Lądowanie w Roswell

26 sierpnia 2009

Katastrofa w Roswell w 1947 (model) Po ciekawej wizycie w Carlsbad Caverns National Park (to już stan Nowy Meksyk) wylądowaliśmy w Roswell – spokojnie, bez przygód i awarii. Nie tak, jak ufoludki w 1947 roku, którzy się tu (podobno?) rozbili. Dokładnie to nie w Roswell, a na ranchu pewnego farmera kilkadziesiąt kilometrów na północny-zachód. Sprawa jest dość znana szczególnie tym, którzy interesują się tajemniczymi zjawiskami lub generalnie UFO (link tu i tu). Jak było naprawdę nie wie nikt, ale coś w tym wszystkim śmierdzi (siły powietrzne USA wszystko zbyt mocno tuszują i zaprzeczają) – stąd rozmaici znawcy i pasjonaci zdwoili działania, aby sprawę wyjaśnić. W Roswell zostało więc założone Międzynarodowe Muzeum UFO, gdzie można dowiedzieć się nie tylko o samym incydencie (z wszystkimi dostępnymi dokumentami, próbkami i opisami), ale również o wszelkich innych potencjalnych wizytach UFO na naszej planecie. Są zdjęcia latających spodków, znaków zrobionych na zbożu, relacje ludzi, który podobno byli przez obcych badani i  liczne wycinki prasowe oraz opisy. Generalnie jest się nad czym zastanawiać, bo wszystko to na raz mistyfikacją lub pomyłką być nie może. Coś więc w tym chyba jest.

Zdjęcie zrobione przez siły powietrzne USA (podobno pozowane) pokazujące że jednak to były szczątki balonu badawczego Co do samego incydentu z 1947 roku, to muzeum w bardzo obiektywny sposób podaje fakty, relacje, tajne dokumenty i raporty, które w sposób oczywisty pokazują, że rzeczywiście doszło do katastrofy statku kosmicznego i do odnalezienia martwych szczątków kosmitów, a armia Stanów Zjednoczonych wszystko zatuszowała. Pokazane jest też z drugiej strony możliwe wytłumaczenie wszystkiego jako zbieg okoliczności i awaria jednego z bardzo tajnych, eksperymentalnych urządzeń wojskowych (projekt Mogul) działających jak bardzo czułe odbiorniki wykrywające radzieckie testy atomowe – o postaci sporych pociągów balonowych zrobionych z lekkiego tworzywa. Każdy może sobie więc to ocenić samemu. Nawet potencjalne ciała ufoludków (widziane przez kilka osób) mogłyby być testowymi manekinami używanymi przez armię. To, że były małe (wzrost raczej dziecięcy) nie jest wyjaśnione. Tak więc teoretycznie jest możliwe, że doszło do katastrofy latającego spodka, a armia Stanów Zjednoczonych jest w posiadaniu tajnej technologii oraz ciał przybyszów z gwiazd. 😉 Wiele osób w to wierzy, a też i wiele filmów (na przykład Independence Day, kto oglądał ten wie, o której scenie mówię) zawiera odniesienia do tego przypuszczenia. No cóż – są rzeczy na niebie i Ziemi, które nie śniły się filozofom, prawda?

Głos sceptyka: Na pewno prawda, ale akurat nie w Roswell. Muzeum składa się głównie z wycinków prasowych, fragmentów raportu rządu amerykańskiego z lat dziewięćdziesiątych, zdjęć być może robiących wrażenie 50 lat temu, ale nie dzisiaj, w epoce Photoshopa. Całe muzeum zresztą sprawia wrażenie, jakby je ktoś zrobił kilkadziesiąt lat temu i nie dotknął od tej pory. Plakaty z filmów: “Z Archwium X” i paru innych o podobnej tematyce, oraz sugestywny model potencjalnego kosmity ofiarowany przez reżysera filmu “Roswell” wizerunku nie poprawia i zielone giętkie ufoludki w sklepie z pamiątkami też nie. Jedynym naprawdę ciekawym eksponatem są zeznania świadków, których jednak wiarygodność bardzo trudno ocenić w trakcie wizyty. Tak więc jeśli tam ktoś w środku zimnej wojny usiłował coś ukryć, to raczej nie kosmitów. Beata

Ciekawe co sądzą o tym nasi czytelnicy? Napiszcie.


Texas i nasi

23 sierpnia 2009

Kapitol w Austin Jak wiadomo każdy stan w Stanach Zjednoczonych jest inny, a Teksas – o powierzchni większej niż Francja – wyjątkiem nie jest. Tym bardziej, że niegdyś był niepodległym państwem (nadal we fladze ma pojedynczą gwiazdę – symbol niezależności). To kraj pokryty preriami, pagórkami, polami naftowymi oraz spokojnymi miasteczkami pełnymi Teksańczyków robiących ulubione steki z barbeque i popijających zimne piwo Lone Star. Wszyscy szczycą się, że są właśnie stąd (cała reszta USA jest mniej ważna). Kapitol, siedziba rządu Teksasu w Austin, jest większy niż (podobny wizualnie) Kapitol w Waszyngtonie (generalnie jest największy w USA i parę innych rzeczy w Teksasie też jest największe). Na wschodzie grasują aligatory (znów jednego widzieliśmy), a na zachodzie królują kowboje i rodea (oraz Meksykanie próbujący przemknąć przez granicę). Każdy ma pickupa, bo czymś trzeba przewieźć skrzynkę (czyli tutaj: karton) piwa, a niektórzy jeszcze do tego spluwę (aby im jakiś obcy nie wchodził w prywatę).

Cestohowa - Texas A w tym wszystkim przechował się kawałek naszej ojczyzny (przy okazji Piotrowi serdecznie dziękujemy za wskazanie drogi i linki). I to taki tradycyjny kawałek. W roku 1854 ksiądz Leopold Moczygęba z Płużnicy Wielkiej (niedaleko Strzelec Opolskich) przywiózł do Teksasu kilkuset osadników. Założone wówczas zostały typowo polskie wioski istniejące do dziś: Panna Maria, Cestohowa oraz Pawelekville. Zresztą Panna Maria to podobno najstarsza polska osada w USA, gdzie znajduje sie też kościół z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej (a jakże!). W sąsiedniej Cestohowie również śliczny kościółek z witrażami podpisanymi polskimi nazwiskami. Na chodniku prowadzącym do kościoła mnóstwo cegiełek fundatorów z nazwiskami: Moczygeba, Kolodziejcyk, Watrobka, Sekula, Pawelek. W Panna Maria muzeum i sklepik z pamiątkami: koszulki, czapeczki oraz dżem produkcji lokalnej (wg tradycyjnego, polskiego przepisu). Niestety sklep był już zamknięty (a szkoda, bo Beata zrobiłaby kącik łasucha na temat śląskiego dżemu z Teksasu :-)), ale kustosz muzeum był tak uprzejmy, że tuż przed zamknięciem oprowadził nas jeszcze opowiadając to i owo o eksponatach (stare kufry osadników, listy, zdjęcia i tabliczki do nauki języka polskiego). Dla ułatwienia dodam, że rozmawiał po angielsku. 🙂 – nie mówił bowiem w naszej ojczystej mowie i również nie za bardzo wiedział co oznacza jego typowo polskie nazwisko – nazwa małego ptaszka. Beata dokonała oświecenia – ku jego (kustosza, nie ptaszka) uciesze. Miło jednak, że mimo braku znajomości języka polskie tradycje stara się podtrzymywać, a malutkie muzeum to wyraźnie jego pasja. Fajnie tez było jest zobaczyć ojczyźniane pamiątki i wyroby oraz poczytać o historii osadników – łatwego życia tu jak się zapewne domyślacie nie mieli. Cóż, zapraszamy do galerii – sami zobaczcie.


Fly me to the Moon, czyli dzieci w wirówce

14 sierpnia 2009

Wirówka 4G a w środku nasze dzieci Rodziców wszelakich – czytelników naszych relacji – informujemy, że dzieci sztuk dwie wsadzone do wirówki przeciążeniowej dającej przyspieszenie 4G funkcjonują po wyjściu bez zmian. Wszystkie funkcje życiowe w normie. Nie ustępują nawet różnego rodzaju efekty uboczne funkcjonowania, czyli bycie niegrzecznym, nie słuchanie się rodziców, marudzenie oraz niechęć do nauki czytania. 😉 Może trzeba było ich rozkręcić do 16G, bo na takich wirówkach ćwiczą tutaj prawdziwi astronauci? A już myślałem, że wystarczy poczwórny ciężar, aby odsiać złe myśli od dobrych (przypomnę, że przy przyspieszeniu 4G przykładowy Bernaś ważący normalnie 25 kg “urósł” nagle do 100 kg). Może złe myśli nie mają ciężaru i nie podlegają prawu ciążenia? Ciekawe, czy Newton też miał takie dylematy. No, ale dość tych (ponurych?) żarcików i czas wyjaśnić o co w tym wszystkim chodzi.

Stanowisko startowe a na nim gotowy prom kosmiczny Otóż będąc na Florydzie, nie mogliśmy nie pojechać do centrum lotów kosmicznych Kennedy Space Center na przylądku Canaveral (Floryda, USA) – ja szczególnie wszystkich 4B tam ciągnąłem jako fan kosmosu, kosmonautyki, astronomii, literatury S-F i Gwiezdnych Wojen. Centrum im. prezydenta Kennedy’ego (w części udostępnionej dla zwiedzających) to wielkie interaktywne “muzeum” (lub jak kto woli edukacyjny park rozrywki) prowadzone przez NASA, a poświęcone amerykańskiemu programowi lotów kosmicznych. I w zasadzie będące uhonorowaniem ich osiągnięć w tej dziedzinie. Wszystko podane jest oczywiście w nad wyraz profesjonalny sposób. Są tam różnorakie wystawy, pokazy, puszczane są filmy (w tym dwa trójwymiarowe w wielkim IMAXIE), można na własne oczy zobaczyć olbrzymią rakietę Saturn V (używaną w latach 60 i 70 ubiegłego stulecia do podróży na księżyc) lub stanowisko startowe wahadłowców (foto wyżej) i ich olbrzymi garaż (jeden z największych pod względem objętości budynków świata), wsiąść samodzielnie do rakiety lub pomachać robotowi kosmicznemu. Można wreszcie dać się wystrzelić razem z promem kosmicznym (Shuttle Launch Experience) lub rozpędzić w wirówce. Można też jadąc autobusem wycieczkowym przez ogrodzony teren centrum (już poza muzeum) zobaczyć aligatora, gniazdo orłów, czy też mnóstwo ptaków – teren jest bowiem olbrzym, a w dużej części wyludniony (wszystko za płotem, ruch mały, a odległości między instalacjami duże – przyroda ma więc gdzie rozwijać skrzydła). Na koniec oczywiście można jeszcze kupić sobie pamiątkę lub dwie (kostium kosmonauty dla dzieciaka, koszulkę, czapeczkę, Monopoly kosmiczne, modele rakiet lub kuchenne rękawice imitujące rękawice kombinezonu próżniowego). Słowem: świetna zabawa dla całej rodziny! My w sumie spędziliśmy tam prawie półtora dnia (bilety są dwudniowe).

Rakieta Alana Shepparda czyli duży fajerwerk z człowiekiem na czubku Zadziwiające jest to, w jak bardzo ciekawy sposób Amerykanie potrafią chwalić się swoimi osiągnięciami. W końcu od programu Apollo minęło już 40 lat, a tu dalej jednym z ważniejszych tematów są właśnie szczegóły tego programu i odwaga ludzi biorących w nim udział. Ta odwaga, bohaterskość i pęd ku nieznanemu są podkreślane na każdym kroku. Czytelnik zapyta, czy to nie przesada? Czy nie przechwalają się po prostu i nie odgrzewają tzw “starych kotletów”? Moja odpowie3dź: nie! Nie da się tego ogarnąć, jeśli nie zobaczy się na własne oczy repliki rakiety, którą Alan Sheppard (pierwszy Amerykanin w kosmosie) dał się wystrzelić na orbitę. Dał się wystrzelić jest tutaj odpowiednim sformułowaniem. Z zewnątrz wygląda to bowiem jak w sumie dość niewielki (kilkanaście metrów wysokości) cylinder zrobiony z nitowanej blachy pochodzącej jakby żywcem ze statku wycieczkowego z filmu Rejs (foto obok). Podobny byle jaki materiał, podobne nity, podobna ponad 50–letnia technologia. Toporna, prosta i skuteczna. Na czubeczku bardzo malutka kabinka, gdzie można tylko leżeć na plecach, a pod plecami kilkunastometrowy słup materiału wybuchowego i dysza wylotowa. Taki spory (bardzo spory) chiński fajerwerk, tyle że z człowiekiem na końcu. I ten człowiek dał się wystrzelić (dosłownie!) na ponad 200 kilometrów ponad powierzchnię Ziemi. Równie dobrze mógł w połowie lotu zostać rozsadzony na kawałki jak wiele próbnych rakiet, które pokazywano nam na filmach. A jednak wsiadł do rakiety, zacisnął zęby i bez praktycznie żadnych zabezpieczeń, czy planów awaryjnych (miejsce było tylko na aparat tlenowy i spadochron) postawił pierwszy amerykański krok w przestrzeni (goniąc zawzięcie Juriego Gagarina). Został bohaterem narodowym i jego imię jest tu nadal wysławiane.

Silniki rakiety Saturn V Podobnie program Apollo i loty na księżyc – jak do teraz największe wg mnie osiągnięcie USA w dziedzinie wszelakich podbojów. Trzeba zobaczyć rakietę Saturn V, jej całą konstrukcję oraz skomplikowany proces pozwalający wielkiej rakiecie podzielić się na kawałki i dokładnie zgodnie z wymyślonym programem lotu dostać się na Księżyc, wystartować i wrócić. Z olbrzymiej rakiety na Ziemię wraca tylko malutka kapsuła wielkości sporego samochodu. Reszta jest niejako zużywana na potrzeby różnych procesów po drodze. Serdecznie polecam Kennedy Space Center wszystkim, którzy będą mieli okazję być na Florydzie. Nie tylko z dziećmi. Tego nie da się zobaczyć nigdzie indziej na świecie, a przeżycie naprawdę otwiera horyzonty (a wcześniej proszę jeszcze rzucić okiem na Apollo 13 i Kosmiczni kowboje). Aż żal, że ze względów politycznych, czy też finansowych program lotów kosmicznych rozwija się teraz dużo wolniej, niż w latach sześćdziesiątych ubiegłego stulecia. Są inne potrzeby społeczne – to jasne – ale mimo to szkoda. Moglibyśmy już być na Marsie, a nie teraz zastanawiać się jak wrócić na Księżyc. Technika i sposoby użyte do tego, aby dostać się tam i wrócić na Ziemię nie są aż tak wymyślne (przynajmniej na obecne czasy). Tylko patrząc na cały proces można zrozumieć, jak dużo pomysłowości musieli wykazać konstruktorzy. Niestety od 1972 roku nikt z Ziemian nie był na Księżycu, bo program został zawieszony. Szkoda. 😦 Obecnie NASA planuje właśnie powrót na Księżyc (celem przypomnienia sobie, jak to jest na obcym gruncie), a potem lot załogowy na Marsa. To będzie coś. Cała misja będzie musiała trwać około 2 i pół roku – to aż tak daleko! Mam nadzieję, że dożyjemy tej chwili i będziemy mogli śledzić przebieg wyprawy. Tym razem przez szerokopasmowy Internet, telewizję High Definition oraz inne wirtualne gadżety, które do tego czasu będą wymyślone.


Nieustające komary oraz kubańskie cygara

13 sierpnia 2009

EvergladesPierwsze, co zrobiliśmy po przyjeździe USA, to wizyta w parku narodowym Everglades. W końcu lądowaliśmy w Miami, a jesteśmy już wprawionymi turystami przyrodniczymi. Zawsze myślałem, że  Everglades to pełne bagien lasy zamieszkałe głównie przez aligatory. A tu sie okazuje, że jest to wielka rzeka słodkiej wody, rozpoczynająca się prawie w połowie Florydy i mająca kilkadziesiąt kilometrów szerokości. Ta powolna, płytka rzeka przepływa przez tereny trawiaste tworząc tak naprawdę wielką łąkę zalaną słodką wodą. Wodą, która nieustannie i powoli porusza się w stronę morza. Nawet na zdjęciu satelitarnym południowej części Florydy można zobaczyć nurt tej rzeki. Proponuję poeksperymentować z Google Maps, Google Earth lub Bing Maps (zdjęcie obok pochodzi właśnie z tego ostatniego). W naturze wygląda to bardzo ładnie, żyją tam żółwie (widzieliśmy!), aligatory (też widzieliśmy!) oraz całe mnóstwo ptaków. Teren jest olbrzymi i oczywiście najlepsze widoki i kontakt z naturą jest w czasie wędrówki pieszej lub łodzią w głąb parku (jest sporo miejsc campingowych na mapie). Jest tylko jedno ale. Komary! Cholerne komary! Zaatakowały nas już pierwszego wieczoru (spaliśmy wtedy blisko granicy parku) i nie odpuszczały do końca. Gryzą szybko i zdradliwie. Niby samo ukucie nie boli tak jak od polskiego komara jeziornego, ale bąbel swędzi potem krótko i piekielnie. Po chwili widać też sporą banię na skórze, bo zdaje się, że reakcja obronna organizmu jest poważna (nie znam się na tym, ale tak mówi Beata). Tak więc na drugi dzień po zwiedzeniu parku i zrobieniu wielu zdjęć zwialiśmy na Florida Keys (wysepki na samym południowym czubeczku Florydy) zażyć nieco słońca i piasku.

Tu trzeba przyznać, że lekko się rozczarowałem. Jest to dość turystyczne miejsce, ale przede wszystkim zupełnie inne niż sobie wyobrażałem. Może po pobycie na Cayes w Belize i Hondurasie miałem nieco zmienioną optykę? W każdym razie górne Keys (te bliżej stałego lądu), to nie są małe wysepki połączone mostem. W zasadzie przez wiele kilometrów prawie się nie czuje, że to wyspy. Wszystko (jak to w USA) jest wielkie, a mapa jak zwykle daje złudny obraz sytuacji. W każdym razie wysepkowo zrobiło się dopiero bliżej końca Keys i tam też zanocowaliśmy na małym Fiesta Key, który w całości zajęty był przez ośrodek campingowy. Przy wyborze opcji: kąpiel w morzu (słonym i pełnym motorówek) lub w basenie (pełnym dzieci) – nasza gromadka wybrała basen. Tak, tak później sie nasi czytelnicy dziwią skąd takie opóźnienia w postach i zdjęciach. Cóż 4B też muszą czasem pomoczyć się w wodzie. 😉

Grafitti kubańskie Wracając z Keys wstąpiliśmy za namową Gabi (oraz Lonely Planet) do kubańskiej dzielnicy Miami – Little Havana. Pierwsza obserwacja była taka, że z hiszpańskim jeszcze się nie żegnamy. Główna ulica nazywa się Calle Ocho i nie chce inaczej (ulica ósma, lub po prostu Eight Street). Miami ma bardzo dużą mniejszość (czy też większość) hiszpańsko-języczną i gdy sprzedawca na stacji benzynowej pod Miami przyznał się do honduraskich korzeni opowiadając, że Polska ma niezłych piłkarzy (Lato i Boniek przewijali się przez ostatnie miesiące w rozmowach – i tutaj dokładnie tak samo), uśmiech od razu pojawił się na nam na twarzach. Niestety akurat była niedziela po południu i Little Havana wyglądała na lekko wymarłą – chyba dopiero wieczorem coś się zaczyna dziać. Mieliśmy więc pecha. Druga obserwacja była taka, że nie da się ukryć: po ponad 3 miesiącach spędzonych w różnych miastach Ameryki Łacińskiej dzielnica kubańska w wydaniu amerykańskim wygląda … bardziej amerykańsko, niż hiszpańsko. Ulice są szerokie, samochody amerykańskie, a sklepy tylko udają zostawioną gdzieś ojczyznę. Miło jednak zobaczyć, jak bardzo kubańczycy trzymają się swoich tradycji i jak próbują na tym budować biznes. Ilość restauracji z jedzeniem kubańskim, sklepów z pamiątkami i fabryk cygar (koniecznie hand-rolled) była bowiem spora, a malutki park (udający Parque Central) pełen gwaru.

Zapraszamy do galerii


American road trip

10 sierpnia 2009

No i dotarliśmy. Po pierwsze zakończyliśmy dwa duże etapy naszej podróży, czyli Amerykę Środkową i Południową (zapraszamy do przerobionych galerii). Po drugie zaczynamy kraje anglojęzyczne, a kończymy z hiszpańskim (po ponad 3 miesiącach trochę już łapiemy). Po trzecie zaczynamy road trip przez USA, czyli jedziemy z Florydy do Kalifornii. Wypożyczamy znowu auto – tam razem na prawie dwa miesiące – i z podróżników autobusowo-plecakowych zmieniamy się w z rodzinę samochodowo-campingową. Chcemy bowiem zaliczyć sporo parków narodowych w Stanach – a nie ma to jak spanie w namiocie pod gwiazdami w odludnym miejscu Dzikiego Zachodu!

Siedziba legendarnego sprzedawcy używanych aut Co do samochodu, to jednak wypożyczamy. Pierwszy pomysł polegał na zakupie auta na Florydzie i sprzedaniu w Kalifornii lub nawet wysłaniu go do Polski. Jednak po pierwsze dolar już mniej korzystny, a po drugie biurokracja amerykańska okazała się mało sprzyjająca takim jak my. Można oczywiście auto kupić nawet nie mając adresu zamieszkania w USA (to tacy, jak my), choć jest z tym trochę zachodu (rejestracja, dowód własności itp). Trudniej jednak sprzedać – szczególnie w takich czasach. Trzeba też pokonać kultową postać amerykańską – sprzedawcę używanych aut. Podobno to wyzwanie samo w sobie! Trudniej też ubezpieczyć się (w USA obowiązkowe ubezpieczenie typu OC dotyczy kierowcy, a nie samochodu), choć można to zrobić podając adres znajomych. Tyle, że według przeliczników tabelarycznych ląduje się wówczas razem z największymi przestępcami drogowymi Ameryki – firma ubezpieczeniowa nie ma bowiem jak zbadać naszego statusu dobrego kierowcy. Dodatkowo proces kupowania i rejestrowania auta trwałby kilka dni, a potem trzeba by zarezerwować co najmniej tydzień na sprzedaż. Uznaliśmy więc, że gra nie warta świeczki i wypożyczamy. Finansowo pewnie wyjdzie na to samo, a czas mamy dla siebie.

Wyszukiwanie najkorzystniejszej oferty przy tak długim okresie oraz przy przejeździe z jednego wybrzeża na drugie to zabawa warta kilku dni spędzonych przy komputerze. Ja swoje rozeznanie i pierwszą rezerwację w Budget robiłem już kilka miesięcy przed wyjazdem z kraju, ale nie zaprzestałem szukania czegoś lepszego nawet w trakcie podróży.

Nasz dom przez najbliższe 2 miesiaceKorzystałem z portali typu Orbitz do grupowego przeglądania ofert, a potem zawsze szedłem bezpośrednio na stronę konkretnej firmy. Służę informacją, że (sztuczka 1) mniejsze wypożyczalnie w takiej sytuacji nie mają szans! Zupełnie inaczej niż w Europie, czy Ameryce Środkowej, gdzie małe, lokalne wypożyczalnie są zwykle tańsze od sieciowych. W USA jest również sporo tańszych firm, łącznie z takimi, które wypożyczają auta …hmm…  bardzo używane, ale przy naszej opcji oddania samochodu w innym miejscu najtańszy okazał się (o dziwo!) Hertz (i jeszcze miał tańsze ubezpieczenie przy dłuższym wynajmie). Dodatkowo (sztuczka 2) skorzystałem ze zniżkowych kodów zakupionych na eBay i udało się obniżyć taryfę o kolejne kilkaset dolarów. Wiem, brzmi to egzotycznie, ale gość, z którym korespondowałem wyraźnie zna się na rzeczy i potrafi obniżyć cenę wynajmu. Serdecznie polecam dla wypożyczających auta w USA. Kody zadziałały jak złoto. Po trzecie (sztuczka 3) pożyczałem poza lotniskiem! To bardzo ważna podpowiedź, bo wypożyczalnie lotniskowe doliczają opłaty lotniskowe, a przy tak długim wynajmie sumuje się to do konkretnej wartości. Wystarczyło podjechać pociągiem podmiejskim z lotniska do centrum Miami, aby obniżyć wynajem o kilkaset dolarów! Ja wybrałem nawet jeszcze dalszą wypożyczalnię, bo musieliśmy i tak odebrać paczki od Ewy. Co do rodzaju auta to standard. Żadne SUV z napędem na 4 koła! Szkoda pieniędzy, bo w USA i tak wszędzie da się podjechać po asfaltowej drodze, a po kompletnych bezdrożach i tak wypożyczalnie nie pozwalają jeździć. Skupiłem się na autach osobowych i zamówiłem kategorię compact, czyli “Ford Focus or similar”. W efekcie, dzięki bardzo uprzejmemu kierownikowi Hertza w Delray Beach (Thank you Franz!) otrzymałem roczną Hondę Accord, którą właśnie rozpoczynamy naszą przygodę.

Dla chcących pożyczyć na dłużej RV, czyli po naszemu dom na kółkach, camper lub wohnmobil (bardzo popularny tu środek lokomocji), ważna będzie informacja, że najtańszy sposób to przywieźć promem swój pojazd z Europy na wschodnie wybrzeże USA (koszt nieco ponad 1000 USD) i korzystać z europejskiego ubezpieczenia. Wynajem w USA (przy dłuższych okresach) jest bowiem dość drogi. W Peru spotkaliśmy francuską rodzinę, która jeździła wielkim, topornym Renault na francuskich numerach. Zamierzają objechać cały świat w ciągu trzech lat. Wszystko w swoim camperze przewiezionym promem z Francji do Buenos Aires! Obok nas w tej też chwili stoi duży, niemiecki wohnmobil z Düsseldorfu. Tak więc w ten sposób też można!

Ewa pomogła nam bardzo – gromadziła wszystkie przesyłki zamawiane wcześniej ze sklepów internetowych, eBay lub z Polski. Wszystko dotarło na czas i czekało grzecznie. Jak to miło uzupełnić sprzęt i dostać tak zwaną świeżą prasę z ojczyzny! 🙂 Bardzo Ewie dziękujemy – również Tomkowi, Gabi, Ciuncie, Wioli, no i oczywiście mojej wspaniałej mamie, która robiła jeszcze ostatnie sprawunki (Isia dorwała się do polskich książek i cały czas czyta)!

Planowany road trip przez USATeraz przed nami kilkanaście stanów, 56 dni i około 10 tysięcy km do przejechania! Obok wstępnie i zgrubnie planowana trasa. Podkreślam, że planowana, bo jak to w takiej podróży wszystko może się zmienić. A trasa w szczególności! Może też i wy coś nam zasugerujecie, bo w końcu mamy trochę czytelników znających USA! Planujemy generalnie przejazd południem Stanów na południowy-zachód i tam buszowanie po okolicach i po parkach narodowych. Zaczęliśmy od Florydy – Miami, park Everglades, plaże i przylądek Canaveral (relacje i zdjęcia już wkrótce), potem będzie południe Stanów z Nowym Orleanem, raczej szybki przejazd przez Texas, Nowy Meksyk oraz Roswell i może wizyta w muzeum UFO, potem pustynie i klimaty Dzikiego Zachodu, podobnie Arizona (rezerwaty Indian koniecznie), powrót przez Nowy Meksyk (przez Santa Fe) bardziej na północ przez Góry Skaliste do Mesa Verde i Arches. Pierwotna wersja zakładała 1000 km (jedynie 🙂 ) skok na północ do Grand Teton i parku Yellowstone, ale prawdopodobnie zostaniemy na południu, a te dwa piękne parki odwiedzimy kolejnym razem. Później planujemy jeszcze Grand Canyon, Death Valley, Sequoia National Park i na koniec Kalifornię, czyli Yosemite National Park, San Francisco, Joshua Tree National Park i może na deser San Diego. Wylatujemy dalej drugiego października z Los Angeles!


Szesnaście tysięcy stóp i kondory pod nami

31 lipca 2009

Płaskowyż Patapampa Oficjalnie pobiłem rekord wysokości, na której byłem (lot hermetycznym samolotem się nie liczy). Isia też. Jadąc bowiem do kanionu Colca (jako kolejni Polacy), prawie najgłębszego kanionu świata (głębszy jest tylko sąsiedni, jeszcze bardziej niedostępny kanion Cotahausi), trzeba pokonać autobusem przełęcz Patapampa położoną na wysokości 4910 m (czyli ciut więcej niż tytułowe szesnaście tysięcy stóp). Jak tam jest, spytacie? Jest zimno, sucho, cicho i pięknie. No i ciut brak tchu. Tym bardziej, że zimne powietrze wdziera się przez okna autobusu. Najpierw jest długi płaskowyż, potem przełęcz, dziwne kupki kamieni, jak wieżyczki na plaży, kilka kamiennych, okrągłych domków, przystanek autobusowy (tradycyjnie ktoś wysiadł, ktoś wsiadł) i cisza. Trzeba przyznać, że położone na dużych wysokościach płaskowyże w Peru mają w sobie coś ze spokoju i pustki dalekich północnych tundr. Tylko, że jest tu jednak cieplej. Lecąc z Europy na zachodnie wybrzeże USA trasa wypada właśnie przez bezkresne przestrzenie północnej Kanady – spoglądając w dół z okna samolotu człowiek się zastanawia, jak wiele pustego miejsca jest jeszcze na naszej planecie. Płaskowyże na południu Peru wyglądają równie pusto i dziko. Tylko jest w sumie cieplej. Aż chce się wysiąść z autobusu byle gdzie i pójść przed siebie w stronę majaczących na horyzoncie gór. Na razie jednak powstrzymując wszelkie pokusy odznaczyliśmy w czarnym zeszyciku rekord wysokości ryjąc pięć kresek (piąta ciut-ciut krótsza) i pojechaliśmy dalej.

Droga w dół kanionu Colca oraz oaza Sangalle Po pokonaniu płaskowyżu i przełęczy zjechaliśmy do położonego tuż nad górną krawędzią kanionu miasteczka Chivay. Tam skorzystaliśmy ze słynnych chivajskich basenów z gorącymi źródłami. Nic nie pobije widoku lekko ośnieżonych gór dookoła, gdy siedzisz w gorącej wodzie (temperatura 39 stopni) w odkrytym basenie z buteleczką zimnego piwka w ręku! Rano czekał na nas autobus do Cabanaconde (wioska nad samą krawędzią i jednocześnie start wszystkich szlaków) oraz sam kanion – i już nie było nam tak wesoło. Oj, nie! Aby zdążyć z naszą metodą sztafetową (Beata została z młodym w Arequipie) musieliśmy z Isią zejść na dół i wejść tego samego dnia (unikając tym samym wstawania o trzeciej nad ranem, aby zdążyć na pierwszy autobus powrotny). Schodziliśmy ciut ponad 2h (ale wcześniej pogubiliśmy drogę za wioską i zmarnowaliśmy godzinę łażąc wzdłuż kanionu po inkaskich tarasach, wypatrując ścieżki na dół i omijając liczne kupy mułów oraz ostre kaktusy). Od razu muszę też zdementować opublikowaną w Wikipedii informację, że “dno kanionu przypomina krajobraz księżycowy, pokryty głazami i pozbawiony jakiejkolwiek roślinności”. W całym kanionie widać roślinność, jest mnóstwo kaktusów i suchych traw, a na samym dole płynie wesoła rzeka i widać drzewa. W miejscu, do którego szliśmy jest nawet oaza (zakole rzeki utworzyło tam spory, płaski teren – zdjęcie obok), w której rosną palmy, kaktusy, przystrzyżona trawka, a sponiewierani turyści siedzą w ślicznych basenach. Posiedzieliśmy i my, a potem rozpoczęliśmy wychodzenie. Oj! Było ciężko! Oj, oj! Tysiąc dwieście metrów różnicy wysokości najpierw w dół, a potem w górę – to nie przelewki. Zajęło nam to 4h, czyli wynik zgodny z górną granicą informacji uzyskanej u gospodarza. Pod koniec było już ciemno i szliśmy z latarkami. Świecił nam księżyc, Krzyż Południa oraz liczne bliżej nam nie znane gwiazdozbiory.

Kondory pod namiZadanie wykonaliśmy, zdjęć zrobiliśmy sporo (gdy tylko obrobimy, będzie ładna galeryjka), a dziś rano jeszcze po drodze do “domu” zatrzymaliśmy się na trochę przy krzyżu kondorów (Cruz del Condor) – punkcie widokowym w wyższej partii kanionu, gdzie codziennie można oglądać szybujące kondory wielkie. Miejsce jest specjalnie dobrane, bo na ścianie kanionu poniżej punktu widokowego (z kamiennym krzyżem – a jakże) są gniazda tych ogromnych ptaków. Obserwacja jest więc praktycznie murowana. Zresztą zauważyliśmy, że kondory są już przyzwyczajone do widoku ludzi, przelatują dość blisko, przysiadają na skale kilkanaście metrów od tłumu i pozują jak piłkarze na boisku przed fotoreporterami (wygląda to podobnie, tylko sprzęt fotograficzny nieco mniej profesjonalny). Latają głównie w kanionie, a więc pod nami – stąd tytuł. Wyglądają naprawdę majestatycznie – szybują praktycznie bez ruchu w czystym, rozgrzanym powietrzu – czasem po kilka naraz (najwięcej widzieliśmy 8 jednocześnie). Widok niezapomniany!