypoczywamy tradycyjnie bycząc się i kąpiąc do woli (jezioro nawiasem mówiąc śliczne, choć bardzo podobne do naszych). Chcemy się dostać do Belize no i oczywiście tu z pomocą będzie przychodził jedyny transport jedynie słusznej agencji turystycznej. 🙂 Wczoraj siedząc w knajpie-sklepie i jedząc kurczaka z frytkami (Bernaś zachwycony) spotkaliśmy kupującą napoje wycieczkę z Piotrkowa Trybunalskiego, która jechała do Belize i zaoferowała się nas podrzucić. Niestety ich gwatemalski kierowca się nie zgodził (nie byliśmy zgłoszeni w biurze firmy). :-). Ogólnie rzecz biorąc jest zaskakująco, jak na Gwatemalę i jej famę, drogo. Butelka wody 1.5 litra kosztuje tu w sklepie 7 quetzali (czyli ok. 3zł). No ale może to jest kwestia regionu? Jesteśmy przecież tuż obok Tikal – jednego z większych miast majów i chyba najważniejszego zabytku Gwatemali – odwiedzanego co rok przez setki zagranicznych turystów (przy wejściu do Tikal woda jest po 12, czyli  5 zł). No ale to tak jakby narzekać, że woda niedaleko wejścia do Wieliczki jest droższa – kończymy więc narzekanie.

Drapacze chmur W samym Tikal byliśmy w sumie dwa dni. Nocowaliśmy na kempingu i wreszcie udało się użyć namiotu, który dźwigam. Pomysł był dobry, bo dzięki temu mogliśmy zobaczyć zachód słońca wśród ruin i być też na najwyższej piramidzie raniutko tuż po wschodzie słońca (o 6-tej rano) zanim nie zjechali się turyści i zanim nie usnęła przyroda. Spanie w namiocie praktycznie w środku dżungli dostarcza 2 wrażeń: po pierwsze jest gorąco i duszno (dopiero po północy zrobiło się znośnie), a po drugie jest głośno. Ilość zwierzaków, owadów i ptaszysk robiących hałas była niezliczona. Oprócz moskitów stresowały nas skorpiony, pająki i inne robactwo. Generalnie jak już w środku nocy zbudziłem się szturchnięty przez Beatę nasłuchującą czegoś większego i sapiącego spacerującego wyraźnie blisko za domkami na granicy dżungli (jakieś 100 metrów od nas) to ciężko było potem zasnąć. 🙂 Przygoda niezapomniana. No ale widocznie nie jeden turysta już tak spał i żyje, bo i nam nic nie było, pająk ani skorpion nie wlazł nam nad ranem do buta, jaguar pewnie był najedzony, bo się na nas nie połakomił, a moskity nie pożarły żywcem. Prawdę mówiąc niemal ich nie było. W Polsce jesienią na biwaku jeziornym są ich setki. Na razie więc twierdzę, że są przereklamowane, ale być może zmienię zdanie. Tutaj w El Remate śpimy w każdym razie pod moskitierami, które wczoraj zainstalowałem, więc żaden robal nic nam nie zrobi.

Jedna z wielu Wracając do Tikal. Piramidy w dżungli wyglądają pięknie – przede wszystkim są to wysokie drapacze chmur, jak tu sie je czasem określa w przewodnikach. Rzeczywiście robią wrażenie wystając nad korony drzew, a wejście na świątynię V wymaga sporego samozaparcia – stromo i diabelnie wysoko. Miasto jest bardzo rozległe, a sam park dobrze utrzymany i przygotowany. Tu Gwatemala pokazała się od dobrej strony. Podobnie kemping, sanitariaty, czy łazienki wewnątrz parku narodowego. Bez zarzutu. Widać zresztą, że wiele osób robi tak, jak my, bo nawet bilet wstępu kupiony po południu dział na następny dzień, a z samego rana kilkanaście osób zmierzało posłuchać głosów przyrody i popodziwiać piramidy bez tłumów. Co do głosów przyrody, to najlepsze oczywiście były wyjce, czyli małpy wydające z siebie odgłosy podobne do szczekania psów i ryku bawołów. Podobnie ryczy też jaguar, ale zorientowaliśmy się szybko, że nie trzeba uciekać, bo odgłos dochodził wyraźnie z góry, z koron drzew. Mimo to, jak się tak siedzi w samotności na ławeczce, a tu z góry coś zaczyna ryczeć, to rzeczywiście ciarki przechodzą.

Zwiedzieliśmy chyba wszystkie świątynie, wleźliśmy na wszystko na co się dało wejść. Widzieliśmy małpy, ptaki z żółtym ogonem (nie mam pojęcia jak się nazywają, ale ładne), zielone, wrzeszczące papugi, krokodyle w sadzawce oraz słyszeliśmy wyjce. Jaguar się nie pokazał. Może i dobrze. 🙂

Zapraszamy do galerii, gdzie pojawił się również filmik z nagraniem wyjców.