Bariera pokonana

10 grudnia 2009

Wielka Rafa Koralowa, olbrzymia formacja raf i wysp ciągnąca się na ponad 2600 km. Widoczna z kosmosu, na wszystkich mapach oraz we wszystkich podręcznikach geografii. Dla mnie zawsze była to fascynująca rzecz. Jak to tak naprawdę wygląda? Czy wystaje z wody, jak jakiś mur chiński? Na mapie oznaczona jest takimi falkami, czy też łuczkami. Czy te łuczki to równiutkie bariery, jak ze stali? A może jaskinie jakiś gigantycznych, podmorskich węży? Może ta rafa, to tylko taka morska fatamorgana (lub Chata Morgana) zaznaczona na mapie dla kawału? Będąc tu w Cairns (północ stanu Queensland) nie mogliśmy przepuścić okazji, aby przekonać się, jak ona naprawdę wygląda.

Zakazów jak widać dużo Przemysł nurkowy w Cairns jest zorganizowany inaczej, niż w dotychczas odwiedzanych przez nas miejscach. Ponieważ oboje nurkujemy i jednocześnie musimy mieć na oku dzieciaki, szukaliśmy firmy oferującej pakiety nurkowe, które moglibyśmy wykorzystać sumarycznie na zmianę. Okazało się, że nie da się zrobić nurkowań bez wykupienia wycieczki na rafę (która tutaj oddalona jest od lądu o półtorej godziny szybką motorówką). Większy pakiet jest zaś możliwy tylko przy opcji “mieszkaj na łodzi”, która z przyczyn czysto finansowych jest poza naszym zasięgiem. Gdyby tak udało się jednak (eh, marzenie!) popłynąć kupą na wycieczkę i gdybyśmy mogli zrobić 2 nurkowania razem, a w tym czasie dzieciaki mogłyby snorklować (“rurkować”, czyli nurkować z maską) pod czujnym okiem ratowników? Choć oboje mamy na koncie już kilkadziesiąt nurków to praktycznie nigdy jeszcze nie udało nam się robić tego (znaczy się, nurkować :-)) razem.

24-metrowy aluminiowy katamaran Tusa T5W biurze turystycznym udało nam się znaleźć firmę, która ma łagodne zasady i jest przyjazna rodzinom. Powiedziano nam, że można będzie zrobić tak, jak chcemy – nawet wymogliśmy telefon z pytaniem, czy aby na pewno. Uradowani wpłaciliśmy zaliczkę i rano stawiliśmy się w porcie. Katamaran z 60 turystami i 10 osobami załogi ruszył z portu punktualnie o 8 rano. Po drodze odbyliśmy szkolenie z zasad bezpieczeństwa (idiotoodporne kamizelki ratunkowe), briefing nurkowy (w tym mapka rafy) oraz dopasowaliśmy sprzęt dla siebie i dzieci – w tym seksowne kombinezony antymeduzowe od stóp do głów (meduzy typu Stinger są bowiem plagą wybrzeży Australii w lecie i niestety ich oparzenie może być śmiertelne w skutkach). Gdy już byliśmy już ubrani w niebieskie wdzianka i prawie gotowi do wejścia do wody okazało się, że jest problem. Jedno z nas musi bowiem zostać na pokładzie z dziećmi, bo firma nie może wziąć odpowiedzialności za dwójkę brykających w otwartym oceanie dzieciaków (w tym jedno młodsze słabo mówiące po angielsku). No niby ich rozumiemy i samy na ich miejscu byśmy się nie zgodzili (prawdę mówiąc zdziwiliśmy się wcześniej, że to potencjalnie możliwe – taka dla nas darmowa opieka nad dziećmi :-)), ale z drugiej strony czemu sprzedali nam taki pakiet (robiąc jeszcze zniżkę – trzecie nurkowanie w cenie dwóch). Jak sobie to w takim razie praktycznie wyobrażacie, że dzieci snorklują, a my nurkujemy 3 razy każde z nas na zmianę? – pytamy szefową pokładu.

Sprzęt przygotowanyTrzeba wchodzić do wody, więc ustalamy instruktorem nurkowym, że najpierw ja, a potem Beata. Za nurkowania nam zwrócą. W ten sposób nie mam jednak pary, a jesteśmy już po briefingu i ustaleniu kto z kim wchodzi (nurkuje się zawsze parami dla bezpieczeństwa). Przydzielają mi zestresowaną Monikę, która nie nurkowała od 2 lat i miała płynąć z divemasterem. Sprawdzamy nawzajem sprzęt, a tymczasem Beata drąży skałę i proponuje, abym tylko ja nurkował cały dzień, a oni jutro powinni zafundować jej całą osobną wycieczkę. Rozmawiamy więc jeszcze raz razem z szefową pokładu. W końcu to oni nas źle poinformowali, no nie? Ona jednak nie może zdecydować sama. Dzwoni na brzeg do centrali. Pierwsza grupa nurków wchodzi do wody. Centrala się nie zgadza. Szefowa szuka kapitana łodzi. Ja już stoję na schodkach. Kapitan zajęty cumowaniem łodzi. Beata ubrana z dziećmi gotuje się obok do wchodzenia w następnej turze. Dzieciaki już się palą do rzucenia się w wodę i szukania wzrokiem najładniejszych rybek. Rafa w zasięgu wzroku. Słońce pięknie świeci. Fal praktycznie nie ma. Pogoda jak złoto. Stajemy na schodkach. Pojawia się wreszcie kapitan. Już wie o całej sprawie. Bierze nas na bok i patrzy nam w oczy uważnie. OK – mówi i zgadza się na to, abyśmy płynęli razem! O ile dzieci będą cały czas z jedną z instruktorek! Hurra! Wracamy do oryginalnego planu. Szybka akcja ze sprzętem dla Beaty i gotowe. Bernaś dostaje koło ratunkowe do trzymania (które w sumie nie jest mu potrzebne, bo skacze do wody jak dziki). Monika ucieszona schodzi ze swoim divemasterem. My z sercem na ramieniu zanurzamy się w toń obserwując od dołu nasze dzieci pływające z Kendrą po powierzchni. Pod nami ryby, rafa, i tysiące kolorowych korali. Wiela Rafa Koralowa!

W sumie były trzy wejścia i wszyscy byli zadowoleni. Zarówno my na dole, jak i dzieciaki na górze. Instruktorka Kendra przyznała potem, że przeprasza za zamieszanie, ale taka jest polityka firmy, zaś dzieciaki okazały się jednymi z najlepszych rurkowników, jakich miała. Nie robiły problemu, nurkowały świetnie no i na koniec dostały dyplomy Discover Snorkeling (Isia nieco zblazowana, bo co to dla niej taki dyplomik, ale Bernaś naprawdę dumny). My też!

Wielka Rafa KoralowaJak więc wygląda ta rafa? Okazało się, że jest to cały szereg raf oraz wysepek ciągnących się kilometrami. W sumie tworzy to wielką barierę osłaniającą ląd od oceanu, ale osłona ta znajduje się najczęściej metr lub kilka metrów pod wodą. Gigantycznych węży morskich też tam nie ma, tylko czasami rekiny przypływają. Pod wodą rafa okazała się być bardzo ładna i pełna kolorowych korali i wesołych rybek, ale ze względu na porę roku przejrzystość wody niebyła najlepsza. Mimo to widzieliśmy sporo fajnych stworzeń w tym jednego wielkiego Maori Wrasse, który przepłynął majestatycznie obok nas łypiąc groźnym okiem. Wspólne nurkowanie (w sumie zrobiliśmy trzy nurki) dało nam też okazję do popracowania nad podwodną komunikacją i myślę, że kolejne zejścia razem będziemy robić już z mniejszym stresem.


Pamiętaj, lewą stroną

3 grudnia 2009

Droga krajowa numer 1 “Pamiętaj, jedź lewą stroną!” – pożegnał mnie żartobliwie David (mąż Ani z Zielonego Wzgórza) po tym, jak mu opowiedziałem o moim przypadku z oponą. No i rzeczywiście starałem się cały czas. Mogę powiedzieć, że się udało: przejechaliśmy ponad 6 tysięcy kilometrów (sam się zdziwiłem, gdy sprawdziłem licznik na końcu), a ja cały czas jechałem po lewej. Trzeba też uczciwie przyznać, że człowiek się dość szybko przyzwyczaja i na trasie praktycznie nie ma to znaczenia (raz mnie tylko obtrąbili, gdy odruchowo wyjechałem z bocznej drogi na prawą stronę i zacząłem niefrasobliwie jechać patrząc na zbliżający się z przeciwka samochód). Najgorzej jest przy manewrach, parkingach i w innych takich wesołych miejscach. Wyobraźcie sobie na przykład, że tutaj nawet parkingi są zorganizowane odwrotnie, czyli jadąc po lewej wjeżdżamy na lewo i poruszamy się dookoła (na przykład parking na końcu drogi, albo piętrowy parking ze ślimakiem) zgodnie z ruchem wskazówek zegara. U nas wręcz przeciwnie. Niestety nie ma to związku z półkulą południową i siłami Coriolisa. Po prostu tak jest ustalone w krajach z ruchem lewostronnym i już (nawiasem mówiąc piesi też tak się poruszają na chodnikach, czy schodach, ale to już inna historia).

Autostrada pod Auckland Ku mojemu zdziwieniu Nowa Zelandia ma mniej kilometrów autostrad niż Polska, choć kraj to teoretycznie bardziej rozwinięty gospodarczo. Myślałem, że mniej się nie da (trochę niepatriotycznie, prawda?) 🙂 Gdy jednak przeliczy się to na liczbę mieszkańców, to już z nami wygrywają niestety. Nowozelandczyków jest bowiem 4 mln (słownie: cztery), zaś nas już ciut ponad 40. A i jeszcze: Wellington należy również do grupy stolic, do których dochodzi autostrada – w przeciwieństwie do naszej poczciwej Warszawy (w Europie jesteśmy zdaje się jedyni, nawet Tirana ma autostradę).

 

Największy wiadukt W Nowej Zelandii są też dwa odcinki płatnej autostrady, ale tu już nie mamy co się nawet porównywać. Nie dość, że jest mniej więcej dwa razy taniej niż na odcinku Kraków – Katowice, to jeszcze płatność odbywa się elektronicznie. Każdy samochód przejeżdżający przez bramki jest rejestrowany kamerą (nie ma stanowisk do płacenia, więc nikt się nie zatrzymuje), a potem kierowca ma 3 dni, aby opłacić swoje myto – na podstawie tablicy rejestracyjnej. Opłatę można wnieść przez Internet, telefonicznie lub w specjalnym automacie na parkingach po obu końcach autostrady. System jest połączony z rejestrem pojazdów, bo nawet dla potwierdzenia podaje jaką marką samochodu i jakim rocznikiem jechałeś. W Katowicach jedyny sposób to gotówka w budce. I to po obu stronach drogi, więc trzeba się dwa razy zatrzymać i dwa razy truć środowisko.

Mostek jednokierunkowy Za to jakość dróg w Nowej Zelandii przypomina jako żywo naszą ojczyznę, bo główne drogi wyglądają jak nasze (a nawet często są węższe). Jest też wiele pomniejszych szos wiejskich oraz sporo szutrowych, które są tu na porządku dziennym – u nas służą do dojazdu do domostwa, a tu czasami są normalnym szlakiem komunikacyjnym. Dodatkowo na drogach (nawet tych głównych, o jednocyfrowej numeracji) często spotyka się mostki jednokierunkowe. Są na tyle wąskie, że dwa auta nie przejadą jednocześnie. Na dłuższych w połowie zorganizowana jest mijanka, ale generalną praktyką jest zwolnienie przed mostkiem w celu rzucenia okiem kto ma pierwszeństwo (oznakowania są wyraźne) i czy z przeciwka coś na mostek nie wjeżdża.

Szutrowa droga a na niej opos Cały czas więc trzeba trzymać się lewej, pamiętać o kierunkowskazie umiejscowionym z drugiej strony kierownicy (nadal nie rozumiem dlaczego?), błogosławić automatyczną skrzynię biegów (bo ręczną obsługuje się lewą ręką, więc stopień trudności rośnie) i trzymać się bardziej środka drogi, bo zdając się na standardowy instynkt i wyczucie szerokości auta można lewą stroną łatwo o coś zahaczyć (a tam przecież jeszcze druga osoba się znajduje), uważać na licznych ostrych zakrętach (szczególnie w górach) oraz starać się rozjechać jakiegoś oposa podobnie jak typowy Nowozelandczyk, który zwyczajowo już stara się zmniejszyć przy każdej nadarzającej się okazji populację tych znienawidzonych tu szkodników.

Nie jest więc łatwo, ale za to “trudy” jazdy po Nowej Zelandii wynagradzają kierowcy takie widoczki:

Pocztówka z NZ wzorowana na pocztówce z USA Urocza droga 1
Urocza droga 2 Urocza droga 3

A! I na koniec jeszcze jedno. Wynikiem naszego jeżdżenia po Nowej Zelandii są nie tylko te liczne relacje krajoznawcze, ale również podróż przez świat Władcy Pierścieni, na którą serdecznie zapraszam zainteresowanych (głównie fanów).


Z deszczu pod wodospad

27 listopada 2009

Droga do Te Anau - pada przed nami za nami tęcza Plan był taki, aby z marszu zdobyć też trzeci z New Zealand Great Walks, a konkretnie Routeburn Track. Nie udało się głównie ze względu na pogodę i logistykę. A było tak, że gdy dojechaliśmy do centrum informacji DOC w Queenstown, okazało się, że nadchodzi deszcz i z chodzenia nici. Poza tym schroniska na najbliższe dwie noce są w całości obłożone. Po precyzyjnej analizie prognozy pogody ostanowiliśmy więc pojechać na drugą stronę szlaku, odwiedzić Milford Sound (jeden z cudów natury, przepiękny fiord na południu), który był zaplanowany na później i potem spróbować przejść choćby kawałek Routeburn Track od drugiej strony – z jednym noclegiem. Dzięki temu nawałnica miała nas minąć. Już dojeżdżając do miasta Te Anau obserwowaliśmy z niepokojem stan nieba, a raczej tego, co zwykle jest niebieskie. Tym razem było szaro, wiało strasznie mocno i lało jak z cebra. Prognoza okazała się więc prawdziwa. Podobnie z następnym dniem, bo już wieczorem w środę wypogodziło się nieco, a czwartek mieliśmy bajkowy – słoneczko, choć wiatr dalej zawiewał. Zgodnie więc z planem przejechaliśmy się całą drogą widokową do Milford Sound i zaokrętowaliśmy się na jednostkę pływającą firmy głoszącej, że dzięki mniejszej jednostce i bardziej rodzinnej atmosferze wrażenia będą niezapomniane.

Wodospad w Milford Sound I rzeczywiście! Kapitan opowiadał nam o widoczkach na prawo i lewo, pani barowa częstowała kawą i herbatą, a my robiliśmy zdjęcia gdzie popadło rozmawiając przy okazji z poznanym zupełnie przypadkiem na pokładzie dziobowym Jarkiem z Wrocławia (tu serdecznie pozdrawiamy). W pewnym momencie pomocnik kapitana zaczął rozdawać kubeczki pytając, czy chcemy spróbować wody z wodospadu, bo “podpłyniemy pod wodospad tak, że można będzie sobie nabrać”. Ha! Frajda w sam raz dla 4B. Kto by nie chciał wody z wodospadu w Milford Sound, prawda? No i rzeczywiście dziobem statku podpłynęliśmy pod sam wodospad i wówczas okazało się, co załoga miała na myśli. Statek nie to, że przepłynął koło wodospadu, a pasażerowie wyciągnąwszy ręce z kubkami mogli sobie nabrać wody nie przerywając wesołych pogawędek. Kapitan po prostu wpłynął pod wielki wodospad (na tym zdjęciu powyżej nasz statek miałby może pół centymetra wysokości) i na nasze głowy spadło kilkanaście wiader wody (“wiadro wody” to jednostka znana ze Śmingusa i oznacza po prostu “bardzo dużo wody na raz”). Będąc w kurtkach i kapturach na głowach (jednak nieco ostrzegli, że nas zleje) oraz schowawszy wcześniej aparat do kabiny (całe szczęście!) górę mieliśmy w miarę uratowaną. Jednak zanim uskoczyliśmy do wnętrza nogom się zdrowo dostało. Dość powiedzieć, że w adidaskach nam rozkosznie chlupotało. Pomocnik kapitana chodził potem i pytał każdego, czy było fajnie, a pani barowa z uśmiecham na ustach rozdawała wodę wodospadową, którą zdążyła nabrać do większego wiaderka (przy okazji – woda z wodspadu w Milford Sound smakuje jak woda). Resztę rejsu dzieci spędziły wewnątrz popijając ciepłą herbatkę (ubaw jednak miały po pachy), a my na pokładzie susząc spodnie na wietrze i słońcu (o dziwo dość szybko wyschły – gorzej z butami). To rozrywka dla nowozelandczyków – skomentowaliśmy potem.

Rano byliśmy gotowi do wycieczki spacerowej po górskich szlakach, ale niestety pogoda nas znowu przegoniła. Anomalia numer dwa rozpoczęła się nieco wcześniej niż wg prognozy i cały piątek zapowiadał się koszmarny, bo gdy już rano leje, a na niebie same chmurzyska to nie wygląda to różowo. Zresztą może to nie anomalia, tylko zupełna normalka tutaj? Popatrzywszy na nasze wilgotne wciąż buty i stan nieba (deszcz zacinał niemal poziomo) dokonaliśmy honorowego odwrotu. Routeburn track nas więc pokonał – można tak rzec. Jechaliśmy potem prawie 4 godziny do Invercargill i lało cały czas. 😦

Zdjęcia z Milford Sound i Fiordlandu w galerii. Zapraszamy!


Krajobrazy, krajobrazy

25 listopada 2009

Lodowiec Tasmana Przejechaliśmy już prawie całą wyspę południową (w tempie większym niż wcześniej, bo czasu coraz mniej, a odległości większe) i nie możemy się nadziwić jak różne krajobrazy są w tym w sumie niewielkim kraju. Na wyspie północnej mieliśmy wulkany, gejzery, górskie rzeki, oceaniczne plaże i olbrzymie lasy. Tutaj znowu wielkie trawiaste równiny Canterbury, przez które przewala sie ciepły wiatr Nor’wester, przepiękne Alpy Południowe, które wyglądają rzeczywiście jak Alpy, a w dolinkach między górami czuliśmy się jak w Tyrolu, ogrody i farmy podobne do tych, jakie widzieliśmy w Kalifornii oraz majestatyczne fiordy i lodowce. No i pustki, bo miasteczek coraz mniej. Nie to, co na południu USA , ale prawie, prawie. Najbardziej majestatycznie wyglądały jednak ośnieżone Alpy – tym bardziej, że mieliśmy akurat bardzo słoneczną pogodę. Widok lodowca Tasmana z jego olbrzymimi morenami bocznymi (wyglądającymi, jakby przez góry przeszedł kolosalnej wielkości robal-wszystkożerca) wystarcza za solidną lekcję geografii. A jeśli jeszcze do tego uczeń przeczyta na tabliczce, że 20 lat temu tu gdzie widać szarą wodę (zdjęcie powyżej) był lodowiec, a 100 lat temu punkt obserwacyjny był sporo poniżej jego górnej krawędzi, to i za lekcję zielonej ekologii starcza. Globalne ocieplenie widać jak na dłoni, a podróże niewątpliwie kształcą. My w każdym razie widokiem gór, śniegu oraz lodowca byliśmy zachwyceni.

Zapraszamy do aż czterech nowych galerii z Nowej Zelandii.


Przez wielką wodę

14 listopada 2009

Cieśnina Cooka Jesteśmy już na południowej wyspie Nowej Zelandii, gdzie dostaliśmy się oficjalnym, państwowym promem Interislander. Wyobrażacie sobie, że Polska jest przecięta na pół i między obiema częściami tylko pływa prom (konkretnie to rotacyjnie pływają 3 jednostki)? Cieśnina Cooka w najwęższym miejscu ma 25 km, ale na zbudowanie tu mostu nie ma szans. Co prawda najdłuższy morski most świata ma aż 36 km (zbudowali go oczywiście Chińczycy), więc teoretycznie czemu nie, ale Nowa Zelandia jest zbyt aktywna sejsmicznie, aby się to udało. Poza tym aby postawić jakieś podpory trzeba by się bardzo głęboko zanurzać, bo cieśnina jest głęboka. No i pewnie to kompletnie nieopłacalne, bo w odróżnieniu od Chińczyków tu mieszkańców jest tylko 4 mln, z czego większość mieszka w Auckland i się stamtąd nie rusza. Nie ma szans – na moje oko. A i jeszcze potem jakiś statek nie mógłby się pod tym mostem przecisnąć, jak to miało miejsce w Danii niedawno. 🙂 Pozostaje więc prom towarowo-pasażerski, który tutaj (jako jedyny środek transportu między dwoma częściami kraju – poza samolotem) nawet przewozi całe wagony, bo tory kolejowe między Auckland (północ) a Christchurch (południe) są przerwane cieśniną Cooka.

Prom Interislander Kaitaki Nie próbowaliśmy pociągu – czy wagon wjeżdża wraz z pasażerami do środka, czy nie? W wypadku samochodu tak się to właśnie odbywało. Wjechaliśmy więc do wielkiej paszczy promu i zaparkowaliśmy pojazd we wskazanym miejscu. Następnie mieliśmy 3 godziny na zwiedzanie statku (sklepy, place zabaw, 2 kina, bar, restauracja i tarasy widokowe). Szczególnie fajne były widoki z tarasu widokowego, ale niestety wiało zdrowo. Całe szczęście, że akurat nie padało, bo ostatnio z tą wiosenną pogodą na półkuli południowej coś jest nie tak. Płynęliśmy więc majestatycznie wzdłuż cieśniny Queen Charlote i podziwialiśmy widoczki szczelnie owinięci kurtkami (no dobra, tylko ja trochę podziwiałem, a pozostali siedzieli i grzali się przed TV). Żeby było weselej płynęliśmy w piątek trzynastego, a prom nazywał się Kaitaki, czyli Challenger. Skojarzenia były jednoznaczne i dlatego niektórzy naszej ekipy mieli zdrowego pietra, bo przecież postępuje za nami i przed nami to fatum, o którym tu było nie raz. Na szczęście nic się nikomu nie stało, już jesteśmy z drugiej strony i wybieramy się na Abel Tasman Coast Track.


Atrakcyjna stolica

11 listopada 2009

Kolega Gollum Siedzimy już drugi dzień w Wellington (stolica w końcu) i zwiedzamy (w zasadzie spacerujemy). Już samo chodzenie po mieście dostarcza miłych wrażeń, bo sympatycznie jest otrzeć się o kulturę przez duże K (teatrów tu bez liku), mniejsze K (jakieś nowe tytuły w kinach się pojawiły) oraz jeszcze mniejsze K (puby i życie wieczorne w centrum kwitnie – tym bardziej, że młodych turystów wielu). Nam nie jest dane zakosztować którejkolwiek z kultur główne z racji obecnych tu z nami dzieci – tu przewaga podróżowania bez nich wychodzi łatwo na jaw. Ale za to mogliśmy spokojnie razem podążyć szlakiem Froda, gdyż w Wellington miejsc filmowych jest bez liku. Nie dość, że kręcili tu sporo scen z tolkienowskiej trylogii, mieszka tu Peter Jackson (reżyser), organizowanych jest mnóstwo wycieczek do różnych lokalizacji, znajduje się tu firma Weta odpowiedzialna za efekty specjalne, to jeszcze w muzeum można zakupić sobie złotą replikę jedynego pierścienia za … bagatela 585 NZD (około 1100 zł) lub elfi płaszcz z broszą za ponad 400 NZD.

Malutki hobbit i wielki człowiek Skupiliśmy się na bardziej wirtualnych rozrywkach najpierw ucząc się od przewodnika jak robione były filmowe efekty wizualne z małymi hobbitami i dużymi ludźmi, czego efekt można zobaczyć obok (zdjęcie robione na Mount Victoria gdzie kręcone było kilka ze scen – ale o tym jeszcze będzie więcej mam nadzieję). Przy okazji dowiedzieliśmy się, że podobne sposoby są wykorzystywane w czasie transmisji z meczów między Nową Zelandią i Australią – oczywiście w rugby (niemal święty tutaj sport narodowy, jak nożna u nas … no może jak nożna u nas w 1982). Otóż gdy na boisko wbiega drużyna All Blacks (drużyna narodowa, bardzo poważna sprawa, duma każdego nowozelandczyka – nie próbuj nigdy naśmiewać się z All Blacks) kamera ustawiona jest na dole i filmuje do góry. Zawodnicy są więc duzi i jeszcze bardziej groźni. Gdy zaś na boisko wbiega drużyna z Australii (tfu, tfu, wrogowie i generalnie – rozumiecie – straszne fajtłapy) kamera patrzy na nich z góry przez co wydają się tacy malutcy. Tymi właśnie prostymi sposobami osiągnięto wiele w filmie “Władca Pierścieni”, gdzie obok małych hobbitów występują duzi ludzie – a to przecież byli wszyscy takiego samego wzrostu normalni aktorzy.

Multimedialna ściana w akcji Inną wirtualną rozrywkę odwiedziliśmy (w sumie już niejednokrotnie) w bardzo interaktywnym i nowoczesnym muzeum Te Papa. Prócz licznych eksponatów i wystaw pokazujących przeróżne aspekty życia w tym pięknym kraju w muzeum znajduje się wielka instalacja multimedialna OurSpace. Nie wchodząc w szczegóły techniczne (na szczegóły ciekawskich zapraszam tutaj) dość powiedzieć, że jest to wielka komputerowa ściana sterowana pilotami, gdzie w prosty sposób można umieścić swoje zdjęcie (lub krótki filmik) zrobione na jednym z ustawionych w pomieszczeniu komputerów. Obsługa jest niezmiernie prosta i nasze dzieci opanowały tą sztukę w minutę. Zabawa w umieszczanie i animowanie swoich wielkich zdjęć trwała godzinami. Szybko zorientowałem się też, że zdjęcia można przynieść do punktu obsługi na karcie z aparatu cyfrowego i po chwili ściana wypełniła się naszymi zdjęciami z podróży. Pierwszy raz mogliśmy zobaczyć te fotografie w takim formacie, bo ściana ma ze 2 metry wysokości i kilkanaście długości. Wrażenie było zniewalające. Do tego stopnia, że rodzina przylgnęła do ściany i nie chciała wyjść (głównie młodsza część rodziny). Z głośników sączyła się miła muzyczka, a na ścianie przewijały się nasze powiększone “gęby” – od starych zdjęć sprzed 6 miesięcy do najnowszych. Co ciekawe ścianę (i to, co się na niej dzieje) można również oglądać przez Internet, więc zapraszamy do rzucenia okiem.